#34 Kolejna osoba, którą spotkamy w niebie - Mitch Albom

#34 Kolejna osoba, którą spotkamy w niebie - Mitch Albom


#70 Kolejna osoba, którą spotykamy w niebie - Mitch Albom - recenzja - czy warto przeczytać?


Miałam szczęście mieć obie części "niebiańskich" powieści spod pióra Mitcha Alboma, więc od razu sięgnęłam po drugą.
Znałam konstrukcję, znałam styl, wiedziałam co mnie czeka i z uśmiechem na ustach pomyślałam tym razem nie doprowadzisz mnie do łez drogi autorze... Myliłam się. 

"Strata jest równie stara jak życie.
Ale mimo milionów lat ewolucji, nadal jej nie zaakceptowaliśmy".

Bohaterką drugiej części bestsellerowej pozycji "Pięć osób, które spotykamy
w niebie" jest Annie. Kobietę znamy już z historii Eddiego, ponieważ jest ona  uratowaną przez niego dziewczynką.

"Zapominamy, że "nasz" czas splata się z czasem innych.
Z jakiegoś nadchodzimy i do jakiegoś powracamy.
Ten rodzaj powiązań nadaje światu sens".

Annie jest dorosła, jednak nie jest dane jej żyć długo i szczęśliwie - jak by tego sobie życzyła. Ją też spotyka to, z czym będziemy musieli zmierzyć się wszyscy bez względu na status społeczny - śmierć.
Bohaterka po latach nieudanego życia wychodzi za mąż za mężczyzną, którego kocha od dziecka. W końcu smakuje szczęścia, jednak zostaje ono jej odebrane przez... wypadek.
Wraz ze świeżo poślubionym mężem są ofiarami katastrofy powietrznej. Mężczyzna jest w dużo gorszym stanie niż Annie, kiedy więc staje przed nią możliwość uratowania mu życia - nie waha się ani chwili.
Potem budzi się w... niebie. 


"Boimy się samotności, Annie, ale ona w gruncie rzeczy nie istnieje".


Fabuła jest podobnie zbudowana jak w poprzedniej książce - wspomnienia, lekcje w niebie i to, co dzieje się po wypadku przeplatają się, przez co dokładnie poznajemy całe życie kobiety. Oczywiście jedną z osób, które pojawiają się na jej drodze jest Eddie. Kobieta miotała się od dziecka, niewiele pamiętała z wypadku, nosiła w sobie ogrom poczucia winy i nie tylko z powodu tego, co się stało w Rubylandzie. Wiele wycierpiała, ale i sama przyczyniła się do wielu łez. Kiedy wędruje przez niebo, nie może się pogodzić z tym jak wiele straciła, kiedy w końcu odnalazła to szczęście, za którym tak całe życie goniła.

"Wszystkie dzieci mają swoje tajemnice. Rodzice też. Urabiamy wersję, w którą inni mają wierzyć, chwalimy się pozorami, ukrywamy prawdę".

"Kolejna osoba, którą spotkamy w niebie" zaskakuje zarówno zakończeniem jak i doborem postaci, które mają pomóc Annie "pogodzić się ze sobą" i dostrzec wartość jej życia. Cieszę się, że autor w swojej wizji nieba przewidział kogoś, kto według dogmatów jednego z wyznań nie miał prawa się tam znaleźć. Głęboko wierzę, że w moim miejscu, też znajdą się takie nieoczywiste postaci.

Ziemska egzystencja cudem ocalonej dziewczynki nie była usłana różami, bo niestety życie to nie bajka, jednak każde ma głęboką wartość. Autor po raz drugi wypowiada tę oczywistą maksymę; o tym ile znaczymy dla siebie nawzajem. Jesteśmy wszyscy ze sobą powiązani jak jeden wielki organizm, który potrzebuje każdego z nas by najzwyczajniej w świecie - istnieć.
Po raz kolejny dostrzegam również - tę samą zależność dotyczącą przemilczania przez nas trapiących nas myśli i zostawienia spraw nierozwiązanymi, co z kolei odbiera nam możliwość zrozumienia się i trwamy tak dzień po dniu, dusząc się własną codziennością.

"- Bo najbardziej pielęgnujemy urazy niż przejawy czułości - odparła Lorraine. _ Każdy jest w stanie podać dokładny dzień, gdy został zraniony, ale kto pamięta dzień, kiedy wrócił do zdrowia?"

Wniosek jaki nasuwa się po zakończonej lekturze dotyczy śmierci, która nie musi niczego kończyć, a wręcz przeciwnie może stać się zalążkiem innego życia. Myślę, że jeżeli kiedyś zaczniemy postrzegać śmierć jako stałą naszego istnienia dużo łatwiej będzie nam ją zaakceptować.

"Nasze życie tak często w niezauważalny dla nas sposób się zmienia. Jak za przełączeniem w ołówku funkcji pisania na ścieranie".

Polecam każdemu kto polubił się z wizją jaką roztoczył Mitch Albom w poprzedniej części - nie powinniście być rozczarowani. Polecam każdemu kto nie tylko lubuje się w wizjach życia po śmierci, ale też temu kto czuje, że co dzień coś traci...
9/10.

Za swój egzemplarz dziękuję wydawnictwu Zysk i S-ka.


Wydawnictwo: Zysk i S-ka

Data wydania: 18. czerwca 2019
Liczba stron: 202
Kategoria: literatura współczesna/piękna

Tłumaczenie: Jakub Jedliński
 
#33 SI - Stepan Wartanow

#33 SI - Stepan Wartanow


#69 SI - Stepan Wartanow - recenzja - czy warto przeczytać?


