Pokazywanie postów oznaczonych etykietą opinia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą opinia. Pokaż wszystkie posty
#125 Chciwość - Marc Elsberg

#125 Chciwość - Marc Elsberg

#125 Chciwość - Marc Elsberg - recenzja - czy warto przeczytać?
Ta powieść to doskonały przykład - jak nie powinno się sugerować opiniami innych czytelników. Chcąc, nie chcąc czytam opinie o książkach, które chce przeczytać.
Od teraz się to zmieni.
Dlaczego?
Przeczytałam, że książka jest w niektórych momentach trudna i niezrozumiała, że jest naszpikowana definicjami i terminologią ze świata ekonomii, matematyki etc.
Nie chciałam się męczyć i podświadomie odsuwałam lekturę w czasie. Od pierwszej strony rzuciłam się niczym prawdziwy śledczy do pracy w poszukiwaniu czegoś, czego nie zrozumiem, z przeglądarką internetową w pogotowiu. Dotarłam do 320 strony i nie odnalazłam tego, czego się bałam.

Świat pogrąża się w chaosie. Ludzie wychodzą na ulice, protestują by nie ponosić skutków kolejnego kryzysu gospodarczego. Korporacje, banki, państwa bankrutują, ale i tak najwyżej postawiona grupa ludzi nadal się bogaci. Noblista Herbert Thompson wraz ze swym asystentem Willem Cantorem zmierza na szczyt w Berlinie, by wygłosić odczyt, który ma zmienić losy świata. Znalazł złoty środek, dzięki któremu wszyscy, bez wyjątku, będą mogli dostatnio żyć. Jednak na niego nie dociera. Ginie w wypadku samochodowym, którego świadkiem jest Jan Wutte. Chłopak słyszy ostatnie słowa umierającego mężczyzny, które na początku wydają mu się bełkotem przypominającym - być może - czyjeś nazwisko. Idąc tym tropem spotyka na swej drodze człowieka, który znał asystenta noblisty i wspólnie będą chcieli odnaleźć to, co opracował profesor i przy okazji nie zginąć.

Akcja kręci się wokół poszukiwań treści tajemniczego odczytu, to ciągła ucieczka przed organami ścigania i ludźmi próbującymi usunąć wszelki ślad po teorii, którą Thompson z Cantorem mieli udowodnić i która miała zmienić świat. Cały czas coś się dzieje, więc czytelnik pędzi przez książkę jak pociąg. Rozdziały są krótkie, a powieść dzieli się na części nazwane "decyzjami". Na samym początku i na końcu znajdziemy fragmenty "Przypowieści o chłopach", której założenia będziemy odkrywać sami, zagłębiając się  w treść.
Tak, pojawiają się tutaj matematyczne zagadnienia, z których przechodzimy do ekonomicznych założeń. Poczułam się trochę jak za szkolnych lat... Jednak ja miałam tylko jednego nauczyciela, który w taki przyjemny sposób tłumaczył zasady rachunkowości i finansów. Reszta kadry wymagała jedynie podręcznikowych definicji, które ja - żeby zapamiętać - musiałam zrozumieć. Nawet wierszy na pamięć się tak uczyłam, jako związek przyczynowo-skutkowy, inaczej nie potrafię. Do dziś pamiętam jak na "Podstawach ekonomii", podczas odpytywania przez nauczyciela, wdałam się z nim w dyskusje, przez co lekcja trwała jedynie 15 minut. Na zakończenie powiedział do mnie: "bardzo dobrze, tak masz rację - siadaj trzy". Jeden z moich wyuczonych zawodów jest stricte ekonomiczny. Ja nie jestem zwolennikiem teorii, jakobyśmy dzielili się na umysły ścisłe i humanistyczne. W ogóle nie lubię kiedy się z góry nakłada komuś ramy, w których musi się odnaleźć, albo wypada poza zbiór.
Ja zawsze lubiłam się uczyć, zresztą nadal lubię - może stąd mój lekki zachwyt tą częścią książki. Naprawdę chciałabym, aby nauczyciele w taki sposób mnie uczyli, nie musiałabym sama dochodzić do tego, co z czego wynika w każdej definicji, której znajomości wymagali.

Wracając do książki... 

Autor chce zmiany fundamentalnego myślenia. I nie tylko o samą ekonomię, czy też równość finansową mu chodzi. Nie podaje jak to zrobić, ale jego myślenie i teoria, którą przedstawia jest logiczna.
Tylko w naszym postępowaniu logiki niestety brakuje.
Odkąd zaczniemy być samodzielni, to stale rywalizujemy ze wszystkimi wokół. Dążymy by mieć, nie oglądając się za siebie, chyba, że ktoś dostatecznie głośno wzywa pomocy, wtedy mu jej udzielimy.
Samo brzmienie tytułu książki - jest nacechowane negatywnie "CHCIWOŚĆ" - a gdyby już tutaj z minusa zrobić plus?
By mieć więcej trzeba - łączyć części i równo dzielić to, co uzyskamy. Wynika to z logicznego, matematycznego podejścia do problemu.

