Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wydawnictwo znak. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wydawnictwo znak. Pokaż wszystkie posty
Gorzko, Gorzko - Joanna Bator

Gorzko, Gorzko - Joanna Bator

 

Gorzko, Gorzko - Joanna Bator
Zastanawiałam się kilka dni jak napisać o jednej z moich ostatnich lektur, aby jednocześnie było to wystarczające, podsumowujące treść i moje odczucia oraz w jakiś sposób zachęcające, ale bez narzucania mojego toku myślenia. Żeby każdy kto przeczyta to, co napisałam, mógł ocenić czy ta książka jest dla niego. Od osób piszących na temat okołoksiążkowe wymaga się jakiejś uniwersalności, zapominając gdzieś po drodze, że my tu zwykle o gustach piszemy, własnych, a nie cudzych. 
 

Gorzko, Gorzko - Joanna Bator

 
Pisarstwo Joanny Bator znałam do tej pory jedynie z „Piaskowej Góry”, po której miałam czytać „Chmurdalię”, ale rzuciłam się na opasłe tomiszcze jakim jest „Gorzko, gorzko”.
To czteropokoleniowa saga rodzinna, której porwane losy spaja bohaterka i narratorka - Kalina, której JA otwiera i zamyka tę powieść.

Pierwsze ogniwo to Berta, która tak bardzo marzyła o lepszym życiu, że zaczęła to, które wiedzie spisywać, a powstałe teksty poprawiać, jakby to te poprawki je kształtowały, a z czasem zupełnie przestała dostrzegać rzeczywistości.
Potem poznajemy Barbarę, która w dorosłym życiu utraciła wszystko o czym marzyła, o co się modliła. Przyjęła zatem kolejny jego etap jako pokutę.
Jako trzecia na scenę wkracza heroina Violetta „Boże mój, wbiłeś we mnie wszystkie noże”, która całe życie pragnęła uwagi, grała zatem w teatrze, który z prawdziwym życiem wspólne miał jedynie miejsce akcji.
No i jest Kalina, która prawie nic o swojej rodzinie nie wie, jest zatem nieświadomą spadkobierczynią majątku tonącego w morzu przydasi, weków i opowieści o wilkach. A Lupus in fabula ma różne oblicza, od metaforycznych po dosłowne. Jego kły czasem pozwalają przetrwać, a czasem odbierają tę możliwość. To jak jest, zawsze jest zależne od tego jak było. Z każdej drogi można zejść, ale trzeba wiedzieć skąd wiodła.

Jeżeli nie czytaliście niczego, co napisała Joanna Bator to musicie wiedzieć, że ta pisarka to zaklinaczka języka polskiego. Wszyscy mamy dostęp do tych samych słów, ale nie u każdego one łączą się w zdania ośmiornice, będące jednocześnie opisem zdarzeń i zapisem dialogów, które tworzą piękną melodię, ale tylko wtedy gdy się chce jej słuchać.
Czas i przestrzeń są nierozerwalne i tak też jest w historiach pisanych przez Joanną Bator. W „Gorzko, gorzko” miejsca akcji są zmienne, czas zatem również. Postaci epizodyczne dają nam szczegóły, istotne  dla tła społeczno-historycznego, które wzmacniają w nas poczucie prawdziwości czytanej historii.

Od pierwszych stron „Gorzko, gorzko” urzekło mnie językiem, ale nie uwiodło prezentowaną historią. Szczątkowe informacje, były mało angażujące i czułam, że się jakoś tam mozolę, ale kiedy wszystko zaczęło się zazębiać, a historie przenikać, bo nie dość, że mamy biografię każdej z postaci, to możemy te kobiety zobaczyć oczami innych, to parafrazując Comę: obudziłam się wplątana w cudzą pościel, w cudze sny.

Magiczność w prozie Joanny Bator to wspomnienia ludzi, których już fizycznie na świecie nie ma, ale pamięć trzyma ich nadal blisko żywych, nadal kaszlą i mówią. Magiczny też jest realizm zaczynając od poczucia osamotnienia, strachu przed porzuceniem, przez
domowe wyroby mięsne, Budkę Suflera, opowieści zapewniane przez „Skandale”, wiersze Stachury i książki mające dawać wrażenie oczytania, bo o to zwykle się wszystko rozbija, o to robienie wrażenia.
Kiedy zanurzamy się w przeszłość nie odnajdujemy ponumerowanych faktów, przez co, ta ważna dla mnie, realność historii jest namacalna, nawet wtedy gdy czyny, których podejmują się bohaterki napawają mnie odrazą.

Okładka „Gorzko, gorzko” jest pięknie ukwiecona, aby wabić czytelników jak pszczoły, jednak tytuł ostrzega, że po tym nektarze miód może nie być ani słodki, ani przejrzysty.
Skończyłam tę powieść kilka dni temu i mam jakąś taką w sobie nostalgię, tęsknotę do tych historii. Bo chociaż zostały zamknięte, to ich wydźwięk zawsze pozostanie żywy.