Muszę przyznać, że jeszcze nigdy nie czytałam tak wielowątkowej powieści. Czasem autor ma kilka pomysłów, które na siłę umieszcza w fabule jakby chciał sprawdzić co z tego misz maszu wyjdzie.  

W przypadku "SI" Stepana Wartanowa jest ciężko jest w skrócie przedstawić zarys fabuły. Dzieje się tu wiele od początku. SI czyli sztuczna inteligencja przypominały wózki na gąsienicach. Powstały w ramach operacji "Mosiężna pięść" i zostały nazwane "żelaznymi żołnierzami". Projektant zastosował system tłumienia nadmiernej samodzielności - co miało zapobiec wyrwaniu się ich spod jarzma ludzkiej ręki. Jednak nie dało to zadowalających rezultatów, gdyż SI sterroryzowały pilota helikoptera, po czym uciekły z poligonu wojskowego w liczbie czterech sztuk. Ukryły się w jaskini, gdzie przechodząc w tryb serwisowy przetrwały nieodnalezione przez 9 lat.
Budzą się w 2036 roku w erze komputerowych geeków pragną powrócić do życia i się przystosować. Pierwsze co ukazuje się ich oczom to góra śmieci, która przysypała wejście do jaskini w której się ukryły, chcąc jak najszybciej wyjść, używają lasera i dochodzi do wybuchu metanu. Na ich drodze pojawia się tzw. CYBERPUNK - Bob Brown, który hoduje kury i króliki. Po dość zabawnym zapoznaniu - jednej z SI został zaatakowany przez koguta Boba, cała czwórka SI staje się podopiecznymi wspomnianego cyberpunka. Pragnie on zbudować dla nich nowe ciała, które będą przypominały ludzkie. Sam jednak nie ma takich możliwości, więc prosi o pomoc jednego ze znajomych - Harrego. Ten rusza z pomocą i za pomocą swoich komputerowych zdolności symuluje atak terrorystyczny na lotnisku, aby móc bez przeszkód przewieźć ogrom narzędzi niezbędnych mu do pracy. Symulacja rozrasta się jak wirus. Tymczasem SI czytają książki, jeżdżą po okolicy, obserwują ludzi i kradną samochód, którym nie potrafią jeździć. Mało tego - nieszczęsny samochód zawiera ładunek w postaci narkotyków halucynogennych, który będą chcieli odzyskać prawowici właściciele - przestępcy. Do akcji włączy się policja, i para agentów FBI, podobnych trochę do Muldera i Scully z Archiwum X. On wszędzie szuka zjawisk paranormalnych, a ona jest bardzo sceptyczna - coś ich jednak różni, a jest to mianowicie zapach skunksa.


"Bo czym jest społeczeństwo, jeśli nie syntezą ideologii i gospodarki?"

Uff, chyba udało mi się przedstawić to na tyle krótko, na ile to było możliwe. Wszystkie wątki się łączą i dochodzą jeszcze inne pomniejsze - jak telepaci, duchy, niedźwiedź i elektroniczne, ogromne pająki.
Brzmi jak masło maślane, ale... takie nie jest. Wszystko jest niesamowicie logiczną historią jak abstrakcyjnie to nie brzmi. 


Podczas czytania śmiałam się w głos. Nie do każdego jednak takie poczucie humoru, jakie prezentuje autor trafi. Z uwagi na zawiłość czyta się tę powieść dość ciężko. Niektóre wydarzenia autor uzupełnia o obserwacje i wnioski - które mimo że powiązane z fabułą, to mogą wytrącić z rytmu czytania. 
Mam bardzo dobrą pamięć i z reguły nie mam problemu z zapamiętaniem, kto kim jest, nawet przy dużej ilości bohaterów, tutaj jednak musiałam posiłkować się zapiskami, żeby się nie pogubić.  


Treść może się wydawać jakąś komiczną historią ze stajni since fiction, jednak to zabieg, który autor zastosował, aby przemycić treści dotyczące sensu naszego istnienia.
Bo co to, tak naprawdę znaczy być człowiekiem?
Poruszył kwestię społeczeństwa, tego jak działają różne powiązania międzywarstwowe,
kto na kogo i jak może wpływać, co z tych oddziaływań wynika.


To lektura o trudnej treści, wdzięcznie ukrytej pod żartobliwą historią, której warto spróbować, choćby tylko po to, aby poobcować z tak ogromnym intelektem jaki bez dwóch zdań posiada Stepan Wartanow. 



Wydawnictwo: Papierowy księżyc

Data wydania: 25. lipca 2018

Liczba stron: 442
Tłumaczenie:Marina Makarewska


Recenzja napisana dla portalu bookhunter.pl
#32 Pięć osób, które spotykamy w niebie - Mitch Albom

#32 Pięć osób, które spotykamy w niebie - Mitch Albom


#67 Pięć osób, które spotykamy w niebie - Mitch Albom - recenzja - czy warto przeczytać?


Wzbraniałam się przed przeczytaniem "Pięciu osób, które spotykamy w niebie" Mitcha Alboma z uwagi na swoją nadmierną wrażliwość. Nie chciałam sobie zaserwować czytania poprzez łzy, bo czułam, że tak to się skończy.
Jednak kiedy po raz wtóry zobaczyłam tę pozycję, to podjęłam się tego wyzwania i... nie żałuję.

