#27 Żelazne werble - Tomasz Sadowski

#27 Żelazne werble - Tomasz Sadowski

#63 Żelazne werble - Tomasz Sadowski - recenzja - czy warto przeczytać?

"Naród może żyć bez mężczyzn, ale żaden nie będzie istniał bez kobiet".

Tomasz Sadowski w swoim literackim debiucie jakim są "Żelazne werble" przedstawia antyutopijną wizję świata - świata zdominowanego przez mężczyzn. Na świecie powiększa się dysproporcja urodzeń - kobiet rodzi się zdecydowanie mniej. Azjatycka korporacja wychodząc na przeciw oczekiwaniom męskiej populacji produkuje kobietę idealną. Taką, której nigdy nie boli głowa, taką która nigdy nie ma innego zdania od mężczyzny - pana, kobietę - robota. Rola kobiety - człowieka zostaje sprowadzona tylko i wyłącznie do rodzenia dzieci. Ale, dzieci, które ma rodzić muszą być płci męskiej. Na to, też znaleziono rozwiązanie, a mianowicie "czarną" tabletkę, której podanie gwarantowało chromosom Y. Jednak specyfik powodował efekt uboczny jakim była wysoka śmiertelność przyszłych matek. Wobec narastającej eksterminacji samic - bo chyba tak już trzeba nazywać kobiety, narastała panika związana z powolnym wymieraniem mężczyzn. Ale i z tym w zaczęto sobie radzić. Kobiety były porywane przez Łowców trafiały na fermy.

"Rozwiązaniem, zdawałoby się nierozwiązywalnego problemu, okazały się kobiece fermy. Początki były skromne - zwykłe domy jednorodzinne, stojące gdzieś na odludziu, które w krótkim czasie zmieniły się w prawdziwe przedsiębiorstwa. Idea była genialnie prosta. Porywane kobietę i dostarczano na fermę, gdzie przechodziła badania płodności, a po ich pozytywnym zakończeniu otrzymywała czarną pigułkę. Chętny do posiadania syna wpłacał od kilku do kilkudziesięciu tysięcy dolarów, w zależności od wieku, koloru skóry i wykształcenia kobiety, następnie zapładniał wybrankę i czekał na odbiór syna".

Głównym bohaterem powieści Tomasza Sadowskiego jest Kris - były żołnierz, miłośnik motoryzacji, którego rozwój wypadków nie oszczędził. Zajmuje się on tropieniem Łowców i uwalnianiem kobiet z ich rąk. Robi to na zlecenie mężów i ojców porwanych. Jego kolejny "angaż" z pozoru podobny do wcześniejszych okazuje się zupełnie czym innym i złożonym o wiele bardziej niż zakładał..

Wizja świata z "Żelaznych werbli" jest tak zła i obrzydliwa, że bolały mnie palce od przekładania kolejnych stron. Zezwierzęcenie i zdziczenie męskiej populacji powodowało wszechogarniające mrowienie. Język odnoszący się do cielesnych aktów zarówno z kobietami - robotami i kobietami - ludźmi wydaje się infantylny, ale pasuje do konwencji wykreowanego tutaj świata. A kobiety - robotki w swojej prostocie życia i funkcji niestety przypominają mi - choć wzbudza to we mnie wewnętrzny protest - niektóre z żyjących współcześnie kobiet - ludzi i to przeraża mnie jeszcze bardziej, bo stwarza tę wizję - wcale nie tak odległą.
Choć lektura trudna z uwagi na temat, czyta się lekko, ale jest to zasługa właśnie lekkiego pióra autora. 

Uważam debiut Tomasza Sadowskiego za bardzo udany i z niecierpliwością wyglądam kolejnych powieści!
7/10.

Recenzja napisana dla Klubu Recenzenta nakanapie.pl



Wydawnictwo: Novae Res

Data wydania: 26. kwietnia 2019

Liczba stron: 368


Kategoria: fantastyka, fantasy, science fiction
#26 Szafira - Krzysztof Michałowski

#26 Szafira - Krzysztof Michałowski

#62 Szafira - Krzysztof Michałowski - recenzja - czy warto przeczytać?

Pamiętacie ten beztroski świat dzieciństwa, kiedy każda codzienna czynność przeradzała się w prawdziwą przygodę? Jak wspinaliśmy się po drzewie by z góry spojrzeć na bezkresy królestwa, którym władamy? Jak na balu w przedszkolu/szkole przywdziewaliśmy kolorowe stroje, jednocześnie stając się postacią, którą odgrywamy?
Dzieci są niesamowite. Żyją teraz - nie jutro, nie wczoraj. Kolorują świat uśmiechem, tworzą światy o których nam się nawet nie śniło. 

Taka też jest bajka - rymowanka spod pióra Krzysztofa Michałowskiego - "Szafira".
Autor w zmyślny sposób z prozaicznej czynności jaką jest zrobienie... uwaga... JAJECZNICY.... utworzył baśniową historię ze smokami, zamkami i... tytułową księżniczką, o której rękę starają się zalotnicy. Jak w każdej dobrej bajce mamy tu zarys niegodziwości, którą zwycięża oczywiście czystość zamiarów i dobro.


"Za siedmioma górami
i siedmioma lasami
znajdowała się kraina
owiana legendami,
w której ludzie nadawali
wiadomości tam-tamami,
a między wyspami 
przemieszczano się smokami".

Warto tutaj wspomnieć o historii powstania bajki. Autor wraz z dwójką dzieci stanął w obliczu tragedii, jaką była śmierć Żony. Nie mógł poddać się smutkowi i załamaniu, wobec tego zaczął tworzyć krótkie rymowanki, w których mógł na chwilę oderwać się od rzeczywistości i dać dzieciom trochę radości. Tak też powstała "Szafira".

