Pokazywanie postów oznaczonych etykietą recenzja. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą recenzja. Pokaż wszystkie posty
#117 Zatrutka - Ewa Przydryga

#117 Zatrutka - Ewa Przydryga


#116 Zatrutka - Ewa Przydryga - recenzja - czy warto przeczytać?
Wyobraź sobie, że jest zwykły dzień. Wstajesz i znajdujesz liścik od partnera, że za chwilę wróci, że wyszedł tylko zaczerpnąć powietrza. Przygotowujesz śniadanie, a partner nie wraca. Czas mija, a jego nadal nie ma. Dzwonisz nie odbiera. Wszystko przyspiesza, łapiesz dziecko i jedziesz w miejsce wskazane przez osobę, która znalazła telefon Twojej drugiej połowy.
Widzisz piasek, morze i rzeczy osobiste najbliższego Ci człowieka, a po nim samym nie ma śladu. Tkwisz między czasem a przestrzenią, tylko po to, by zajmować się dzieckiem, bo musisz, nie masz wyjścia. Policja twierdzi, że to było samobójstwo. Ty nie dopuszczasz do siebie takiej myśli. Ale jak to? Przecież to niemożliwe! Znam GO! Znam JĄ!
Taki mniej więcej scenariusz rozegrał się na oczach Piotra, męża Anki. Kobieta zmagała się z depresją poporodową, ale podobno było lepiej... Podobno, bo zniknęła i tylko Piotr wierzy, że jego żona nadal żyje. Nie zgadza się na zakończenie sprawy przez policję i postanawia sam, wbrew temu co mówią inni, odnaleźć żonę. Zagłębia się w jej przeszłość, dociera do starych znajomych, z niektórymi z nich nie zdąży porozmawiać drugi raz. Każdy fragment przeszłości jaki odsłoni spowoduje, że w jego głowie powstaną kolejne pytania, a obraz Ani, który znał do tej pory mocno się zachwieje.

Kim jest ta kobieta, z którą tworzył rodzinę?

Czytam dużo, ale już dawno nie trafiłam na książkę, którą po prostu musiałam przeczytać. Nie pamiętam kiedy przepadłam w fabule tak, że nie odłożyłam książki, dopóki nie przeczytałam ostatniego słowa.
Ewa Przydryga nieśpiesznie opowiada nam historie z pozoru idealnego małżeństwa. Okazuje się, że najbliżsi sobie ludzie są jednocześnie dla siebie kompletnie obcy. Nic o sobie nie wiedzą. Dodatkowo, zarówno jedno i drugie nawiedzają wewnętrzne demony. Przeszłość, która do nich wraca i jak się okazuje nie tylko pod postacią przytłaczających myśli.
Jedno zatajenie, przemilczenie, kłamstwo rodzi kolejne i następne, aż w końcu gramy kogoś kim nie jesteśmy. A życie to nie teatr i nie możemy stale udawać. Podejmujemy decyzje, które powoli nas niszczą.
To złożona opowieść o strachu i miłości, która sprawia, że jesteśmy w stanie poświecić siebie by uchronić najbliższych. O błędach i żalach, które gdyby zostały głośno wypowiedziane przestałyby tak przytłaczać. O moralności i o toczących nas wyrzutach sumienia, przez które oglądamy swoje życie zamiast po prostu... żyć. O tym, jak nie jesteśmy często świadomi, jak dzieciństwo wpływa na nasze już dorosłe wybory.
Listy, które Ania pisze do matki są bardzo emocjonalne i stanowią dla niej swego rodzaju terapię, drogę do oczyszczenia i zrozumienia siebie.


"Kiedy obok nie ma nikogo, komu na tobie zależy, kto swoją fizyczną powłoką potrząśnie, wyciągnie cię z tunelu toksycznych myśli na światło dzienne i podszepnie właściwe rozwiązanie, wtedy znowu to robisz. Podejmujesz kolejną siejącą zniszczenie decyzję. Podyktowaną strachem i samotnością".

Rozdziały przypominają kartki z kalendarza, są opatrzone datami, a czasem dokładną godziną zdarzenia. W teraźniejszość wplatane są retrospekcje.
Książkę zdobi niezwykle klimatyczna okładka, a na jej drugiej stronie znajdziemy świetną mapę obrazującą obszar, na którym akcja się toczy.
W treści pojawiają się utwory Sarsy, które świetnie dopełniają klimat, jaki stworzyła autorka.
Jest ponuro i emocjonalnie, to dobry thriller psychologiczny, mogący spokojnie konkurować z zagranicznymi. Wszystkie wątki bardzo dobrze się ze sobą łączą i prowadzą do - jak dla mnie - kompletnie nieoczywistego finału, a żaden inny tytuł nie zobrazowałby treści tak dokładnie, jak właśnie "Zatrutka".
Bardzo dziękuję autorce za tak dobrą lekturę i życzę jak najszybszego wydania kolejnej powieści! 

Wydawnictwo: Novae Res
Data wydania: 20. września 2019
Liczba stron: 360
Kategoria: kryminał/sensacja/thriller

Recenzja napisana dla portalu bookhunter.pl

#115 Farma Heidy - Steinunn Sigurðardóttir

#115 Farma Heidy - Steinunn Sigurðardóttir

#115 Farma Heidy - Steinunn Sigurdardóttir  - recenzja - czy warto przeczytać?

Islandia jawi się w mojej głowie jako magiczna kraina lodu i ognia. Coś jeszcze nie do końca zagarniętego przez człowieka, miejsce gdzie nadal ostatnie słowo ma przyroda. Tak po cichu marzę by kiedyś tam nie tylko pojechać, ale i zostać na stałe.
"Farma Heidy. Owce, islandzka wieś i naprawianie świata" Steinunn Sigurðardóttir mimo tego, że okazała się trochę inna niż zakładałam, to tylko to moje marzenie wzmocniła. 

