#44 Połączyły ich gwiazdy - Minnie Darke

#44 Połączyły ich gwiazdy - Minnie Darke

#82 Połączyły ich gwiazdy - Minnie Darke - recenzja - czy warto przeczytać?
Niezwykle rzadko sięgam po historie miłosne ponieważ romans został dziś kompletnie pozbawiony subtelności i odarty z jakiejkolwiek magii.
Jak się czyta dużo, czasem mało optymistycznej literatury to niestety trzeba się przyznać przed samym sobą do... zmęczenia - zmęczenia czytaniem. Miałam tak od kilku już książek, stąd pojawił się pomysł by przeczytać jakąś słodką, choćby naiwną historię.
Wybór padł na "Połączyły ich gwiazdy" Minnie Darke - i tak miała na to wpływ ta kosmiczna okładka.

Głównymi bohaterami powieści Minnie Darke są Justine i Nick.
Justin to Strzelec, który dąży do realizacji swoich zawodowych marzeń - chce być redaktorką w "Alexandria Park Star". Uwielbia zasady pisowni, nie przepuści żadnej okazji by poprawić czyjś błąd, to markerem w sklepie na szyldzie z nazwą, to ołówkiem w menu restauracji, w której akurat je obiad. Kocha książki, szybko, wszystko zapamiętuje. Czeka na swój upragniony staż, pełni rolę gońca - człowieka od wszystkiego. 

Nick - to z kolei Wodnik. Aktor - marzyciel, który po konfrontacji z rzeczywistością przewartościowuje listę swoich marzeń dotyczących kariery zawodowej. Nick jest bardzo empatyczny zarówno w stosunku do zwierząt jak i ludzi, a dla miłości, jest w stanie poświęcić wszystko. Wierzy w horoskopy.


Justine i Nick znają się z lat młodzieńczych. Jako nastolatkowie spędzili ze sobą wieczór podszyty pierwszymi pocałunkami, po którym się rozstali i... nie widzieli 12 lat, jeden miesiąc i trzy tygodnie. Przypadkiem wpadli na siebie w sklepie, gdzie Justine korygowała błędy w pisowni "Awokado", a Nick przebrany za rybę reklamował ostrygi.
Po tym przypadkowym spotkaniu, mimo że oboje chcą utrzymywać kontakt, żadne tego nie robi, aby nie wypaść na desperata? Na ich perypetie będzie miał wpływ Leo Thornbury - astrolog, którego horoskopy nie tylko czyta, ale i w nie wierzy, multum ludzi oraz Szekspir - tak William. 
Traf lub też koniunkcja planet sprawia, że Justine z gońca awansuje na odpowiedzialną za skład magazynu, co niesie za sobą konieczność przepisywania artykułów - w tym horoskopów tworzonych przez tajemniczego Leo. Korzystając z okazji kobieta, "lekko" koryguje dział Leo w sekcji odpowiedzialnej za Wodnika - znak zodiaku Nicka. Jak możemy przypuszczać skutki nie będą takie jakich oczekiwała, a przy okazji będzie miała wpływ na decyzje innych, nieznanych sobie osób, które wskazania celu w życiu upatrują w gwiazdach. 


Oczekiwałam lekkiej, przyjemnej i miłej w odbiorze lektury - taką też dostałam. Podczas czytania śmiałam się i krzywiłam nad decyzjami jakie podejmują świadome, dorosłe jednostki - bo tak mówi im ich horoskop. Postaci było bardzo dużo, autorka zadbała o rozbudowanie fabuły o pobocznych bohaterów, którzy kierując się wyznaczoną przez astrologicznego guru drogą; nieświadomie mają wpływ na to, co czeka naszą parę.
Historie zdają się ze sobą niepowiązane, przypadkowe i czasem mogą wybić z rytmu czytania, ale warto się nie zrażać - wszystko ma znaczenie.

Jest miło, słodko i tak... ciepło. To nie tylko historia o rodzącej się miłości, to także opowieść o tym jak ścieżki nieznanych sobie osób łączą się ze sobą i nieświadomie na siebie oddziałują, niejednokrotnie trwale zmieniając czyjeś życie. Jak pokrętne bywają nasze decyzje, jak zamiast ze sobą szczerze porozmawiać, krążymy w okół siebie jak te planety, w okół słońca. Odpoczęłam przy tej lekturze i doskonale się bawiłam, uważam, że to dobra komedia romantyczna.
6/10.

Za swój egzemplarz dziękuję wydawnictwu Zysk i S-ka.


Wydawnictwo: Zysk i S-ka

Data wydania: 25. czerwca 2019
Liczba stron: 416
Kategoria: literatura obyczajowa/romans

Tłumaczenie: Jacek Spólny
#43 Na przekór - Agata Polte

#43 Na przekór - Agata Polte

#81 Na przekór - Agata Polte - recenzja - czy warto przeczytać?
Często zdarza mi się czytać literaturę skierowaną do młodzieży, ale taką z gatunku tych fantastycznych. Taką traktującą o codzienności - bardzo rzadko. Do młodzieży już dawno nie należę i czasem nie rozumiem wszechobecnej i bardzo modnej wręcz wulgarności przejawiającej się w literaturze, a także w produkcjach wyświetlanych na szklanym ekranie. 

"Towarzyszył mi nieustanny strach, że następnego dnia obudzę się i kolejna osoba, którą kochałam najbardziej na świecie, mnie opuści".

Kiedy zobaczyłam okładkę "Na przekór" Agaty Polte wzbudziła o mnie jakąś nutę nostalgii i tęsknoty za licealnymi czasami, więc dałam jej szansę. 
Główną bohaterką powieści jest Laura Piech. Młoda dziewczyna o złotym sercu, które łamane - mimo jej wieku, było już wielokrotnie. Kiedy była jeszcze małym dzieckiem opuścił ją ojciec, a matka popadła w stan odrętwienia i automatyzmu działań, z którego udało się jej jakoś wyjść, ale jak wskazuje jej dalsze postępowanie - było to tylko złudzenie.
Matka Laury wyjechała do pracy za granicę, do Anglii, gdzie miała przygotować się finansowo na przyjazd córki, jednak jej telefony były coraz rzadsze, aż w końcu kontakt się z nią urwał.
Dziewczyną opiekuje się babcia, która sama jest chora. Mieszkają w małym domku, który domaga się o remont, a ich codzienność ubarwiają kot Ninja i pies Loki. Laura ma tak naprawdę jednego przyjaciela - kolegę z klasy - Adama. Jednak wkrótce na jej drodze pojawia się Filip.
Laura to niezwykła nastolatka - przygarnęła wyrzuconego szczeniaka, pomaga w schronisku i pracuje w gabinecie weterynaryjnym, pomaga babci i dobrze się uczy.
Kiedy tylko zaczyna się czuć szczęśliwa dzieje się coś, co wytrąca ją z tego stanu.


