#59 Somebody to love. Życie, śmierć i spuścizna Freddiego Mercury'ego - Matt Richards, Mark Langthorne

#59 Somebody to love. Życie, śmierć i spuścizna Freddiego Mercury'ego - Matt Richards, Mark Langthorne

#97 Somebody to love. Życie, śmierć i spuścizna Freddiego Mercury'ego - Matt Richards, Mark Langthorne - recenzja - czy warto przeczytać?
Pamiętam to jak dziś - ktoś niecierpliwie puka do drzwi wejściowych, które otwiera moja mama. Tuż za nimi stoi Kasia - koleżanka ze szkoły mojej siostry, zapłakana. Mama zapytała - co się stało, a ta łkając mówi: Freddie nie żyje! Ja miałam całe sześć lat i choć wiedziałam, kto to jest - bo słuchaliśmy Queen w domu, to nie rozumiałam tej histerii... 
Dziś mam dużo więcej i chyba w końcu ją rozumiem.

"Somebody to love. Życie, śmierć i spuścizna Freddiego Mercury'ego" to opasłe tomiszcze. Tekstu jest dużo, kilka zdjęć też się tutaj znajdzie - i to z różnych epok życia piosenkarza. Zdarzało mi się wielokrotnie dać się porwać książce tak, że nie wiedziałam o bożym świecie, ale nigdy w przypadku biografii! Takie coś zdarzyło mi się po raz pierwszy. Zaczęłam czytać w piątek i w piątek popołudniu skończyłam, nie wiedząc do końca jak to się stało?

Tytuł idealnie charakteryzuje to, co znajdziemy w treści. Dodatkowo autorzy opisali dość szczegółowo historię wirusa HIV i rozwój AIDS. Chcąc, nie chcąc AIDS stanowi nierozerwalną część życia jednej z największych gwiazd muzyki w historii świata. Obie części - narodziny gwiazdy i rozwój choroby przeplatają się, w ten sposób nie tylko poznajemy Freddiego, ale i historię tego śmiercionośnego wirusa. Wszystko jest napisane niezwykle płynnie i kiedy zacznie się czytać wpada się świat muzyki, kolorów i oczywiście tamtych lat, z którego nie chce się wychodzić.
Farrokh Bulsara, czyli późniejszy Freddie Mercury urodził się, aby być gwiazdą. Od najmłodszych lat wiedział kim chce być i choć wielokrotnie ponosił porażki, to nigdy nie zawrócił ze swojej ścieżki ku sławie. Szczegółowo opisano proces powstawania Królowej - Freddie śpiewał w różnych zespołach, ale jego myśli i plany zawsze obracały się wokół zespołu Smile. Po wielu perturbacjach, w końcu dołączył do zespołu, ukończył artystyczną szkołę, zaprojektował logo - które nie wiem czy wiecie - składa się ze znaków zodiaku jego członków, pisał teksty i tworzył utwory. 
Autorzy z pieczołowitością opisali powstawanie największych hitów kwartetu - podczas czytania nie mogłam powstrzymać się od nucenia, ponieważ doskonale je słyszałam. Każdy utwór miał też historię - niezależnie od tego, co Freddie na ten temat mówił w wywiadach. Nie mieli łatwo w drodze na szczyt. Na początku stale się coś działo, co uniemożliwiało im start, a późniejsze recenzje krytyków też nie były zbyt przychylne. Życie uczuciowe wokalisty Queen było jak sam Mercury, szybkie i nieprzewidywalne. Robił to, co chciał i na co miał ochotę. Nieprzeciętnie i wszechstronnie utalentowany - w życiu prywatnym niezwykle skryty, a na scenie był niczym huragan.

"Przez większość czasu udaję - przyznawał Freddie. - To jak aktorstwo. Wychodzę na scenę, udaję macho i tak dalej. Myślę, że >>The Great Pretender<< to świetny tytuł, bo ja też jestem tym, który wciąż udaje".