Świat jest różnorodny, każdy daje mu co innego, wnosi własną wartość. Jesteśmy jak puzzle, które razem tworzą dopiero pełen obraz.
Gdybyśmy od początku zakładali co możemy dać, a nie co zyskać - wszyscy byśmy w konsekwencji na tym skorzystali, ale... jesteśmy ludźmi, a nie równaniem matematycznym i świat, w którym aparat państwa nie jest potrzebny, raczej nigdy nie zaistnieje.
Autor porusza kwestię eliminowania działań niepożądanych, jednostek, które nic nie dają, tylko żerują na pozostałych, ale nie podaje jak zmiana ich nastawienia, czy ich wykluczenie miałoby wyglądać.

Ta książka to takie zaproszenie do dyskusji nad zmianą postrzegania świata. Pracy na wspólny rachunek i wspólnego - równego - podziału zysku, bez równego wkładu, nie wiem czy wyrażam się ze zrozumiale? Wkładu nie wartościuje się tak, jak zysku. Kiedy wszyscy będziemy dawać to samo (będziemy jednakowi) nie osiągniemy wzrostu zysku. Każdy wnosi coś innego bo - bez różnorodności nie ma współpracy, bez współpracy nie ma społeczeństwa, bez społeczeństwa nie ma dobrobytu...  

Podsumowując, tak po prostu - ŚWIETNA KSIĄŻKA, o której mogłabym pisać i pisać. Kojarzycie może ten obrazek z pokrojonym na równe części tortem, które po złożeniu nie dają 100 %? I żart mówi o tym, że to czego brakuje zostało na nożu?
Tutaj znajdziecie odpowiedź :)


Za swój egzemplarz dziękuję wydawnictwu WAB.



Wydawnictwo: WAB
Data wydania: 30. października 2019
Liczba stron: 464
Kategoria: kryminał, sensacja, thriller
Tłumacz: Elżbieta Ptaszyńska-Sadowska
 
#124 Dzieci starych bogów. Śmiech diabła - Agnieszka Miela

#124 Dzieci starych bogów. Śmiech diabła - Agnieszka Miela

#124 Dzieci starych bogów. Śmiech diabła - Agnieszka Miela - recenzja - czy warto przeczytać?
Od czasu do czasu lubię zanurzyć się w fantastyczny świat, odciąć od codzienności. Biegać po lasach, nasłuchiwać szeptów i rozglądać się za magicznymi postaciami, niekoniecznie przyjaźnie nastawionymi. Dzięki fantastyce na chwilę możemy stać się bohaterami w pelerynach, czy też mrocznymi, czarnymi charakterami.
Lubię ten gatunek literacki za to jak pod płaszczem nieistniejących światów przemyca uniwersalne treści, mogące mieć jakiś wpływ na nasze realne życie, na wybory jakich dokonujemy, czy nawet na kształtowanie naszych charakterów.

"Dzieci starych bogów. Śmiech diabła" Agnieszki Mieli to pierwsza część trylogii, którą połknęłam w jeden dzień. Być może za szybko, ale mroczny świat Sidav wciąga niczym ruchome piaski.
Głównymi bohaterami są Aine i Bertram, potomkowie Starych Rodów - Wartów i Arminów.  Ich losy się ze sobą splatają i tak Armin - Bertram wychowuje się pośród Wartów, uratowany przez Ainę - Wilgę. Dramatyczne i krwawe zdarzenie pozbawia ich domu i bliskich. Pragną zemsty i będą jej szukać nie wiedząc, że ich los tak naprawdę jest przesądzony z powodu splecenia ich życia z Ziarnami Relenvel.

"- Wiesz, co jeszcze mówią o Ziarnach? Że kiedy znów zostaną wezwane, nadejdzie dzień, którego długo nie zapomną ludzie w żadnym ze światów. Będzie to bowiem dzień ich śmierci, odrodzenia lub całkowitego unicestwienia. Powrót do nicości, która istniała przed pojawieniem się Bogów... Ziarna dadzą wtedy swą moc temu, kto będzie umiał ją wykorzystać. Kiedy zaś skupią się na jednym celu, wyznaczonym przez Żyjącego w Przejściu, będą mogły otworzyć wrota do czasów, miejsc i istot, o jakich nam się nie śniło. Do tych, którzy nigdy prawdziwie nie żyli".

Świat wykreowany przez autorkę jest niezwykle mroczny. Zewsząd czekają niebezpieczeństwa, jak nie ze strony napotkanych członków innych klanów, to z którejś z kreatur - czyhających gdzieś w ciemności.
Brutalne gwałty, walki, czy też wypadające wnętrzności to, coś co nie robi większego wrażenia na mieszkańcach tego uniwersum.
Postaci jest dużo, ale każda na swój sposób jest wyjątkowa.
Na początku zapoznamy się z mapą, przedstawiającą topografię świata, do którego wchodzimy, a na końcu znajdziemy Encyklopedię stworzeń i wierzeń Sidavu, która jest wzbogacona o ilustracje.

Głowni bohaterowie są świetnie wykreowani. Aine to dziewczyna, która bardzo zabiega o uwagę ojca, ucząc się walki i dotrzymując w tym kroku wszystkim swoim braciom. Zostaje jednak postawiona przed faktem dokonanym. Jej życie zostało zaplanowane i nie ma w nim miejsca na jej marzenia, pragnienia. Musi wypełnić swoją rolę. Ale Wilga nie jest potulna i nie da się jej kazać czegoś zrobić, kiedy ona tego nie chce...
Bertram to chłopak, który ukrywa swoje pochodzenie, wstydzi się go. Nie chce być tym kim jest jego ojciec.
Mamy, więc dwie postaci, z którymi większość z nas znajdzie wspólne cechy, bo kto z nas zawsze zgadza się z tym, co każą nam robić inni?

