#50 Syreny z Tytana - Kurt Vonnegut

#50 Syreny z Tytana - Kurt Vonnegut

#88 Syreny z Tytana - Kurt Vonnegut - recenzja - czy warto przeczytać?
Nie wiem czy istnieje dzisiaj ktoś, kto w jakiś sposób nie zetknął się z twórczością Kurta Vonneguta? Czy to zaczytując się w lekturze, czy oglądając jedną z licznych ekranizacji jego powieści. Choć pisarza znam, jak dotąd nasze drogi się nie zbiegły w jednym "punkcie". Widziałam też kiedyś zestawienie statystyczne, że jest to literatura typowo męska, co mnie rozbawiło i z wrodzonej przekory sięgnęłam po "Syreny z Tytana" - pięknie wydane wznowienie wydawnictwa Zysk i S-ka.
Po przeczytaniu pierwszego zdania z pierwszego rozdziału: "Dziś każdy już potrafi odnaleźć sens życia w sobie samym" wiedziałam, że jest to lektura dla mnie. 

Winston Niles Rumfoord zwany Kajtkiem wyruszył w podróż kosmiczną  wraz ze swym psem Kazakiem. Nieopacznie wprowadził swój pojazd międzyplanetarny w sam środek infundybuły chronosynklastycznej - więc pan i jego pies zaczęli funkcjonować jako zjawiska falowe i pulsowali w odkształconej spirali pomiędzy Słońcem a Betelgeuzą, materializując się jedynie wtedy kiedy stykali z jakąś planetą - to tak chyba najprościej?
A sama infundybuła chronosynklastyczna to taki lejek czasowo-przestrzenny; nagięty ze wszystkich kierunków w tę samą stronę - jak dobrze zrozumiałam autora :)
Kiedy sławny już eksplorator kosmosu materializuje się w swoim domu; na Ziemi, to tuż przy murze - pod jego posiadłością gromadzą się ludzie, którzy niczym fani lub też wierni oczekują na wyjaśnienia - objawienie, cud. Jednak żona Winstona - Beatrycze skutecznie chroni ich prywatność.
Na zaproszenie samego pana Rumfoorda - na materializację przybywa gość - Malachi Constant. Najbogatszy i chyba najbardziej "rozrywkowy" człowiek w Ameryce, przystojny trzydziestojednolatek. Nie bez znaczenia jest jego imię i nazwisko, które oznacza "wiernego posłańca". Kosmiczny podróżnik ma dla niego informację dotyczącą przyszłości. Z powodu przebywania w "lejku" Rumfoord zna przyszłość i zdradza Malachi'owi jej szczegóły. Dalsze losy bogacza będą wiązały się ściśle z obecną żoną Rumfoorda - Beatrycze. Para zainteresowanych wiedząc co ich czeka, robi wszystko by do spełnienia się przepowiedni nie doszło... Jednak czy będą mieli na to wpływ?

"Syreny z Tytana" to powieść, która jest jak ta sławna cebula ze "Shreka", ma warstwy, i to wiele warstw.
Na pierwszy rzut oka to zabawna powieść z gatunku since fiction. Jednak w trakcie czytania zmusza do zastanowienia się nad każdym jednym szczegółem, z których autor zbudował fabułę i postawienia sobie pytania czy to na pewno jest since fiction? 
Nie tylko. To powieść o życiu każdego człowieka, o odwiecznym poszukiwaniu w nim sensu, o walce ze sobą, o walce z systemem, z przeciwnościami. O drodze do bycia lepszym, do samodoskonalenia. "Wierny Posłaniec" przeżył tyle żyć, przeszedł tyle przemian, że spokojnie może reprezentować całą ludzkość.
Ale.. ale to nie koniec. Winston Niles Rumfoord pan wszechwiedzący i nieomylny. Człowiek który widział to, co było, jest i będzie. Jest niczym jakiś bóg lub władza absolutna. Na zmianę ocala i niszczy. Steruje wszystkimi mieszkańcami Marsa za pomocą antenek w głowach, pozbawiając ich wcześniej pamięci. Marsjanie żyją niczym androidy czy zombie, którym ktoś przesyła dane - jak mass media robią dziś z nami. Wykonują polecenia, nie myślą. Muszą uczyć się oddychać i brać tabletki wspomagające ten proces. Zapłacą za to totalne podporządkowanie się - wysoką cenę.
Ziemianie niszczą, mordują - nie zastanawiając się nad konsekwencjami. Bezmyślnie powtarzają przykazania nowego Boga Doskonale Obojętnego - którego głową kościoła jest oczywiście Rumfoord. I tu pojawia się z kolei motyw religii. Wszyscy pragną zbawienia i wieczności w Raju. A do czego ma służyć ta nowa religia? Do utrzymania i umocnienia posiadanej władzy absolutnej, bo do czegóż by innego? Religia opium dla ludu?

"Jego biedną duszę zalała fala błogości, gdyż uświadomił sobie, że jeden jedyny przyjaciel w zupełności zaspokaja ludzkie zapotrzebowanie na przyjaźń."

Autor stawia wiele pytań, na które daje odpowiedzi, ale nie są one jednoznaczne.
Cel życia - sens, dla każdego człowieka jest inny. Ale co się stanie kiedy go osiągniemy?
I czy w ogóle jesteśmy w stanie go osiągnąć? Bo może ta pogoń za nim jest już celem samym w sobie?
Co się dzieje z Winstonem kiedy w końcu rozumie - co było meritum wszystkiego co uczynił, jednocześnie wyrzekając się jedynej, prawdziwej wartości jaką ofiarował mu Salo?
Kiedy zrozumiał, że też jak wszyscy, którymi sterował - nie miał do końca wolnej woli.
To książka, której każdy dowolny fragment możemy interpretować na multum sposobów.
Wydaje mi się również, że każdorazowe jej przeczytanie spowoduje namnażanie się znaczeń.

Za pomocą słów Kurt Vonnegut zbudował piramidę ludzkiej egzystencji. Ubrał ją w język satyryczny, choć sam autor nie chciał być uważany za satyryka, a wszystko to oblekł w since fiction - z eksploracją niekończącej się otchłani wszechświata... to niebezpieczne zbliżenie się do geniuszu. Sam styl, którym operuje autor, jest prosty i zrozumiały. Nazewnictwo, które stosuje dla wszystkich "punktów" fabuły (celowo tak punktuję!) jest niesamowicie wieloznaczne - pomagający Rumfoordowi były mieszkaniec Tralfamadorii, posiada pewną moc, którą jest też zasilany jego statek - PWZ "Powszechną Wolę Zaistnienia".