Książkę zdobi okładka z wtopionym w tło tytułem jak napis Hollywood, być może jest to takie mrugnięcie okiem do bohaterki książki - Heidy Ásgeirsdottír, która ma za sobą karierę modelki. Kobieta jednak nie przywiązuje większej wagi do tego jak wygląda, woli ciężką pracę i wieczory z książka, i ukochanym psem u boku od wielkiego świata mody.
Treść została podzielona na cztery części - pory roku - wedle, których toczy się życie zarówno Heidy jak i całej Islandii. Motyw okładki pojawia się na początku każdej części, a co parę podrozdziałów pojawiają się zdjęcia bohaterki, dopasowane do stylistyki zdjęcia głównego. Znajdziemy tu też wtrącenia z wystąpień Heidy i jej limeryki, które tworzy na potęgę, jak cała zresztą jej rodzina.

"Człowiek nie ma co biadolić, jeśli nie jest mu źle. Powinien też mieć dość pokory, by być wdzięcznym, że przyszedł na świat w Islandii, wolnej od okropieństw wojen i ubóstwa. Że jest syty i szczęśliwy".

Bohaterka opowiada o swojej codzienności. Mozolnej i ciężkiej pracy, o zmaganiu się z pomysłami koncernów energetycznych, których plany prowadziłyby tylko do degradacji środowiska. Swojej drodze od nieśmiałej dziewczyny do silnej i pewnej siebie kobiety niebojącej obracać się w dość brudnym politycznym światku.
Przyjęło się, że kobieta powinna być delikatna, subtelna i cicha. Powinna zajmować się domem, gotować, prać, sprzątać i być matką. Heida jest taka jaka chce być, a nie taka  jaką chcieliby ją widzieć inni.
Pracuje na traktorze, zajmuje się owcami, potrafi je zręcznie i szybko strzyc, potrafi sprawdzić czy maciorka spodziewa się młodego. Radzi sobie z końmi, oprowadza wycieczki, naprawia dom, kiedy jest taka potrzeba, nawet z dachem sobie poradzi. W międzyczasie walczy z koncernem energetycznym i uprawia lokalną politykę.
Kiedy odważyła się wyjść przed szereg spotkała się oczywiście z ostracyzmem i to ze strony znanych jej osób, ludzie odwracali od niej wzrok, a mimo tego, że jest tak naprawdę bardzo wrażliwa, nadal robiła i robi to, co uważa za słuszne.

Książka jest napisana w taki sposób, że mamy wrażenie, że ta kobieta siedzi z nami przy stole, popija herbatkę i opowiada co ją dziś spotkało, co robiła i co wtedy myślała. Styl wypowiedzi przypomina mi gawędę.
Życie na Islandii oczami Heidy to prawdziwa harówka. Kobieta nie raz bywała wycieńczona, ale kocha swoją codzienność dyktowaną porami roku.
Miło mi się czytało opowieść kogoś, kto prowadzi potężną i prężnie działającą farmę, która z założenia nastawiona jest na zysk, a nadal znajduje miejsce i czas; na miłość i szacunek do zwierząt, które są jego źródłem utrzymania.

"Niszczenie krajobrazu jest bezprzykładną krótkowzrocznością. Nie mamy do tego prawa... Życie trwać będzie po naszej śmierci. W każdym razie mocno wierzę w to, że życie będzie trwało dalej, kiedy mnie już nie będzie, choć sama nie mam dzieci".

Kraina lodu i ognia jest nadal bardzo niebezpieczna nie tylko owiec, które odłączyły się od stada, ale i dla ludzi, którzy często umniejszają potędze natury. 
Dowiemy się jak łatwo można stracić życie przez swoją lekkomyślność i wcale nie trzeba być przyjezdnym by popełniać błędy.
Jak mieszkańcy sobie radzą w czasie kiedy ziemia jest skuta lodem, a trzeba na przykład pochować jakieś zwierzę. 
Podobało mi się również wplatanie w treść islandzkich nazw, czy staroislandzkich porzekadeł nadawało to nuty magii opisom ciężkiej codzienności.

"Katastrofy mijały i ziemia dochodziła do siebie. Elektrownie nie mijają, nie da się ich cofnąć i nic nie dochodzi do siebie. Nie starajmy się przebić starej Katli".

Zazdroszczę bohaterce tej pasji i oddania, którym darzy swoje miejsce na ziemi. Poczucia celu i pragnienia realizacji misji. Brakowało mi jedynie jakichś dłuższych opisów piękna samej przyrody tej dzikiej krainy.
Mimo to znakomicie się bawiłam i sądzę, że mogłabym się odnaleźć nawet w tak ciężkiej codzienności.
7/10.

Za swój egzemplarz dziękuję Wydawnictwu Kobiecemu.


Wydawnictwo:Wydawnictwo Kobiece
Data wydania: 30. października 2019
Liczba stron: 312
Kategoria: literatura faktu
Tłumaczenie: Jacek Godek
#114 Osada - Camilla Sten

#114 Osada - Camilla Sten

#114 Osada - Camilla Sten - recenzja - czy warto przeczytać?
Jak już kiedyś wspomniałam - bardzo ciężko jest mi odczuć niepokój podczas czytania.
"Osada" Camilli Sten to powieść mająca wszelkie przymioty dobrej powieści grozy.
Mamy górnicze miasteczko Silvertjärn, które od sześćdziesięciu lat straszy pustką i tajemnicą - wszyscy mieszkańcy zniknęli i przez lata nie udało się odkryć tego, co się tak naprawdę tam wydarzyło.