Początkiem historii jest "Koniec". Koniec dotyczy śmierci głównego bohatera, który jest pracownikiem wesołego miasteczka zwanego "Rubylandem".
Eddie - bo tak ma na imię bohater, to starszy mężczyzna zajmujący się obsługą techniczną parku rozrywki. W trakcie dnia pracy dochodzi do poważnej awarii,
w skutek której Eddie ginie ratując małą dziewczynkę. Trafia do nieba nie pamiętając nic z ostatnich minut swojego życia, oprócz małych dziecięcych rączek w jego własnych.
W niebie spotyka tytułowych pięć osób. Ziemskie życie każdej z nich splotło się w jakiś sposób z życiem Eddiego. Teraz zadaniem każdego z tej piątki jest dać mu lekcję, aby zrozumiał sens własnego życia i osiągnął spokój.

" - Pokój osiągniesz dopiero wtedy - powiedziała kobieta
- kiedy sam go zawrzesz ze sobą".

Sama konstrukcja fabuły jest dość zaskakująca. Wspomnienia z życia bohatera przeplatają się podróżą w niebie, odbieraniem lekcji od każdej z napotkanych osób i tym jak toczy się życie na ziemi po śmierci Eddiego. 

Już na samym początku Mitch Albom zaznacza, że jest to tylko jego własna wizja nieba i każdy może mieć inną, a jego celem jest uzmysłowienie wszystkim ludziom, którzy wymagają od siebie zbyt wiele i stale czują się przytłoczeni bylejakością ich życia, że tak naprawdę są niezwykle ważni, że spletli swoje życia z innymi, mieli wpływ na ich los i byli kochani.

"Wszyscy rodzice wyrządzają krzywdę swoim dzieciom. Nic nie można na to poradzić. Młodość, niczym najczystsze szkło, odbija ślady rąk, które jej dotykają. Jedni rodzice zostawiają smugi, inni rysy, jeszcze inni rozbijają dzieciństwo na małe kawałeczki o ostrych krawędziach, których już potem nigdy nie da się skleić".

Nie wszystkie spotkane osoby Eddie zna, nie wszystkie pamięta. To postaci z jego dzieciństwa, służby w wojsku, ktoś dzięki, któremu istnieje miejsce pracy Eddiego i osoba, którą kochał najbardziej. Kiedy poznaje ich historie niejednokrotnie jest przytłoczony przez wyrzuty sumienia i to czego doświadcza dalekie jest od rajskiego nieba, o którym słyszymy, albo inaczej - którego szczerze pragniemy. 

"Żadna historia nie jest oderwana od innych.
Czasami historie splatają się ze sobą, a czasem pokrywają się wzajemnie, tak jak rzeka pokrywa kamienie". 

Fabuła jest zbudowana jak nasze życie, którym nieubłaganie steruje czas. Niektórzy ludzie, którzy przeżyli śmierć kliniczną twierdzą, że w tej chwili towarzyszył im obraz przemykającego przed oczami całego życia i tak też autor przedstawia losy Eddiego. Przeżywa on wszystko raz jeszcze od początku, ale tym razem widzi te wydarzenia z innej perspektywy, co stwarza mu możliwość zrozumienia tych wydarzeń we właściwy sposób.

To niezwykle wzruszająca książka. Jednak ja nie widzę w niej wielkich objawień
i filozofii, a jedynie prostotę naszej egzystencji, której losy bywają w odmiennie do niej - pokrętne. Taka oczywistość, którą czasem trzeba głośno powiedzieć.

"- Rzeczy, które zdarzyły się przed naszym urodzeniem, też mają wpływ na nasze życie - odparła. - Podobnie jak ludzie, którzy żyją przed nami. Codziennie trafiamy do miejsc, których by nie było, gdyby nie ci, którzy żyli wcześniej"

To jedna z tych powieści, do których jak się zasiądzie, to nie wstanie się przed ostatnią stroną.
Autor pięknie pokazał również nasze różne postrzeganie tej samej sytuacji, wszystko ma dwie strony, jak ten przysłowiowy medal. 
Ktoś powie, że nie chce takiego nieba jakie namalował nam autor i ma do tego prawo - ale nie wydaje mi się, że jego wizja miała być zamknięta. Przynajmniej ja jej tak nie odbieram. Historia Eddiego nie była dla mnie tylko klamrą losu,
na który nie mamy wpływu. 
Może dlatego, że jednocześnie wiecznie marzę i wierzę, że nic nie dzieje się bez przyczyny i wszystko do czegoś prowadzi, ale zawsze mamy furtkę, by wybrać mądrze i zawsze możemy ze sobą szczerze porozmawiać.
9/10.

Za swój egzemplarz dziękuję wydawnictwu Zysk i S-ka.


Wydawnictwo: Zysk i S-ka

Data wydania: 4. czerwca 2019
Liczba stron: 216
Kategoria: literatura współczesna/piękna

Tłumaczenie: Joanna Puchalska



Druga część ukaże się 18. czerwca 2019 roku. 
Kolejna osoba, którą spotkamy w niebie

#31 Dziedzictwo - Sybille Bedford

#31 Dziedzictwo - Sybille Bedford


#67 Dziedzictwo - Sybille Bedford - czy warto przeczytać?


Lubię czytać powieści klasyczne, fundować sobie podróż w czasie. Zobaczyć, poczuć jak kiedyś się żyło, posmakować słów spisanych kiedyś. Wydawnictwo Zysk i S-ka wydaje powieści klasyczne z należną im nutą elegancji, a trzymanie tak oprawionej powieści to czysta przyjemność.
Sybille Bedford to niemiecka pisarka, która pisała po angielsku. Znała się z Tomaszem Mannem, Arnoldem Zweigiem i małżeństwem Huxleyów - jako nastolatka mieszkała blisko Aldousa.
Zmarła w 2006 roku. 