Sądzę, że jednym z głównych bohaterów mogę nazwać również - Las Śniących, którego szepty przypominają mi tę część naszej natury, która kieruje nas na ciemną ścieżkę postępowania, z którą nieustannie toczymy wewnętrzną walkę.

Agnieszka Miela wprowadziła do fabuły postaci, do których mam wielką słabość, a mianowicie wampiry (znajdziemy w niej też inne niezbyt przyjemne stworzenia). I to nie te bezbarwne, kochliwe stworzonka, jakie kreują serialowe produkcje, tylko prawdziwe, okrutne krwiożercze maszyny do zabijania. 

Podoba mi się styl, którym posługuje się autorka. Wszystko w jej opisach jest wyważone, przemyślane. Nie ma niepotrzebnych dłużyzn. Nie jest "miękko" i ckliwie, bywa za to bardzo brutalnie.

Na każdej stronie czuć fascynację różnymi mitologiami, wierzeniami. Autorka umie budować ciężki klimat. Da się poczuć niepokój, a nawet strach, który towarzyszy bohaterom. Zdawało mi się, że słyszałam chrzęszczący śnieg i te szepty...

Bardzo dobry debiut! Żałuję, że tak szybko się ta przygoda skończyła, że kolejna część nie stoi już na półce... ale na wszystko co dobre, podobno trzeba czekać :)

Wydawnictwo: Wydawnictwo Kłobook

Data wydania: 2. października 2019
Liczba stron: 430



Książkę można kupić tutaj = > KŁOBOOK

Recenzja napisana dla portalu bookhunter.pl
#123 Obcy - Alan Dean Foster

#123 Obcy - Alan Dean Foster

#123 Obcy - Alan Dean Foster  - recenzja - czy warto przeczytać?
"Obcy - 8. pasażer Nostromo" to jeden z niewielu filmów, które wywołały we mnie uczucie strachu. Fakt, że byłam wtedy dzieckiem... Jednak, kiedy po wielu latach włączam go znowu, to nadal dostrzegam momenty, w których potrafi on jeszcze coś we mnie poruszyć.

"Obcy" jest dość nietypowy. Choć na pierwszy rzut oka wydaje się nam, że to zwykłe science fiction z pozaziemską, niezwykle agresywną formą życia, jakimś tam statkiem i kosmosem w tle. Kiedy jednak przyjrzymy się temu, co zaczyna budzić niepokój w oglądającym, to zauważymy, że dzieje się to, od samego początku, kiedy nie wiem dokąd Nostromo zmierza, ani co się wydarzy.
Człowiek, kiedy śpi jest całkowicie bezbronny, nie może o sobie decydować, staje się marionetką. Sen kojarzy się nam z czymś przyjemnym, odpoczynkiem, relaksem. Tak też, mimo że poddana hibernacji, załoga statku podróżowała w nieznane. Matka - jak nazywają statek, wybudziła ich z przymusowego snu i postawiła przed misją, na którą nie byli przygotowani. Odnaleźli inny obiekt latający, na który weszli... Na którym coś jednego z nich zaatakowało. Potem nastąpił łańcuch nieprzemyślanych i niezgodnych z procedurami decyzji, ale mający swoje umocowanie w ludzkiej chęci niesienia pomocy, który nie skończył się dla załogi zbyt dobrze.

Film widziałam kilkakrotnie, w różnych odstępach czasu. Podczas czytania nie byłam odkrywcą tej historii, bo ją doskonale znałam. Czułam się jakbym znowu patrzyła w telewizor, a Ripley to Sigourney Weaver, nikt inny. 
Język jest prosty i łatwy do zrozumienia. Kiedy załoga ze sobą rozmawia na tematy dotyczące lotu, czy obsługi Nostromo, raczej nie dopadnie nas konsternacja. Jednak nie wiem, czy gdybym nie znała przebiegu zdarzeń z obrazu filmowego, to byłabym w stanie, aż tak wszystko dokładnie widzieć, z uwagi na niezbyt drobiazgowe opisy. Ale nie uważam tego za jakiś większy problem, czy też minus. 
Podobało mi się stopniowanie napięcia, które jak najbardziej odnotowałam w tej książce. Wywoływanie kontroli ruchu i "Mayday" spowodowało u mnie to miłe trochę łaskoczące uczucie.
To dobra książka, choć nie porwała mnie i nie wystraszyła tak jak film.
Spowodowała za to, że miałam ochotę pomyśleć i przeanalizować całą fabułę. Rozłożyć ją na fragmenty i sprawdzić, co powoduje ten fenomen - to, że w tak wielu ludziach budził on jednocześnie strach i ciekawość. 