"Mama mówiła mi, że potwory nie czają się w ciemności, nie czekają na dogodną okazję, by nas złapać, zranić czy z nas zakpić. I udowodniła mi to w najprostszy z możliwych sposobów - ukazała mi swoją prawdziwą twarz, tak zwyczajnie w świetle dnia. Pokazała, że by sprawić komuś ból, nie trzeba trzymać w ręce ostrza. I że nie potrzeba mroków, w których może się coś ukryć, o nie. Bo prawdziwy ból można było zadać za dnia, w blasku słońca. I nie było to zadrapanie pazurami potwora, ugryzienie jakiejś bestii czy inne bzdury - ale zwykłe kłamstwo, obłuda i zawiedzione zaufanie".


To dobrze napisana opowieść o codzienności "zwykłej - niezwykłej" nastolatki, której życie dalekie jest od bajki. Przesiąknięta natłokiem emocji i bardzo dojrzałych przemyśleń dziewczyny. Z bohaterką można się zżyć i odczuwać wraz z nią ten kocioł złych wydarzeń, w którym żyje. Każda z postaci jest wyrazista i łatwa do zapamiętania.
To historia o rozwijającej się prawdziwej przyjaźni, o rodzącej się młodzieńczej miłości i dorastaniu, które nie wygląda jak na zdjęciach w kolorowych magazynach.
O tym jak warto ze sobą rozmawiać i że zawsze trzeba wierzyć, że będzie lepiej.
Ciężko mi się czytało przemyślenia panny Piech na temat tego jak potraktowali ją rodzice i jak to na nią wpłynęło. Ciężko, bo nie rozumiem jak jakikolwiek rodzic może tak postępować wobec dziecka, choć wiem, że rzeczywistość bywa dużo gorsza.
Laura jest bardzo wrażliwa, stale martwi się o babcię i ich przyszłość, współodczuwa z tymi wszystkim porzuconymi zwierzętami, a jednocześnie to niesamowicie silny charakter.
Warto również wspomnieć o bardzo dobrych dialogach, które choć przesiąknięte ironią i wzbudzające uśmiech, to są mądre i zawsze coś wnoszą.
"Na przekór" to bardzo dobry przykład, że można napisać książkę dla młodzieży bez tej wspomnianej przeze mnie na początku - wulgarności, bez taniego erotyzmu i narkotycznych wizji świata. Można stworzyć interesującą bohaterkę, którą trapią prawdziwe problemy, a mimo to nigdy nie upada - takie książki chce się czytać! 
8/10.


Za swój egzemplarz dziękuję wydawnictwu Zysk i S-ka.


Wydawnictwo: Zysk i S-ka

Data wydania: 25. czerwca 2019
Liczba stron: 296
Kategoria: literatura młodzieżowa

#42 I sprawisz, że wrócę do prochu - Ambrose Parry - recenzja przedpremierowa

#42 I sprawisz, że wrócę do prochu - Ambrose Parry - recenzja przedpremierowa

#80 I sprawisz, że wrócę do prochu - Ambrose Parry - recenzja przedpremierowa
Na samym początku zaznaczę, że w przypadku tej książki nie mogę być bardzo obiektywna. Dlaczego? Bo darzę ogromną sympatią wszelakie historie o XIX wiecznym, brudnym świecie, z bolesną i krwawą medycyną, otoczone aurą tajemnicy zabłoconych ulic, na których ludzie znikają niczym rozpływająca się mgła.

"Ludzie często snują najbardziej fantastyczne hipotezy i stają się niewytłumaczalnie ślepi na to, co oczywiste i co widzą na własne oczy tuż przed własnym nosem".

Akcja książki toczy się w 1847 roku w Edynburgu. Głównym bohaterami są Will Raven - asystent pioniera w dziedzinie stosowania eteru jako znieczulenia - doktora Simpsona i Sara Fisher, niezwykle inteligenta pokojówka i pielęgniarka, którą właśnie praca wiąże ze wspomnianym wcześniej doktorem Simpsonem.


"Ale Raven nigdy nie zapomniał, że mieszka w Edynburgu, mieście o janusowym obliczu: jednym na pokaz, dla towarzystwa, i drugim, przyoblekanym za zamkniętymi drzwiami".

Sam doktor Simpson prowadzi dość otwarty dom, odwiedzają go różni przedstawiciele świata medycyny i nie tylko. Leczy on zarówno bogatych jak i biednych - toteż Raven i Sara ocierają się o zróżnicowanych; nie tylko pod względem dolegliwości, ale i statusu społecznego pacjentów. Oni sami na początku nie darzą się sympatią. Ich znajomość zupełnie jak fabuła, rozwija się powoli.
Na terenie Edynburga odnajdywane
zwłoki kobiet, których kończyny są nienaturalnie powyginane, zastygłe w pośmiertnym spazmie, a twarze noszą ślady ogromnego bólu. 
Jest tak jak lubię - piękno XIX wieku - ubrane w brud myśli, czynów i ten mniej metaforyczny brud codzienności. Ulicami przemykają przestępcy, których nie idzie odróżnić od zwykłych mieszkańców. Każdego określało klasowe pochodzenie i płeć. 

"Nigdy nie ufaj człowiekowi bez wad. Te, które ukrywa, muszą być odrażające".

Samych tajemniczych zgonów było mi mało, jednak opisy ówczesnej bardzo krwawej i bolesnej medycyny mi to rekompensowały jak i wszechobecne zepsucie ówczesnego społeczeństwa, które choć czasowo odległe - to pod względem przestępczości dziwnie bliskie. Tak wiem jak to brzmi. Akcja rozwijała się powoli, a ja do połowy myślałam, że sam wątek powykręcanych przedziwnie kobiecych zwłok został zapomniany, ale autor spokojnie budował klimat i przygotowywał grunt. Powieść jest bardzo w schemacie dobrego serialu z wysp brytyjskich. Nie było mi trudno odgadnąć kto, bo autor praktycznie na tacy podawał rozwiązanie, ale w ogóle mi to nie przeszkadzało. Opisy zabiegów, narzędzi położniczych przyprawiały mnie o dreszcze, a kiedy przeczytałam narzeczonemu fragment o kraniotomii, ten się skrzywił i zapytał: Co Ty czytasz? 