Autorzy przybliżają również sytuację polityczną ówczesnych czasów i homofobiczne nastroje wśród społeczeństwa. Przez co można zrozumieć aurę tajemnicy, co do orientacji seksualnej wokalisty, którą utrzymywał przecież przez całe swoje życie.
Był świadomy tego, że jest chory, a mimo to nie zwolnił tempa życia i nadal miewał wielu partnerów. Można wysunąć na tej podstawie wnioski, jak lubimy to robić, ponieważ to łatwe i przecież nas nie dotyczy. Jednak kiedy zobaczymy przed oczami obraz człowieka, który całe życie musiał udawać kogoś kim nie był - bo tego oczekiwali od niego inni, to raczej nie wystawimy żadnej  oceny i może spróbujemy zrozumieć niektóre z jego wyborów.
Niezwykle ciekawa i intrygująca biografia, nacechowana wzlotami i upadkami postaci, która była i jest zjawiskiem, mimo że wiele lat już Go z nami nie ma.
Narracja jest pełna cytatów z wypowiedzi bliskich Freddiego, doskonale wplecionych w tekst, stanowiący pełen zapis życia gwiazdora i wydarzeń, które nastąpiły po jego śmierci. Opis charytatywnego koncertu, który odbył się po jego śmierci na Wembley, wraz z wypowiedzianymi przez Lizę Minnelli słowami spowodował, że się wzruszyłam - tak  w trakcie czytania biografii.
Polecam nie tylko fanom, ale także chcącym poznać niezwykle kolorową i niezwykle złożoną postać, która zmieniła historię i to nie tylko tę muzyczną.
9/10.


"Nikt inny w historii muzyki popularnej nie połączył tak rocka z operą, musicalu z metalem, teatralności w stylu Noëla Cowarda z wodewilem jak Freddie Mercury. I chociaż pozostali członkowie też mieli na koncie przeboje, tylko Mercury mógł skomponować największy z nich, czyli >>Bohemian Rhapsody<<.



Za swój egzemplarz dziękuję wydawnictwu Zysk i S-ka.


Wydawnictwo: Zysk i S-ka

Data wydania: 30. lipca 2019
Liczba stron: 496
Kategoria: biografia

Tłumaczenie: Robert Filipowski

#58 Czarci Pył - Mariusz Majewski

#58 Czarci Pył - Mariusz Majewski

#96 Czarci Pył - Mariusz Majewski - recenzja - czy warto przeczytać?
"Czarci Pył" Mariusza Majewskiego to zbiór sześciu opowiadań zaszeregowanych przez niektóre portale książkowe jako horror. Czy słusznie? Moim zdaniem nie. Horror w moim mniemaniu pochodzi od fantastyki i jego nieodzowną częścią są zjawiska nadprzyrodzone. W przypadku filmu już luźniej podchodzę do tego zagadnienia. Czym więc jest ten zbiór opowiadań? 

To ciężkie, osnute aurą beznadziejności - historie wyjęte z rzeczywistości - niestety.
Jest tutaj historia chłopca, którego rodzinę trawi bezrobocie i pogłębiający się alkoholizm. Jego jedyną ucieczką od świata jaki serwują mu rodzice jest szkoła, ale i na te pole zaczynają wkraczać macki pogłębiającej się degradacji społecznej. Pojawia się też zarys przeszłości pewnej pary -  Rafała i Kamili, których wielką miłość i świetlaną przyszłość przytłoczyła ciężka choroba. Są też ludzie, których esencję życia stanowi stan upojenia alkoholowego i trwają, bo przecież życiem nie można tego nazwać - od weekendu do weekendu. Autor umieścił tu również wezwanie Asmodeusza - demona, upadłego anioła, które stanowi niejako wstęp do najdłuższego opowiadania w tym zbiorze dotyczącego pewnego księdza... księdza pedofila.

"Ty! Królu, Patriarcho, Asmodeuszu, jakaż wspaniała, jaka porywająca jest przyrodzona Ci, mimo starań gwałtownika nigdy nieodebrana, wyniosła niesamowitość. 
Jest niczym czarowność prastarych borów, rozbrzmiewających
o zmroku niepokojącymi dźwiękami nieznanych istnień i mar".

Język, którym posługuje się autor jest niezwykle wysublimowany, a w niektórych fragmentach wręcz poetycki. Nie można go nazwać prostym, jednak jest przyjemny i chyba mogę to tak określić - rytmiczny. Styl mimo przygnębiającej i ciężkiej tematyki, często dramatycznej jest naprawdę lekki, autor po prostu potrafi pisać. Mam tu jednak problem z powtórzeniami, które wyłapuję nawet jak pojawiają się tylko raz, a tutaj jest ich wiele. Irytowały mnie ciągłe indagacje i ablucje.