#123 Obcy - Alan Dean Foster

Trochę pomogło mi w tym Posłowie - "Studium w terrorze", które napisał Piotr Gociek. Dowiemy z niego, między innymi, jak doszło do powstania scenariusza, realizacji i co miały z tym wspólnego "Gwiezdne Wojny".
Posłowie sprawia, że możemy dostrzec, jak świetnie jest to skonstruowana historia. Tutaj nie straszy się czytelnika i widza morzem efektów specjalnych, ale głównie poczuciem osamotnienia. Ogromem kosmosu, w którym nikt ci nie pomoże... Sam statek to przecież jeden wielki labirynt, na którego korytarzach może czekać śmierć.
Sam sposób narodzin kolejnych obcych jest porównywalny do ludzkiego porodu - jak pisze autor "Studium w terrorze". Mi kojarzył się z kiełkowaniem zła w człowieku, kiedy zostaje się nim zarażonym i w sprzyjających warunkach - ono się rozwija, aż przejmuje nad człowiekiem kontrolę.

Sam skład załogi też nie jest tak oczywisty - jak w podobnych historiach. Nie ma tutaj wielce wykształconych specjalistów od zbierania próbek, a protagonistą jest kobieta - strażniczka procedur. Choć obcy jest przerażającym drapieżnikiem, z kwasem zamiast krwi, zdolnym przetrwać wszystko, to czy tylko jego się boimy? A nie tego, że nie wiemy co się wydarzy? Przeraża tez fakt, że los członków załogi był w jakimś stopniu przesądzony, jednak żeby wiedzieć dlaczego, to trzeba tę historię samemu poznać.

Wydawnictwo Vesper już nie zaskakuje, ono po prostu wyznacza nową jakość.
To już nie tylko ładnie wydane książki, z klimatycznymi, mrocznymi ilustracjami i dedykowanymi zakładkami, które nie straszą zaporowymi cenami. To historie, które po prostu trzeba znać i trzeba mieć na półce. 
Polecam fanom filmu i wszystkim, którzy boją się tego, co jeszcze nieodkryte.
7/10.


"- Nie boję się ciemności, które znam. To te, których nie znam, budzą mój strach. Zwłaszcza jeśli pełne są dziwnych odgłosów, jak to wezwanie pomocy". 

#123 Obcy - Alan Dean Foster  - recenzja - czy warto przeczytać?

Za swój egzemplarz dziękuję wydawnictwu Vesper.

Wydawnictwo: VESPER
Data wydania: 9. listopada 2019
ilość stron: 316
Tłumaczenie: Piotr W. Cholewa
Ilustracje: Maciej Kamuda
#122 Wśród rekinów - Nele Neuhaus

#122 Wśród rekinów - Nele Neuhaus


#122 Wśród rekinów - Nele Neuhaus - recenzja - czy warto przeczytać?
Nele Neuhaus, czyli Cornelia Neuhaus to autorka kryminałów i książek dla dzieci. Zasłynęła serią kryminałów z komisarzami Oliverem von Bodensteinem i Pią Kirchhof. Przyznaję, że nie znam tej serii, ale po przeczytaniu niedawno wydanej powieści "Wśród rekinów", będącej tak naprawdę debiutem autorki, chcę poznać jej "flagowe" dzieło.
Spodobał mi się już - zabieg z bezpośrednim zwrotem do czytelników w Polsce, który otwiera tę obfitującą w tekst pozycję.
Od razu wspomnę też o wydaniu, które mimo że jest klejone, to po moim częstym wertowaniu, nadal wygląda jak nowe. Grzbiet, który ma tendencję do łamania - pozostał w stanie idealnym. Tak, wiem że to szczegóły, ale zwracam na nie uwagę. 


"Wśród rekinów" to thriller finansowy, choć dla mnie to mieszanka gatunkowa z największym udziałem sensacji.
Główna bohaterka to Alex Sontheim, Niemka robiąca oszałamiającą karierę w Ameryce. Jest młoda, bardzo ładna i zna się na inwestycjach. Wykorzystuje wszystkie swoje atrybuty, by osiągnąć jak najwięcej w finansowym świecie zdominowanym przez mężczyzn. 

Na początku zachłystuje się światem migoczących świateł, wystawnymi przyjęciami wśród największych bogaczy i nie dostrzega rzeczywistości. Wszelkie dobre rady i ostrzeżenia puszcza mimo uszu i tak wikła się w romans z żonatym miliarderem Sergiem Vitalim. Schlebia jej jego zainteresowanie i to, co jej oferuje.
Wszyscy wokół (czyli zainteresowani nią inni mężczyźni) próbują uświadomić jej jakiego rodzaju biznesmenem jest Sergio, nawet sam burmistrz Nowego Jorku - Nick Kostidis. Alex żyje jednak z dnia na dzień, poświęcając się pracy. Zdaje się traktować Sergia jako szansę na poznanie wielu wpływowych ludzi.

Choć jest nieprzeciętnie bystra na polu finansowym i indeksy giełdowe nie mają przed nią tajemnic, tak w przypadku stosunków międzyludzkich kompletnie sobie nie radzi. Wystawne życie kusi ją zbyt mocno.

To prawie 800 stron tekstu, podzielonego na części, a te z kolei na rozdziały, opatrzone datami. Narracja jest trzecioosobowa, czyli taka jaką lubię najbardziej. Fabuła obejmuje prawie 3 lata, co daje czas na uwikłanie się bohaterki w ciemną stronę finansjery. Świat wielkich i nieuczciwie zarabianych pieniędzy pochłania bohaterkę jak ruchome piaski. Jednak w końcu przechodzi przemianę, otwiera oczy i próbuje wydostać się z układu, który ją i jej wiedzę wykorzystuje do realizacji swoich celów. 