"Latem 1826 roku panowały tak dotkliwe upały, że smród rozkładających się ciał zmusił kapitanat portu do otwarcia zamówionych przez Syme'a skrzyń z nielegalnym ładunkiem, co wywołało powszechne oburzenie i skandal".

Bohaterów jest dość dużo, ale są tak charakterystyczni, że nie ma możliwości pogubienia się w fabule. Każdą z postaci przedstawionych przez autora cechuje złożoność charakteru i nuta tajemnicy, sekretu, który będziemy musieli odkryć. Bardzo podobało mi się dokładanie wątków i łączenie ich z głównym, przez co historia nie tylko nabierała tempa, ale i rozrastała się dając autorowi możliwość kontynuacji. Każdy z charakterów; nie ważne jaką klasę społeczną reprezentuje; jest bardzo ludzki - nawet jak obraca się w przestępczym światku - bo nikt nie jest tu po prostu dobry lub zły.
Mimo że liczyłam na więcej samego kryminalnego śledztwa, nie czuję się zawiedziona!
To była doskonała rozrywka ubarwiona historią medycyny położniczej i narodzin anestezjologii. 
Jako fanka demonicznego golibrody z Fleet Street, Inspektora Fredericka Abberline'a z Piekła rodem, bohaterów Ripper Street i Alienisty oceniam tę książkę na mocną siódemkę w skali dziesięciostopniowej - czy słusznie, to już musicie sprawdzić sami. 

Za swój egzemplarz dziękuję wydawnictwu Zysk i S-ka.


Wydawnictwo: Zysk i S-ka

Data wydania: 23. lipca 2019
Liczba stron: 480
Kategoria: thriller/sensacja/ kryminał

Tłumaczenie: Jędrzej Polak

#41 Requiem dla analogowego świata - Rafał Cichowski

#41 Requiem dla analogowego świata - Rafał Cichowski

#77 Requiem dla analogowego świata - Rafał Cichowski - recenzja - czy warto przeczytać?
Czasem bywa tak, że w bohaterze książki, którą czytamy widzimy cząstkę siebie. Podobne zainteresowania, doświadczenia, czy cechę charakteru. Rzadko zdarza się jednak tak, by w każdym z bohaterów ujrzeć fragment własnego życia.
To nie jest książka dla wszystkich. Nie wiem czy ta książka jest też dla Ciebie, ale na pewno była ta książka dla mnie.Jest rok 1997. Lato naznaczone wielką powodzią. Pamiętam ten okres bardzo dobrze, z uwagi na przyjazd kolonii dzieci z rejonów, które spustoszyła woda, do Domu Księży Werbistów - obok którego wtedy mieszkałam. Jedno z przebywających tam dzieci opowiedziało mi historię; najsmutniejszą historię jaką wtedy słyszałam i która do dziś powoduje u mnie smutek, ale ja nie o tym...
Dla mnie to lato było dwukolorowe. Z uwagi na krzyczący zewsząd utwór zespołu Hey "Moja i Twoja nadzieja".
Akcja powieści toczy się na blokowiskach Kutna. Bohaterami są trzynastoletni chłopcy, głównym jest Chudy. Chłopcy właśnie rozpoczęli wakacje, dla niektórych z nich zaczną się one dopiero po otrzymaniu lania - za brak promocji do następnej klasy. Chudy opowiada jak spędzał ten letni czas, który miał być "najlepszymi wakacjami jakie do tej pory przeżył".
I tak za pomocą jego narracji jesteśmy na wakacjach zwykłych dzieci, z niezbyt zamożnych rodzin i tych z głębokimi problemami nazywanymi dziś popularnie - patologią.

To nie jest kolorowy świat, gdzie wszyscy szukają tęczy i biegają z jednorożcami, jaki żyje w pamięci niektórych z moich rówieśników. To owszem była też zabawa - gra piłkę, ale i wybijanie szyb, chęć uniknięcia konsekwencji - modły żeby przewidywany efekt millenium jednak nastąpił szybciej (sic!), i wszechobecna manifestacja siły fizycznej starszych i większych.
Opis samej powodzi jest mocno realistyczny, przytłaczający, mroczny i niestety prawdziwy. 

"Powódź sprawiła, że hałas zniknął, ale wszystkie brudy tego miasta wypłynęły
z piwnic, serc i spod paznokci".

Podczas czytania bywało różnie. Śmiałam się, ale i było mi smutno. Dla mnie to była sentymentalna podróż w głąb siebie. Wiele rzeczy z tamtego okresu, nie że zapomniałam, ale nie chciałam pamiętać, teraz musiałam je przemyśleć raz jeszcze, jako dorosła i chyba było mi to potrzebne.

"Gdy masz trzynaście lat, jedyne miejsce, do którego możesz uciec, jest wewnątrz ciebie".

Znowu czułam smak lizaka HIT z rozmiękczonym śliną, obgryzionym kartonowym patyczkiem. Znowu żułam Hubbę Bubbę, a na śniadanie jadłam bułkę z żółtym serem i pomidorem, któremu daleko było do uprawy BIO, a wszystko popijałam słodzoną cukrem, zwykłą czarną herbatą. Wychodziłam rano, wracałam późnym wieczorem. Nie było smartfonów. Pilnowaliśmy się sami. Choć robiliśmy głupoty i dziś łapię się za głowę jak mogliśmy być, aż tak nieodpowiedzialni... To mimo wszystko - był to piękny czas...
Większość z nas wyglądała tak samo. Trampki, rozciągnięte koszulki i spodenki z obciętych spodni. Nikt nie obnosił się gadżetami, a jak ktoś dostał coś nowego, to zabierał to na podwórko. Byliśmy brudni, piliśmy czerwoną, chemiczną oranżadę z jednej butelki, na którą robiliśmy zrzutkę. 

"Po policzkach dziewczyny spływają czarne krople tuszu, jej głos się łamie. Zupełnie nie rozumiem, dlaczego. Dopiero teraz dociera do mnie, że ona i cała reszta nie stracili tego dnia ulubionego wokalisty, który śpiewał te wszystkie fajne piosenki. Umarł ich przyjaciel, ten, który powierzył im wszystkie swoje sekrety.
I krzyczał za nich, gdy oni nie mogli nawet mówić".