Czy to taki zimny prysznic? Jesteśmy bezmyślni i źli? Może właśnie odwrotnie? Nauka o tym jak łatwo jest być dobrym i szczęśliwym? Że życie wcale nie musi być trudne? 
Marzę by zawsze mieć własną atmosferę do oddychania - jak tytułowy księżyc Saturna, by nie musieć pamiętać o tabletkach z tlenem i nie musieć posiadać nauczyciela - by umieć wykonać odruch bezwarunkowy! By zawsze słyszeć ten syreni śpiew. Aby zawsze mieć tego jednego przyjaciela i żeby też zbyt wiele nad tym moim życiem się nie zastanawiać...
Ciekawe o czym będę marzyć, kiedy przeczytam ją ponownie? 

Nie wiem czy dobrze zrobiłam pisząc swoją opinię od razu; po przeczytaniu, ale naprawdę jestem zachwycona i zła na siebie, że wcześniej nie sięgnęłam po któreś z dzieł Vonneguta.Tak, dzieł. Bo "Syreny z Tytana" to dzieło i dobrze, że została wznowiona z należną jej dbałością o szczegóły i jakość. 
9/10.

" - O kurczę - westchnął Constant. - Życie jest zabawne, kiedy się tylko przestać nad nim zastanawiać".

Za swój egzemplarz dziękuję wydawnictwu Zysk i S-ka.


Wydawnictwo: Zysk i S-ka

Data wydania: 9. lipca 2019
Liczba stron: 384
Kategoria: since fiction/fantastyka/fantasy

#49 Zimny kolor nieba - Magdalena Majcher

#49 Zimny kolor nieba - Magdalena Majcher

#87 Zimny kolor nieba - Magdalena Majcher - recenzja - czy warto przeczytać?

Druga część Sagi nadmorskiej "Zimny kolor nieba" - Magdaleny Majcher opowiada o życiu Gabrieli Zielczyńskiej. Gabriela jest córką Marcjanny, którą poznaliśmy w "Obcym powiewie wiatru". Powieść jest podzielona dokładnie w takim sam sposób jak pierwsza, czyli na prolog, trzy części i epilog.

Gabrysia urodziła się po przybyciu rodziny Zielczyńskich na Pomorze. Wychowała się nad samym morzem, a Kresy zna tylko z opowieści mamy i babci. Poznajemy ją kiedy kończy Liceum Pedagogiczne i stoi na progu dorosłości. Kocha spacery brzegiem morza, a jej największym marzeniem jest nauczanie innych. Jednak życie szybko weryfikuje jej plany i dziewczyna zostaje zmuszona poszukać pracy gdzie indziej.
Marcjanna nigdy nie zdradziła córce, za radą matki, kto jest jej prawdziwym ojcem. Każde pytanie o niego było zbywane przez obie panie jakąś wymówką. Toteż Gabrysia całe życie tęskniła za wyimaginowanym obrazem ojca, który nigdy nie istniał. Jedynym męskim wzorcem był przyjaciel Marcjanny, zakochany w niej do szaleństwa Emil, którego ta trzymała na dystans. Gabrysia od zawsze czuła, że jej historia skrywa jakiś sekret, a pochodzeniu mimo opowieści babci wiedziała nie wiele, gdyż ta nie lubiła wspominać tragedii jakiej doświadczyła. Kiedy podczas rodzinnej kłótni dowiaduje się z kim wiąże ją biologia, postanawia się czym prędzej wyprowadzić i nie rozmawiać ani z matką, ani z babką. Po spakowaniu walizki nie wie gdzie mogłaby się podziać, nie chce iść do nikogo z pozostałych członków rodziny, ponieważ nie chce być ciężarem i woli uniknąć pytań  i rozmów, gdyż nie jest jeszcze na to gotowa. Tak trafia do niedawno poznanego mężczyzny porucznika WOP - Sławomira Cymera. Mężczyzna jest szarmancki, niezwykle pomocny, a do tego wysoki, przystojny i piastuje wysokie stanowisko. Chcąc, nie chcąc młoda panna Zielczyńska się w nim zakochuje. Ta miłość i on stają się całym jej światem. Kompletnie odcina się od rodziny, nie rozmawia ani z mamą, ani z babcią. Całym jej światem staje się związek z jej wybawicielem i obrońcą. 

Autorka opisała historię kobiety, która nie ma już poczucia przynależności, nie zna swojego pochodzenia. Traci poczucie związku z rodziną. Nosi w sobie ogromne pokłady żalu. Nie potrafi przepracować problemu, który ją przerósł. Topi się w swoim smutku i kompletnie podporządkowuje mężczyźnie, który na początku nie wzbudzał w niej nawet sympatii. Dzień po dniu wchodzi głębiej w relację, która zniewala, tłamsi i odbiera poczucie własnej wartości. Pan porucznik staje się mężem, czyli partnerem w życiu, jakby mogło się wydawać, a tymczasem jest głównie oprawcą, wampirem karmiącym się strachem i poczuciem beznadziejności. 

"Z dziewczęcą naiwnością oddała mu wszystko, co miała, i podporządkowała mu swoją codzienność, a on zbrukał jej ideały, odebrał jej coś, czego żaden człowiek nie powinien zabierać drugiemu - nadzieję. Po drodze ukradł jej pewność siebie, wiarę we własne ja, w swoje umiejętności, możliwości, plany. Sprawił, że przestała marzyć. Pochował ją za życia. Tylko że ona na to pozwoliła".

Magdalena Majecher w bardzo realistyczny sposób ukazała proces uzależniania się kobiety od mężczyzny, który krzywdzi, choć nie używa siły fizycznej. Poniża, odbiera poczucie godności, na zmianę z deklaracjami miłości i wiecznego oddania.
Bohaterka żyje w kompletnej izolacji od rodziny i znajomych. Mąż nie dopuszcza do niej nikogo, a ta biernie pozwala na wszystko. Dusi się, a jednocześnie ma świadomość, że nic nie stoi na przeszkodzie by po prostu wstała, wyszła i już nigdy nie wróciła. Cały czas nosi w sobie nadzieję, że jej życie się zmieni i być może On się zmieni.