Alice - wnuczka jednej z byłych mieszkanek osady, chce rozwiązać tę zagadkę i przy okazji nakręcić dokument. To właśnie ona jest narratorem tej książki, nadmieniam, że narracja jest prowadzona w osobie pierwszej.
Jedzie tam wraz ze znajomymi, którzy mają pomóc jej przy filmie. Młodzi ludzie wjeżdżają w martwą strefę i bez żadnego kontaktu ze światem zewnętrznym, będą spacerować po tym miasteczku - widmie i odkrywać jego sekrety.
Odkryjemy jakie związki rodzinne łączą członków grupy z mieszkańcami Silvertjärn i będziemy starali się ułożyć pozyskane informacje niczym puzzle, by móc zobaczyć to, co wydarzyło się sześćdziesiąt lat temu.
Książkę rozpoczyna prolog - zapis wydarzeń jakie miały miejsce tuż po zniknięciu całej populacji osady - i już w tym miejscu autorka zaczyna budować klimat niewiadomej i stopniować napięcie. 
Zapoznajemy się z zarysem projektu jaki prowadzi główna bohaterka powieści, przypomina on coś na kształt - zbiórki pieniędzy, jakie często organizują niezależni twórcy.
Następnie książka dzieli się na dni tygodnia, w których filmowcy przebywali na terenie miasteczka, a treść jest przeplatana retrospekcjami z życia rodziny babci Alice. Pojawiają się też listy pisane przez siostrę babci dziewczyny i jej matkę. Na końcu znajdziemy epilog.
Historia miasteczka wiąże się zamknięciem kopalni i utratą zatrudnienia przez wiele osób. Ludzie stracili możliwość zarobku, było im ciężko, wielu traciło poczucie sensu. Wtedy w miasteczku zjawił się duchowny i w mieszkańcach na nowo rozkwitła nadzieja na lepsze jutro. Trochę w myśl powiedzenia "jak trwoga to do Boga".
W domach na półkach nadal stoją produkty żywnościowe, w spróchniałych budynkach, pokrytych łuszczącą się farbą odnajdziemy meble; szafy z ubraniami, czy różne zapiski. Wszystko wygląda tak jakby mieszkańcy mieli zaraz wrócić.
Autorka świetnie pokazała ludzką podatność na manipulacje w czasie kryzysu. Kiedy jesteśmy tak zrezygnowani, że chwytamy się każdej deski ratunku. Budowanie wspólnoty, wiara, chęć naprawy swojego życia i dla równowagi poszukiwanie przyczyny nieszczęścia, które kiedy w końcu nabierze realnego kształtu jest przecież możliwe do usunięcia.
Podobało mi się jak stopniowała napięcie i powoli odkrywała karty. Jak strach wśród uczestników filmowej wyprawy narastał powoli, jak z młodych i pełnych kreatywnego spojrzenia na życie ludzi, przeistaczali się zaszczute jednostki i nie potrafili odróżnić tego, co jest rzeczywiste, a co tylko się im wydaje.
Niezwykle łatwo tracili zaufanie do siebie nawzajem. Na światło dzienne wychodziły stare urazy, niedopowiedzenia.
Camilla Sten świetnie stworzyła duszny, klaustrofobiczny klimat, który zdaje się otaczać ekipę jak mgła i powoli dusić. Dźwięki, które słyszą z krótkofalówek, odczuwanie, że są przez kogoś obserwowani - wszystko to powoduje, że napięcie stale narasta.
Choć obie grupy przebywające na terenie osady dzieli sześćdziesiąt lat, to tak naprawdę postępują one w jednakowy sposób. 
W "Osadzie" nie znajdziemy nadprzyrodzonych mocy, i nienazwanego zła.
To wycinek historii o ludzkości. O tym, co w nas samych jest od zawsze i jak niewiele trzeba, by rozrosło się do ogromnych rozmiarów i zrobiło z nas armię kukieł - zdolną do niesienia śmierci i zniszczenia, niezależnie od tego kim byliśmy wcześniej.
Upadek człowieka jako jednostki, degeneracja moralności i zło rozrastające się jak rak. 
Forma przedstawienia tej opowieści przypomina mi modne swego czasu filmy kręcone "z ręki", stajemy się uczestnikami wydarzeń. Autorka często wspomina media społecznościowe i zwykłą codzienność przez co można odnieść wrażenie realności fabuły.
Choć nie odczułam niestety żadnej grozy, czy strachu, to uważam, że to naprawdę dobra pozycja, która skrywa w swojej treści dużo więcej, niż się na początku wydaje. Nie powinna być raczej kwalifikowana jako horror, dla mnie to bardziej thriller psychologiczny. Co wrażliwsi być może odczują jakieś mrowienie, czy nawet zalążek strachu. Myślę, że przypadnie do gustu czytelnikom lubującym się w rozkładaniu naszej - często zwierzęcej natury, na czynniki pierwsze.  
7/10.

Za swój egzemplarz dziękuję wydawnictwu Zysk i S-ka.

Wydawnictwo: Zysk i S-ka
Data wydania: 15. października 2019
Liczba stron: 400

Kategoria: horror
Tłumaczenie: Maciej Muszalski

#112 Tess Gerritsen - Kształt nocy

#112 Tess Gerritsen - Kształt nocy

#112 Tess Gerritsen - Kształt nocy - recenzja - czy warto przeczytać?
Tess Gerritsen jest z zawodu lekarzem internistą, pisze thrillery medyczne i romanse kryminalne. Słyszałam o jej książkach naprawdę wiele dobrego, więc kiedy zobaczyłam, że nakładem Wydawnictwa Albatros ukaże się jej najnowsza powieść, wiedziałam, że tym razem nie odpuszczę i sprawdzę jak pisze ta sławna pisarka.