Chudy nie pochodzi z patologicznej rodziny. Ma kochających rodziców, którzy kiedy nie mogą zabrać go na wakacje informują go o tym i... przepraszają. Jednak otoczenie chłopaka, nie ma takiego szczęścia i ten chcąc się dopasować nie wychyla się, wtapia się.
Uczy się bardzo dobrze, ale czy dlatego, że tego chce? Czy dlatego, że nie chce zawieźć rodziców? 
Narracja jest pierwszoosobowa. Choć opowiada to młody chłopak, to przemyślenia bywają bardzo dojrzałe, jakby obecnie dorosły, tłumaczył sam sobie własne młodzieńcze posunięcia i próbował wykonać rachunek sumienia.
Były to czasy Nirvany, The Offspring, czy polskich formacji Kaliber 44, czy Wzgórze Ya-Pa 3. Spędzaliśmy czas ze sobą. Kupowaliśmy Popcorn, Bravo czy Świat Wiedzy. Pokoje oklejaliśmy plakatami, a swój wewnętrzny bunt większość z nas manifestowała obnosząc się ze swoim muzycznym idolem. Był to też czas pierwszych miłości, ale i u niektórych - prób z różnego rodzaju używkami


"Mama kręci głową i głośno wzdycha. Maciej Orłoś zapowiada muzykę z Markiem Sierockim, a ja wkładam trampki i wychodzę z domu, myśląc o tym, że świat może być gorszy niż najbardziej brutalna z gier. On istnieje naprawdę".

Czy to ciężka, osnuta kanwą beznadziejności blokowisk lat 90 - tych książka? Nie. To zwykłe wakacje, dojrzewających nastolatków, którym nikt nie serwował jeszcze wykładu jak powinno wyglądać szczęśliwe dzieciństwo i ile trzeba mieć, by móc nazwać się szczęśliwym. Kiedy nikt przesadnie nie lukrował wizji przyszłości.

"Zawsze, gdy ją widzę na mieście lub w głowie, myślę o tym, że idziemy przez to życie i zostawiamy fragmenty siebie w innych osobach. Czasem te fragmenty uwierają.
Ale to czyni nas tym, kim jesteśmy. Wszyscy jesteśmy ulepieni z niepasujących
do siebie części".

Siedzę dziś i żuję gumę rozpuszczalną Maoam (nadal wszyscy nazywają ją też Mambą), którą dostałam od bratanicy i smak jest taki jak zapamiętałam, więc może ja też nie zmieniłam się aż tak bardzo; jak mi się wydawało? I świat też nie?

"Dobra muzyka ma tę właściwość, że słychać w niej twoje własne myśli".

Dobra książka też.
7/10. 


Wydawnictwo: Novae Res

Data wydania: 12. czerwca 2019

Liczba stron: 352

Kategoria: literatura polska/ literatura piękna


Recenzja napisana dla portalu bookhunter.pl
#77 Requiem dla analogowego świata - Rafał Cichowski - recenzja


#40 Gambit - Maciej Siembieda

#40 Gambit - Maciej Siembieda

#76 Gambit - Maciej Siembieda - recenzja - czy warto przeczytać?

Odkąd przeczytałam "Miejsce i imię" Macieja Siembiedy wiedziałam, że przeczytam każdą kolejną powieść spod jego pióra. Myślę, że gdyby postanowił sfabularyzować książkę telefoniczną, to też czytałoby się ją znakomicie.
Główną bohaterką najnowszej powieści pana Macieja - o dźwięcznej nazwie "Gambit" - jest Wanda Kuryło. Karty powieści to najprościej rzecz ujmując przekrój jej życia; od młodzieńczych lat po wysłużoną emeryturę (1939 - 1990). Wanda jest nieprzeciętnie inteligenta, na początku działa w szeregach AK, później w MI6, aż trafia do amerykańskiego kontrwywiadu.
Jej losy splatają się z dwojgiem braci Ostrowskich - Jerzym i Włodzimierzem. 

"Czasami, żeby ten cel osiągnąć i zdobyć lepszą pozycję na planszy, z rozmysłem poświęca się pionki, a nawet figury. Kiedyś pojmiesz sens tego manewru. Nazywa się gambit".
Włodzimierz Ostrowski pseudonim "Dzidek" również zasilał szeregi Armii Krajowej, gdzie poznał Wandę, w której z wzajemnością się zakochał, jednak aresztowanie kobiety oraz późniejsze wydarzenia sprawiły, że drogi tych młodych ludzi się rozeszły.
Jerzy Ostrowski to nie tylko inżynier pracujący w zakładach motoryzacyjnych, ale i utalentowany szachista. 
Tajemniczy medalik z współrzędnymi, skarb, który jest w kręgu zainteresowań największych ówczesnych światowych przywódców i niespełniona młodzieńcza miłość. Wszystko to twory niesamowitą fabułę, okraszoną doskonałymi dialogami.
Niestety nic więcej z fabuły nie mogę zdradzić, bo powiedziałabym zbyt wiele. Dodam jeszcze, że wiele elementów fabuły ma swoje umocowanie w historii i to czyni ją jeszcze bardziej niesamowitą.

Pan Maciej pisze niesamowicie obrazowo i płynnie. Wyobraźnia może spokojnie zająć się tworzeniem zdarzeń i przysłonić tekst. W trakcie czytania możemy odciąć się od rzeczywistości, odpłynąć w kreowany przez niego świat i poczuć się jak widz w pierwszym rzędzie na premierze wysokobudżetowego filmu, w którym nikt nie oszczędzał na scenarzyście i obsadzie.
Maciej Siembieda tworzy bohaterów rzeczywistych, realnych nawet jeżeli zajmują się tak niecodziennymi sprawami jak praca dla MI6. To prawdziwi ludzie. Robi to, tak doskonale, że gdyby nie Posłowie, nie domyśliłabym się, kto rzeczywiście żył, a kogo stworzyła wyobraźnia pisarza. 

Dodatkowo, praktycznie w gratisie - mamy lekcję historii, podaną w taki sposób, że na samej książce się nie poprzestaje. W trakcie czytania i po zakończonej lekturze na pewno spędzimy trochę czasu na wyszukiwaniu dodatkowych informacji na temat postaci i zdarzeń, które oplata fabuła. 

Polecam i szczerze zachęcam do zapoznania się ze we wszystkimi powieściami Macieja Siembiedy, ale i ostrzegam... że zbyt mocne zatracenie się w treści może skończyć się uronieniem niejednej łzy.
9/10. 