Pisarka wspaniale przedstawiła portrety psychologiczne ofiary i jej oprawcy. Sławomir jest w pełni świadomy tego jak się zachowuje. Gabriela nie została kompletnie odcięta od rodziny od razu, ten proces był długotrwały, jak metoda małych kroków. Wykorzystał jej słabość, rozchwianie emocjonalne, młody wiek i skutecznie zamknął w wizji idealnego życia Pani Porucznikowej.
Chore uczucie przywiązania, nie mające nic wspólnego z miłością zmieniło życie wielu ludzi. Przemilczane żale, wstyd - też przed samą sobą spowodowały, że mijające lata przyniosły tylko zniechęcenie i znaki czasu w postaci siwych włosów, czy zmarszczek. 

Autorka stworzyła duszną, ciężką atmosferę. W trakcie czytania można poczuć to, co czuje bohaterka. Ta część trafiła do mnie jeszcze bardziej i mocniej, mimo że nie ma już konfliktu zbrojnego w tle. Poczucie bezsilności i beznadziejności życia bohaterki naprawdę wycisnęło ze mnie nie jedną łzę.W fabule można się zatracić, styl jest niezwykle płynny.
Dodatkowo pojawia się motyw regularnych badań cytologicznych, i następstw ich nie wykonywania. Cieszę się, że się pojawił, bo zatrważające jest jak wiele kobiet mimo dużej dziś już świadomości nadal ich nie robi!
Zastanawiałam się jak ja bym się zachowała będąc w takiej sytuacji, w takim związku, który spala i odbiera nie tylko czas, ale i wszystko co w nas dobre? Czy byłabym zdolna do takiego poświęcenia jak Gabriela? Nie wiem i mam nadzieję, ze nigdy nie będę miała szansy tego sprawdzić. 

Marcjanna i jej córka, dwie najbliższe sobie kobiety. Tak różne czasy, w których żyją, a każda przeżyła swoją traumę i każda miała innego krzywdziciela. Tyle straconych lat, tak wiele wylanych łez. Tak jak matka była uosobieniem kobiet, które były ofiarami wojny, tak Gabriela uosabia współczesne dramaty. Pisarka w bardzo realny sposób przedstawiła jak może skomplikować się relacja matki z córką, poprzez niewypowiedziane słowa i narastające poczucie żalu.

Z niecierpliwością czekam na "Znany szum morza".

Wydawnictwo: Pascal

Data wydania: 19. czerwca 2019

Liczba stron: 432

Kategoria: literatura piękna/obyczajowa



Recenzja napisana dla portalu bookhunter.pl
 


#48 Obcy powiew wiatru - Magdalena Majcher

#48 Obcy powiew wiatru - Magdalena Majcher

#86 Obcy powiew wiatru - Magdalena Majcher - recenzja - czy warto przeczytać?

"Obcy powiew wiatru" do pierwszy tom Sagi nadmorskiej autorstwa Magdaleny Majcher.
Główną bohaterką - jak możemy odczytać już z okładki - jest Marcjanna, Marcjanna Zielczyńska, a akcja toczy się w latach 1939-1949; głównie na terenie Wołynia.
Powieść jest podzielona na prolog, trzy główne części i epilog.
Wystarczy spojrzeć na daty, miejsce i myśl dotycząca fabuły nasuwa się sama - Rzeź Wołyńska, przesiedlenia.

Marcjanna jest młodą dziewczyną. Dziś nazwalibyśmy ją pewnie, jeszcze dzieckiem, w tamtych czasach była już panną na wydaniu. Żyje w mieście - w Lubomlu, a wakacje spędza u dziadków w Woli Ostrowieckiej, obecnie nieistniejącej już wsi.
Jak to w przypadku młodych dziewcząt bywa, jej głowę zaprzątają rozmyślania o zamążpójściu i lekka zazdrość, że jej rówieśniczki są już najczęściej po "słowie". Marcjanna choć lubi się ładnie ubierać, to nie jest tylko pustym podlotkiem. Potrafi szczerze i na głos wypowiedzieć się nawet na kwestie polityczne. Nie lubi i nie rozumie podziałów, chciałaby - aby wszyscy byli traktowani równo, niezależnie od swojego pochodzenia społecznego czy narodowościowego.
Niemal sielskie życie Zielczyńskich przerywa wybuch wojny, a zawarcie paktu między Wehrmachtem, a Armią Czerwoną; o granicach i przyjaźni, powoduje, że województwo wołyńskie znajduje się pod okupacją radziecką. Tereny te były zamieszkiwane przez rożne nacje, a okres okupacji spowodował podziały etniczne i doprowadził do śmierci olbrzymiej ilości ludzi. 

"Marcjanna położyła się spać w Polsce, wprawdzie okupowanej, ale wciąż w Polsce, a obudziła się w Związku Socjalistycznych Republik Radzieckich, a dokładniej: na Ukrainie Zachodniej wchodzącej w skład ZSRR".

Z dnia na dzień Marcjanna dorasta. Z wizji świetlanej przyszłości trafia wprost do mrocznej otchłani zdającej się nie mieć dna. Z rozmarzonej dziewczynki, musi stać się nie tylko dorosłą kobietą - musi nauczyć się przetrwać w świecie, w którym nie wiadomo, czego można się spodziewać po uprzejmym dotąd sąsiedzie.
Żyją, trwają w zawieszeniu, dzień po dniu. Odebrano im wszystko. Od uczciwie zarobionych środków finansowych zgromadzonych na kontach bankowych, przez własności nieruchomości. Nakładano tak wysokie podatki, że dotąd prężnie działające firmy musiały ogłaszać bankructwo. Prowadzący sklepy Ukraińcy, zamykali je przed innymi narodowościami, przechodzili na drugą stronę ulicy i udawali, że nie znają ludzi, których przed wojną nazywali dobrymi sąsiadami. 

"Jakże wielkie było zdumienie Marcjanny w następnych dniach, gdy Polak w jednym momencie przestał być przyjacielem, sąsiadem, a stał się największym wrogiem - znienawidzonym Lachem".