Autorka nie zagłębia się mocno w giełdową terminologię, wykłada to, co czytelnik musi wiedzieć w prosty i przejrzysty sposób. Stopniuje napięcie. Kreśli bardzo złożone postaci, których jest naprawdę dużo i mają one wpływ na wszystko co się dzieje.
Narracja przeskakuje od bohatera do bohatera, pojawiają się stale nowe informacje, jednak czarodziejski styl pisarki nie pozwala się w tym wszystkim pogubić. Wszystko było dla mnie jasne i zrozumiałe. Czułam się jak podczas oglądania amerykańskiego serialu o brudnych poczynaniach giełdowych graczy. Nowy Jork i cały jego hałas. Mafia, czyli likwidacja niepotrzebnych już ogniw łańcucha zdarzeń. Zamachy, wybuchające samochody i romanse. Dzieje się naprawdę dużo!


Bywa też naiwnie i trochę śmiesznie, ale taką konwencję przyjęła pani Neuhaus. Były momenty, w których Alex mnie bardzo irytowała swoją dziecięcą wręcz naiwnością i wiarą w czystość intencji jednego ze swoich partnerów. Nie oczekiwałam od tej książki wielkiego przekazu - jednak jakiś i tak jest. Dokładnie widać, jak niewiele trzeba, by w oczach opinii publicznej stać się przestępcą. Jak łatwo jest z uczestnika wielkich poczynań, stać się ich ofiarą. Jak można nagle obudzić się wrogiem publicznym, bo przestaje się być potrzebnym komuś, kto dysponuje niebagatelnym zapleczem finansowym.

Podoba mi się styl Nele Neuhaus. Potrafi stworzyć delikatną i naiwną bohaterkę, w niektórych sytuacjach wręcz głupiutką, umieścić ją w świecie, do którego kompletnie nie pasuje i zrobić z niej walczącą o sprawiedliwość, a czytelnik uwikła się w historię tak, że nie zauważy kiedy pojawi się ostatnia strona. Wdzięcznie porusza się po dylematach moralnych, by przejść do napędzającego się wątku sensacyjnego. Naprawdę dobrze się bawiłam! 
7/10.

Za swój egzemplarz dziękuję Wydawnictwu Media Rodzina.
Wydawnictwo: Media Rodzina
Data wydania: 16. października 2019
Liczba stron: 760
Kategoria:
kryminał, sensacja, thriller
Tłumaczenie: Miłosz Urban
#121 Cena honoru - Maciej Para

#121 Cena honoru - Maciej Para

#120 Cena honoru - Maciej Para - recenzja - czy warto przeczytać?
Ile razy podczas czytania przemknęła Wam przez głowę myśl: co to jest?
Ja napisałabym/napisałbym to lepiej? Maciej Para żeby nie marudzić, że innym się udaje, a jeszcze innym jest w życiu po prostu łatwiej - to spróbował. Napisał i wydał. I od wydania "Ceny honoru", czyli zbioru opowiadań o krasnoludach zacznę. Książa ma twardą oprawę, jest szyta. Wnętrze zdobi mapa, każde opowiadanie zaczyna się od niezwykle zdobnego inicjału, co parę stron pojawiają się klimatyczne ilustracje Zyty Resakowskiej. To naprawdę miła dla oka publikacja, choć w przypadku, kiedy w tekście pojawiają się listy/notki to zastosowana czcionka utrudnia trochę czytanie.

Zbiór składa się z dziesięciu opowiadań o starożytnych Krasnoludach inspirowanych twórczością Tolkiena, o czym zresztą sam autor nas, we wstępie, informuje. Trafiamy do świata, w którym nieustannie toczą się walki zbrojne. Jest on zamieszkiwany przez wiele istot - orków, arlokki, elfy czy ludzi.

Krasnoludy ciężko pracują, dużo jedzą i piją. Są bardzo porywczy. Ale kochają swoje rodziny. Wiodą, mimo ciągłych niesnasek, proste życie.
Niskorośli noszą długie brody, zaplatają warkocze i są długowieczni. Ludzi nazywają człeczynami i raczej nie pałają do nich wielką sympatią. Najbardziej cenią honor, którego utraty boją się bardziej, niż samej śmierci. Dzielą się na różne klany, które również nie żyją ze sobą w pokoju. 

#120 Cena honoru - Maciej Para - recenzja - czy warto przeczytać?

Niskie istoty, o których pisze autor bardzo przypominają nas - ludzi. Każdą inność tępią i wyszydzają. Nie potrafią przyznać się do błędu i otworzyć na coś, czego nie rozumieją. Zdarzają się jednak odstępstwa od przyjętych reguł i niektóre jednostki wykazują inną, większą wrażliwość. Sama ich dewiza mówiąca o honorze i hańbie jest jedynie kwestią interpretacji, jak to w życiu. Każdy ma inne wartości i wysnuwa inne wnioski.
Autor pokusił się o napisanie opowiadań, które w moim odczuciu są najtrudniejszą formą literacką. W dość krótkim tekście, trzeba naznaczyć motyw przewodni, zawiązać wątki, nakreślić charakterystykę postaci i jakoś historię zakończyć. 