"Dziedzictwo" jest jej drugim utworem literackim, a pierwszą powieścią - w części autobiograficzną.
Bedford opisuje losy dwóch rodów na przełomie XIX i XX wieku żyjących w Cesarstwie Niemieckim. Merzowie to żydowska burżuazja, a Feldenowie katoliccy arystokraci, których światy łączy zawarcie małżeństwa.
Kajzerowskie Niemcy były wtedy podzielone nie tylko z uwagi na różnice gospodarcze,
ale i religijne, dlatego ta powieść to doskonały obraz ówczesnego świata. Cesarz był obecny w życiu każdego, sprawował pieczę i kontrolę nad ludnością za pomocą prasy. 


Merzów nie interesowało nic, co wykraczało poza ich życie prywatne. Kiedy inni zachłystywali się wszechobecną sztuką, oni kazali dodatkowo watować swoje meble, czy też instalować dzwonki elektryczne w pokojach. Niechętnie opuszczali dom (nie chodzili na spacery, ani nie uprawiali żadnych sportów), a kiedy już musieli to zrobić, to podróżowali prywatnym wagonem sypialnianym, z zabraną z domu pościelą. Przebierali się w falbany, potrzebowali także asysty służących w prawie wszystkich czynnościach.

Feldenowie natomiast interesowali się sztuką, ale użytkową taką jak architektura, czy ogrodnictwo. 
Wzdrygali się na myśl o teoriach zarządzania, ale teorie akustyki były im bliskie. 


"Grali na instrumentach jak rzemieślnicy, 
a przedmioty użytkowe wykonywali jak artyści".

Jako solidna i głęboko katolicka rodzina - niewielu z Feldenów przyjęło stan kapłański,
a jako największy "dopust boży" uważali rewolucję francuską, a tej przemysłowej zdawali się nie zauważać.

Przy wyborze żon kierowali się urodą, ale nie zdarzało się, aby ktoś z tak znamienitego rodu wybrał kobietę spoza arystokracji katolickiej... 
Do czasu kiedy Juliusz von Felden zawarł związek małżeński z Melanią Merz. 

"Melania miała dwadzieścia lat. Nigdy nie zadawała pytań i wierzyła we wszystko,
w co jej wierzyć kazano: że jej dom jest najlepszym z domów, że ma cudowne życie,
a jeżeli czasem wydaje się ono niezbyt ciekawe, a nawet nieco smutne, to zapewne dlatego, że takie właśnie bywa cudowne, bezkonfliktowe życie".
 
Dwie kompletnie różne rodziny, dodatkowo poróżnione wyznaniem, wiążą się ze sobą,
co pociąga za sobą masę zdarzeń. Znany schemat, jednak przedstawiony w sposób rzeczywisty, i niejednokrotnie przezabawny, niepozbawiony jednak dramatów i... tragedii. Od szkoły wojskowej i następstw ucieczki z niej, przez istną komedię z szympansami w roli głównej, po intrygę i śmierć. Autorka ukazała też prawdę na temat życia w wierze, jak łatwo można było - już wtedy - żonglować wyznaniem.
Opisała realny świat bez tej poetyckiej nuty nostalgii.



"Wiek impresjonistów był bowiem jeszcze okresem pompy i namaszczenia, mebli mahoniowych, kuchni w piwnicach, stiukowych sufitów i miękkich, grubo wypchanych foteli; wiekiem, który wielbił stare, złośliwe kobiety i chytrych bankierów; kiedy bawiono się w ogromnych, kolumnowych, wulgarnych salach i każdy, kto nie był sportowcem albo młodym lub bardzo ubogim człowiekiem, zasiadał trzy razy dziennie na sztywnym krześle przy wielkim stole, by spędzić kilka godzin, spożywając bardzo niezdrowy, bardzo treściwy i bardzo tuczący posiłek".

Sybille Bedford nie oszczędziła nikogo - no prawie nikogo, odarła z masek wszystkie warstwy społeczne.
Losy bogaczy żyjących na kredyt czyta się bardzo miło, płynnie i z uśmiechem na ustach, mimo braku ciągłości zdarzeń - zaburzonej chronologii.
Choć treść dotyczy odległych nam czasów, to nasuwa się jeden główny wniosek - nie zmieniliśmy się jako ludzie, nic, a nic. Choć na co dzień wszem i wobec ogłaszamy,
jak to chcemy wzbijać się na wyższe stany świadomości...

Cieszę się, że mogłam zapoznać się z tak wysmakowaną literaturą.
7/10.

Za swój egzemplarz dziękuję wydawnictwu Zysk i S-ka.


Wydawnictwo: Zysk i S-ka

Data wydania: 28. maja 2019
Liczba stron: 416
Kategoria: literatura piękna

Tłumaczenie: Mira Michałowska





#30 Dwie kobiety - Hanna Dikta

#30 Dwie kobiety - Hanna Dikta

#66 Dwie kobiety - Hanna Dikta - recenzja - czy warto przeczytać?

"(...) - Rodzimy się sami, żyjemy sami i umieramy sami.
 - A miłość? - zapytała, bo przecież zawsze tyle mówił o miłości.
- Miłość sprawia, że łatwiej tę samotność znieść - odparł, składając na jej czole czuły pocałunek".

Zdarza się Wam, że kiedy czytacie musicie sobie zrobić przerwę? Nie dlatego, że treść czy styl Wam nie odpowiada, tylko dlatego, że zdarza się Wam zapomnieć oddychać? Czytam szybko, czasem sama nie wiem kiedy to się dzieje, że nagle pojawia się ostatnia strona,
z tą książką było inaczej - musiałam ją odkładać, żeby się po prostu nie rozpłakać.
Książka Hanny Dikty przeciągnęła mnie przez magiel emocji. 