Jest źle. Często są głodni, choć matka stara się na ile to możliwe zapewnić byt rodzinie. Chorują, a dostęp do leków, jak i samych lekarzy jest bardzo ograniczony. Kontrast pomiędzy tym jak żyli wcześniej, a jak żyją teraz jest ogromny. Wszystkie problemy jakie mieli do tej pory jako rodzina - romans nastoletniej kuzynki z żonatym mężczyzną, tracą na znaczeniu w obliczu tego, co niesie ze sobą wojna.
Marcjanna jest pewna podziwu dla matki, którą do tej pory uważała za delikatną kobietę, chowającą się w cieniu męża. Tymczasem to matka robi wszystko by przetrwali.
Z poczucia beznadziejności wyrywa dziewczynę przypadkowa znajomość z młodym mężczyzną, życie staje się łatwiejsze, kiedy zaczyna z powrotem marzyć i mieć nadzieję, że wojna się skończy i będzie jak dawniej.
Jednak końca wojny nie widać, a na Wołyniu dzieje się coraz gorzej - banderowcy zaczynają czystki etniczne. Wojna i jej konsekwencje odbiera Marcjannie i jej rodzinie prawie wszystko.

Podobało mi się przedstawienie obrazu okupacji z różnych perspektyw. Nie tylko konfliktu zbrojnego, który niesie ze sobą ofiary, ale i  tego jak z powodu głodu, niedożywienia społeczeństwo zostaje zdziesiątkowane przez różne choroby - nie tylko fizyczne. Jak bliscy sobie wcześniej ludzie stają się dla siebie wrogami - zezwierzęcenie rozwija się rak. Wojna wkracza do szkół i próbuje siłą propagandy kształtować młode umysły. Nigdy też nie zastanawiałam się jak wyglądała codzienność ludzi w świecie, w którym śmierć zdarza się co chwilę. Jak radzili sobie z tą beznadziejnością egzystencji, która kompletnie odbierała sens życia? Tymczasem oni żyli - zapewne - na tyle normalnie, na ile się dało, śmiejąc się na przykład z Rosjanek paradujących w dzień w halkach; ubranych pod futra...

Mimo trudnego charakteru fabuły, książkę można czytać płynnie, praktycznie bez odkładania. Praktycznie ponieważ zdarzały się momenty, w których było mi trudno cokolwiek widzieć, z uwagi na łzy. Bo jak czytać o czasach, w których ludzie stawali przed wyborem sposobu śmierci: od kuli lub zadania jej siekierą i nie zapłakać?

"Są w życiu człowieka takie chwile, kiedy wydaje się, że nie udźwignie więcej, a jedyne, co pozostaje, to się poddać. Czas się zatrzymuje, a potem nagle zegar przyspiesza, jakby chciał nadrobić te utracone sekundy".

Choć pisarka zastosowała narrację trzecioosobową, wszechwiedzącego narratora, to nie mogłam oprzeć się wizji historii opowiadanej właśnie przez główną bohaterkę, czyli dojrzewającą dopiero młodą dziewczynę - może z uwagi na zastosowany język.
Żałuję też trochę, że autorka nie pokazała więcej wydarzeń z Woli Ostrowieckiej, narastających napięć wśród sąsiadów i rodzącego się strachu.
Zżyłam się z panną Zielczyńską. Śmiałam się z nią i płakałam. Tak wiele widziała, tak wiele przeżyła, a podjęta przez nią decyzja, była dla mnie olbrzymim zaskoczeniem. Czy była dobra? Czy jej sprosta? Dowiem się z drugiego tomu.

Magdalena Majcher stworzyła prawdziwe, żyjące postaci, które ukazują nam całe spektrum emocji. Ewoluują zgodnie z tym, co los im funduje. Starają się przetrwać i nie stracić tego, co w nas najlepsze - empatii. Wszystkiego tego, co w nas dobre i określane szerokim mianem człowieczeństwa.
Zastanawiałam się jak dzisiaj byśmy sobie poradzili z taką traumą jednostkowo?
My, których stresuje codzienność? My - zapadający na choroby cywilizacyjne wywołane długotrwałym wystawieniem na czynniki stresogenne?

To była dobra lektura.

Wydawnictwo: Pascal


Data wydania: 3. kwietnia 2019

Liczba stron: 400

Kategoria: literatura piękna/obyczajowa



Recenzja napisana dla portalu bookhunter.pl

#86 Obcy powiew wiatru - Magdalena Majcher - recenzja - czy warto przeczytać?


#47 Sukienka z mgieł - Joanna M. Chmielewska

#47 Sukienka z mgieł - Joanna M. Chmielewska

#85 Sukienka z mgieł - Joanna M. Chmielewska - recenzja - czy warto przeczytać?
Czy zdarzyło Ci się kiedykolwiek spojrzeć na obcego człowieka i poczuć, że coś jest nie tak? Zaoferowałeś pomoc? Przemykamy ulicami, nie zwracając na siebie uwagi, popychamy się łokciami, czy wózkami w sklepach. Patrzymy na siebie, ale nie widzimy. Czasem niewielki gest, zwykłe pytanie: czy coś się stało, dobre słowo, a być może zwykły uśmiech - zadziała jak katalizator, niekoniecznie czyjegoś całego życia, ale może choć tego jednego dnia.

Akcja "Sukienki z mgieł" Joanny M. Chmielewskiej toczy się w Piwnicy pod Liliowym Kapeluszem, która jest właśnie takim katalizatorem, to "Miejsce, gdzie dobre myśli łatwiej odnajdują człowieka". Z pozoru przypadkowi klienci, zbłąkani wędrowcy, którzy napojeni cudownymi, aromatycznymi herbatami i kawami - bo to magiczne miejsce to kawiarnia, odnajdują nie tylko chwilę wytchnienia, ale i receptę na... lepsze życie.