Ava Collette główna bohaterka "Kształtu nocy" jest pisarką i właśnie pracuje nad książką kucharską. Wynajmuje dom na wybrzeżu nazywany Strażnicą Brodiego, mieszczący się na kompletnym odludziu. Ava potrzebuje odpocząć od ludzkiego towarzystwa, ponieważ zmaga się z jakąś traumą, która zdominowała jej myśli. To z jej powodu nie stroni od alkoholu.
Zamieszkuje w domu, który nadal jest w remoncie, razem ze swoim kotem rasy Maine Coon (irytowała mnie ta spolszczona nazwa) - Hannibalem i nocami wsłuchuje się w mysie harce.
Z każdą kolejnym dniem, przekonuje się, że nie jest sama w tym starym domu i coraz silniej odczuwa czyjąś obecność. Kiedy poznaje przeszłość budynku, losy kapitana, do któregoś należał oraz historie wszystkich poprzednich lokatorek, jej niepokój narasta, ale narasta również jej ciekawość.
Nawiązuje dziwną relację z postacią, która ją nawiedza.
Pojawia się też wątek kryminalny związany z poprzednimi lokatorkami i ich tajemniczymi zgonami.
Kobieta nosząca w sobie tajemnicę, opuszczony i stary dom, będący we władaniu nie tylko wydarzeń, ale i ich cielesnych emanacji, wzburzone morze, nostalgia...
To wszystko już gdzieś było. 
Nie przeszkadzało mi to jednak w dalszym odkrywaniu powieści.
Styl Tess Gerritsen jest bardzo prosty, umożliwiający błyskawiczną lekturę, która ( w przypadku tej konkretnej książki) raczej nie skłania do głębokiej refleksji, ma to być czysta rozrywka. Z takim tez zamiarem czytałam dalej.
Jednak kiedy zrozumiałam, że akcja prowadzi wprost do uciech cielesnych z postacią nadnaturalną, z każdą kolejną stroną narastało we mnie jedynie zniesmaczenie. 

Na początku wydawało mi się, że ma to być thriller psychologiczny z obciążoną przeszłością bohaterką i nawiązaniem do stylistki powieści gotyckiej.
Jednak tylko tak mi się wydawało. 
Ava nie jest zbyt bystra, nie wyciąga oczywistych wniosków, dodatkowo otępia się alkoholem oraz poddaje fantazjom seksualnym.
Brak mi tutaj jakiejkolwiek głębszej charakterystyki psychologicznej, którejkolwiek z postaci. 
Odniosłam wrażenie, że to taki niezbyt wyszukany, choć miał chyba trochę szokować, paranormalny romans. 
Sposób postępowania bohaterów, zdobywania informacji o historii budynku, kapitana czy pomoc ze strony medium? przypominał mi masowe amerykańskie produkcje, które jak grzyby po deszczu zalewają rynek w okolicach Halloween.

Przeczytałam tę książkę, choć nie było to łatwe, bo z każdą kolejną stroną pytałam się samej siebie - po co to w ogóle robię? Tylko z poczucia obowiązku - swojego wewnętrznego uporządkowania i dążenia do kończenie tego, co zaczęłam.

Jestem trochę zła, bo liczyłam na dobrą fabułę, ciekawy temat - nawet jak z założenia był już odtwórczy, ale niestety nic z tego nie dostałam.
Gdyby nie zapewnienia innych osób, zasilających rzeszę fanów autorki, o jej naprawdę dobrych poprzednich książkach, to nie wiem czy chciałabym jeszcze kiedykolwiek coś spod jej pióra przeczytać.

Niemniej jednak uważam, że znajdzie się grono osób, którym tak podany temat nawiedzeń przypadnie do gustu i będą tą lekturą usatysfakcjonowani. 
To nie była po prostu książka dla mnie.


Za swój egzemplarz dziękuję Wydawnictwu Albatros.



Wydawnictwo: Albatros
Data wydania: 16. października 2019
Liczba stron: 352
Kategoria: kryminał/sensacja/thriller
Tłumaczenie: Jerzy Żebrowski


#111 Kafelek Mistrza Alojzego - Zbigniew Białas

#111 Kafelek Mistrza Alojzego - Zbigniew Białas




"Kafelek Mistrza Alojzego" to powieść, na którą składają się dwa tomy z cyklu o glazurniku Alojzym Korzeńcu - tom I "Korzeniec" i tom II "Puder i pył", które zostały scalone i wydane w nowej szacie graficznej przez Wydawnictwo MG. 
 
Akcja powieści toczy się w latach 1913-1919 w Sosnowcu, Mysłowicach, Trójkącie Trzech Cesarzy i okolicach. Bohaterów na tej kolorowej scenie jest wielu, tak jak i wątków. 

Sam tytułowy mistrz nie gra ciałem zbyt długo, ponieważ ktoś usuwa go brutalnie ze sceny pozbawiając go... głowy. Głowa z kolei staje się przedmiotem szmuglu... I sprawą, dość osobiście, interesuje się redaktor naczelny dziennika "Iskra" Walerian Monsiorski, osobiście ponieważ nie tylko zna, ale i żywo interesuje się małżonką zamordowanego - Jadwigą, a ta lubi umilać sobie czas spożywając halucynogenny absynt.
Ze sprawą powiązany jest również publikujący romanse na łamach prasy pisarz - Klandestyn Bizukont, będący w związku z Korzeńcem, o czym ten, zanim pozbawiono go głowy, zdawał się nie wiedzieć.
Nie bez znaczenia dla sprawy będzie postać Eustachego Goździka - zarządcy rzeźni.
Na scenie ujrzymy również Emmę, fińską guwernantkę, pracującą u niemieckiego fabrykanta pana Dietela.
Pojawi się też Pola Negri, której ścieżki połączą się z hrabią Eugeniuszem Dąmbskim, za sprawą próby przemytu dobra kulturowego Polski.
Rasputin też gdzieś tutaj przemknie, a Pietruszka będzie tłukła kafle, co nie przysporzy jej raczej długowieczności. 

Nie jest to kryminał, jakby się można było spodziewać. To obszerna powieść historyczno-obyczajowa z trupem jako wątkiem łączącym - nadającym sensacyjnego sznytu, nacechowana specyficznym humorem. Głównym bohaterem, tak naprawdę, jest samo miasto, które zdaje się być miejscem, gdzie krzyżują się wszelkie kulturowe ścieżki ówczesnej Europy. 

Autor świetnie włada językiem polskim i buduje bogate, długie zdania żywcem wyjęte z epoki. Wplata w nie wtrącenia z różnych języków, które można było wtedy w Sosnowcu usłyszeć niemal na każdej ulicy. Pojawia się też gwara, a co za tym idzie - i język bardzo potoczny. 