"Kobieta z żelaza otrzymała w darze od życia kolejną traumę  do zamurowania. Zamknęła w sobie kolejny płacz".

Tytułowe dwie kobiety to wdowa Bogna Kawecka i mężatka w trakcie rozwodu Ewa Starzyńska. 
Bogna prowadzi pensjonat o poetycko brzmiącej nazwie "Stara szkoła" mieszczący się w miejscowości Glinka. Jej życie towarzyskie ogranicza się do obsługi gości pensjonatu, wieczornych rozmów z miejscowym księdzem i pomocy biednej rodzinie, która mieszka nieopodal.
Na wystawione przez nią ogłoszenie o pracę odpowiada Ewa, która z kolei mieszka w Katowicach, niedawno rzuciła pracę, próbuje się "bezboleśnie" rozwieść i uwolnić spod wpływu duszącej miłości matki, ale to nie wszystko... kobieta skrywa tajemnicę, o której nie chce z nikim rozmawiać.
Tak losy kobiet się krzyżują.


"- A kto powiedział, że tylko szczęśliwe życie ma sens?"

W trakcie codziennych obowiązków, kobiety praktycznie się mijają - nie zamieniając ze sobą zbyt wielu słów. Dodatkowo przyjaciel Bogny - ksiądz Marek niezbyt pała sympatią do Ewy, ale całą trójkę coś jednak łączy - pomoc biednej rodzinie sąsiadów.
Choć Ewa na początku wzbrania się przed zbytnią zażyłością, w końcu i ona interesuje się ich losem. Jakby za mało było smutku, jak to niestety w życiu często bywa, u biednej rodziny dochodzi do tragedii, która pociąga za sobą wiele zmian w życiu wszystkich pozostałych bohaterów.

Powieść Hanny Dikty jest nieszablonowa, kompletnie wymyka się wszelkim schematom. Autorka w realny sposób opisuje życie, które rzadko przypomina bajkę. Jest ciężko, przytłaczająco i kiedy myślimy, że to już wszystko, co człowiek może znieść, okazuje się,
że los pisze kolejny dramat.
Nie jest jednak tak, że dusimy się atmosferą i jesteśmy w labiryncie najczarniejszych zdarzeń, z którego nie ma wyjścia. Życie zawsze daje furtkę.

Bohaterki pani Hanny są rzeczywiste, prawdziwe. Ich emocje są namacalne, a czytelnik współodczuwa każdą z historii z jakimi się mierzą. Czasem pokrętne decyzje, które podejmują mogą zdziwić lub, co wrażliwszych, czy też konserwatywnych - zszokować.
To dobra proza, która zapewne uwolni wiele skrytych emocji, zmusi do przemyślenia własnego życia i docenienia tego co mamy TERAZ.
8/10.

"- Takie już to życie jest, niesprawiedliwe i trudne". 

Za swój egzemplarz dziękuję wydawnictwu Zysk i S-ka.


Wydawnictwo: Zysk i S-ka

Data wydania: 28. maja 2019
Liczba stron: 328
Kategoria: literatura obyczajowa




#29 Alkoya. Odcinek 1. - Grzegorz Mazur

#29 Alkoya. Odcinek 1. - Grzegorz Mazur

#65 Alkoya. Odcinek 1. - Grzegorz Mazur - recenzja - czy warto przeczytać?


Od jakiegoś czasu zauważam tendencję w kreowaniu minimalistycznych okładek w kontraście do bardzo bogatej zawartości.  "Alkoya. Odcinek 1." Grzegorza Mazura doskonale wpisuje się w ten trend. Czarno - biała okładka z zarysem motyla i sprytnie użyta czcionka, która mimo prostoty rzuca się w oczy.  Książka nie straszy objętością - to zaledwie 184 strony i podtytuł "Odcinek 1." idealnie tutaj pasuje. 
Po przeczytaniu pierwszego z rozdziałów byłam zaintrygowana i... zaniepokojona, a rzadko zdarza mi się tak szybko poczuć, to lekkie mrowienie na karku, które zwiastuje strach? Rozdział za rozdziałem mamy wrażenie oglądania scen, które stworzą całość, jak scenariusz.
Ciekawym zabiegiem jest również przemiennie stosowana narracja - główna bohaterka - osoba pierwsza i wszechwiedzący narrator osoba trzecia.

"- Dostrzegamy w innych to, co sami mamy w sobie
- wyjaśniłam, będąc w pełni poważna. "

Tytułowa Alkoya to stolica królestwa ludzi w świecie, który jest pustoszony przez mroczne stwory, których mnogość i rozmiary jednocześnie przerażają i zachwycają.
Główną bohaterką wykreowanej przez autora historii jest kreatorka Schisme Isvargat, która została właśnie zwolniona z pełnionego zastępstwa jako kapitan szkoleniowy i zostaje postawiona przed koniecznością poprowadzenia misji, której podołać może tylko ona z uwagi na posiadane zdolności wyczuwania i dostrzegania etery... 
Tymczasem siejące śmierć wśród ludzi Kreatury, ewoluują, czym kompletnie zaskakują ludzi, dając im tym samym możliwość zrozumienia tego, jak powstają i być może odnalezienie źródła ich powstawania?
Mam szczęście do lektur po jakie sięgam. Niezależnie od tego jaki jest to gatunek, otrzymuję historię złożoną, nie tylko wielowątkową, ale i wielowarstwową. Tak też jest w przypadku "Alkoyi". Wyjaśnienie czym jest kreacja i jak z niej korzystać daje szerokie spektrum interpretacji, ale zawsze prowadzi do podstawowego pytania czym są Kreatury? Emanacja kreacji? Czyjej?
Książka Grzegorza Mazura pozostawiła we mnie uczucie podobne do kaca.
Coś wiem, ale nic nie wiem. Połechtała wyobraźnię, zainteresowała wieloznacznością i chęcią odkrycia nie tylko tego, co lub kto stoi za ewolucją mrocznych i morderczych stworów, ale stworzyła pole do rozmyślań nad materią ludzkiej natury.
Co ja bym wykreowała - gdybym miała taką możliwość? A może ją mam?
Najbardziej boli mnie to, że na kolejny odcinek będę musiała czekać dłużej niż tydzień jak to w przypadku produkcji serialowych bywa, ale tłumaczę sobie, że na pewno warto, bo jest to jedna z gatunku tych bogatych nie tylko w efekty specjalne!