Gorzko, Gorzko - Joanna Bator


Wydawnictwo: ZNAK
Data wydania: 25 listopada 2020
Liczba stron: 576
Kategoria: literatura piękna


Terra insecta. Planeta owadów - Anne Sverdrup-Thygeson

Terra insecta. Planeta owadów - Anne Sverdrup-Thygeson

Zanim zaczniecie się drapać, albo chować się za słownym murem „nie lubię owadów”, to napiszę, że w tej książce nie ma nic co mogłoby spowodować u Was jakiś dyskomfort. 

Owady są na Ziemi dużo dłużej niż my, z łezką w oku wspominają dinozaury i inne gigantyczne stworzenia, które to my wybiliśmy co do nogi, tworząc sobie Ziemię poddaną.
Są owady mniejsze i większe, ładne i brzydkie, ale wszystkie są potrzebne.

Terra insecta. Planeta owadów - Anne Sverdrup-Thygeson

Terra insecta. Planeta owadów - Anne Sverdrup-Thygeson


To książka o powiązaniach występujących między florą i fauną na owadzim fundamencie. To nie jest żaden leksykon. Anne Sverdrup-Thygeson dzieli się wiedzą, ale przede wszystkim swoim umiłowaniem do życia i fascynacją nim.
Pisze w sposób zrozumiały, bawiąc się porównaniami owadów do ludzi, wprowadza masę dygresji wskazując w ten sposób zależności, którymi rządzi się ekosystem. Uczy szacunku do tych znienawidzonych, uważanych za paskudne, stworzeń bez których nie będzie nas. 

Z „Terra insecta. Planeta owadów” m. in.:

  • Dowiemy się o naszym uzależnieniu od pracy owadów, o przyszłości, którą najprawdopodobniej są - może będziemy wyrabiać z nich produkty żywnościowe dla najbardziej opornych mięsożerców, a niektóre z małych brzydali zjadają plastik.
  • Dowiemy się również dlaczego muchy są tak uparte w swoim tuptaniu, dlaczego niektóre biedronki stają się zombie i czym jest osa-dementor.
    Ale nie tylko. Autorka opisuje do czego może doprowadzić usunięcie, którejś z owadzich grup, na przykładzie mrówek, które leśnicy w jednym z ekosystemów wytępili.
    Przypatrzymy się jak nasze ekologiczne działania - zwalczanie szkodników za pomocą owadów, faktycznie oddziałuje na inne żyjątka na danym obszarze, a co za tym idzie i na nas.
  • Dowiemy się co łączy diklofenak (lek), krowy, sępy, dzikie psy i śmierć dziesiątek tysięcy ludzi.

To zaledwie zarys tego, o czym pisze Anne Sverdrup-Thygeson. 
 
Jedyne czego mi brakowało to rysunki lub ryciny najbardziej opisywanych owadów. Pojawią się drobne jakby atramentowe miniatury, ale to zdecydowanie za mało.

Po co czytać takie książki?
Żeby wiedzieć, bo wiedzy żadna wiara nie zastąpi.

To fajna, zabawna książka o pouczającej treści dla osób ciekawych świata, również dla mieszczuchów, którym brakuje kontaktu ze zwierzętami, a one są wszędzie, tylko często w skali mikro i umożliwiają nam życie.

Nie przepadam za obecnością gości bez szkieletu w domu. Nie boję się, ani nie czuję wstrętu, a jedynie dyskomfort. Wszystkie, które bez mojej wiedzy i zgody lokują się w środku, wynoszę za pomocą kartki i kubka na zewnątrz.

Anne Sverdrup-Thygeson nie chodzi o to byśmy płakali nad każdym zdeptanym karaluchem, czy ubitą muchą, ale jedynie o to byśmy byli świadomi tego, co dla nas robią i okazali im trochę szacunku.
To była fajna przygoda.

<<Owady są osobliwe, skomplikowane, dziwaczne, niezwykłe, zabawne, urocze, jedyne w swoim rodzaju i nie przestają zaskakiwać. Pewien kanadyjski entomolog powiedział kiedyś, że „na świecie jest tak wiele małych cudów - lecz tak mało oczu, które je widzą”. Mam nadzieję, że dzięki tej książce więcej ludzi otworzy oczy na zadziwiający i cudowny owadzi świat - wszyscy razem żyjemy na planecie owadów.>>

Książkę można kupić na weekendowych promocjach w sklepie Wydawnictwa Znak za zawrotne... 6,90 zł. Znajdziecie tam też inne książki, w tym i te najbardziej promowane. 