Zbiór jest trochę nierówny. Pierwsze i tytułowe opowiadanie "Cena honoru" przypadło mi do gustu najbardziej. Jest świetne wprowadzenie, akcja i otwarte zakończenie, do tego pojawiają się emocje i naprawdę można poczuć związek z rodziną, o której opowiada, mimo tego, że jest najkrótsze.
"Najczarniejsza z czerni" też świetne, pojawia się mrok, tajemnica, którą trzeba odkryć i ta magia niezbędna by poczuć fantastykę, a nawet nuta szaleństwa.

Myślę, że autor chciał trochę zbyt wiele przekazać, połączyć wiele wątków i podczas czytania niektórych z opowiadań czułam znużenie, albo też nie mogłam się po prostu wciągnąć, bo przeskoki w fabule - były zbyt częste.
Książka przeszła korektę i jest to zauważalne, jednak i tak, jak dla mnie, była zbyt duża ilość "człeczyn", "honoru", i "hańby". Tak wiem - jestem czepliwa, ale przy poziomie wypowiedzi, który autor stosuje, takie powtórzenia trochę mnie raziły. Dodatkowo bohaterowie są członkami klanów, noszą przydomki i niezwykłe imiona, więc chciałabym znaleźć tutaj bardziej stylizowaną mowę. Dla mnie wysławiają się zbyt współcześnie i pospolicie. Choć fragment z mięsem i ziemniakami - mnie rozbawił.

Niemniej jednak, jak na debiut i to jeszcze wydany samodzielnie, jestem pod dużym wrażeniem wyobraźni, umiejętności budowania napięcia, kreacji postaci i pozostawienia czytelnikowi miejsca na głębszą interpretacji treści.
Myślę, że to może być doskonały wstęp do powieści, która pozwala na dużo więcej jak opowiadanie i dużo więcej też wybacza. Czekam zatem na opasłe tomiszcze, w którym Maciej Para rozwinie wszystkie wątki, które zapoczątkował :)

6/10.
#120 Cena honoru - Maciej Para - recenzja - czy warto przeczytać?

Za egzemplarz dziękuję autorowi! 

Data wydania: sierpień 2019
Liczba stron: 360
Kategoria: literatura fantastyczna
Książkę można zamówić u autora - o TUTAJ.

#120 Dwa światła - Maria Paszyńska

#120 Dwa światła - Maria Paszyńska

#119 Dwa światła - Maria Paszyńska - recenzja - czy warto przeczytać?
Jestem zakochana. Jestem zakochana w stylu, którym pisze Maria Paszyńska. Każdą z jej książek traktuję jak gwarancję udanej podróży w czasie i przestrzeni. Świat, który opisuje oglądam zawsze jak obraz. Często bolesny i pełen emocji, ale i tak piękny.
"Dwa światła" to książka o uczuciach, o emocjach, o tym co ze względu na czasy, w których toczy się akcja raczej nie miało prawa? mieć miejsca.
Cztery lata przed wybuchem II wojny światowej przychodzi na świat chłopiec, którego imię utożsamiane jest ze światłem. Szybko okazuje się, że jest to niezwykłe dziecko, muzyczny geniusz.
Jest pochodzenia żydowskiego i wraz z rodziną trafia do getta. Jego oczami przyjdzie nam obserwować głód, śmierć i wyniszczenie prześladowanego narodu. Będzie bardzo obrazowo i emocjonalnie.

"Tamtego popołudnia Szlomo nauczył mnie stawać na rękach. Odtąd ilekroć mdli mnie z głodu, zawsze stosuję jego metodę. Nie jestem pewien jej skuteczności, ale nowa umiejętność bardzo mnie cieszy, a myśl o przyjacielu dodaje sił".

Dzięki pomocy dobrych ludzi, chłopiec w przebraniu dziewczynki opuści getto wraz z babcią i zamieszka u Profesora Sokołowskiego - pianisty, kompozytora i nauczyciela muzyki. Między nim a mężczyznom narodzi się prawdziwa więź. Połączy ich wspólna pasja i talent chłopca. Obydwaj zdają się być kompletnie ponad czasy, w których żyją. Chłopiec oderwany od matki, odnajduje w domu profesorstwa ciepło, namiastkę poczucia bezpieczeństwa i rozwija swój talent.
Jednak jak doskonale wiemy, poza domem, trwa wojna i wielkimi krokami zbliża się wybuch Powstania Warszawskiego.
Nie wiem ile wylałam łez podczas czytania tej książki - wiele. Poznałam codzienność życia w getcie, obfitującą w głód, kradzieże żywności, przemyt, ból i wszechobecną śmierć - historię opowiedzianą oczami dziecka, choć nacechowaną dorosłością. Poznałam jak wielkie znaczenie miała wtedy przyjaźń i jak zbawiennie wpływa ona psychikę. Jak posiadanie celu, sprawiało, że życie choć trochę stawało się lżejsze. Przyjaciel bohatera - Szlomo, równie niezwykły chłopiec.
Zobaczyłam próby prowadzenia życia na tyle normalnie, na ile to było możliwe. Dowiedziałam się ile wtedy znaczył szczery śmiech. Jadano, choć skromne, to wspólne posiłki. Okazało się, że żeby przetrwać nie wystarczy uciec z getta.
Przeszłam ulicami Warszawy patrząc na to, co robiła RONA - Rosyjska Wyzwoleńcza Armia Ludowa. Czułam, choć urodziłam się wiele lat po tych wydarzeniach. Parę razy musiałam przerwać czytanie, z uwagi na obrazowość opisywanych zdarzeń.