Głównymi bohaterkami powieści są Weronika, właścicielka tytułowej kawiarni i Anastazja Karpieluk zwaną Krychą, sprzątaczka. Pozostali bohaterowie tworzą sieć połączeń, kontaktów, które tkają razem z wolna płynącą fabułę. Jest Endrju nastolatek, który na samym starcie jest skazany na porażkę, ponieważ jest oceniany przez pryzmat pochodzenia społecznego. Jest tajemniczy Małomówny z przyklejonym do rąk laptopem, Mateusz, który pija tylko jeden rodzaj kawy, Ala, która wygląda jak ugrzeczniona dziewczynka, są też Kora - autystyczna dziewczynka, która nie mówi i jej matka oraz wielu innych.
Dwie główne postaci żeńskie są bardzo kontrastowe. Poznajemy ich losy od dzieciństwa.
Weronika jest dzieckiem pochodzącym z domu, który media z pewnością nazwałyby dobrym. Jej rodzicami jest para doskonałych lekarzy, która poświęca się pacjentom, nie tylko po to, by zarabiać, ale ze względu na poczucie swojego rodzaju misji. Weronika dorasta pozostawiona samej sobie, mówi, że wychowały ją koty. To dziecko, które miało cichy i spokojny dom, w którym zawsze czekał posiłek, gdzie nikt nigdy nie wyrządził mu żadnej fizycznej krzywdy, które mogło mieć wszystko, co tylko chciało i zostać tym kim chciało

"Bóg milczy, lecz Weronika wie, że On ją słyszy. 
Jej rodzice nie wierzą w Boga. Oni wierzą tylko w to, co daje się dotknąć, zobaczyć, zbadać. Weronika nie może tego pojąć. Bo przecież powietrze też jest niewidzialne. I miłość. I fale radiowe. Też nie da się ich dotknąć. I gdyby tak Boga można było zbadać, to nie byłby Bogiem".

Anastazja z kolei pochodzi z rodziny patologicznej. Gdzie przemoc fizyczna była na porządku dziennym, a wszelkie pozyskane środki finansowe służyły zaspokajaniu głodu alkoholowego. W domu nie było spokoju, nie było ciepłych posiłków. Nigdy nie czuła się bezpieczna i stale pragnęła ratunku. Uciekała w książki, kochała poezję, ale niestety nie pozwolono jej rozwijać zainteresowań. 
Z pozoru dwie różne historie, ale tak naprawdę wiele je łączy. Każdy dramat ma inną twarz, dla każdego poczucie krzywdy i samotności ma inny wydźwięk, tak samo jak definicja szczęścia - zawsze jest czymś innym. Życia kobiet się splatają, czasem przenikają.

"Ale Anastazja dusiła się tym powietrzem gęstym od cierpienia, pretensji, nienawiści, wypełniającym mieszkanie, które dawno przestało być domem, 
a właściwie nigdy nim nie było".

Nie ma tutaj zawrotnej akcji, zwrotów, które przyprawiają o ból głowy, to fabuła opisująca zwykłe życie, które z różnych powodów stało się dla bohaterów drogą - jak się im wydaje, ku klęsce. To dość emocjonalna historia, z tych które dają nadzieję na lepsze jutro. Światło w mroku zdarzeń, które przygniotły i odebrały sens życia.
Język stosowany przez autorkę jest przyjemny, mimo stosowania czasem dosadnych opisów, nadal brzmi on dość poetycko. Irytowało mnie jednak ciągłe powtarzanie pełnej nazwy Piwnicy. Odbierało to trochę realizmu dialogom, bo kto rozmawiając ze sobą stale powtarzałby tak długą nazwę?  Podobały mi się za to rzeczywiste opisy życia obu dziewczynek i ich wewnętrzne przemyślenia, charakterystyki psychologiczne. Jak różne doświadczenia z dzieciństwa prowadzą do zaburzeń w życiu dorosłym i emocjonalnego rozbicia. Irytowała mnie czasem dorosła Weronika, która przeżywała miłosne rozterki na poziomie nastolatki i rzeczywisty problem jaki miała - mianowicie stan zdrowia - zepchnęła na drugi plan.


"Dawno temu wierzyła, że mieszkają tu szczęście... Bo przecież niby gdzie miałoby mieszkać, jeśli nie w tych wypieszczonych domkach z ogródkami, wśród eleganckich pań i panów jeżdżących najlepszymi samochodami, i dzieciaków ubranych jak z amerykańskiego filmu. Tak myślała, kiedy miała jedenaście, dwanaście lat".

To świetna lektura na zły dzień, na poprawę nastroju. Ale to nie powieść dla wszystkich. Dla jednych będzie nudną historią z gatunku: "po burzy zawsze wychodzi słońce", na której wynudzą się i zmęczą miotającymi się bohaterkami, których zachowania czasem mogą wydać się irytujące, czy nielogiczne. Ktoś kto w jakiś sposób podziela, którąś z tych dwóch historii, łatwiej zrozumie, ponieważ czy chcemy, czy też nie - wszystkich oceniamy przez pryzmat własnych doświadczeń. Stąd też dla tych, którym życie drogę ustawiło pod górkę i wbrew ich woli obdarzyło nadwrażliwością emocjonalną; to będzie lektura przy której odpoczną i nabiorą wiary, w to, że może być lepiej. Wiem jak to brzmi - jak filozofia z kioskowego poradnika za 1,50 zł, ale czasem proste wybory są tymi najtrudniejszymi i tzw. prawd oczywistych się nie dostrzega.
To książka o walce o siebie, o pogoń za marzeniami - niezależnie od tego czym one są.
O wierze w siebie i budowaniu poczucia własnej wartości, i odnalezieniu drogi do miłości, ale miłości do samego siebie.
7/10.


"A życie na szczęście się jeszcze nie skończyło. Zawsze można coś zmienić".


Wydawnictwo:Wydawnictwo MG

Data wydania: 17. sierpnia 2019

Liczba stron: 240

Kategoria: literatura piękna


Recenzja napisana dla portalu bookhunter.pl


#46 Zjazd Absolwentów - Guillaume Musso

#46 Zjazd Absolwentów - Guillaume Musso


#84 Zjazd Absolwentów - Guillaume Musso - recenzja - czy warto przeczytać?
Wstyd się przyznać, ale nie czytałam wcześnie nic Guillaume Musso. Za to słyszałam i czytałam wszechobecne zachwyty nad jego powieściami. Dziś już wiem skąd się wzięły. Sama staję się jednym z głosów w tym chórze. 
Głównym bohaterem "Zjazdu absolwentów" jest Thomas Degalais, który przyjeżdża do swojej starego liceum na tytułową imprezę. Jak się szybko okazuje Thomas nie ma czystego sumienia i jego obecność na zjeździe wiąże się ze sprawą z przeszłości. Tajemnica, którą w sobie nosi powinna znaleźć swój finał na sali sądowej. Wszyscy obecni uczniowie liceum, jak i absolwenci wracają wspomnieniami do roku 1992, kiedy to zaginęła piękna i jedna z najzdolniejszych uczennic w szkole - Vinca Rockwell. Miała ona uciec ze swym nauczycielem filozofii, z którym łączył ją - jak wszyscy doskonale wiedzieli płomienny romans. Myśli Thomasa i jego najlepszego przyjaciela ze szkolnych lat - Maxime'a zaprząta jeszcze jedna sprawa... Szkoła po zjeździe ma zostać rozebrana, a ta dwójka doskonale wie, jaką tajemnice skrywa budynek... Są w nim ukryte zwłoki... Teraz prawda może ujrzeć światło dzienne, ale czy się tak stanie?