Żart - jak wspomniałam jest bardzo specyficzny - jednych zirytuje, innych zniesmaczy, a innych - w tym mnie - rozbawi.
Powieść czytałam dość długo z uwagi na jej złożoność i różnorodność kulturową.
Zbigniew Białas nie tylko odtworzył Sosnowiec za pomocą słów, ale stworzył prawdziwy, żyjący obraz.
To miasto błyszczy w słońcu, mienie się kolorami, jest upstrzone plakatami reklamującymi różne wydarzenia, jest głośne, hałaśliwe.  I czasem też brudne, i to w różnych wymiarach. Czułam się jakbym spacerowała ulicami tej pięknej aglomeracji, tak bardzo różniącej się od tej, którą znam głównie ze współczesnych dowcipów...

"Kafelek Mistrza Alojzego" wiele mówi o współczesności, bo tak naprawdę pod względem mentalnym, aż tak bardzo się nie zmieniliśmy. Nadal pieczołowicie tępimy wszystko czego nie znamy i chyba nadal sami siebie nie lubimy.
Wszędzie jest lepiej niż w Polsce, bo wszędzie dobrze gdzie nas nie ma. 

Autor nie boi się też wskazać, że często nasza fizjonomia odzwierciedla całe nasze życie, co uwidacznia się kiedy się starzejemy.

"Im człowiek starszy, tym czytelniejsza jego twarz, tym mniej w fizjonomii przypadkowości. Jest tylko to, co wykuwało się uporczywie całymi latami. Wszystkie myśli i uczynki, prawdy i oszustwa, każda chwila pożądliwości, każdy moment zawiści, ale także każdy szlachetny gest i szczery śmiech - nic się w procesie wieloletniego rzeźbienia twarzy nie marnuje, nic nie jest stracone ani zapomniane. Nic nie pozostaje ani darowane, ani niewynagrodzone. Tak, zapłata przychodzi już w tym życiu. "
To z jakim wyrazem twarzy lepiej spędzić jesień życia?

Są tu aranżowane i nielubiące się małżeństwa. Są bogaci -  których poziom moralności wyznacza zasobność portfela, i biedni - starający się przetrwać kolejny dzień. Są też kobiety trudniące się najstarszym zawodem świata, czyli pełen przekrój społeczeństwa.
W związku tym, że powieść jest nie tylko wielowątkowa, ale i wielowymiarowa, została zaadaptowana na sztukę teatralną przez Teatr Zagłębia w Sosnowcu.
Podsumowując, mimo obszerności tej historii, morza dygresji, który objawiał się czasem jako narracyjny szum (treści wystarczyłoby na wieloodcinkowy serial) - to była to ciekawa przygoda z dobrym stylem i wiedzą historyczną o mieście, na które od dziś patrzę trochę inaczej.



Wydawnictwo: MG
Data wydania: 16. października 2019
Liczba stron: 658
Kategoria: literatura piękna

Recenzja napisana dla portalu bookhunter.pl

#110 Cichoborek - Urszula Stokłosa

#110 Cichoborek - Urszula Stokłosa

#110 Cichoborek - Urszula Stokłosa - recenzja  - czy warto przeczytać?
Choć Cichoborek nie istnieje, próżno szukać go na mapie, jak i stacji autobusowej Smęcice, to mam wrażenie, że znam tę miejscowość doskonale, a czasem bywam mieszkańcem tej wymyślonej przez Urszulę Stokłosę wsi.

Główną bohaterką tej historii myślę, że można nazwać Justynę. Dlaczego myślę, że można? Ponieważ "Cichoborek" aż pęka w szwach od istotnych dla fabuły postaci, z których każda jest niezwykle barwna i nosi w sobie wiele smutku, nawet jak nie jest go zupełnie świadoma.
Nie wiem nawet, czy to sama wioska nie jest nie tyle sceną, co głównym aktorem.
Justyna przeżyła prawdziwą traumę, stratę, po której nie wszyscy byśmy byli w stanie się podnieść.
Jak każde chmury w końcu rozwiewa wiatr, tak Justyna pragnie zmiany i na pragnieniu nie poprzestaje, ponieważ znajduje pracę właśnie w Cichoborku.
Będzie opiekunką pewnej starszej i schorowanej kobiety, z którą zamieszka. Znowu poczuje się potrzebna i nawiąże wiele nowych więzi z mieszkańcami i na życie paru z nich będzie miała znaczący wpływ.
Powieść składa się z trzynastu rozdziałów, a narracja prowadzona jest w osobie trzeciej.

Powieść Urszuli Stokłosy jest napisana w dość niespotykanej formie. Każdy z rozdziałów jest skonstruowany na kształt opowiadania o innej osobie, ale wszystkie te opowieści łączą się ze sobą, tak jak los każdego z nas splata się z losami innych ludzi.
Wioska, o której pisze autorka, to jedna z tych jakich wiele na całym świecie. Wszyscy o wszystkich wszystko wiedzą. Każdy ma swój plan dnia i się go trzyma, a całe życie toczy się wokół cyklu obrzędów kościoła katolickiego. Od wesela przez chrzest do stypy.
Chociaż wszyscy się znają, to tak naprawdę nikt nic o sobie nie wie. A najbardziej widać to w zawieranych małżeństwach. Pary są sobie całkowicie obce, nie znają ani swoich potrzeb, nie mają wspólnych planów. Nikt tu z nikim szczerze nie rozmawia, za to żaden skandal nie umknie uważnemu oku ekspedientki jedynego sklepu we wiosce - Pani Jadzi.
Rodzice nic nie wiedzą o swoich dzieciach, które rodzą się jakoby z musu ich posiadania - bo co ludzie powiedzą na bezdzietne małżeństwo. Kobiety trwają w małżeństwach nacechowanych obrzydzeniem do męża, a mężowie wolą szukać płatnych uciech cielesnych niż przyznać otwarcie, że taka małżeńska relacja też im nie służy.
Jedną z bohaterek jest też niezwykle empatyczna dziewczynka, której wyjątkowości boją się wszyscy - łącznie z rodzicami.