"Nim zdążyła odpowiedzieć, na plac weszła zjawa. Naga dziewczyna z ledwie rozwiniętymi piersiami, skołtunionymi włosami, cała w siniakach i zadrapaniach. Po udach spływała krew".

Maria Paszyńska sięgnęła po historię zapomnianego kompozytora, który z Roberta stał się Andrzejem. Uzupełniła informacje, o których historia nie wie - wyobraźnią i warsztatem pisarskim. Chciała przypomnieć postać, o której tak naprawdę niewiele wiemy i z całą pewnością jej się to udało. Szukałam samodzielnie informacji o bohaterze tej opowieści. Słuchałam jego muzycznych wykonań. Podziwiam jej wiedzę historyczną; postaci i wydarzenia, o których wspomina można bez problemu zweryfikować.
Każdy z rozdziałów nosi tytuł zaczerpnięty z muzycznej terminologii, a słowa autorki niczym nuty tworzą tę opowieść, jak melodię.
Książkę zamyka Posłowie, z którego dowiemy się kto kim w rzeczywistości jest, a kto kim był inspirowany.

To nie była tylko wędrówka poprzez karty historii i kalejdoskop emocji, to podróż w głąb siebie. Czy my bylibyśmy w stanie przetrwać i nauczyć się żyć dalej? Czy umielibyśmy oddać się pasji, kształtować ją, pokierować myśli tak, by choć na chwilę znaleźć się poza rzeczywistością? Andrzej zmagał się z syndromem ocalałego. Cierpiał bo przeżył, a inni musieli zginąć.
Jak my poradzilibyśmy sobie z takim obciążeniem? 


Wydawnictwo: Pascal

Data wydania: 16. października 2019
Liczba stron: 400
Kategoria: literatura piękna/historyczna

Recenzja napisana dla portalu bookhunter.pl

#119 Straszne opowiadania - Karolina Dyga

#119 Straszne opowiadania - Karolina Dyga

 #119 Straszne opowiadania - Karolina Dyga - recenzja - czy warto przeczytać?

Od zawsze fascynujemy się tym co niewytłumaczalne, czego nie da się łatwo zrozumieć. Lubimy się bać, strach nas paraliżuje, ale i kusi. Serce przyspiesza, krew płynie szybko, pojawia się gęsia skórka i to mrowienie, które czasem bywa przyjemne. Bardzo trudno jest mnie przestraszyć obrazem, a słowem jeszcze trudniej, jednak nie jest to niemożliwe.

"Straszne opowiadania" Karoliny Dygi kuszą głównie z uwagi na dopisek, iż są oparte na faktach i ciekawą szatę graficzną, która jest prawdziwym atutem tej antologii.
Nie będę nikogo czarować, że te historyjki są w stanie kogoś przestraszyć, bo to się raczej nie zdarzy. Nie będę też snuć historii jak to mi się je wspaniale czytało, bo to nie prawda. Przeczytałam zaledwie dwa opowiadania i to mi wystarczyło, by stwierdzić, że cechuje mnie kompletnie inna wrażliwość emocjonalna i przede wszystkim językowa. 
 
Nie oczekuję po publikacjach tego rodzaju poetyckich uniesień, choć wiem już, że i takie są możliwe, niezależnie od tego w jakim gatunku tworzy autor. Z jednej strony język jest bardzo prosty, a z drugiej kompletnie odrealniony.
Jak długo żyję nie słyszałam, by tak ktoś ze sobą prowadził rozmowę, gdziekolwiek i kiedykolwiek, a z uwagi na różnorodność miejsc mojej pracy, zetknęłam się z wieloma środowiskami. I tutaj też długość mojej linii życiowej może mieć ogromne znaczenie, po prostu zbyt wiele wiosen już za mną, by mnie taka stylistyka wypowiedzi satysfakcjonowała i przy której mogłabym odpocząć.


Postaci są papierowe. Mówią coś, a ich emocje wyrażają jedynie znaki interpunkcyjne. Wokół nich dzieją się nadprzyrodzone rzeczy, demony, duchy, a napięcia i emocji ani grama. Logiki w ich poczynaniach też nie odnotowałam.
Wiem, że to debiut. Wiem, że debiuty bywają różne.
Język polski jest tak pięknym językiem, umożliwia wszystko. Nie tylko nazywanie emocji, ale ich stopniowanie. Budowanie napięcia i nie trzeba do tego wyszukanych metafor, czy obcobrzmiących słów.
Rozumiem, że komuś "szybkie czytanie" wystarcza, mi niestety nie. Choć nie miałam wielkich oczekiwań, to i tak czuję się zawiedziona.

W związku z tym, że nie przebrnęłam, ani nie wrócę też do tej lektury, powstrzymam się od oceny. 


Za swój egzemplarz dziękuję wydawnictwu Znak.


Wydawnictwo: ZNAK

Data wydania: 30. października 2019
Liczba stron: 320

Kategoria: literatura faktu

#118 Rytuały wody - Eva García Sáenz de Urturi

#118 Rytuały wody - Eva García Sáenz de Urturi


#118 Rytuały wody - Eva García Sáenz de Urturi - recenzja - czy warto przeczytać?