Myślę, że ze wspólnego czytania będzie nie tylko wiele zabawy i śmiechu, ale i własnych historii i rymowanek, a świat księżniczki o szafirowych oczach otworzy w rodzicach głęboko ukryte pokłady dziecięcej wyobraźni i nieprzeciętnej kreatywności. 
Warto również wspomnieć, że "Szafira" Krzysztofa Michałowskiego jest bogato i kolorowo ilustrowana - co zapewne ucieszy oczy nie tylko najmłodszych odbiorców.
Bajka jest dostępna w wielu księgarniach jak i na stronie wydawnictwa.



Za swój egzemplarz dziękuję wydawnictwu Borgis.
 


Wydawnictwo: Wydawnictwo Borgis

Liczba stron: 16


Kategoria: literatura dziecięca
#25 Nigdzie indziej - Tommy Orange

#25 Nigdzie indziej - Tommy Orange


#61 Nigdzie indziej - Tommy Orange - recenzja  - czy warto przeczytać?

"W byciu Indianinem nigdy nie chodziło o to, by wracać do swej ziemi.
Ta ziemia jest wszak wszędzie - lub nigdzie".

Ilu z nas kiedy myśli o Stanach Zjednoczonych Ameryki wysnuwa wizję niczym z bajki.
Kraj wielkich możliwości, wielkich nadziei i... wolności. 

Kiedy jednak zajrzymy w karty historii - to ten wyśniony świat, zatrzęsie się w posadach. 


"W 1621 roku koloniści zaprosili na ucztę Massasoita, wodza Wampanoagów, aby uczcić niedawne zawarcie umowy gruntowej. Wódz przybył na tę uroczystość z dziewięćdziesięcioma spośród swoich ludzi. To na pamiątkę tej właśnie biesiady co roku w listopadzie spożywamy wciąż wspólnie uroczysty posiłek. Świętujemy jako jeden naród. Nie była to jednak uczta dziękczynna, lecz poczęstunek mający przypieczętować umowę gruntową. Dwa lata później odbyła się kolejna tego rodzaju uczta, mająca symbolizować wieczną przyjaźń między białym i tubylcami. Tamtej nocy dwustu Indian zmarło nagłą śmiercią na skutek działania nieznanej trucizny".

Nigdy nie mogłam zrozumieć fenomenu Święta Dziękczynienia - bo jak bawić się i jeść na kanwie wspomnienia śmierci? 
Przez ponad 500 lat zniszczono prawie całą nację rdzennych mieszkańców Ameryki, ale czy to koło się zatrzymało?
Naród, który nadal trwa, po wiekach wymazywania go z historii świata, do sprowadzenia go do wizerunku kolorowej "indiańskiej głowy", naród który toczy choroba. Rana, którą trawi zakażenie, rak...


Tommy Orange napisał książkę o zwykłych niezwykłych ludziach. O ich codzienności, o życiu, które choć odbywa się pod sztandarem idei świetności dalekie jest od snu. Opisał losy dwunastu postaci na wzór jednego z projektów prowadzonych przez bohatera, tejże powieści - na wzór storytellingu. Kiedy zagłębiamy się w tekst możemy poczuć się jak podczas oglądania dokumentu, w którym zwykły człowiek, opowiada o tym, co spotkało go w całym życiu, czy też podczas spaceru po parkingu. 
To historie potomków rdzennych mieszkańców Ameryki, którzy mówiąc wprost - są Indianami - przebranymi za Indian, którzy to spotykają się na Zjazdach Plemiennych, tak naprawdę nie potrafiącymi określić po co to robią i czym dla nich takie spotkanie jest.


"Jesteśmy wspomnieniami, których sami nie pamiętamy, choć czujemy ich obecność w sobie, a które wciąż żyją w nas i każą nam śpiewać, tańczyć i modlić się właśnie tak, jak to robimy; tak jak każą nam uczucia wywoływane wspomnieniami, które niespodziewanie rozbłyskają i rozkwitają w naszym życiu niczym przesączająca się przez koc krew płynąca z rany od kuli wystrzelonej przez człowieka, strzelającego nam w plecy dla naszych włosów, dla nagrody albo po prostu po to, żeby się nas pozbyć".

Na początku podrozdziały są dłuższe, zdają się niepowiązane. Im bardziej zagłębiamy się w historię tym opowieści stają się krótsze, postaci zaczynają pasować do układanki, a wszystko dąży do Zjazdu Plemiennego na stadionie Oakland, który stanie się areną zarówno wzruszających spotkań po latach, jak krwawych wydarzeń. Mimo tego, że autor przedstawia tragizm Indianina skazanego na mieszkanie w wielkim mieście, to nie raz uśmiechniemy się pod nosem z zastosowanych metafor, a opisywane sytuacje odniesiemy  do własnego życia, bo komu z nas nie zdawało się raz czy dwa, że nie pasuje do świata,
w którym żyje?


Próbuję znaleźć odpowiednie określenie dla tej powieści, ale każde wydaje mi się zbyt małe lub niewłaściwe. Podobnie mam z oceną - może zbyt mocno trafia do mnie taka tematyka.
To ważna książka, taka którą powinniśmy przeczytać, by nie odwracać już wzroku i nie twierdzić, że to nie moja sprawa i nie moja wina. To nasza sprawa i nasza wina.
Nas wszystkich - tego jak zawiedliśmy i jak nadal zawodzimy jako... ludzie.



"Ludziom nie jest przecież potrzebne nic więcej, jak tylko krótka, banalna historyjka,
jaką mogą potem podczas kolacji opowiedzieć w domu znajomym i rodzinie, chwaląc się tym, jak to widzieli w pociągu prawdziwego rdzennego Amerykanina, co oznacza, że tacy jednak nadal istnieją".