"W twarz uderza mnie lodowate zimno. Wdrapuję się na parapet, ale nie mogę skoczyć. Noc dotyka mnie - i odpycha. Śmierć ze mnie rezygnuje".

To powieść z tych, które jak się otworzy, to się zamknie dopiero po przeczytaniu. Autor żongluje historią i emocjami, które odczuwają jego bohaterowie. Kiedy wydaje się nam, że już wszystko układa się w całość, nagle następuje zwrot o 180 stopni i jesteśmy w punkcie wyjścia. Nie ma możliwości w żaden sposób przewidzieć jak autor poprowadzi fabułę. Doskonale wodzi nas za nos, podsuwa informacje, które za chwilę zdają się przeczyć kierunkowi w jakim podążaliśmy. Świetne charakterystyki psychologiczne postaci. Tajemnice, sekrety, brudy i życie na pokaz. Tak często powtarzane kłamstwa, że zastąpiły prawdę, stały się nią. Czym jest miłość? Czym jest też rodzicielska miłość i do czego może doprowadzić? Co można zrobić, kiedy chce się pomóc najbliższym? A może tak naprawdę się nie pomaga, tylko utrzymuje ten obraz doskonałości, jaki się stworzyło? Tak jakby wcisnęło się przycisk pauzy na pilocie, a obraz zastygł. Książka, która wije się jak rzeka i nie wiadomo co się kryje za kolejnym meandrem.
Autor opisuje nie tylko obrazy, ale i zapachy towarzyszące kolejnym scenom, przez co możemy poczuć się uczestnikami zarówno retrospekcji, wspomnień jak i teraźniejszości. Wszystko jest tutaj przemyślane i doskonale ze sobą współgra; tytuły rozdziałów, podrozdziałów i wprowadzające cytaty ze światowej literatury. I ten drobny smaczek o Depeche Mode... Nie mogłam napisać swojej opinii zaraz po przeczytaniu, bo byłby to hymn pochwalny na cześć autora. Ciężko tę powieść zakwalifikować jako gatunek, bo to swego rodzaju kocioł, doskonała mieszanka wielu - thrillera, kryminału, czy powieści obyczajowej z wątkiem z romansu. Autor posiada patent na przepis lektury niemal doskonałej.
A zakończenie? Kiedy zostanie powiedziane już wszystko, to
zrobi coś, co sprawi, że znowu zwątpimy... 
8/10.

"To prawda, że dawali się ponieść emocjom, jednak z pewnością starali się robić wszystko jak najlepiej. Najlepiej unikać banalnych ścieżek, najlepiej godzić przygody z poczuciem odpowiedzialności, najlepiej odmieniać słowo "rodzina", ale według zasad własnej gramatyki".


Za swój egzemplarz dziękuję Wydawnictwu Albatros.



Wydawnictwo: Albatros

Data wydania: 31. lipca 2019

Liczba stron: 320

Kategoria: literatura obyczajowa/piękna
#45 Pchła - Anna Potyra

#45 Pchła - Anna Potyra

#83 Pchła - Anna Potyra - recenzja - czy warto przeczytać?
Nie pamiętam już - kiedy książka opętała mnie tak, że przykleiła mi się praktycznie do ręki. "Pchła" była ze mną wszędzie; podczas kąpieli, w łóżku, a nawet w kuchni.
Zaczęłam ją czytać wieczorem, miałam zajrzeć tylko na chwilę i... przeczytałam 120 stron... Obudziłam się chwilę, coś po drugiej w nocy z realnym przeświadczeniem, że ktoś stoi w rogu sypialni... Spokojnie, nikogo tam nie było.

Akcja "Pchły" toczy się w kilku wymiarach czasowych. Same śledztwo i główny wątek dzieje się współcześnie, a od czasu do czasu pojawiają się retrospekcje; nie tylko z czasów II wojny światowej.
Pierwszą ofiarą jest Łukasz Kos, którego zwłoki ktoś ułożył z najwyższym szacunkiem. Stworzył pośmiertną kompozycję, którą opatrzył białą różą, a zamordowanemu włożył do kieszeni stare zdjęcie. Mieszkanie zostało dokładnie wysprzątane, a zdjęcie ofiary morderca przesłał jego narzeczonej... 
Śledztwo prowadzi komisarz Adam Lorenz, pomagają mu -  Mateusz Corsetti, młody policjant o pseudonimie Brylant oraz Iza Rawska psycholog - profiler, która dopiero rozpoczęła  pracę.  
Warto wspomnieć również o prokuratorze prowadzącym sprawę - panu Zadrożnym, który jest tak bardzo skoncentrowany na sobie, że momentami zapomina po co został stworzony urząd, którego jest reprezentantem.
Zbrodnia została popełniona w najbardziej rodzinnym okresie roku - w Wigilię Bożego Narodzenia. W sprawie jest wiele niewiadomych i szybko okazuje się, że to nie jedyna ofiara niezrozumiałej na tę chwilę krucjaty mordercy.

"Człowiek wytrzyma tyle, ile może wytrzymać. Potem popadnie w desperację. Wtedy już tylko jeden krok dzieli go od szaleństwa".