Wydawnictwo: Novae Res

Data wydania: 25. kwietnia 2019

Liczba stron: 184

Kategoria:
fantastyka, fantasy, science fiction


Recenzja napisana dla portalu bookhunter.pl



#28 Cmentarzysko - A. Forge

#28 Cmentarzysko - A. Forge

 
#64 Cmentarzysko - A. Forge - recenzja - czy warto przeczytać?

Kostusza to mała mieścina, z kilkoma budynkami, kościołem i niezwykłym cmentarzem - zamkniętym ciężką, żelazną bramą. Nad tytułowym Cmentarzyskiem unoszą się chmury,
a dające się stamtąd słyszeć dźwięki powodują gęsią skórkę u mieszkańców.

Głównymi bohaterami powieści Pawła Fijałkowskiego, ukrywającego się pod tajemniczym pseudonimem A. Forge, jest niezbyt kochające się rodzeństwo - Angelika i Marek. Dzieci są kompletnie różne. Angelika jest odrobinę przemądrzała i pretenduje do roli tzw. popularnej dziewczyny, otoczonej przez wianuszek koleżanek - oczywiście nie wzbudza ona sympatii... Marek jest od Angeliki młodszy i bardzo skryty, nie jest też zbyt lubiany - nawet przez własną siostrę - bo uważany jest za dziwaka, który często mamrocze coś sam do siebie.

Rozpoczęły się wakacje i dzieci trafiają na wypoczynek do dość ekscentrycznej ciotki zwanej przez Angelikę - Nawiedzoną, która przechadza się na co dzień w pogrzebowym woalu, jest właścicielką gadającego kota i też niezbyt cichego gada. Okazuje się, że Cmentarzysko jest dość licznie zamieszkiwane przez różnego rodzaju widziadła, strzygi i demony, które są zagrożone przez skrywającego się pod jego powierzchnią więźnia, który właśnie się uwolnił - przy małej pomocy jednego z bohaterów.

Dzieci, Nawiedzoną ciotkę i Śmierć we własnej osobie czeka niełatwe zadanie uratowania owianego złą sławą siedliska magicznych istot. Akcja niesie za sobą masę przygód niejednokrotnie bardzo niebezpiecznych.

"Czasem w życiu zdarza się tak, że ból przesłania wszystko inne, co drzemie w... człowieku, wiesz?"

Jak to w dobrej historii bywa pod płaszczem magii, fantastyki i nuty horroru ukrywa się druga i ważna treść. Autor poruszył trudny temat śmierci. Jak wytłumaczyć dziecku, że śmierć jest też częścią życia, skoro sami my - dorośli - mamy z jej zaakceptowaniem ogromny problem? A co gdyby sama Śmierć była kobietą, w skórzanej kurtce, t-shircie, jeansach i motocyklowych butach? Gdyby można było z nią porozmawiać przy suto zastawionym stole? Czy nie łatwiej byłoby wtedy pozwolić jej współistnieć z życiem?

Świat "Cmentarzyska" jest niesamowicie złożony. Pełen demonów, strachu, ale i poświęcenia, przemiany bohaterów i... miłości. To historia, którą czyta się z uśmiechem na ustach i łezką w oku, która na długo zostanie w pamięci czytelnika bez względu na jego wiek.

Trzeba również wspomnieć o niesamowitym wydaniu powieści. Twarda oprawa, szycie, niebanalna okładka, multum ilustracji pomagających w wizualizacji mieszkańców Kostuszy,
do tego bezpośrednie zwroty do czytelnika na początku powieści i każdej z części. Dodatkowo wpisany ręcznie numer i podpis autora pozwala czytelnikowi poczuć się docenionym i ważnym.

Jako fanka światów tworzonych przez Tima Burtona czuję się niesamowicie ukontentowana rodzimym odkryciem i z niecierpliwością wyglądam kolejnej części.





Wydawnictwo: Wydawnictwo Kłobook

Data wydania: 2. października 2018

Liczba stron: 416



Recenzja napisana dla portalu bookhunter.pl



Książkę można zakupić  na stronie wydawnictwa: Wydawnictwo Kłobook.

FB wydawnictwa.


A poniżej moja praca inspirowana właśnie stylem "burtonowskim" :)

Remains of the day - Alina Śliwińska - inspiracja Tim Burton
#27 Żelazne werble - Tomasz Sadowski

#27 Żelazne werble - Tomasz Sadowski

#63 Żelazne werble - Tomasz Sadowski - recenzja - czy warto przeczytać?

"Naród może żyć bez mężczyzn, ale żaden nie będzie istniał bez kobiet".