Wydawnictwo: Znak
Data wydania: 3 kwietnia 2019
Liczba stron: 256
Kategoria: literatura faktu


#135 Grand Union. Opowieści - Zadie Smith

#135 Grand Union. Opowieści - Zadie Smith

W związku z tym, iż od pewnego czasu nie tylko czytam książki, ale i próbuję o nich pisać zdarza mi się czytać opinie czytelników o różnych dziełach literackich. Dla zaspokojenia własnej ciekawości, chęci poznania gustów, a co za tym idzie dokonania jakiejś subiektywnej oceny trendów czytelniczych.
Mówi się, że ludzie nie czytają. Nie do końca się z tym zgadzam, czytają.
Zgodnie twierdzimy, że podczas czytania odpoczywamy, relaksujemy się i... nie lubimy myśleć.
Przyznam, że to zaczyna
mnie trochę niepokoić. Nie dlatego, że czytelnik chce przy lekturze odpocząć umysłowo (ja też tak robię), a dlatego, że zaczyna oceniać czytane książki negatywnie z uwagi na to, że musiał te swoje szare komórki uruchomić, a nie chciał.

"Grand Union. Opowieści" to moje pierwsze spotkanie z Zadie Smith, o której to twórczości zdarzało mi się czytać, ale nie udało mi się do tej pory z nią zaznajomić.
To zbiór dziewiętnastu opowiadań.
Opowiadania różni prawie wszystko - od bohaterów i ich pochodzenia etnicznego, płci, sytuacji w których się znajdują, miejsc w których żyją, aż do statusu społecznego. Jednak jedna cecha łączy wszystkie postaci - życie w ciasnym gorsecie stereotypów, przekonań, przyzwyczajeń. 

"Szablony były zbiorowe, ale nie do końca; czyjś szablon służył całej grupie; istniały odpowiednie pory na szablony i miejsca, gdzie można je mieć, a zarządzanie szablonami nigdy nie spoczywało w gestii jednej osoby, bo nikt sobie nie wyobrażał, że pojedyncza świadomość byłaby w stanie przetworzyć lub ogarnąć wszystkie szablony, jakie istnieją na ziemi, bez poczucia, że są "rozrywane od wewnątrz". (Posiadanie, zombie, mówienie językami, egzorcyzmy, automaty, niesamowite doliny, porywanie ciał, panowanie diabła, hoodoo)".
                                                                
Niektóre opowiadania dotyczą zwyczajnej codzienności, gdzie bohaterem mógłby być każdy z nas, a inne bywają surrealistyczne; tak jak na przykład "Sztuczna rzeka" - w której autorka porównuje nas do niesionych prądem kukieł. Uzależnieni od schematycznego życia na pokaz, płyniemy wraz ze wszystkimi i wszystkim tym, co rzeka niesie, a nie zawsze jest to gwiezdny pył - jak się nam zdaje.

Bywamy często opętani poczuciem winy, które spala nas codziennie na nowo. Kiedy uwolnimy się z jakiejś relacji - tak jak bohaterka pierwszego z opowiadań "Dialektyka", to poszukujemy kolejnego powodu do zamęczenia się wyrzutami sumienia. Nadmienię, że w tym opowiadaniu akcja toczy się w Sopocie.
Przyzwyczajamy się do tego, że jesteśmy dyskryminowani i wszędzie widzimy jego przejawy, nawet gdy istnieją one - tylko w naszej głowie.
Być może kiedy przestaniemy być oceniani, to przestaniemy istnieć? 

Wielu ludzi uzależnia się od poczucia władzy i przejawia się to na wielu polach życia, nie tylko w odniesieniu do polityki. Wszelakie tzw. wolne związki opierają się na balansowaniu na cienkiej granicy wolności seksualnej, a poczuciu władzy nad drugim człowiekiem, to JA decyduję kiedy coś zaczynam i kiedy coś kończę.

Zadie Smith porusza też zagadnienie tożsamości, co to znaczy istnieć, żyć naprawdę. Dla jednego człowieka najlepszym potwierdzeniem bycia częścią wszechświata będzie znalezienie się w spisie nazwisk w książce telefonicznej, a dla innego poczucie indywidualnie pojmowanego szczęścia, objawiające się - na przykład głaskaniem psa i dla niego nic ponadto to uczucie nie będzie mieć znaczenia.

Zauważa też, że życie polega na ciągłym... myleniu się. To jak bardzo różnimy się pod względem poczucia tego, co jest dla nas istotne. Czasem nie da się pójść drogą na skróty, obejść czegoś, bo trzeba to po prostu przetrwać.

"W moim odczuciu, ciągnął dalej V, spokojne życie w społeczeństwie oznacza zrozumienie, że rzeczy istotne dla drugich dla ciebie mogą nic nie znaczyć i vice versa".