Co do samej treści - to nie jest książka dla wszystkich. Z tyłu okładki jest zdanie mówiące o tym, iż jest to lektura dla odważnych - zgadzam się - ale charakteryzujących się umiejętnością zmierzenia się z przygniatającą częścią życia, która dusi, odbiera poczucie sensu. Wszystkie opowiadania są bardzo przygnębiające, ale najtrudniej czytało mi się to dotyczące księdza. Poznajemy go od najmłodszych lat, które wspomina. Widzimy jak kiełkuje w nim i narasta jedno z największych obliczy zła...

Trudna, ciężka książka - mimo skromnej objętości, której nie polecam wtedy, kiedy czujemy się psychicznie osłabieni. Tytuł idealnie pasuje do tematyki. Zło, które czai się wokół jest jak ten pył, który ciężko z siebie strzepnąć,tak jak ciężko uniknąć głębokich przemyśleń po tej lekturze.


7/10.


Recenzja napisana dla Klubu Recenzenta nakanapie.pl


Wydawnictwo: Manufaktura Słów

Data wydania: 19. lipca 2019

Liczba stron: 262


Kategoria: literatura współczesna/polska
#57 Helter Skelter. Prawdziwa historia morderstw, które wstrząsnęły Hollywood - Vincent Bugliosi, Curt Gentry

#57 Helter Skelter. Prawdziwa historia morderstw, które wstrząsnęły Hollywood - Vincent Bugliosi, Curt Gentry

Helter Skelter. Prawdziwa historia morderstw, które wstrząsnęły Hollywood - Vincent Bugliosi, Curt Gentry - recenzja - czy warto przeczytać?

Właśnie mija 50 lat od jednej z najbardziej znanych zbrodni w historii - morderstwa popełnionego przez członków Rodziny Charlesa Mansona - w domu wynajmowanym przez Romana Polańskiego. Wraz z żoną Romana Polańskiego - Sharon Tate, która była w ósmym miesiącu ciąży, zginęli wtedy - Jay Sebring, Wojciech Frykowski, Abigail Folger i Steven Parent. Jak się później okazało z tą zbrodnią była połączone inna - życie w zbliżonych okolicznościach straciła rodzina LaBianca.
"Helter Skelter" to prawie 700 stron przebiegu morderstw, historii ich sprawców, życia Charlesa Mansona, a także gromadzenia materiału dowodowego, samego procesu i czasu po zapadnięciu wyroku. Niezwykle rzetelne, skrupulatne przedstawienie faktów, błędów i zaniedbań ze strony policji i niebywałego wręcz - uporu głównego oskarżyciela i współautora książki Vincenta Bugliosiego

Jako nastolatka czytałam horrory, thrillery i kryminały - dziś tych pierwszych już nie czytam, ale gwarantuję, że większe potwory żyją w nas samych, niż autorzy najobrzydliwszych scenariuszy mogliby wymyślić. Dowodem na to, jest właśnie nieżyjący już dziś Charles Manson. Człowiek, który większość swojego życia spędził za murami różnych zakładów penitencjarnych, który zmanipulował wielu innych ludzi i sprawił, że byli niczym marionetki w jego rękach. 

" - Byłam bardzo podniecona. Zmęczona, ale wyciszona wewnętrznie.
Wiedziałam, że to początek helter skelter. Teraz świat miał nadstawić uszu".

Książka jest podzielona na osiem części. Dzięki wprowadzeniu autora; w momencie początku śledztwa, wiemy więcej niż wiedział - on sam - kiedy rozpoczynał pracę nad sprawą. Pojawiają się tu daty, wydarzenia i masa nazwisk policjantów, świadków, członków Rodziny - nie radzę czytać nic innego w trakcie tej lektury - bo można się potem nie odnaleźć. Wydarzenia w niej przedstawione są głównie w porządku chronologicznym. Pojawiają się też transkrypcje rozmów, wspomnienia, które tworzą dokładny obraz sprawy, a dzięki temu zabiegowi jesteśmy w jej centrum. Mimo dużej szczegółowości i trudnej tematyki - styl, którym posługują się autorzy niebywale trzyma w napięciu - lepiej niż niejeden współczesny kryminał. Czytałam ją pięć dni - długo jak na mnie, ale nie potrafiłam szybciej. Jej treść i atmosfera udzieliła mi się do tego stopnia, że co noc byłam w ówczesnym domu Polańskiego. 
Wskazano jak wiele błędów popełniła policja, która nie potrafiła zebrać dobrego materiału dowodowego i gdyby nie chęć ukarania autora wizji Helter Skelter przez oskarżycieli, to pewnie wielu faktów by nie odkryto, a być może on sam nie trafiłby do więzienia.