Za swój egzemplarz dziękuję wydawnictwu Zysk i S-ka.


Wydawnictwo: Zysk i S-ka

Data wydania: 4. czerwca 2019

Liczba stron: 392


Kategoria: literatura piękna 

Tłumaczenie: Tomasz Tesznar

#24 Triskel. Gwardia - Krystyna Chodorowska

#24 Triskel. Gwardia - Krystyna Chodorowska

#60 Triskel. Gwardia - Krystyna Chodorowska - recenzja - czy warto przeczytać?

"Od początku było widać, że ta klauzula, wprowadzona pod naciskiem inspektoratu ochrony danych, nie jest urzędnikom na rękę. Sinead już podczas pierwszych rozmów wyczuwała, że najchętniej prześwietliliby jej przeszłość do niemowlęctwa,
by upewnić się, czy nie jest przypadkiem niebezpieczną wariatką, która podczas akcji wywali w powietrze połowę dzielnicy".

Zawsze kiedy mówię komuś, że czytam fantastykę - to, ta osoba jakoś dziwnie na mnie patrzy, czasem komentuje zdaniem w stylu "z fantastyki to ja już wyrosłam/em"... a potem widzę, tę samą osobę siedzącą w pierwszym rzędzie na kolejnym filmie Marvela, a to przecież jest kino obyczajowe...

Ale do rzeczy!
Dzięki uprzejmości samej autorki - Krystyny Chodorowskiej - mogłam przeczytać jej debiutancką powieść "Triskel. Gwardia". Główną bohaterką tej książki jest tajemnicza superbohaterka Mayday wraz ze swoją świtą - Burzą i Kretem - także jeżeli wyrośliście z fantastyki to jest to pozycja, która się Wam spodoba.

Mayday to na co dzień zwykła studentka o imieniu Sinead, pochodząca z Sidheanii - państwa, które marzy o wolności, dodatkowo podkochująca się w tajemniczym chłopaku
z przeszłosci - Duncanie - który nagle, znowu splata swoje losy z gwardzistką, ale nie - nie martwcie się nie znajdziemy tu ckliwego romansu.


Mayday posiada niebywałe zdolności - na przykład - lata, kontroluje dźwięk, potrafi przenosić przedmioty, a robi to wszystko ubrana w kombinezon spawacza i maskę zasłaniającą jej twarz. Pozostali członkowie "Gwardii" również są obdarzeni supermocami - przyspieszona regeneracja Kreta, czy skrzydła Burzy. Ale po co to wszystko? Bo w świecie gwardzistów nie dzieje się dobrze! Zamachy terrorystyczne, wszechwładne Imperium i potężne korporacje...Czyli wcale nie tak odległy nam świat, jakby mogło się zdawać.
Ale to nie wszystko. Krystyna Chodorowska dodała jeszcze do tego wszystkiego innych wymiar. A co ten cały fantastyczny świat łączy z kamieniami szlachetnymi i minerałami? 

Musicie sprawdzić sami.

"Naukowcy, którzy próbują wyjaśnić zachowanie cząstek na poziomie subkwantowym, często są zwolennikami teorii wielu wymiarów.
Jedni twierdzą, że nasz wszechświat tworzy kieszenie skumulowanej energii rozszerzające się znacznie szybciej od niego.
Druga teoria mówi, że cały wszechświat składa się z wielu wymiarów, zarówno ukrytych, jak i widzialnych, w których wibracje superstruktur decydują o układzie cząstek".

Na początku możemy być trochę zdezorientowani - zostajemy wrzuceni do codzienności świata bohaterów - przeplatanej retrospekcjami. Jednak wszystko zaczyna być dość szybko zrozumiałe i nie chcemy już odkładać losów bohaterów na później. Kiedy zatopimy się w świat stworzony przez autorkę dostrzeżemy jak wielowarstwowa jest to kreacja i nie tylko na poziomie cywilizacji, jaką podglądamy, ale i samych bohaterów. Nikt tu nie jest - jak to się zwykło pisać o mdłych bohaterach - płaski. Każda z postaci ma intrygującą przeszłość i każda skrywa spektrum emocji, które chce się odkryć jak najszybciej. Choć jestem "trochę" starsza niż grupa docelowa tej pozycji, to mimo to bawiłam się znakomicie i już wypatruję kolejnej części - Wolna Sidheania!
8/10.


Wydawnictwo: Wydawnictwo Uroboros

Data wydania: 20. czerwca 2018

Liczba stron: 352


Kategoria: fantastyka, fantasy, science fiction
#23 Plaże inwazji w Normandii - Andrzej Łapiński

#23 Plaże inwazji w Normandii - Andrzej Łapiński

#59 Plaże inwazji w Normandii - Andrzej Łapiński - czy warto przeczytać?

"Wojna jest przewrotna, paraliżuje obrazami, przeraża wspomnieniami,
ale najczęściej poraża złymi wiadomościami".

W szkole nie należałam do entuzjastów lekcji historii, kojarzyła mi się jedynie z obgryzaniem, ze strachu przed odpytaniem - paznokci. Żaden z nauczycieli nie potrafił mnie ani historią zainteresować, ani wytłumaczyć po co mi ta znajomość historii potrzebna. Dziś jest inaczej. Historię poznaję i przyswajam kiedy tylko mam okazję, bo to najlepsze źródło wiedzy o nas samych. Czas II wojny światowej zarówno mnie przeraża jak i fascynuje. Jak wiele zła, krzywdy i bólu potrafimy sprawić sobie sami i jak wiele potrafimy zniszczyć.