Adam Lorenz to typowy bohater historii kryminalnej - jest "po przejściach", traumie, z którą się zmaga i z którą sobie tak do końca nie poradził. Lubi spędzać czas w "Biurze", które poi swoich interesantów nie tylko wodą. Mieszka sam, ma rodziców i siostrę, która zmaga się z problemami małżeńskimi.
Obecnie całym życiem Lorenza jest jego praca. To bardzo dokładny śledczy. Nie boi się badać z pozoru nic nieznaczących poszlak, które mogą okazać się jedynie stratą czasu. Szuka nieoczywistych połączeń, znaczeń, których inni by nie zauważyli, a ma do tego prawdziwy zmysł śledczy. 
W powieści pojawia się wątek romansu, ale jest drobny, nie zajmuje fabuły, a ukazuje komisarza z innej, bardzo emocjonalnej strony. 

Postaci stworzone przez Annę Potyrę są soczyste, prawdziwe. Prezentują cały wachlarz osobowości. Nieomylna pani psycholog, zbytnia pewność siebie może irytować, ale nie w przypadku Izy Rawskiej, choć nie było jej postaci zbyt wiele, można ją polubić. Corsetti i Brylant tworzą z Lorenzem skuteczne trio, a Zadrożny ze swoim zbiorem "sucharów" na każdą okazję, doskonale dopełnia tę plejadę świetnych bohaterów.

"Wszyscy chcą więcej i lepiej, i szybciej. A kiedy ich żądania i roszczenia nie są zaspokojone, ruszają do walki uzbrojeni w złe słowo".

Choć sam główny wątek seryjnego mordercy jest oczywisty, to już nie tak oczywisty jest jego motyw. To, co skłoniło go do tak okrutnych poczynań - również zaskakuje czytelnika. 
Retrospekcje dotyczące wojny, jej ofiar, bardzo sugestywne i mocno emocjonalne w odbiorze. 
Wiele razy zdawało mi się, że już wiem, gdzie podąża fabuła, a autorka za chwilę dawała mi prztyczka w nos... Otoczka towarzysząca śledztwu, mroźna i śnieżna aura, bardzo pobudzają wyobraźnię, a świąteczna atmosfera stanowi idealny kontrast dla zbrodni.

Tło historii kryminalnej również znakomite, obfitujące w dylematy moralne, rodzinne niedopowiedzenia, przemilczenia i ciche dramaty, które każdy chciałby zamieść pod dywan.
"Pchła" to nie tylko bardzo dobry kryminał, to książka o życiu. O wartościach jakie ono ze sobą niesie. O tym jak w dobie luksusu pokoju, łatwości bycia ze sobą; nie potrafimy się w nim odnaleźć i na siłę szukamy czegoś, z czego możemy być niezadowoleni. Jak lubimy się karmić tym, co złe i pozwalać mu w nas wzrastać i niszczyć.
Naprawdę ciężko uwierzyć, że to debiut kryminalny! Czekam na kolejne śledztwa prowadzone przez komisarza Lorenza.
8/10.

Za swój egzemplarz dziękuję wydawnictwu Zysk i S-ka.


Wydawnictwo: Zysk i S-ka

Data wydania: 9. lipca 2019
Liczba stron: 360
Kategoria: thriller/sensacja/kryminał

#83 Pchła - Anna Potyra - recenzja

#44 Połączyły ich gwiazdy - Minnie Darke

#44 Połączyły ich gwiazdy - Minnie Darke

#82 Połączyły ich gwiazdy - Minnie Darke - recenzja - czy warto przeczytać?
Niezwykle rzadko sięgam po historie miłosne ponieważ romans został dziś kompletnie pozbawiony subtelności i odarty z jakiejkolwiek magii.
Jak się czyta dużo, czasem mało optymistycznej literatury to niestety trzeba się przyznać przed samym sobą do... zmęczenia - zmęczenia czytaniem. Miałam tak od kilku już książek, stąd pojawił się pomysł by przeczytać jakąś słodką, choćby naiwną historię.
Wybór padł na "Połączyły ich gwiazdy" Minnie Darke - i tak miała na to wpływ ta kosmiczna okładka.

Głównymi bohaterami powieści Minnie Darke są Justine i Nick.
Justin to Strzelec, który dąży do realizacji swoich zawodowych marzeń - chce być redaktorką w "Alexandria Park Star". Uwielbia zasady pisowni, nie przepuści żadnej okazji by poprawić czyjś błąd, to markerem w sklepie na szyldzie z nazwą, to ołówkiem w menu restauracji, w której akurat je obiad. Kocha książki, szybko, wszystko zapamiętuje. Czeka na swój upragniony staż, pełni rolę gońca - człowieka od wszystkiego. 

Nick - to z kolei Wodnik. Aktor - marzyciel, który po konfrontacji z rzeczywistością przewartościowuje listę swoich marzeń dotyczących kariery zawodowej. Nick jest bardzo empatyczny zarówno w stosunku do zwierząt jak i ludzi, a dla miłości, jest w stanie poświęcić wszystko. Wierzy w horoskopy.


Justine i Nick znają się z lat młodzieńczych. Jako nastolatkowie spędzili ze sobą wieczór podszyty pierwszymi pocałunkami, po którym się rozstali i... nie widzieli 12 lat, jeden miesiąc i trzy tygodnie. Przypadkiem wpadli na siebie w sklepie, gdzie Justine korygowała błędy w pisowni "Awokado", a Nick przebrany za rybę reklamował ostrygi.
Po tym przypadkowym spotkaniu, mimo że oboje chcą utrzymywać kontakt, żadne tego nie robi, aby nie wypaść na desperata? Na ich perypetie będzie miał wpływ Leo Thornbury - astrolog, którego horoskopy nie tylko czyta, ale i w nie wierzy, multum ludzi oraz Szekspir - tak William. 
Traf lub też koniunkcja planet sprawia, że Justine z gońca awansuje na odpowiedzialną za skład magazynu, co niesie za sobą konieczność przepisywania artykułów - w tym horoskopów tworzonych przez tajemniczego Leo. Korzystając z okazji kobieta, "lekko" koryguje dział Leo w sekcji odpowiedzialnej za Wodnika - znak zodiaku Nicka. Jak możemy przypuszczać skutki nie będą takie jakich oczekiwała, a przy okazji będzie miała wpływ na decyzje innych, nieznanych sobie osób, które wskazania celu w życiu upatrują w gwiazdach. 