Może jest to zbyt duża nadinterpretacja z mojej strony, kto to wie...
Zadie Smith pisze w sposób zmuszający czytelnika do refleksji. Czerpie z własnego otoczenia i rzeczywistych wydarzeń oraz wnikliwej obserwacji ludzi.

Znajdziemy w tej antologii również odniesienia to rzeczywistej eskalacji przemocy wynikającej po prostu z... rasizmu.
Bardziej od samych połączonych w zdania słów, liczy się to, co pomiędzy tymi powstałymi zdaniami można odkryć i zinterpretować przez pryzmat własnych doświadczeń i cech charakteru.
Wszystkie zbiory opowiadań charakteryzują się pewnego rodzaju dysproporcją - jedne wikłają nas w fabułę od samego początku, inne nużą, a niektóre trzeba przerwać czytać i wrócić do nich później - tak też jest i w przypadku tej publikacji.
Nie wszystkie historie przemówiły do mnie w jednakowy sposób, ale i tak uważam, że absolutnie wszystkie niosą ze sobą głęboką treść, którą przyjemnie było analizować - czego wyrazem jest duża, jak na moje możliwości, liczba zaznaczonych fragmentów, które zostały równie bogato przeze mnie opisane.

Jak dobrnęliście do końca i jesteście gotowi na nieoczywiste opowieści to sprawdźcie sami czy czytanie z aktywnym zaangażowaniem myślowym jest faktycznie tak nieprzyjemne jak piszą i oceńcie sami czy styl autorki do Was trafia. 
7/10.

Za swój egzemplarz dziękuję wydawnictwu Znak.


Wydawnictwo: ZNAK

Data wydania: 11. listopada 2019
Liczba stron: 240
Kategoria: literatura piękna
Tłumaczenie: Maria Makuch
#119 Straszne opowiadania - Karolina Dyga

#119 Straszne opowiadania - Karolina Dyga

 #119 Straszne opowiadania - Karolina Dyga - recenzja - czy warto przeczytać?

Od zawsze fascynujemy się tym co niewytłumaczalne, czego nie da się łatwo zrozumieć. Lubimy się bać, strach nas paraliżuje, ale i kusi. Serce przyspiesza, krew płynie szybko, pojawia się gęsia skórka i to mrowienie, które czasem bywa przyjemne. Bardzo trudno jest mnie przestraszyć obrazem, a słowem jeszcze trudniej, jednak nie jest to niemożliwe.

"Straszne opowiadania" Karoliny Dygi kuszą głównie z uwagi na dopisek, iż są oparte na faktach i ciekawą szatę graficzną, która jest prawdziwym atutem tej antologii.
Nie będę nikogo czarować, że te historyjki są w stanie kogoś przestraszyć, bo to się raczej nie zdarzy. Nie będę też snuć historii jak to mi się je wspaniale czytało, bo to nie prawda. Przeczytałam zaledwie dwa opowiadania i to mi wystarczyło, by stwierdzić, że cechuje mnie kompletnie inna wrażliwość emocjonalna i przede wszystkim językowa. 
 
Nie oczekuję po publikacjach tego rodzaju poetyckich uniesień, choć wiem już, że i takie są możliwe, niezależnie od tego w jakim gatunku tworzy autor. Z jednej strony język jest bardzo prosty, a z drugiej kompletnie odrealniony.
Jak długo żyję nie słyszałam, by tak ktoś ze sobą prowadził rozmowę, gdziekolwiek i kiedykolwiek, a z uwagi na różnorodność miejsc mojej pracy, zetknęłam się z wieloma środowiskami. I tutaj też długość mojej linii życiowej może mieć ogromne znaczenie, po prostu zbyt wiele wiosen już za mną, by mnie taka stylistyka wypowiedzi satysfakcjonowała i przy której mogłabym odpocząć.


Postaci są papierowe. Mówią coś, a ich emocje wyrażają jedynie znaki interpunkcyjne. Wokół nich dzieją się nadprzyrodzone rzeczy, demony, duchy, a napięcia i emocji ani grama. Logiki w ich poczynaniach też nie odnotowałam.
Wiem, że to debiut. Wiem, że debiuty bywają różne.
Język polski jest tak pięknym językiem, umożliwia wszystko. Nie tylko nazywanie emocji, ale ich stopniowanie. Budowanie napięcia i nie trzeba do tego wyszukanych metafor, czy obcobrzmiących słów.
Rozumiem, że komuś "szybkie czytanie" wystarcza, mi niestety nie. Choć nie miałam wielkich oczekiwań, to i tak czuję się zawiedziona.

W związku z tym, że nie przebrnęłam, ani nie wrócę też do tej lektury, powstrzymam się od oceny. 


Za swój egzemplarz dziękuję wydawnictwu Znak.


Wydawnictwo: ZNAK

Data wydania: 30. października 2019
Liczba stron: 320

Kategoria: literatura faktu

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...