Andrzej Łapiński napisał książkę historyczną, ale książkę nietypową. To przewodnik po plażach i zakątkach Normandii - czyli miejsca gdzie 6. czerwca 1944 roku rozpoczęła się operacja Overlord - niemal trzymiesięczna aliancka inwazja we Francji, która dała początek działaniom wojennym na froncie zachodnim w czasie II wojny światowej.
Książka została podzielona na siedem etapów i krótkie wprowadzenie na temat działań militarnych mających tam miejsce.  Choć jest to dość obszerna publikacja - 592 strony, to autor nie opisywał szczegółowo materii historycznej, skupił się na zachęceniu nas do odbycia tej malowniczej przygody i przy okazji poznania losów ludzi, którzy przyczynili się do tego, że dziś żyjemy w wolnym świecie. 

Podobał mi się styl i sposób przekazywania informacji, to nie książka, która zmęczy nas ilością dat, nazwisk, którą czytamy i za chwile uciekamy myślami do czegoś zupełnie innego - tutaj możemy poczuć się jak na wycieczce. Siedzimy wygodnie w autobusie - do wszystkich odwiedzanych miejsc prowadzą nas nr dróg, kierunki skrętów i koordynaty nawigacyjne - a Pan Andrzej Łapiński opowiada nam niczym przewodnik, co tutaj się wydarzyło. Nie zdziwmy się jeżeli zobaczymy - oczyma wyobraźni jak gestykuluje. 

Przewodnik obfituje w nieznane mi wcześniej historyczne smaczki np. o roli psów spadochroniarzy i ich przewodników, o poświeceniu i pośmiertnym odznaczaniu biorących w akcji zwierząt. Autor wspomina umiejscowione wiele wcześniej w historii wydarzenia z odwiedzanych przez nas miejsc. Inwazję przeżywamy również z perspektywy osób biorących w niej udział - są bogato przedstawiane wspomnienia. Znajdziemy również odniesienia do kinematografii.

Dowiemy się też, gdzie można napić się kawy, przenocować i ile kosztuje wejście do danego muzeum i w jakich godzinach jest otwarte dla zwiedzających.

To bogate źródło wiedzy zarówno dla osób fascynujących się II wojną światową, operacją Overlord, ale i dla chętnych do odbycia wycieczki w piękne dziś tereny, a przy okazji oferujące nam warstwę edukacyjną.  Jedyną wadą książki - jeżeli potraktujemy ją jak typowy przewodnik jest... jej waga. Naszym rodzinnym marzeniem jest odbycie takiej podróży i nam ta publikacja na pewno będzie wtedy towarzyszyć.


Wydawnictwo: Zysk i S-ka

Data wydania: 28. maja 2019

Liczba stron: 592

Kategoria: historyczna/przewodnik


Recenzja napisana dla portalu bookhunter.pl
#22 Znak kukułki - Anna Bichalska - recenzja

#22 Znak kukułki - Anna Bichalska - recenzja


#58 Znak kukułki - Anna Bichalska - recenzja - czy warto przeczytać?
 
"Czy historia, którą opowiadam, jest fantastyką, opowieścią grozy, literaturą faktu, obyczajową, realizmem magicznym, wyimkiem biografii, powieścią psychologiczną, pamiętnikiem wariatki, sennikiem?"

Alina została adoptowana i niewiele pamięta ze swojego dzieciństwa. Jej przybrany ojciec Mateusz, przed śmiercią zostawia jej teczkę z artykułami dotyczącymi sprawy sprzed dwudziestu lat. Okazuje się, że pracował wtedy jako dziennikarz i interesował się sprawą tajemniczych zaginięć dzieci - powracających z wyrysowanym piętnem. Mało tego, okazuje się, że ta sprawa miała swoje korzenie wiele, wiele lat wcześniej... 

Bohaterka cierpi na zaburzenia snu, z którymi nauczyła się żyć. Alina potrafi tkwić w półśnie, którego nikt nie zauważy, a w nocy nie spać lub też lunatykować, co z kolei przyczynia się do wyprowadzek jej współlokatorów. Każdy ze swoich snów notuje, szukając w nich odpowiedzi dotyczących jej przeszłości, ale zdają się one być kompletnie fantastyczne. Przypadkiem trafia na seans filmu "Kobieta z kukułką", gdzie poznaje swoją kolejną lokatorkę - Gretę - co ciekawe są one jedynymi uczestniczkami seansu. Okazuje się, że Alinę i reżysera filmu o "Kobiecie z kukułką" coś... łączy. 

Dodatkowo narracja jest prowadzona przez kilka postaci - Alinę - w pierwszej osobie, Myszę - dziewczynkę o niebywałej wyobraźni w osobie trzeciej, i Marię pisarkę, wypowiadającą się również  w osobie pierwszej - później pojawia się jeszcze postać nazwaną - Zjawą. 

"- Mam klucze do wszystkich światów, znam wszystkie drogi. Nie sposób przede mną uciec. Odszukuję to, co głęboko ukryte, oddaje, co zagubione. Odkopuje to, co zakopane. Zawsze wracam. Bądźcie gotowi".