Za swój egzemplarz dziękuję zarówno Gosi -  @lareinemargotpl jak i samemu autorowi :) 





Wydawnictwo: Agora

Data wydania: 3. kwietnia 2019

Liczba stron: 416

 
Kategoria: thriller, sensacja, kryminał
#39 Czerwona zemsta - Krzysztof Goluch

#39 Czerwona zemsta - Krzysztof Goluch

#75 Czerwona zemsta - Krzysztof Goluch - recenzja - czy warto przeczytać?
Czy zdarzyło się Wam narzekać jak źle się żyje w Polsce? Na pewno. Na co dzień nie myślimy o tym jak wielu ludzi oddało to, co miało najcenniejszego - własne życie, za to - byśmy dziś sami o sobie stanowili - bez podległości żadnemu innemu państwu. Nie zastanawiamy się nad tym, żyjemy tu i teraz. 

Krzysztof Goluch w swojej książce przedstawia losy członków ruchu partyzanckiego powstałego by stawiać opór sowietyzacji Polski, kiedy to Armia Czerwona nas "wyzwoliła" spod jarzma niemieckiego agresora. "Czerwona zemsta" opiera się na historii autentycznych postaci z szeregów Żołnierzy Wyklętych.
Na samym początku poznajemy Janka, który po ogłoszonej amnestii żyje na wsi z kobietą, którą kocha. Jednak nie jest mu dane zaznać spokoju życia rodzinnego, ponieważ zostaje aresztowany, a ukochana ginie od kuli - na jego oczach. Narastający gniew i chęć zemsty za odebraną miłość sprawiają, że trafia do oddziału "Orlika" - Mariana Bernaciaka, u którego boku przyjdzie mu walczyć przeciwko NKWD, KBW, UB i MO.


"Mądry dowódca robi to, czego wróg się nie spodziewa".

Oprócz Janka, którego historia jest przedstawiona najszerzej, na kartach powieści poznajemy kilku spośród Żołnierzy Niezłomnych - ich niejednokrotnie zawiłe historie, charaktery
i odwagę by stawiać opór potędze ZSRR.
Kilku z nich zdradziło, zachowało się wbrew temu, o co mieli walczyć. Jednak kiedy dowiadujemy się co do tego doprowadziło, to sama zdrada i kara za nią nie jest już tak oczywiste. Bohaterkami są też ukochane kobiety żołnierzy, a także ich dzieci, np. Emilka, która choć jest małym, osieroconym dzieckiem, które wiele widziało, to zawsze wie, co powiedzieć i nie boi się konsekwencji tych słów. 

"- Głupi ten, kto chwastów w porę nie wyrywa, tylko pozwala im się rozrastać".

Zastanawiałam się jak przybliżyć pokrótce losy bohaterów, gdyż są tak zawiłe i rozbudowane, że nie da się napisać na tyle mało, by nie zdradzić zbyt wiele i nie odebrać przyjemności samodzielnego ich poznawania.
Tej powieści się nie czyta, tylko się nią żyje. Momentami czułam się jakbym podglądała działania partyzanckie z góry i widziała jak Żołnierze "Orlika" przemykają między drzewami, jakbym uczestniczyła w ich codzienności, była na przesłuchaniu, uciekała z nimi kanałami, czy siedziała ukryta w wozie, by za chwilę zatańczyć na weselu.
Język, którym operuje autor jest tak sugestywny i prawdziwy, że naprawdę możemy usłyszeć i zobaczyć tych niesamowitych ludzi. Pośmiejemy się z nimi i nie raz uronimy kilka łez...
Sposób przeprowadzania przesłuchań, zdobywania informacji, czy też opisy zachowań żołnierzy Armii Czerwonej sprawią, że zapewne będziemy musieli na chwilę odłożyć lekturę, ponieważ nie sposób ogarnąć rozumem ogromu zła, bólu i okrucieństwa, które niosły ze sobą tamte czasy. 

"- Wojna potrafi lepiej rozegnać ludzi niż dmuchawce na wietrze".

"Czerwona zemsta" to książka, która przypomina - przypomina o Tych, dzięki którym dziś możemy narzekać na swoją codzienność, a także myśleć i mówić po polsku. Tych, którym jesteśmy winni tak niewiele, za tak wiele. Człowiek żyje tak długo, jak długo żyje pamięć
o nim. To prawdziwy pomnik zbudowany ze słów.
Mogę zagwarantować, że po zakończonej lekturze spędzicie czas tak jak ja, czyli na szukaniu informacji o Żołnierzach Drugiej Konspiracji, o Bitwie w Lesie Stockim... oraz na wyglądaniu drugiego tomu o losach oddziału "Orlika".
9/10.


"Tylko śmierć może mnie uwolnić, bo ja jestem więźniem duszy".


Wydawnictwo: Novae Res

Data wydania: 30. maja 2019

Liczba stron: 473

Kategoria: historyczna


Recenzja napisana dla portalu bookhunter.pl
#38 Ci inni za murem - Marta Kruczek

#38 Ci inni za murem - Marta Kruczek


#72 Ci inni za murem - Marta Kruczek - recenzja - czy warto przeczytać?

Cenię wysoko polskich autorów, więc kiedy pojawia się możliwość przeczytania debiutu, to z niej korzystam.  Zgłosiłam się, więc jako recenzent książki Marty Kruczek "Ci inni za murem".

Bohaterką powieści jest Mila - młoda dziewczyna,  która wraz z chłopakiem i parą przyjaciół odwiedza miasto, zamieszkiwane przez współczesnych zombie. Miasto otoczono murem i uczyniono z niego swoisty park rozrywki dla "normalnych" ludzi. Zombie z historii stworzonej przez autorkę, różnią się od tych znanych nam - niezbyt mądrych, jedzących mózgi, poruszających się bardzo wolno potworów. To ludzie, którzy wieczorem zmieniają się w bardzo szybkie i bardzo silne maszyny do zabijania. Ze swojej przemiany jednak nic nie pamiętają. Od świtu do zmroku prowadzą normalne życie, mają sklepy, restauracje i obsługują turystów, których w ich mieście nie brakuje. Dla odróżnienia ich od "normalnych" noszą czerwoną przepaskę na ramieniu.
Pomysł świeży i naprawdę dobry - okładka kojarząca się jednoznacznie.
Do tego autorka z drapieżnika zrobiła ofiarę, która jest oglądana niczym zwierzę w zoo lub cyrku, ponieważ wieczorami odbywają się pokazy ich morderczej siły dla przyjezdnych. 