"Zabijając kogoś fizycznie, uwalniasz jego duszę. 
Życie nie ma granic, a śmierć jest tylko iluzją".

Ta książka przeraża. Rzeczywistość w jakiej żyli członkowie sekty Mansona, była kompletnie odcięta od rzeczywistości. Byli kompletnie opętani przeświadczeniem, że lada dzień wybuchnie wojna międzyrasowa, a oni zostali wybrani niczym naród żydowski przez Jezusa Chrystusa. Wielu wierzyło, że ich przywódca to kolejny Zbawiciel.
Poznamy historie życia wielu czołowych członków sekty i jednocześnie oskarżonych o popełnienie tych okrutnych i krwawych zbrodni. Zostanie nam przybliżone życie Charlesa, jego dzieciństwo i lata spędzone za kratami, gdzie rosło jego poczucie odrzucenia i mogło rozwijać się niczym niezmącone - wiem jak to zabrzmi - czyste zło. Nikt nie rodzi się zły, jak zdarza się nam często myśleć, potwory tworzą potwory. Każdy jest w stanie zabić, ale nie każdy stanie się mordercą. 

"Crockett i Poston słyszeli, jak Manson mówił, iż jego imię brzmi:
"Charles' Will Is Man's Son",
co oznaczało, że jego wola jest tego rodzaju, co Syna Człowieczego".

Vincent Bugliosi twierdził już na samym początku, że zbrodnia bez motywu nie istnieje, a jego celem było znalezienie go i udowodnienie, że nie było przypadku w doborze ofiar.
Czy go znalazł? Odpowiedź na to pytanie, tak jak i wyjaśnienie czym było tytułowe Helter Skelter i co mają z tym wspólnego The Beatles - znajdziemy w treści. Dodam, że jest też trochę informacji o mężu Sharon Tate - Romanie Polańskim, który był przesłuchiwany nawet na wykrywaczu kłamstw. 

Mnie osobiście sam Manson przeraża nawet, gdy spojrzę na jego zdjęcie, a to czego dokonał z grupą podległych mu ludzi - niewolników przyprawia o gęsią skórę. Ich wiara w jego filozofię i to jak zachowywali się w trakcie procesu - sprawia, że każdy horror przy ich zbrodni jest jak bajka dla dzieci.
W książce pojawia się porównanie Mansona do Hitlera, myślicie, że to przesada? Autorzy mają argumenty, czy słuszne, trzeba ocenić samemu.
Sama postać Charlesa jest dziś też częścią popkultury, czy tego chcemy, czy nie. Wielu na tej historii zarabiało i zarabiać będzie, ponieważ jako ludzie lubimy oglądać dramaty i tragedie, ale tylko od nas zależy jakie wnioski z tego wyciągniemy. 

W trakcie lektury byłam mocno zdziwiona tym, że kiedy dzieliłam się tytułem czytanej przeze mnie książki, wielu ludzi nie wiedziało nic na ten temat...
Mam nadzieję, że "Helter Skleter" trafi do wielu czytelników, dzięki wznowieniu jej przez Zysk i S-ka  - bo jak zapobiegać czemuś, o czym się niewiele wie?
Do kin, na dniach, wchodzi film Quentina Tarantino "Pewnego razu... w Hollywood", kto ogląda filmy tego specyficznego reżysera, ten na pewno wie, czego można się spodziewać. Ja mam tylko nadzieję, że znajdzie się choć paru ludzi, którzy zechcą zapoznać się też z faktami i wyciągną z nich odpowiednie spostrzeżenia.
8/10.

Za swój egzemplarz dziękuję wydawnictwu Zysk i S-ka.