Pierwszy raz czytałam książkę, której bohaterką jest moja imienniczka, ale to nie jedyna zbieżność, pojawia się wiele punktów wspólnych, ale nie będę nikogo nimi zanudzać. Powieść pochłonęłam w dwa dni - co jest nie lada wyczynem biorąc pod uwagę fakt, że zmagałam się z wysoką gorączką i postępującym grypopodobnym schorzeniem. Domyśliłam się dość wcześnie tego, co może kryć się pod aurą niezwykle bogatych wyobrażeń sennych bohaterki, ale nie mogłam i tak pozwolić sobie na nie skosztowanie kolejnej strony tej prawdziwej uczty mrocznej wyobraźni pani Bichalskiej. To jedna z tych historii, których nie chce się odłożyć dopóki się nie dowiemy, co będzie dalej. Miesza się tu ze sobą świat wyśniony, często daleki od tego, o czym chcielibyśmy marzyć, ze światem rzeczywistym. 
To książka, dla ludzi, których wyobraźnia nadal pracuje na wysokich obrotach, którzy lubują się w smaczkach nieoczywistości, w morzu znaczeń i dźwięków podświadomości, podlanych szczyptą grozy.
Na koniec kieruję prośbę do autorki o... nie tak częste używanie "gumki do mazania" :)

7/10.

#58 Znak kukułki - Anna Bichalska - recenzja - czy warto przeczytać?


Za swój egzemplarz dziękuję wydawnictwu Zysk i S-ka.



Wydawnictwo: Zysk i S-ka

Data wydania: 28. maja 2019

Liczba stron: 451

Kategoria:
Kryminał/Sensacja/Thriller
#21 Białe łzy - Hari Kunzru

#21 Białe łzy - Hari Kunzru

#57 Białe łzy - Hari Kunzru - recenzja - czy warto przeczytać?

"Współczesność jest nudna, ale dodaj pogłos, a usłyszysz, jak czas odwraca bieg, ześlizguje się w przeszłość, w echo i nieszczęście".

Lubię dziwne historie. Czy to w filmie, muzyce czy książce - kiedy autor balansuje na granicy rzeczywistości i pozwala nam snuć dowolne przypuszczenia. Kupiłam tę książkę na wyprzedaży w Biedronce (!) przyciągnęły mnie brzydkie, przesunięte napisy - koszmar estety. Miało to zapewne oddawać trójwymiarowość treści, głębie, ale jest zwyczajnie nieczytelne i brzydkie. Przeczytałam opis, brzmiał nieźle - choć teraz po zakończonej lekturze odnoszę wrażenie, że autor tego opisu nie przeczytał tej książki...

Poznajemy dwóch zupełnie różnych chłopaków, których łączy jedna rzecz - ogromne serce, ogromna miłość do muzyki. Jeden pochodzi z biednej rodziny - Seth, drugi jest dziedzicem fortuny - Carter, ale obaj są dość wyalienowani i najlepiej czują się w towarzystwie dźwięków. 
Seth chodzi ulicami w słuchawkach i nagrywa wszystko w okół, potem to skrzętnie przesłuchuje i wyłapuje to, czego nikt inny by nie usłyszał. Carter natomiast jest kolekcjonerem płyt winylowych, szuka starych wydawnictw, pojedynczych sztuk, które kupuje za horrendalne kwoty. Kłócą się, godzą i tak w kółko. Udaje im się jednak założyć wspólnie studio i odnoszą ogromny sukces. Produkują utwory z duszą, które brzmią jak z dawnych lat, kiedy dźwięk nie był zupełnie czysty. 

Na jednym ze swoich spacerów Seth nagrywa śpiewającego mężczyznę, jego głos jest tak niesamowity, że obaj czują się jakby ich zahipnotyzował. Seth wie wszystko, co się działo, gdy nagrywał jak mężczyzna śpiewa, ale nie potrafi sobie przypomnieć jak wyglądał. Trafia na jego głos jeszcze parę razy i przy każdym takim spotkaniu mężczyzna wygląda inaczej i za nic w świecie chłopak nie potrafi go dokładnie opisać.
Raz udaje mu się nagrać też gitarę i kiedy odsłuchują nagranie w studio łączą tajemniczy głos z dźwiękiem gitary i tworzą utwór. Carter bez wiedzy Setha fałszuje do utworu etykietę - na której jest napisane, że autorem jest Charlie Shaw i umieszcza piosenkę w internecie.
Ludzie są zachwyceni, chcą kupić za ogromne kwoty płytę tego artysty. I wtedy zaczynają się problemy. Carter staje się ofiarą pobicia i leży w stanie śpiączki w szpitalu.
Seth odnajduje osobę, która również poszukuje Charliego Shawa - Chestera - i wraz z nim i siostrą Cartera - Leonie, ruszają śladem wyimaginowanego artysty. Podróżują przez Missisipi - co wraz z wszechobecnym bluesem tworzy niesamowity klimat. Poszukiwania trochę przypominają kryminalne śledztwo.

"Guglielmo Marconi, wynalazca radia, wierzył, że fale dźwiękowe nigdy nie cichną, że trwają, coraz słabsze i słabsze, maskowane codziennym gwarem świata. Marconi uważał, że gdyby był w stanie wynaleźć odpowiednio mocny mikrofon, mógłby słuchać dźwięków starożytności".

Pierwszy raz spotykam się z książką, w której - tyle i w tak magiczny sposób pisze się o muzyce. To nie jest książka dla każdego. To doskonała lektura dla tych co widzą, czują i słyszą znacznie więcej niż pozostali. Dla tych co wierzą, że jesteśmy nie tylko organizmem ale i energią. Świetne monologi wewnętrzne Setha, niezrozumienie otoczenia, poczucie wyobcowania i ta łatwowierność przez którą jego życie wywraca się do góry nogami.
Nie można również nie wspomnieć o niebywałym talencie pisarskim autora, lekkość pióra i opisy tonów, dźwięków w tak magiczny sposób, że nie tylko można je usłyszeć, ale i dotknąć. To wszystko otacza ciemna aura wszechobecnego rasizmu, segregacji rasowej. Atmosfera bywa ciężka,
wręcz depresyjna.  