Choć to smutna opowieść o bylejakości codzienności, o trwaniu w przyjętym schemacie, o kłamstwie powtarzanym tak często, że stało się w końcu prawdą - to czyta się ją bardzo lekko, a to za sprawą dużej dozy humoru.
Autorka serwuje nam znane przysłowia, puenty o ludzkiej niedoskonałości. Jednak nadal jest to taki śmiech przez łzy.
Cichoborek to taka stacja, na której można chwilę poczekać na przesiadkę do lepszego życia, by nie przeżyć go jak babcia, którą opiekuje się Justyna - podglądając zza firanki życie innych. Powieść przestroga, byśmy nie przyzwyczajali się do tego, co mamy, skoro marzymy o czymś zupełnie innym. Nasze życie i jego jakość jest zależne tylko od nas, a moc sprawcza leży w nas samych.
Nie jest też zupełnie tak, że powieść nie daje żadnej nadzei, bo ona jest i tkwi właśnie w terapeutycznej mocy słów, rozmowy z człowiekiem, który chce i umie słuchać.

To dość krótka powieść, jednak nie da się nie zauważyć jak została przez autorkę przemyślana nie tylko w ciekawej konstrukcji literackiej, ale w systemie powiązań relacji między ludzkich, niczym pajęcza sieć. Obojętnie gdzie wystąpi drganie, to odczuje je cały misterny system.

Wydaje się nam, że tak naprawdę wszystko wiemy, a tymczasem życie umyka, czas biegnie, a my nadal tkwimy w Cichoborku. 
8/10.

Za swój egzemplarz dziękuję wydawnictwu Janka.



Wydawnictwo: JANKA

Data wydania: 30. września 2019 Liczba stron: 252

Kategoria: literatura obyczajowa




#109 Maszyny takie jak ja - Ian McEwan

#109 Maszyny takie jak ja - Ian McEwan

#109 Maszyny takie jak ja - Ian McEwan - recenzja - czy warto przeczytać?
Czy pamięta ktoś jeszcze film z 1999 roku - "Człowiek przyszłości" z Robinem Williamsem w roli głównej? O robocie, który chciał zostać człowiekiem? 
Kiedy zaczęłam czytać "Maszyny takie jak ja" Iana McEwana, to zaraz miałam ten filmowy obraz w pamięci - który zresztą został nakręcony na podstawie opowiadania Isaaca Asimova, o którym autor wspomina, cytując jego Pierwsze Prawo Robotyki.

Akcja powieści toczy się w Wielkiej Brytanii, w latach 80. XX wieku, ale w kompletnie innej rzeczywistości. Wiele wydarzeń historycznych nie miało miejsca lub ich finał był kompletnie inny niż nam znany. Do tego technologia rozwija się o wiele szybciej niż faktycznie miało to miejsce. Internet jest już dawno w powszechnym użytku, a na rynek właśnie wypuszczono wysoko zaawansowaną technologicznie partię androidów, nazwanych po prostu Adamami i Ewami. 
Charlie - główny bohater książki Iana McEwana chce kupić Ewę, jednak są one bardzo rozchwytywane, wobec tego przypada mu męski przedstawiciel partii sztucznych ludzi.
Sam proces uruchamiania go, przypomina trochę obsługę jakiegokolwiek sprzętu elektronicznego - ładowanie, wgrywanie oprogramowania, dostosowywanie funkcji.
Mężczyzna robi to wspólnie z ukochaną przez niego kobietą - Mirandą, będącą zresztą jego sąsiadką. Adam ma być dla nich dziwnym rodzajem pupila. 
Od teraz żyją w przedziwnym trójkącie emocjonalno-cielesnym. Android się niebywale rozwija, zbiera dane, przetwarza i... nie potrafi kłamać. 
Z czasem odkrywamy sekrety życia pary. Charlie lubi wieść niezbyt wymagające życie, raczej łatwe, lekkie i przyjemne, a Mirandę dręczą demony przeszłości. Dodatkowo los wiąże ich z pewnym bardzo młodym człowiekiem, który potrzebuje nie tylko pomocy, ale miłości, zrozumienia i poczucia bezpieczeństwa.

"Idealnie ukształtowany system moralny powinien być wolny od jakichkolwiek wpływów".


Tak, jak wspomniałam na początku myślałam, że będę miała do czynienia z historią o maszynie, która chciała zostać człowiekiem. A okazało się, że jest zgoła inaczej. To oczywiście mieszanka powieści science fiction, obyczajowej i romantycznej, ale też opowieść o moralności i... sumieniu?
O winie i karze?
I o poczuciu odpowiedzialności?
Czyli o tym, co tak naprawdę czyni z nas ludzi, a często jest bardzo przez nas wypaczone.
Wiemy nie od dziś, że kłamstwo jest złe, ale czy można je jakoś usprawiedliwić?
Czy kiedy kłamstwo prowadzi do jakiejś wizji zadośćuczynienia jest wtedy dozwolone?
Czy kara powinna być adekwatna do winy i czy zawsze da się znaleźć odpowiedni przelicznik?
Autor zauważa, jak bardzo jesteśmy dalecy od doskonałości, że nasze życie wymyka się nawet skomplikowanym rachunkom matematycznym. 
Stworzona sztuczna inteligencja analizuje wszystko poprawnie i wysnuwa odpowiednie wnioski. Otwarcie mówi jakie powinno być właściwe postępowanie bohaterów, dobrze wie czym jest zemsta i jak działa wymiar sprawiedliwości. Dyktuje im protokół postępowania, by mogli zmazać swe winy, ale czy faktycznie tak powinni postąpić? 
Ian McEwan porusza wiele aspektów - przemilczanie problemów, przemoc wobec kobiet i dzieci, ogrom zaniedbań i niedoskonałe działania różnych systemów od sprawiedliwości, po te związane z pomocą społeczną.

"Tymczasem sztuczny człowiek musiał zejść między nas, niedoskonałych i upadłych, i zadawać się z nami. Zmontowane w sterylnych fabrycznych warunkach ręce musiały się pobrudzić. Egzystowanie w moralnym ludzkim wymiarze oznaczało posiadanie ciała, głosu, wzoru zachowania, pamięci i pragnień, oznaczało doświadczanie konkretnych rzeczy i doznawanie bólu".