Tomasz Sadowski w swoim literackim debiucie jakim są "Żelazne werble" przedstawia antyutopijną wizję świata - świata zdominowanego przez mężczyzn. Na świecie powiększa się dysproporcja urodzeń - kobiet rodzi się zdecydowanie mniej. Azjatycka korporacja wychodząc na przeciw oczekiwaniom męskiej populacji produkuje kobietę idealną. Taką, której nigdy nie boli głowa, taką która nigdy nie ma innego zdania od mężczyzny - pana, kobietę - robota. Rola kobiety - człowieka zostaje sprowadzona tylko i wyłącznie do rodzenia dzieci. Ale, dzieci, które ma rodzić muszą być płci męskiej. Na to, też znaleziono rozwiązanie, a mianowicie "czarną" tabletkę, której podanie gwarantowało chromosom Y. Jednak specyfik powodował efekt uboczny jakim była wysoka śmiertelność przyszłych matek. Wobec narastającej eksterminacji samic - bo chyba tak już trzeba nazywać kobiety, narastała panika związana z powolnym wymieraniem mężczyzn. Ale i z tym w zaczęto sobie radzić. Kobiety były porywane przez Łowców trafiały na fermy.

"Rozwiązaniem, zdawałoby się nierozwiązywalnego problemu, okazały się kobiece fermy. Początki były skromne - zwykłe domy jednorodzinne, stojące gdzieś na odludziu, które w krótkim czasie zmieniły się w prawdziwe przedsiębiorstwa. Idea była genialnie prosta. Porywane kobietę i dostarczano na fermę, gdzie przechodziła badania płodności, a po ich pozytywnym zakończeniu otrzymywała czarną pigułkę. Chętny do posiadania syna wpłacał od kilku do kilkudziesięciu tysięcy dolarów, w zależności od wieku, koloru skóry i wykształcenia kobiety, następnie zapładniał wybrankę i czekał na odbiór syna".

Głównym bohaterem powieści Tomasza Sadowskiego jest Kris - były żołnierz, miłośnik motoryzacji, którego rozwój wypadków nie oszczędził. Zajmuje się on tropieniem Łowców i uwalnianiem kobiet z ich rąk. Robi to na zlecenie mężów i ojców porwanych. Jego kolejny "angaż" z pozoru podobny do wcześniejszych okazuje się zupełnie czym innym i złożonym o wiele bardziej niż zakładał..

Wizja świata z "Żelaznych werbli" jest tak zła i obrzydliwa, że bolały mnie palce od przekładania kolejnych stron. Zezwierzęcenie i zdziczenie męskiej populacji powodowało wszechogarniające mrowienie. Język odnoszący się do cielesnych aktów zarówno z kobietami - robotami i kobietami - ludźmi wydaje się infantylny, ale pasuje do konwencji wykreowanego tutaj świata. A kobiety - robotki w swojej prostocie życia i funkcji niestety przypominają mi - choć wzbudza to we mnie wewnętrzny protest - niektóre z żyjących współcześnie kobiet - ludzi i to przeraża mnie jeszcze bardziej, bo stwarza tę wizję - wcale nie tak odległą.
Choć lektura trudna z uwagi na temat, czyta się lekko, ale jest to zasługa właśnie lekkiego pióra autora. 

Uważam debiut Tomasza Sadowskiego za bardzo udany i z niecierpliwością wyglądam kolejnych powieści!
7/10.

Recenzja napisana dla Klubu Recenzenta nakanapie.pl



Wydawnictwo: Novae Res

Data wydania: 26. kwietnia 2019

Liczba stron: 368


Kategoria: fantastyka, fantasy, science fiction
#26 Szafira - Krzysztof Michałowski

#26 Szafira - Krzysztof Michałowski

#62 Szafira - Krzysztof Michałowski - recenzja - czy warto przeczytać?

Pamiętacie ten beztroski świat dzieciństwa, kiedy każda codzienna czynność przeradzała się w prawdziwą przygodę? Jak wspinaliśmy się po drzewie by z góry spojrzeć na bezkresy królestwa, którym władamy? Jak na balu w przedszkolu/szkole przywdziewaliśmy kolorowe stroje, jednocześnie stając się postacią, którą odgrywamy?
Dzieci są niesamowite. Żyją teraz - nie jutro, nie wczoraj. Kolorują świat uśmiechem, tworzą światy o których nam się nawet nie śniło. 

Taka też jest bajka - rymowanka spod pióra Krzysztofa Michałowskiego - "Szafira".
Autor w zmyślny sposób z prozaicznej czynności jaką jest zrobienie... uwaga... JAJECZNICY.... utworzył baśniową historię ze smokami, zamkami i... tytułową księżniczką, o której rękę starają się zalotnicy. Jak w każdej dobrej bajce mamy tu zarys niegodziwości, którą zwycięża oczywiście czystość zamiarów i dobro.


"Za siedmioma górami
i siedmioma lasami
znajdowała się kraina
owiana legendami,
w której ludzie nadawali
wiadomości tam-tamami,
a między wyspami 
przemieszczano się smokami".

Warto tutaj wspomnieć o historii powstania bajki. Autor wraz z dwójką dzieci stanął w obliczu tragedii, jaką była śmierć Żony. Nie mógł poddać się smutkowi i załamaniu, wobec tego zaczął tworzyć krótkie rymowanki, w których mógł na chwilę oderwać się od rzeczywistości i dać dzieciom trochę radości. Tak też powstała "Szafira".

Myślę, że ze wspólnego czytania będzie nie tylko wiele zabawy i śmiechu, ale i własnych historii i rymowanek, a świat księżniczki o szafirowych oczach otworzy w rodzicach głęboko ukryte pokłady dziecięcej wyobraźni i nieprzeciętnej kreatywności. 
Warto również wspomnieć, że "Szafira" Krzysztofa Michałowskiego jest bogato i kolorowo ilustrowana - co zapewne ucieszy oczy nie tylko najmłodszych odbiorców.
Bajka jest dostępna w wielu księgarniach jak i na stronie wydawnictwa.