Nie jest to książka, która "zmieniła moje życie", ale długo o niej nie zapomnę, z uwagi na tak niesamowite użycie zdań do opisania czegoś, czego nie widać. 

"To, co żyje, opiera się entropii. Posiada pewnego rodzaju granicę, błonę albo skórę, metabolizm, umiejętność reagowania na świat. I tworzenia kopii. Aby coś przekazać". 

Ode mnie 7/10. 

#57 Białe łzy - Hari Kunzru - recenzja - czy warto przeczytać?



Wydawnictwo: Wydawnictwo WAB


Data wydania: 28. lutego 2018

Liczba stron: 320

Kategoria:
literatura współczesna / angielska / obyczajowa

Tłumaczenie: Krzysztof Cieślik


#20 Pozornie bez winy - Paulina Medyńska

#20 Pozornie bez winy - Paulina Medyńska




Kiedy podróżowałam po niezbadanych obszarach internetu natrafiłam na fragment niewydanej powieści Pauliny Medyńskiej. Był to początek kryminału, który napisała - brzmiał on na tyle ciekawie, że skomentowałam, a sama autorka zapytała czy nie zechciałabym przeczytać całości. Choć miałam z tyłu głowy niedawną przygodę z autorem, którego nazwiska nie wymienię - który odważył się wydać sam swój kryminał - co nadal uważam za totalną pomyłkę - bo czytać tego się po prostu nie da... postanowiłam spróbować, przecież nie każdy na lekcjach języka polskiego grał w statki zamiast się uczyć.
Także tego, jak wspomniałam autorka przesłała mi powieść w formie elektronicznej.

W niedzielę około godziny 14, postanowiłam zajrzeć do tego tajemniczego e-booka. Pierwsze co rzuciło mi się w oczy to - brak korekty - ale jest to zupełnie zrozumiałe biorąc pod uwagę etap, na jakim jest autorka i jej książka. Postanowiłam wyłączyć swój detektor wykrywający końcówki, przecinki, błędy stylistyczne - kto ich nie popełnia niech pierwszy rzuci kamieniem! Nie było ich znowu też, aż tak dużo... Ale, do rzeczy.

Bohaterami powieści jest dwójka policjantów - Marcin Anders - wracający po urlopie zdrowotnym, na który musiał się udać po dość obciążającym psychicznie wcześniejszym śledztwie, i będąca u progu kariery policyjnej młodziutka Florianna Szulc. Losy tej dwójki splatają się za sprawą śledztwa, które będą prowadzić.
W pewnej mieścinie zwanej Miasteczkiem, w pierwszy dzień wiosny zostają odkryte zwłoki bardzo młodej dziewczyny - Alicji. Choć zginęła od uderzenia w głowę, to jej ciało nosi ślady pośmiertnych ran kłutych, a dodatkowo w okół ciała sprawca ułożył kamienie.
Pierwsze kroki prowadzą... na plebanię!

Poznajemy również dziennikarza Aleksa Znajdę, którego łączy wspólna przeszłość z śledczym Andersem, ale nie tylko. Dziennikarz dość dobrze zna przyjaciółkę pierwszej ofiary.. Tak pierwszej - bo ofiar jest więcej! 
A im brniemy głębiej w historię tym więcej jest dowodów, powiązań, kłamstw, zdrad, rodzinnych brudów, czyli wszystkiego co zawsze łączy małe miasta - wszyscy o wszystkich wiedzą wszystko - a jak przychodzi co, do czego to się okazuje, że jest zgoła inaczej.
Będziemy wspólnie z śledczymi penetrowali stare tunele, które podobno mogą skrywać złoto, czytali kryminały, liźniemy trochę techniki śledczej rodem z CSI, popatrzymy zza pleców na rodzący się romans, który swoją drogą w ogóle mi nie przeszkadzał - mimo że nie należę do fanek takich wątków. 

Akcja toczy się nie przerwanie od pierwszych stron i ani na moment nie zwalnia. Tutaj nikt się nie będzie nudził i choć jesteśmy w kryminalnym schemacie, i można szybko domyśleć się kto, to nie warto odmawiać sobie przyjemności zgłębiania zawiłych losów dwójki policjantów.
Choć poczułam się dotknięta kiedy Kuba Sienkiewicz został nazwany "klasykiem" - aż tak wiekowa jestem? Ale autorka zrekompensowała mi to nawiązaniami do... Comy, której wcześniejsze albumy znam na pamięć. 

Można oczywiście ponarzekać, że trochę schematycznie, że naiwne miłostki, że młodzieńcze ideały stoją za zawodowym wyborem bohaterów, że czuć jakąś amerykańskość... Można, ale po co? 

Z całego serca życzę autorce, żeby któreś z polskich wydawnictw zdecydowało się wydać jej powieść, bo jest to dobra pozycja, a każda następna na pewno będzie jeszcze lepsza!



#19 Harda - Elżbieta Cherezińska

#19 Harda - Elżbieta Cherezińska

Harda - Elżbieta Cherezińska - recenzja - czy warto przeczytać?

"Świętosława wiedziała, że w każdej chwili na nowo może wybuchnąć ogień.
Ludzie nie odłożyli broni, mieli ją w rękach, brudną od ciała, które posiekali.
Bała się.
Po raz pierwszy w życiu sparaliżował ją lęk. Ale była królową i nie mogła się bać".
 