Odbieram postać Adama i pozostałych androidów, jako nasze sumienie - jego głos.
Często doskonale wiemy jak powinniśmy postąpić, a robimy zgoła inaczej. Spychamy ten szept na dalszy plan, zamykamy w szafie, przysypujemy stertą jakichś zapomnianych rzeczy i staramy się przetrwać, aż ten głos ucichnie. 

Z każdą przeczytaną stroną, ta powieść podobała mi się bardziej. Czytałam po jednym rozdziale i zastanawiałam się, czy właściwie ją rozumiem. Może zbyt mocno analizuję, tego nie wiem, ale na pewno długo jej nie zapomnę.
Okładka, która zdobi piękne wydanie powieści, zdaje się trochę nie pasować do tytułu i do opisu treści, ale kiedy zagłębimy się w to, co autor chciał przekazać, wtedy okazuje się, że lepsza być nie mogła.
7/10.

Za swój egzemplarz dziękuję Wydawnictwu Albatros.



Wydawnictwo: Albatros
Data wydania: 2. października 2019
Liczba stron: 352
Kategoria: literatura piękna
Tłumaczenie: Andrzej Szulc

#108 W poszukiwaniu złotego środka. Spotkania - Hanna Hippler

#108 W poszukiwaniu złotego środka. Spotkania - Hanna Hippler


#106 W poszukiwaniu złotego środka. Spotkania - Hanna Hippler - recenzja - czy warto przeczytać?
"Młodość... jak ją zdefiniować? Chyba to coś, co nie znika. Co zostaje w człowieku, jak się o to dba. A dbać należy".

Całkiem niedawno napisała do mnie Hanna Hippler, autorka książki "W poszukiwaniu złotego środka. Spotkania" i okazało się, że jesteśmy praktycznie sąsiadkami. Pisarka zaproponowała, że przyśle mi swoją debiutancką powieść i prosi o naprawdę szczerą opinię. 

#106 W poszukiwaniu złotego środka. Spotkania - Hanna Hippler - recenzja - czy warto przeczytać?

Głównymi bohaterami książki są Zosia, Dorka i Leon. Trójka dorosłych ludzi mających za sobą wiele smutnych przeżyć, doświadczeń życiowych.
Śmierć, żałoba, choroba alkoholowa - to nie są obce im tematy. Wszyscy troje poznają się w Małym Cichym, gdzie w pobliżu rodzimego masywu górskiego odpoczywają, szukają spokoju, wytchnienia. Przechadzają się szlakami obfitującymi w piękno dzikiej przyrody, nie stronią od trudnych tematów i modlitw. Choć są w innych etapach życia - różnią się wiekiem, to mimo to znajdują wspólny język i dobrze czują się we własnym towarzystwie. 
Wspominamy z nimi ich bliskich - także tych, których już na świecie nie ma. Poznajemy różne oblicza miłości i tej młodzieńczej, i tej dojrzałej. 

"Przypomniały jej się jeszcze inne słowa usłyszane kiedyś w kościele o tym, że modlić można się wszędzie: patrząc na morze, w rozgwieżdżone niebo, na pląsające w kwiatach motyle, na majestat gór. Ale kościół jest tym miejscem, gdzie modlimy się wspólnotowo, czy tego chcemy, czy nie. I czasami właśnie taka modlitwa, i to poczucie wspólnoty są nam potrzebne. To w kościele pali się wieczna lampka i w tabernakulum mieszka ten, który wszystko może. I znowu złoty środek. Trzeba go zachować, nie ma wyjścia".

Już po przeczytaniu dedykacji czułam, że wzruszę się podczas lektury i tak też się stało. To powieść o prostocie życia. O czymś, czego odkąd się rodzimy szukamy, a co jest zwykle na wyciągnięcie ręki. Prawdziwe szczęście, spełnienie i spokój można odnaleźć w zwykłej codzienności. We wspólnym posiłku, niewymuszonej rozmowie, czy... wspólnym milczeniu. Autorka, jak zaznacza, sama wierzy w Boga i na kartach jej powieści znajdziemy odniesienia do modlitwy, czy kościoła, ale nikt tu nikogo na siłę; ani nie umoralnia, ani też nie przekonuje do zasadności wiary.
To bardziej poczucie wspólnoty, przynależności - bliskości innego człowieka.
Odniosłam wrażenie, że Pani Hippler pisze prosto z serca o tym, co sama przeżyła, co sama czuje, że jest związana z każdym ze swoich bohaterów.
Jej opowieść, chociaż traktuje o bardzo trudnych i smutnych chwilach w życiu, to jest opowiedziana w niezwykle ciepły sposób.
Życie często pisze pokrętne scenariusze i nie wiem, czy tak naprawdę kiedykolwiek mamy do czynienia z przypadkiem. Może faktycznie jest tak, że dzieje się to, co zawsze było nam pisane.
Leon - jeden z bohaterów, stracił w krótkim czasie syna i żonę, a sam sięgnął przysłowiowego dna. Na jego drodze stanął ktoś, kto powiedział mu to, co oczywiste,
to co od dawna wiedział, ale po prostu musiał to usłyszeć od kogoś innego. Dążył do autodestrukcji - jednak się zatrzymał i zawrócił. 
To zwykli ludzie, tacy, których mijamy na ulicy, i tacy jakimi jesteśmy my.

Czuć, że autorka wiele książek w swoim życiu przeczytała i świetnie wplata w treść cytaty z klasyków literatury. Podobał mi się też zabieg z wprowadzeniem rozmowy kobiet, koleżanek z Facebooka i to z zachowaniem oryginalnej pisowni!
Nadało to jeszcze większego realizmu wypowiedzi.