Na tym koniec pozytywów - niestety. 
Wyobraźcie sobie wielki balon do którego wrzucacie kostki z pomysłami, napełniacie go powietrzem i wstrząsacie. Kostki uderzają o siebie, aż balon pęka, powietrze ucieka, a zniszczone kostki wypadają i już do niczego się nie nadają. 

Pierwszym chyba błędem było - bo tak to nazwę, zastosowanie narracji w osobie pierwszej, co jest niestety bardzo trudną sztuką - i w przypadku tej pozycji jeszcze bardziej ją strywializowało. 
Do tego ciekawego pomysłu autorka dołożyła miłostki, o których jako nastolatka czytałam w Bravo Girl i traktowałam je jako abstrakcję, zdrady jak z paradokumentów serwowanych przez Polsat i kryminał... niestety. Sama bohaterka plecie coś od rzeczy i stale kocha "swojego mężczyznę", to widzi w nim przestępcę, by za chwilę znów rzucić mu się w ramiona.
Rozumiem, że istnieją takie infantylne kobiety, ale po co o nich pisać? Wszystkiego za dużo, wszystko zbyt - ładnie to nazwę - proste.
Pomysłów upchniętych na niespełna 200 stronach wystarczyłoby na całą serię.

Naprawdę nie lubię źle pisać o książkach, ani autorach. W każdej szukam jakiejś wartości, bo podobno nie ma złych książek... Szukałam na każdej stronie przedmiotu zachwytów pozostałych czytelników, ale niestety nie znalazłam.
To mogła być dobra książka, ale w moim odczuciu nią nie jest.

Nie chcę by autorka poczuła się dotknięta, czy urażona. Gdy patrzę na opinie jakie ta pozycja zdobywa - to sądzę, że znalazła grono odbiorców. Jednak do mnie niestety nie trafiła. Może mój wiek nie pozwala na zrozumienie intencji autorki i jestem w tej kwestii ograniczona. Może powinnam uderzyć się w pierś, tak po prostu...
Życzę Jej naprawdę jak najlepiej! Aby wyciągała trafne wnioski i napisała nie jedną, a wiele dobrych książek, które przeczytam i z przyjemnością postawię w swojej biblioteczce, bo ani pomysłów, ani lekkości pióra nie można jej odmówić.
3/10.

Za egzemplarz do recenzji dziękuję autorce  - Marcie Kruczek.


Wydawnictwo: Wydawnictwo Poligraf

Data wydania: 12. marca 2019
Liczba stron: 196
Kategoria:
fantastyka, fantasy, science fiction


#37 Rok, w którym nauczyłam się kłamać - Lauren Wolk

#37 Rok, w którym nauczyłam się kłamać - Lauren Wolk


#73 Rok, w którym nauczyłam się kłamać - Lauren Wolk - recenzja - czy warto przeczytać?
Chociaż zapis w metryce od dawien dawna wskazuje wiek średni, to jeżeli chodzi o lektury, po które sięgam nie mam wyznaczonej kategorii. Staram się czytać książki warte przeczytania, takie o których będę pamiętać, czy to ze względu na treść, czy na sposób pobudzania przez nie wyobraźni.

Książkę Lauren Wolk chciałam przeczytać odkąd pojawiła się na rodzimym rynku wydawniczym, jednak było nam jakoś nie pod drodze. Dlatego cieszę się, że dzięki Klubowi Recenzenta udało mi się ją przeczytać. Jest porównywana do "Zabić drozda" Harper Lee i została okrzyknięta Najlepszą Dziecięcą Książką Roku "Wall Street Journal", zdobyła też wiele innych nagród. 

"- Wilk to wilk i nigdy psem nie będzie, choćby nie wiem jak go wychować
- odrzekł mi wtedy".

Główną bohaterką "Roku, w którym nauczyłam się kłamać" jest Annabelle. Niewinna dwunastolatka, codziennie chadzająca do szkoły przez "Wilczy Jar".
Annabelle mieszka w domu wielopokoleniowym, na farmie pełnej zwierząt. Ma dwóch młodszych braci. Dziewczynka ma kochających, ciepłych rodziców, dziadków i trochę zgryźliwą, okropnie irytującą ciotkę.
Co jakiś czas, w okolicy ich domu pojawia się bezdomny - weteran wojenny, brany za dziwaka - Toby. Brudny, zarośnięty, w zniszczonym płaszczu, dźwiga na plecach trzy karabiny, z których jeden jest tylko sprawny. Los chce, że rodzina Annabelle wygrywa w konkursie fotograficznym Kodaka, który zagwarantował im zarówno aparat, zapas filmów jak i wykonywanie odbitek. Żaden z domowników nie ma niestety zacięcia fotograficznego i dziwnym przypadkiem aparat trafia do rąk bezdomnego, przez co Toby staje się bliższy zarówno rodzinie, jak i samej Annabelle. 
W tym samym czasie do szkoły dziewczynki trafia Betty. Nieprzyjemna, na wskroś zła dziewczynka. Pierwsze co robi, to próbuje zmusić Annabelle do przynoszenia jej fantów i pieniędzy. Główna bohaterka chcąc być dorosłą i chronić młodsze rodzeństwo, postanawia nikomu o tym nie mówić i rozwiązać tę sprawę sama. Nie jest to takie proste jak zakładała. Betty nie ustaje w wymyślaniu krzywdy jakie chce wyrządzać Annabelle i jej rodzeństwu. Jak możemy już się domyślić zło zapuszcza korzenie, rośnie i zbiera plon. 

"Nie bałam się mamy, nie, choć czasem potrafiła być bardzo surowa. Może dlatego, że zapomniała już, jak to jest huśtać się pod samo niebo, zapomniała, że można odłożyć motykę, zanim ręce będą całe w bąblach, że nie trzeba z góry zakładać, że będzie trudniej, niż się zdaje".

Mam problem z tą powieścią, a konkretnie z zaszeregowanie jej w kategorii dziecięcej. Choć główna bohaterka ma zaledwie dwanaście lat, jej dojrzałość zawstydziłaby nie jednego dorosłego. Język, którym operuje autorka - również według mnie - łatwiej odbiorą dorośli, lub też prawie dorośli. 
Styl, treść i nastrój jaki wywoływała bardzo przypadł mi do gustu. Choć nie jest obszerna, to odkładałam ją na później, by nie przeczytać jej od razu.
Klimatem przypomniała mi trochę "Anię z Zielonego Wzgórza" Lucy Maud Montgomery, choć Annabelle jest dużo dojrzalsza od Ani. 