Choć lubię i bardzo cenię hiszpańskich twórców, to mam z nimi zwykle mały problem. Z jednej strony mnie intrygują, a z drugiej narracja jaką prowadzą często kończy się u mnie znużeniem.
Mam tak z zarówno filmem jak i literaturą. Potrafię docenić, ale czegoś jednak mi brakuje.

Z "Ciszą białego miasta" miałam podobnie. Nie mogłam wciągnąć się w fabułę i nie wiem czego to była wina, czy trudnych jak dla mnie imion i nazwisk, czy sposobu snucia opowieści,lekko sennego, mimo że opowiadającego o brutalnych morderstwach. Czytałam jednak dalej i kiedy wszystkie informacje zaczęły się zazębiać, to przepadłam w fabule i nie odłożyłam książki, aż jej nie skończyłam.

Z "Rytuałami wody" natomiast mam kompletnie inaczej. Może to, że wiedziałam już czego się spodziewać, a może bardziej dynamiczna narracja spowodowały, że od początku zostałam przez tę książkę pochłonięta.

Bohaterowie, których znamy z pierwszej części - Unai zwany Krakenem i jego szefowa Alba są na innym etapie życia. Raz, że Kraken po postrzale zaprzestał komunikacji werbalnej z powodu afazji Broki, dwa jego szefowa i kochanka spodziewa się dziecka. Jak możemy się domyśleć nie bardzo wie, kto jest jego ojcem. Esti zmaga się z żałobą po śmierci brata i czymś na kształt odpowiedzialności za śmierć Nancha -  jednej strony uratowała Albę i nie tylko ją, z drugiej zabiła człowieka, kim on by nie był. Każdy nosi swój własny - przysłowiowy - krzyż.

Tymczasem w górach zostaje odnalezione ciało ciężarnej kobiety, poddanej najprawdopodobniej rytuałowi wody, wywodzącemu się z celtyckich wierzeń. Jakby tego było mało, to ofiara okazuje się starą znajomą Krakena, którą poznał na obozie archeologicznym ponad dwadzieścia lat temu.
Akcja ponownie będzie  pełna retrospekcji, przez które poznamy charakter znajomości śledczego i ofiary, jak i losy pozostałych członków obozu.
Esti ma nowy zespół, który warunkowo wspiera Unai. Warunkowo, ponieważ musi odbywać terapię logopedyczną, której ukończenie pozwoli mu na pełen powrót do służby.

Śledztwo jest, tak samo jak w przypadku pierwszej części, niezwykle złożone, zawiłe. Sam schemat jest zresztą łudząco podobny i tu można upatrywać jakiegoś zarzutu. Byłam też trochę zawiedziona, że Unai dużo dłużej, jak ja, dochodził do ustalenia tego, kto stoi za rytuałami wody. Rozumiem jednak, że mógł być to zabieg celowy, mający podkreślić zarówno jego stan emocjonalny jak i niepełne zdrowie fizyczne.

Autorka ponownie podkreśla znaczenie rodziny i dzieciństwa. Jego wpływu na to kim możemy się stać. Bo możemy, a nie musimy. Dochodzi tutaj motyw rodzicielstwa i tego jakimi rodzicami chcemy być. Czy zawsze jesteśmy świadomi odpowiedzialności, jaką ponosimy sprowadzając na świat nowego człowieka i zajmując się jego wychowaniem.
Porusza też problem znany nam z programów reporterskich, a być może i z codzienności, kiedy to podejrzewamy, albo nawet wiemy, że jakiemuś dziecku obok dzieje się krzywda, a mimo to milczymy. Udajemy, że nie widzimy, nie słyszymy.

To nie tylko sprawnie napisany kryminał, podobnie zresztą jak pierwsza część, to powieść o bogatym tle obyczajowy, poruszającym problemy współczesnego społeczeństwa, nawet w cyberprzestrzeni.
Eva García Sáenz de Urturi pięknie opowiada o swoim kraju. Wprowadza hiszpańskie nazwy, mówi o historii, sztuce, czy architekturze. Za pomocą jej słów możemy przespacerować się po Vitorii, czy hiszpańskiej wsi - nie wychodząc ze swojego domu.

Widziałam, że niektórzy czytelnicy zaczęli czytać "Trylogię Białego Miasta" od "Rytuałów wody", ale ja tego nie polecam. Nie zrozumiecie niuansów. Nie będziecie wiedzieć po co Estibaliz srebrny eguzkilore, o co dokładnie chodzi z Tasio i Nanchem. Skąd się wzięła Golden Girl i MatuSalem. Wprowadzi to niepotrzebny chaos, który odbierze przyjemność z łączenia obu części.

Pierwszy raz po przeczytaniu kolejnej książki z cyklu nie czuję zawodu, wręcz przeciwnie. Tę część czytało mi się dużo lepiej, ale ma to również swoją wadę... za szybko się skończyła.
Jeżeli trzeci tom będzie równie dobry to będzie to najlepszy cykl kryminalny jaki czytałam.
8/10.

#118 Rytuały wody - Eva García Sáenz de Urturi - recenzja - czy warto przeczytać?

Za swój egzemplarz dziękuję wydawnictwu MUZA



Wydawnictwo:MUZA
Data wydania: 30. października 2019
Liczba stron: 535
Kategoria: kryminał/sensacja/thriller
Tłumaczenie: Katarzyna Okrasko
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...