W pewnym momencie poczułam też, że to opowieść o mnie i chyba nie przesadzę jak napiszę, że refleksje do jakich mnie skłoniła pomogły mi podjąć pewną trudną, ale konieczną decyzję.
Wszystko, co napisał wydawca na ostatniej stronie - w zarysie fabuły - to prawda.

Kiedy potrzebujesz pomyśleć, czy jesteś we właściwym miejscu w życiu i czy to, co teraz masz - jest właśnie tym, czego w życiu szukasz - spróbuj lektury "W poszukiwaniu złotego środka. Spotkania" Hanny Hippler.
Pani Haniu napisałam najszczerzej jak mogłam i dziękuję za tę książkę! Była mi teraz bardzo potrzebna! Życzę kolejnych równie dobrych!
Ta książka nie tylko się Pani udała, Pani po prostu potrafi pisać. 

Za książkę dziękuję Autorce!

#103 W poszukiwaniu złotego środka. Spotkania - Hanna Hippler - recenzja - czy warto przeczytać?

Wydawnictwo: FABRYKA DYGRESJI
Data wydania: 15. lipca 2019
Liczba stron: 254
Kategoria: literatura obyczajowa

#107 Psychoza - Robert Bloch

#107 Psychoza - Robert Bloch


#107 Psychoza - Robert Bloch - recenzja - czy warto przeczytać?
Jestem uzależniona od filmów Alfreda Hitchcocka, a samą "Psychozę" widziałam tyle razy, że jak przymknę oczy to nie tylko widzę dom na wzgórzu, ale i słyszę ścieżkę dźwiękową. Nie wiem czy powinnam o tym wspominać, ale w moim poprzednim wynajmowanym mieszkaniu, nad wanną wisiały kadry ze sławnej sceny pod prysznicem... No cóż, "każdego z nas chwilami ogarnia szaleństwo".

#107 Psychoza - Robert Bloch - recenzja - czy warto przeczytać?

Norman Bates to cichy i spokojny mężczyzna, powszechnie uważany za dziwaka, który mieszka w bardzo starym domu - u podnóża którego prowadzi motel. Odkąd powstała autostrada nie przyjmuje zbyt wielu gości. Choć dawno już jest dorosły, to nadal mieszka z matką, której zdaje się, że podporządkował całe życie. 
Tymczasem Mary Crane - młoda kobieta, której życie nie oszczędzało, pragnie rozpocząć nowy rozdział u boku ukochanego. Największym problemem jej związku jest brak funduszy na usamodzielnienie się.
Jednak Sam - ukochany Mary, ma wieloletni plan - na zbudowanie domu i założenie rodziny. Kobieta, jednak, ma dość czekania i będąc w chwili szaleństwa? - kradnie 40. tysięcy dolarów, wsiada w samochód i jedzie do Sama, który mieszka w innym mieście. 

Przypadek sprawia, że trafia do motelu prowadzonego przez Batesów. Dziewczyna prowadzi pogawędkę, z dość niezdrowo - w mniemaniu starszej pani - zainteresowanym nią Normanem. 
Kiedy bliscy Mary i oczywiście szef, spostrzegają, że zniknęła, jej tropem rusza siostra Lila i detektyw Milton Arbogast - wynajęty przez firmę dla której pracowała. Oboje spotykają się w sklepie prowadzonym przez Sama i tam ustalają plan działania. Od tego czasu będziemy powoli odkrywać tajemnicę rodzinny państwa Bates i pełną analizę psychologiczną Normana.


Choć powieść została wydana w 1959 roku, to w ogóle tego nie czuć. Ma bardzo współczesny wydźwięk.
Jest również niezwykle krótką powieścią, raptem 170 stron i nie ma w niej ani jednego zbędnego zdania.
Chcieliście kiedyś wejść do umysłu obłąkanego człowieka? To będziecie tą lekturą bardzo usatysfakcjonowani.
Niczym pod mikroskopem obejrzymy sobie rozpad, czy też podział umysłu chorego człowieka.
To dobry kryminał z jeszcze lepszym lekkim klimatem grozy w starym wydaniu. Raczej Was nie przestraszy, ale wprowadzi w odpowiedni nastrój. Świetne psychologiczne studium - tak naprawdę w moim odczuciu - niezwykłego ludzkiego umysłu. Umiejętności adaptacji, ponad przeciętnej inteligencji i rozwijania technik manipulacji człowieka-kameleona.

Film, jak wcześniej wspomniałam, oglądałam parokrotnie i niezwykłą - wręcz przyjemność miałam z odkrywania różnic, a jest ich tak naprawdę sporo.
Po przeczytaniu obszernego i świetnie napisanego Posłowia przez Wiesława Kota, wiem w jakim celu te zmiany zostały wprowadzone. Znajdziemy w nim też wiele niuansów filmowych, rekwizytów, które Alfred Hitchcock używał po to by jak najwięcej przekazać widzom.
Ale ten tekst to nie tylko odniesienia do ekranizacji w wykonaniu Hitcha. Poznamy pierwowzór Normana, który ma swoje umocowanie w historii, sięgniemy do morza informacji o kontynuacjach i remake-u. Prześledzimy też karierę reżyserską Pana Hitchcocka i znajdziemy nawet parę słów o jego filmowej biografii. 


#107 Psychoza - Robert Bloch - recenzja - czy warto przeczytać?

Całość zdobi - jak zwykle w przypadku Wydawnictwa Vesper - twarda oprawa, klimatyczna okładka i świetne ilustracje w wykonaniu Krzysztofa Wrońskiego.

Będzie ona świetną pozycją dla szerokiego grona odbiorców od fanów kryminałów, przez chętnych zgłębiać mordercze umysły, po fascynatów kina.
Zdecydowanie polecam!
8/10.


Za swój egzemplarz dziękuję wydawnictwu Vesper.


Wydawnictwo: VESPER
Data wydania: 16. października 2019
ilość stron: 226
Kategoria: kryminał/sensacja/thriller
Tłumaczenie: Ewa Spirydowicz
Ilustracje: Krzysztof Wroński 

#107 Psychoza - Robert Bloch - recenzja - czy warto przeczytać?
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...