W konfrontacji stają sielskość - pięknej wsi, prostota życia, dzieciństwo i zło w czystej postaci, obleczone w dziecięcą niewinność. Autorka bardzo dobrze opisuje, jak nam - dorosłym prosto przychodzi sądzenie po pozorach. Jak łatwo przypinamy łatkę dziwaka, komuś, kto różni się od nas i jak łatwo nam uwierzyć, że jest zdolny do dopuszczenia się złych rzeczy. Jednocześnie jeżeli na szali postawimy dziecko, z założenia niewinne i ładnie ubrane - to kogo posądzimy o złe zamiary?


"Zmieniłam się więc w kamień i po prostu czekałam, usiłując ogłuchnąć na te wszystkie słowa, i choć nie miałam wtedy jeszcze dwunastu lat, już przebiegła mi przez głowę myśl, że jeśli mam zostać matką, to nigdy matką synów".

Kiedy już dokonamy osądu to trudno przychodzi nam przyznanie się do błędu, mimo że fakty zaburzają to, w co chcielibyśmy wierzyć. Często też, nie potrafimy przeciwstawić się większości, bo nie lubimy wychodzić przed szereg i wprost przeciwstawić się niesprawiedliwości.
Książka Lauren Wolk jest niezwykle złożona, pełna kontrastów, dobra i zła, warstw i pobocznych historii, które tworzą wspaniały traktat o moralności i... dorosłości.
Mam cichą nadzieję, że zasili ona kiedyś kanon lektur szkolnych, bo jest niezwykle wartościowa.


"Ale wiatr zawsze rozpraszał moje słowa niczym cienie chmur - jakby bardziej od tego, kto je usłyszał, liczyło się po prostu to, że je wypowiedziałam".



Recenzja napisana dla Klubu Recenzenta nakanapie.pl

Wydawnictwo: Dwie Siostry
Data wydania: kwiecień 2019 (przybliżona data)
Liczba stron: 264
Kategoria: literatura dziecięca/młodzieżowa
Tłumaczenie: Sebastian Musielak

#36 Materializm - Michał Długa

#36 Materializm - Michał Długa



#72 Materializm - Michał Długa - recenzja - czy warto przeczytać?

Popatrzcie na okładkę "Materializmu" Michała Długi i szczerze powiedzcie czy zwrócilibyście na nią uwagę? Ja mówię szczerze - nie. 
Zaintrygował mnie opis w zestawieniu ze słowami samego autora który twierdzi, że jest to jego odpowiedź na „50 twarzy Grey’a”.
Nie, nie jestem fanką erotycznych powieści o niczym. Wygrała ciekawość - ponieważ jest to debiut oraz chęć eksploracji nowych wciąż dla mnie terenów literatury współczesnej.

Dwóch skrajnie różnych mężczyzn spotyka się w barze. Starszy - Krzysztof - człowiek z marginesu społecznego, kompletnie zaniedbany alkoholik, który zaczepia dużo młodszego mężczyznę - Maćka, będącego jego przeciwieństwem wizualnym i chce mu opowiedzieć zasłyszaną kiedyś historię.  Maciek, który czeka na kobietę, będąc zaskoczonym propozycją, nie bardzo umie odmówić starszemu mężczyźnie i tak staje się jego słuchaczem. 
Narratorem powieści jest Krzysztof. Opowiada on chłopakowi historię Wiktora, przy okazji wtrącając, co nie co, o swoim nieudanym życiu. Od czasu do czasu Maciej również zabiera głos i zdradza szczegóły ze swojego życia. Chcąc nie chcąc, nie tylko interesuje się opowiadaną przez alkoholika historią, ale i sam zaczyna go lubić. Mężczyźni spotykają się dość często w barach, a nawet we własnych mieszkaniach. Dochodzi do tego, że Krzysztof, na prośbę swojego kolegi, nawet udaje jego ojca. Z czasem okazuje się, że tych z pozoru kompletnie różnych mężczyzn naprawdę wiele łączy. 
Historia opowiadana przez mężczyznę żyjącego na koszt podatników mówi o życiu Wiktora. Młodego chłopaka, który pochodzi z tzw. rozbitej rodziny i mieszka to u matki, to u ojca. Podejmuje się pracy w Niemczech, u obecnego konkubenta matki. Z budowaniem przez niego doświadczenia zawodowego na emigracji bywa różnie. Chłopak niewiele potrafi, jest nastawiony na branie, ma wielkie aspiracje, do których realizacji chciałby dojść drogą na skróty. Jedyne co oprócz chęci szybkiego wzbogacenia się i budzenia podziwu u rówieśników i rodziny, zaprząta mu głowę to ciągła chęć miłości fizycznej. Niskie poczucie własnej wartości, mające swe podwaliny w złych i skomplikowanych relacjach rodzinnych, w konfrontacji z wysokimi oczekiwaniami - prowadzi go praktycznie przez drogę wybrukowaną porażkami.Nie potrafi znaleźć, ani utrzymać żadnej pracy. Nie potrafi zbudować żadnego związku, który nie opierał by się tylko na zaspokajaniu żądzy. 

"Człowiek w gniewie widzi tylko cudze błędy, ba, nawet nie zauważa, skąd się te cudze błędy wzięły".

Powieść obfituje w dość mocny realizm przedstawionych wydarzeń. Nie znajdziemy tu poetyckiego języka. Bohaterowie wyrażają często, w sposób wulgarny. Jednak musimy pamiętać kim oni są, to ludzie na co dzień karmieni pozbawionym złudzeń, byle jakim życiem, połączonym z ciągłą presją imponowania innym i pogonią za wielkim bogactwem, którego nie chcą dorabiać się ciężką pracą.
Obcesowość niektórych ich wypowiedzi pasuje do osobowości nakreślonych przez autora. Książka obfituje również w opisy doznań seksualnych, one też nie są ubrane w bogate
paralele.
To nie obrazy wielkich uniesień zakochanych par, tylko seks z perspektywy mężczyzny - dla niektórych może być zbyt odarty z sensualizmu.
Nie czytam erotyków, z reguły nie niosą one ze sobą jakichś ukrytych treści. W powieści Michała Długi, nie są one głównym wątkiem, stanowią po prostu część przedstawionej przez niego historii - jednak ostrzegam to nie są kontakty seksualne dla wielkich romantyków, piszących wiersze na temat duchowości doznań.