Nie wiem jak u Was w szkole wyglądały lekcje historii, ja swoich nie wspominam zbyt dobrze.
Jedna nauczycielka wymagała recytacji dat i wydarzeń, i to była podstawa oceny - nic ponadto. Żadnego zainteresowania tematem, skutek był wręcz odwrotny - czułam się jak na matematyce.
Drugiej nauczycielki - tej ze średniej szkoły - nigdy nie było - nie mam do niej żalu, może chorowała - nie pamiętam, ale gdzie była szkoła by zapewnić zastępstwo? Żeby zaliczyć przedmiot trzeba było napisać pracę, ale nie pamiętam już na jaki temat - a z tym akurat nie miałam problemu, więc średnią szkołę zakończyłam z dość wysoką oceną z tego przedmiotu - mimo miernej wiedzy historycznej... Smutne niestety.
Dziś jest trochę inaczej - historię lubię, zwłaszcza taką, która nie jest do końca znana. Kiedy pojawia się pole do wyobrażeń tego, co mogło lub też nie  - się wydarzyć.

Tak też trafiłam na "Hardą" autorstwa Elżbiety Cherezińskiej. Pani Cherezińska sięgnęła po odległe czasy - czasy Piastów, o których niestety zbyt wiele nie wiemy. Cofamy się do epoki kiedy Mieszko poślubił Dobrawę i kiedy przyjął chrzest, a z ich związku narodziły się... dzieci. Tak, dzieci. Bolesław zwany później Chrobrym i Świętosława - posiadająca potem wiele imion - Sygryda Storråda, czy też Gunhilda. Niestety nie wiemy jak było naprawdę i czy Sygryda Storråda była żoną Eryka Zwycięskiego i czy była też Gunhildą żoną Swena Widłobrodego.Tak jak rozumiem chęć poznania prawdy wśród nie tylko historyków, tak nie rozumiem przepychanek o to, kto ma rację i czyja prawda jest tą jedyną.

Autorka podania o niesamowitej siostrze Bolesława Chrobrego zebrała i stworzyła kobietę - matkę królów, z krwi i kości. Kiedy zaczynałam czytać powieść pani Elżbiety, wiedziałam, że nie sięgam po podręcznik historii i tego też nie oczekiwałam. Czytałam ją spodziewając się jedynie dobrej powieści. A co dostałam? 
Stałam się uczestnikiem narodzin chrześcijaństwa, nie tylko w Polsce, poznałam kobietę, która zawsze wybiera to, co podpowiada jej rozum, mimo że często bywał w rozbieżności z sercem. Kobietę targaną prawdziwą namiętnością, a mimo to umiejącą wybrać rozsądnie. Taką, która choć się boi i tak powie największym wojownikom to, co o nich myśli!
To najlepiej napisana postać żeńska, z jaką się dotychczas zetknęłam.


Świętosławę poznajemy w momencie narodzin i już wtedy otrzymuje swój przydomek - Harda. Tak też kroczy przez życie. Od dziecka marzy, aby zostać królową - jednak ma świadomość, że nie będzie to takie łatwe...  
Jako młoda dziewczyna poznaje Olava Tryggvasona - późniejszego króla Norwegii - zakochuje się w nim z wzajemnością, ale jak to wśród władców bywało i bywa - ich ślub nie jest możliwy - Mieszko ma inne plany wobec tej dwójki.
Świętosława zostaje żoną Erika Segersälla, a Olav mężem przyrodniej siostry Świętosławy - Geiry. Od tej pory ich losy toczą się osobno - jednak zawsze ich myśli wypełnione są tą niespełnioną miłością. Świętosława otrzymuje imię Sigrida Storråda - z uwagi na niemożność wypowiedzenia jej imienia przez Szwedów. Rozkochuje w sobie nie tylko męża, ale i ród. W dzieciństwie odebrała kilka lekcji od macochy Ody, która była drugą żoną Mieszka i wciela te lekcje w życie, ale... Jest dużo bardziej inteligenta i przewidująca niż jej nauczycielka i tak z dziewczynki marzącej o prawdziwej miłości staje się królową. Ale czy to jest to, o czym tak naprawdę marzyła?

Znane fragmenty historii autorka zgrabnie wypełniła niesamowitymi opisami czasów Piastów, czasów jomswikingów, grabieży, walk.
Historię poznajemy z wielu punktów widzenia - Mieszka, Bolesława, Świętosławy, Olava i pozostałych bohaterów powieści. Mimo ich mnogości nie da się pogubić, wszystko tworzy spójną historię, a czytelnik ma poczucie bycia jej uczestnikiem. 


Ta powieść to - jak sama autorka zaznacza - hołd dla wszystkich zapomnianych piastowskich księżniczek, Mniszek, żon, matek i władczyń, o których historia nie wspomina, a jedynie oznacza jako N.N. 

To był wspaniale spędzony czas w odległej epoce, który skłonił mnie do zapoznania się możliwymi do zweryfikowania faktami historycznymi lepiej niż jakakolwiek lekcja historii.
Na pewno sięgnę po Królową i pozostałe powieści Elżbiety Cherezińskiej.
Dla mnie to była mocna 9.


"Wyciągnęła przed siebie miecz i krzyknęła:
- Będę was bronić tak, jak obroniłam siebie! A wy? Czy będziecie bronić mnie?
Przestali skandować, zamilkli. I podchodzili do niej jeden po drugim. I całowali miecz, na którym była krew. Patrząc na nich tej nocy, pomyślała, że część z tych ludzi widzi w niej własną córkę, a część kobietę, która budzi ich pożądanie. I właśnie z tego powodu staną między nią a każdym, kto będzie próbował ją posiąść".

Za swój egzemplarz dziękuję wydawnictwu Zysk i S-ka.


Harda - Elżbieta Cherezińska - recenzja - czy warto przeczytać?


Wydawnictwo: Zysk i S-ka


Data wydania: 6. czerwca 2016

Liczba stron: 591

Kategoria:
historyczna



#18 Miara człowieka - Marco Malvaldi

#18 Miara człowieka - Marco Malvaldi


#54 Miara człowieka - Marco Malvaldi - recenzja - czy warto przeczytać?