Oczekiwałam lekkiej, przyjemnej i miłej w odbiorze lektury - taką też dostałam. Podczas czytania śmiałam się i krzywiłam nad decyzjami jakie podejmują świadome, dorosłe jednostki - bo tak mówi im ich horoskop. Postaci było bardzo dużo, autorka zadbała o rozbudowanie fabuły o pobocznych bohaterów, którzy kierując się wyznaczoną przez astrologicznego guru drogą; nieświadomie mają wpływ na to, co czeka naszą parę.
Historie zdają się ze sobą niepowiązane, przypadkowe i czasem mogą wybić z rytmu czytania, ale warto się nie zrażać - wszystko ma znaczenie.

Jest miło, słodko i tak... ciepło. To nie tylko historia o rodzącej się miłości, to także opowieść o tym jak ścieżki nieznanych sobie osób łączą się ze sobą i nieświadomie na siebie oddziałują, niejednokrotnie trwale zmieniając czyjeś życie. Jak pokrętne bywają nasze decyzje, jak zamiast ze sobą szczerze porozmawiać, krążymy w okół siebie jak te planety, w okół słońca. Odpoczęłam przy tej lekturze i doskonale się bawiłam, uważam, że to dobra komedia romantyczna.
6/10.

Za swój egzemplarz dziękuję wydawnictwu Zysk i S-ka.


Wydawnictwo: Zysk i S-ka

Data wydania: 25. czerwca 2019
Liczba stron: 416
Kategoria: literatura obyczajowa/romans

Tłumaczenie: Jacek Spólny
#43 Na przekór - Agata Polte

#43 Na przekór - Agata Polte

#81 Na przekór - Agata Polte - recenzja - czy warto przeczytać?
Często zdarza mi się czytać literaturę skierowaną do młodzieży, ale taką z gatunku tych fantastycznych. Taką traktującą o codzienności - bardzo rzadko. Do młodzieży już dawno nie należę i czasem nie rozumiem wszechobecnej i bardzo modnej wręcz wulgarności przejawiającej się w literaturze, a także w produkcjach wyświetlanych na szklanym ekranie. 

"Towarzyszył mi nieustanny strach, że następnego dnia obudzę się i kolejna osoba, którą kochałam najbardziej na świecie, mnie opuści".

Kiedy zobaczyłam okładkę "Na przekór" Agaty Polte wzbudziła o mnie jakąś nutę nostalgii i tęsknoty za licealnymi czasami, więc dałam jej szansę. 
Główną bohaterką powieści jest Laura Piech. Młoda dziewczyna o złotym sercu, które łamane - mimo jej wieku, było już wielokrotnie. Kiedy była jeszcze małym dzieckiem opuścił ją ojciec, a matka popadła w stan odrętwienia i automatyzmu działań, z którego udało się jej jakoś wyjść, ale jak wskazuje jej dalsze postępowanie - było to tylko złudzenie.
Matka Laury wyjechała do pracy za granicę, do Anglii, gdzie miała przygotować się finansowo na przyjazd córki, jednak jej telefony były coraz rzadsze, aż w końcu kontakt się z nią urwał.
Dziewczyną opiekuje się babcia, która sama jest chora. Mieszkają w małym domku, który domaga się o remont, a ich codzienność ubarwiają kot Ninja i pies Loki. Laura ma tak naprawdę jednego przyjaciela - kolegę z klasy - Adama. Jednak wkrótce na jej drodze pojawia się Filip.
Laura to niezwykła nastolatka - przygarnęła wyrzuconego szczeniaka, pomaga w schronisku i pracuje w gabinecie weterynaryjnym, pomaga babci i dobrze się uczy.
Kiedy tylko zaczyna się czuć szczęśliwa dzieje się coś, co wytrąca ją z tego stanu.


"Mama mówiła mi, że potwory nie czają się w ciemności, nie czekają na dogodną okazję, by nas złapać, zranić czy z nas zakpić. I udowodniła mi to w najprostszy z możliwych sposobów - ukazała mi swoją prawdziwą twarz, tak zwyczajnie w świetle dnia. Pokazała, że by sprawić komuś ból, nie trzeba trzymać w ręce ostrza. I że nie potrzeba mroków, w których może się coś ukryć, o nie. Bo prawdziwy ból można było zadać za dnia, w blasku słońca. I nie było to zadrapanie pazurami potwora, ugryzienie jakiejś bestii czy inne bzdury - ale zwykłe kłamstwo, obłuda i zawiedzione zaufanie".


To dobrze napisana opowieść o codzienności "zwykłej - niezwykłej" nastolatki, której życie dalekie jest od bajki. Przesiąknięta natłokiem emocji i bardzo dojrzałych przemyśleń dziewczyny. Z bohaterką można się zżyć i odczuwać wraz z nią ten kocioł złych wydarzeń, w którym żyje. Każda z postaci jest wyrazista i łatwa do zapamiętania.
To historia o rozwijającej się prawdziwej przyjaźni, o rodzącej się młodzieńczej miłości i dorastaniu, które nie wygląda jak na zdjęciach w kolorowych magazynach.
O tym jak warto ze sobą rozmawiać i że zawsze trzeba wierzyć, że będzie lepiej.
Ciężko mi się czytało przemyślenia panny Piech na temat tego jak potraktowali ją rodzice i jak to na nią wpłynęło. Ciężko, bo nie rozumiem jak jakikolwiek rodzic może tak postępować wobec dziecka, choć wiem, że rzeczywistość bywa dużo gorsza.
Laura jest bardzo wrażliwa, stale martwi się o babcię i ich przyszłość, współodczuwa z tymi wszystkim porzuconymi zwierzętami, a jednocześnie to niesamowicie silny charakter.
Warto również wspomnieć o bardzo dobrych dialogach, które choć przesiąknięte ironią i wzbudzające uśmiech, to są mądre i zawsze coś wnoszą.
"Na przekór" to bardzo dobry przykład, że można napisać książkę dla młodzieży bez tej wspomnianej przeze mnie na początku - wulgarności, bez taniego erotyzmu i narkotycznych wizji świata. Można stworzyć interesującą bohaterkę, którą trapią prawdziwe problemy, a mimo to nigdy nie upada - takie książki chce się czytać! 
8/10.


Za swój egzemplarz dziękuję wydawnictwu Zysk i S-ka.


Wydawnictwo: Zysk i S-ka

Data wydania: 25. czerwca 2019
Liczba stron: 296
Kategoria: literatura młodzieżowa

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...