"Chciałbym znaleźć sobie kobietę, która nie musi mnie kochać. Chcę ją po prostu mieć, żebym mógł się przytulić, poleżeć sobie z nią i całe to gówno, które robi się w związkach. Boję się, że zabraknie mi czasu na to wszystko, bo zajmujemy się czymś, co w ogóle może nie mieć sensu".

Każdy z mężczyzn, których za pomocą słowa powołał do życia autor, ma wiele warstw, że tak to nazwę. Na zewnątrz mamy zbroję - pancerz, w który się oblekli - nie chcąc wypuścić na światło dzienne swoich głęboko ukrytych emocji. Wszyscy udają kogoś, kim tak naprawdę nie są, co z kolei prowadzi ich do alkoholizmu, upadku - do destrukcji.
Jednak nie jest to powieść tragiczna - wręcz przeciwnie. Bohaterowie przechodzą świadomą przemianę - w końcu dorastają niezależnie od wskazań metryki. Ścieżka do lepszego i szczerego życia jest prostsza niż się nam wydaje - słowa, wypowiadanie uczuć, nie tylko tych dobrych naprawdę czyni życie łatwiejszym i cele, które sobie stawiamy - bliższymi.

"Powiedział jej o wszystkim, co go dręczyło i było powodem wielu kłótni. Nie miał pojęcia, jak bardzo pozytywnie wpływa na relacje mówienie prawdy, jak na przykład to, że rozglądał się za innymi kobietami. Jeśli komuś naprawdę zależy na kimś, to choćby nawet przyznał się do najgorszej rzeczy, i tak zostanie mu ona wybaczona, jeśli tylko będzie chciał się zmienić".

To naprawdę dobra współczesna powieść, a po przeczytaniu Posłowia, w którym autor przyznaje, że nie był i nie jest zapalonym czytelnikiem nasuwa się jeden wniosek - można?
Zdecydowanie MOŻNA. 
7/10.
 

Recenzja napisana dla Klubu Recenzenta nakanapie.pl


Wydawnictwo: Borgis

Data wydania: październik 2018 (przybliżona data)

Liczba stron: 512


Kategoria: literatura współczesna
#35 Cari Mora - Thomas Harris

#35 Cari Mora - Thomas Harris

#71 Cari Mora - Thomas Harris - recenzja - czy warto przeczytać?

Pamiętam jak będąc jeszcze dzieckiem, wzięłam z biblioteczki rodziców "Milczenie owiec" i po kryjomu przeczytałam w jeden dzień. Tak, jedni czytali Harrego Pottera - ja Hannibala Lectera. Od tego autora zaczęła się moja fascynacja umysłami przestępców. Nikt jednak w moim odczuciu nie dorównał Hannibalowi Kanibalowi.
Kiedy po 13 latach Thomas Harris wrócił z nową książką wiedziałam, że muszę ją przeczytać. Powieść jest ładnie wydana, niesamowicie estetyczna okładka, miło leży
w rękach.

Cari Mora - czyli Caridad Mora pochodzi z Kolumbii, w której nie wiodła szczęśliwego życia. Obecnie ima się wielu zajęć zarobkowych; pomaga przy leczeniu i ochronie ptaków morskich, czasem zajmuje się gastronomią podczas wodnych wycieczek. Mieszka w domu, którego właścicielem był Pablo Escobar, jednak on sam nigdy w nim nie zamieszkiwał. Cari oficjalnie zajmuje się rezydencją jest tam dozorczynią.
O tym budynku krążą legendy - jakoby krył się w nim sejf ze skarbem.
Hans-Peter Schneider, wysoki, blady i kompletnie bezwłosy psychopata, który zajmuje się pozyskiwaniem kobiet dla bogatych klientów, które na ich zamówienie odpowiednio pozbawia kończyn, chce sięgnąć po ten "dar fortuny", a przy okazji wykorzystać Cari Morę, na której pragnie zrealizować swoje chore fantazje i przy okazji też zarobić. Tak zaczyna się zabawa w poszukiwanie ukrytego majątku pod przykrywką kręcenia reality show w domu zamieszkiwanym przez tytułową bohaterkę.

Choć nadal szanuję twórczość Thomasa Harrisa, to nie mogę dobrze ocenić tej powieści. Czytanie powinno być przyjemnością, ale niestety nie było.
Zarys fabuły mówi: "Schneider wkrótce pozna zaskakujące umiejętności Cari i przekona się, jak silna jest jej wola walki" - moja była silniejsza niż Caridad i dobrnęłam do ostatniej strony.
Ciężko było mi się skupić na akcji, która przypomina sensację i założenia powinna porywać,
a mnie znużyła. Wspominki z przeszłości Cari, opowieści o ludziach z hiszpańskimi imionami
i nazwiskami, które moim zdaniem nic nie wnosiły i przypominały przypadkowe zapiski oraz historie ze świata flory i fauny, z których zapamiętałam najwięcej.
Nie wiem też na ile brak spójności i ciągłości fabuły to "zasługa" autora, a ile tłumaczenia. Może zdecyduję się sięgnąć po nią kiedyś w oryginale i rozwiać te wątpliwości.

Dodatkowo niestety, kiedy czytam - wychwytuje wszelakie powtórzenia. Wystarczy, że drugi raz pojawi się ten sam zwrot, to ja to odnotuję. Toteż nie mogę przeboleć takiej ilości "trytek"...
Istnieje tyle synonimów na te opaski zaciskowe, a tu cały czas powtarza się to jedno słowo jak mantra, po wielokroć - nawet na jednej stronie. Odnośnie tych plastikowych paseczków, na pewno każdy kto się z nimi zetknął wie, że jak się  zaciśnie mechanizm - to nie da się ich zdjąć, trzeba je po prostu przeciąć.  Jednak Cari Mora to czarodziejka - potrafiła się z nich uwolnić za pomocą zamka w spodniach... Im więcej stron było za mną tym mniej zachowań bohaterów rozumiałam i czytało mi się tylko gorzej. 

Jest mi tak strasznie smutno, że ten powrót po tylu latach nie jest dobry.
Liczę jednak, że autor, który stworzył doskonały portret psychologiczny seryjnego mordercy kanibala, napisze jeszcze dobrą książkę i będę się nią zachwycać.
3/10.


Wydawnictwo: Agora

Data wydania: 21. maja 2019

Liczba stron: 360

Kategoria:
thriller, sensacja, kryminał

Tłumaczenie: Jan Kraśko

Recenzja napisana dla portalu bookhunter.pl
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...