"Każdy człowiek może w swoim umyśle dać kształt rzeczom, których nie ma,
i przekonać innych, że takie przedmioty istnieją lub też będą istnieć".

Jest jesień 1493 roku. Zakorkowanym karetami powożonymi przez pokrzykujące kobiety, Mediolanem - przemyka pewien tajemniczy około czterdziestoletni mężczyzna. Okutany w długi różowy płaszcz, przemierza nie tylko ulice, ale i niezbadane rejony własnych myśli.
Na piersi nosi notes, pełen tajemniczych zapisków wyglądających jak szyfr, stale coś liczy i analizuje. W swojej pracowni, którą dzieli z matką i uczniem - maluje i rzeźby. Nie lubi jeść mięsa. Zawsze wie co odpowiedzieć, ale nie potrafi egzekwować płatności za wykonaną przez siebie pracę.
Ten mężczyzna to Leonardo da Vinci. Sława o jego nieprzeciętnych zdolnościach - nie tylko artystycznych - przekracza Alpy.
Król Francji Karol VIII wysyłał do Mediolanu legatów z prośbą o wsparcie w wojnie z Aragończykami - ale to nie ich jedyna misja. Mają jeszcze jedną - tajną - zdobyć notatnik Leonarda, o którym krążą już legendy - jakoby artysta miał w nim zapisywać swoje pomysły i potrafił skonstruować machinę wojenną niedającą się zwyciężyć.



" - Miasto uczciwych ludzi byłoby miastem doskonałym do życia. Ale jest jeden problem: ludzie nie są uczciwi. Weźcie stu obywateli i zapytajcie mnie, czy większość z nich jest dobrymi ludźmi, a odpowiem wam, że tak. Ale wystarczy jeden, Leonardzie, by zepsuć tych, tak jak wystarczy wlać jedną łyżeczkę łajna do beczki wina, by stało się nie do spożycia".
Sam Leonardo w tym czasie zajmuje się konstruowaniem ogromnego konnego pomnika ku czci nieżyjącego już od ponad dwudziestu siedmiu lat - Francesco Sforzy. Robi to na zlecenie syna Francesco - Ludovico Il Moro.
Na Piazzale delle armi zostają znalezione zwłoki mężczyzny - malarza jak się później okazuje, nie noszące śladów mordu.
Kiedy pierwsza - najbardziej możliwa przyczyna śmierci - dżuma, zostaje odrzucona, kiedy Leonardo odkrywa prawdziwą jej naturę, powstaje pytanie: Kto? I jaki miał motyw?


To nie jest typowy kryminał. To opowieść o czasach kiedy im byłeś grubszy, tym wyższy status społeczny prezentowałeś - i co ciekawe dotyczyło to mężczyzn, czasów kiedy uważano, że choroby przenosi wiatr, a nie bakterie, a pierwsze sekcje zwłok wykonywano na kobietach, bo wierzono, że nie posiadają one duszy...
Czyli brud, smród i... początki definicji wartości pieniądza i działalności banków, wszystko to przeplatane humorystycznymi wstawkami i wątkiem śledztwa.


" - Pieniądz, tak jak język, jest tajemnym kodem, za pomocą którego ludzie się dogadują, a który dla każdego, kto nie jest człowiekiem, staje się absolutnie niezrozumiały".

Książka pełna jest imion, nazwisk, przydomków, na których można sobie język połamać, autor ułatwił czytelnikowi rozeznanie się w tym gąszczu postaci zamieszczając na początku "Dramatis Personae", czyli po prostu spis postaci. Do "Miary człowieka" miałam zajrzeć tylko na chwilę - by sprawdzić co się w niej kryje, ale kiedy już zaczęłam - to ją skończyłam. Udało się autorowi, mimo wątku kryminalnego (dość okrojonego), przeplatanego dowcipem, ukazać niebywały geniusz Leonarda. Dodatkowo trafne puenty i aura otaczająca początki bankowości nadają tej historii wielowymiarowości. 

Narracja posiada ciekawą formę prowadzona jest głównie w osobie trzeciej, przeplatają ją listy pisane w osobie pierwszej, a sam autor często zwraca się bezpośrednio do czytelnika.
Na końcu znajdziemy posłowie - nazwane dość przewrotnie - "Od Autora. Książka pełna błędów", gdzie wyjaśnił co jest prawdą, co jest prawdopodobne - z jakich materiałów korzystał i dlaczego użył tak wiele swojej wyobraźni.


Jeżeli chcecie spędzić przyjemnie czas, pospacerować po XV-wiecznym Mediolanie, podglądać wiecznie knujące, spiskujące postaci z historii, okraszone humorem i wątkiem kryminalnym bez porywającej akcji, a nawet trafnymi wnioskami na temat ludzkiej natury i niestraszne Wam długie włoskie i francuskie nazwiska - to jest to lektura po którą powinniście sięgnąć!

7/10.

"Tylko obserwując naturę i innych ludzi, człowiek może się uczyć. Ale bez porównywania tego, co się robi, z tym, w co się wierzy, tego, czego się oczekuje, z tym, co zachodzi, człowiek nie może wzrastać zdrowy na umyśle i w osądzie. A jedynym sposobem, by mieć świadomość błędu, jest mierzenie się z samą naturą, jako że, w przeciwieństwie do człowieka, nigdy nie kłamie".

Za swój egzemplarz dziękuję wydawnictwu BUKOWY LAS

Wydawnictwo: Bukowy Las


Data wydania: 15 maja 2019

Liczba stron: 280

Kategoria:
thriller, sensacja, kryminał



Tłumaczenie: Gabriela Rogowska

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...