Za swój egzemplarz dziękuję wydawnictwu Borgis.
 


Wydawnictwo: Wydawnictwo Borgis

Liczba stron: 16


Kategoria: literatura dziecięca
#25 Nigdzie indziej - Tommy Orange

#25 Nigdzie indziej - Tommy Orange


#61 Nigdzie indziej - Tommy Orange - recenzja  - czy warto przeczytać?

"W byciu Indianinem nigdy nie chodziło o to, by wracać do swej ziemi.
Ta ziemia jest wszak wszędzie - lub nigdzie".

Ilu z nas kiedy myśli o Stanach Zjednoczonych Ameryki wysnuwa wizję niczym z bajki.
Kraj wielkich możliwości, wielkich nadziei i... wolności. 

Kiedy jednak zajrzymy w karty historii - to ten wyśniony świat, zatrzęsie się w posadach. 


"W 1621 roku koloniści zaprosili na ucztę Massasoita, wodza Wampanoagów, aby uczcić niedawne zawarcie umowy gruntowej. Wódz przybył na tę uroczystość z dziewięćdziesięcioma spośród swoich ludzi. To na pamiątkę tej właśnie biesiady co roku w listopadzie spożywamy wciąż wspólnie uroczysty posiłek. Świętujemy jako jeden naród. Nie była to jednak uczta dziękczynna, lecz poczęstunek mający przypieczętować umowę gruntową. Dwa lata później odbyła się kolejna tego rodzaju uczta, mająca symbolizować wieczną przyjaźń między białym i tubylcami. Tamtej nocy dwustu Indian zmarło nagłą śmiercią na skutek działania nieznanej trucizny".

Nigdy nie mogłam zrozumieć fenomenu Święta Dziękczynienia - bo jak bawić się i jeść na kanwie wspomnienia śmierci? 
Przez ponad 500 lat zniszczono prawie całą nację rdzennych mieszkańców Ameryki, ale czy to koło się zatrzymało?
Naród, który nadal trwa, po wiekach wymazywania go z historii świata, do sprowadzenia go do wizerunku kolorowej "indiańskiej głowy", naród który toczy choroba. Rana, którą trawi zakażenie, rak...


Tommy Orange napisał książkę o zwykłych niezwykłych ludziach. O ich codzienności, o życiu, które choć odbywa się pod sztandarem idei świetności dalekie jest od snu. Opisał losy dwunastu postaci na wzór jednego z projektów prowadzonych przez bohatera, tejże powieści - na wzór storytellingu. Kiedy zagłębiamy się w tekst możemy poczuć się jak podczas oglądania dokumentu, w którym zwykły człowiek, opowiada o tym, co spotkało go w całym życiu, czy też podczas spaceru po parkingu. 
To historie potomków rdzennych mieszkańców Ameryki, którzy mówiąc wprost - są Indianami - przebranymi za Indian, którzy to spotykają się na Zjazdach Plemiennych, tak naprawdę nie potrafiącymi określić po co to robią i czym dla nich takie spotkanie jest.


"Jesteśmy wspomnieniami, których sami nie pamiętamy, choć czujemy ich obecność w sobie, a które wciąż żyją w nas i każą nam śpiewać, tańczyć i modlić się właśnie tak, jak to robimy; tak jak każą nam uczucia wywoływane wspomnieniami, które niespodziewanie rozbłyskają i rozkwitają w naszym życiu niczym przesączająca się przez koc krew płynąca z rany od kuli wystrzelonej przez człowieka, strzelającego nam w plecy dla naszych włosów, dla nagrody albo po prostu po to, żeby się nas pozbyć".

Na początku podrozdziały są dłuższe, zdają się niepowiązane. Im bardziej zagłębiamy się w historię tym opowieści stają się krótsze, postaci zaczynają pasować do układanki, a wszystko dąży do Zjazdu Plemiennego na stadionie Oakland, który stanie się areną zarówno wzruszających spotkań po latach, jak krwawych wydarzeń. Mimo tego, że autor przedstawia tragizm Indianina skazanego na mieszkanie w wielkim mieście, to nie raz uśmiechniemy się pod nosem z zastosowanych metafor, a opisywane sytuacje odniesiemy  do własnego życia, bo komu z nas nie zdawało się raz czy dwa, że nie pasuje do świata,
w którym żyje?


Próbuję znaleźć odpowiednie określenie dla tej powieści, ale każde wydaje mi się zbyt małe lub niewłaściwe. Podobnie mam z oceną - może zbyt mocno trafia do mnie taka tematyka.
To ważna książka, taka którą powinniśmy przeczytać, by nie odwracać już wzroku i nie twierdzić, że to nie moja sprawa i nie moja wina. To nasza sprawa i nasza wina.
Nas wszystkich - tego jak zawiedliśmy i jak nadal zawodzimy jako... ludzie.



"Ludziom nie jest przecież potrzebne nic więcej, jak tylko krótka, banalna historyjka,
jaką mogą potem podczas kolacji opowiedzieć w domu znajomym i rodzinie, chwaląc się tym, jak to widzieli w pociągu prawdziwego rdzennego Amerykanina, co oznacza, że tacy jednak nadal istnieją".


Za swój egzemplarz dziękuję wydawnictwu Zysk i S-ka.


Wydawnictwo: Zysk i S-ka

Data wydania: 4. czerwca 2019

Liczba stron: 392


Kategoria: literatura piękna 

Tłumaczenie: Tomasz Tesznar

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...