Wydawnictwo: Zysk i S-ka

Data wydania: 9. lipca 2019
Liczba stron: 660
Kategoria: literatura faktu

Tłumaczenie: Mirosław P. Jabłoński


#56 The world of Lore. Niegodziwi śmiertelnicy - Aaron Mahnke

#56 The world of Lore. Niegodziwi śmiertelnicy - Aaron Mahnke

#94 The world of Lore. Niegodziwi śmiertelnicy - Aaron Mahnke - recenzja - czy warto przeczytać?
Co to była za książka... Praktycznie od nastoletnich lat fascynuje mnie pokrętny, ludzki umysł. Umysł morderców. Wierzę, że każdy jest w stanie zabić, a różnimy się między sobą jedynie... motywem. Nie od dziś staramy się walczyć z drzemiącą w nas przemocą, utworzyliśmy systemy karne, każdy przejaw zła tępimy i społecznie piętnujemy. O obecnych czasach zdarza się nam mówić, że obfitują w bestialstwo, a współcześnie prześcigają się w serwowanym swoim ofiarom okrucieństwach. W jakim my jesteśmy błędzie! 

Przed Państwem "The world of Lore. Niegodziwi śmiertelnicy" Aarona Mahnke-go. Spis morderczych historii z przekroju kilku odległych wieków, opowiedzianych tak płynnym i ciekawym językiem, że można w tej niegodziwości zatonąć. Śmierć, krew, odcięte kończyny, obdzieranie ze skóry, gotowanie ludzkiego mięsa wypowiedziane jakby radiowym stylem. Gdy czytałam nie tylko widziałam obrazy jakie opisuje autor, ale zdawało mi się go słyszeć, jak swoim melodyjnym głosem opowiada te okropne historie. 

Książka składa się z pięciu rozdziałów, podzielonych na wiele podrozdziałów. Każdy jest niezwykle przewrotnie zatytułowany i wzbudza uśmiech na twarzy mimo krwawej i śmiertelnej tematyki. Autor ma ogromny talent do opowiadania historii poważnych przestępstw w niezwykle lekki i humorystyczny sposób, i upatruję też tutaj doskonałej pracy tłumacza, dzięki któremu książka nie straciła rytmu. Dodatkowym atutem są ilustracje sporządzone przez M.S. Corley-a, które w równie lekki i humorystyczny sposób dopełniają to świetne wydanie. 

Jaką my tu znajdziemy różnorodność nie tylko w sposobach zabójstw, ale i w motywach. Polowanie na czarownice, okradanie grobów, wampiryzm - polski akcent w postaci Elżbiety Batory - Krwawej Hrabiny, historia wierzeń w Krampusa, członkowie rodzin znanych nam współczesnych pisarzy, Abraham Lincoln i doppelgänger, znana fanom serialu American Horror Story zaginiona kolonia Roanoke, Doktor Jekyll i pan Hyde, multum odwołań do znanych nam historii. Jeszcze więcej nieznanych mi wcześniej historii morderców, a wszystko to okraszone niezwykle trafnymi komentarzami ludzkiej natury i być może motywów jakimi kierowali się zabójcy. 

"Wygląda na to, że najgroźniejszym obcym nie jest przybysz, lecz ten, który kryje się wśród nas".

Najbardziej zafascynowała mnie historia Hermana Webstera Mudgeta, znanego jako Dr Henry Howard Holmes. Oszusta ubezpieczeniowego, który nabył posiadłość nazywając ją Zamkiem, do której niczym drapieżnik wabił i mordował setki ludzi. Obdzieranie ze skóry, preparowanie szkieletów nic nie było mu obce. Mówił o sobie, że urodził się mając w sobie diabła. A legendy głoszą, że nie przestał mordować nawet po śmierci...Jego historia przejawia się przez całą książkę.
Kate Webster, która po zamordowaniu Julii Thomas znalazła niezwykle kreatywny sposób na pozbycie się zwłok. Ćwiartowanie, gotowanie i wytapianie tłuszczu, nakarmienie nim okolicznych dzieci, wynoszenie resztek w walizce - tak panna Webster była niezwykle zaradna.
Historia rodziny Gruberów, której morderca zostawił ślady na śniegu prowadzące do ich domu. Narzędziem zbrodni było narzędzie ogrodnicze, które wziął sobie z ich składzika, a po niezwykle krwawym mordzie mieszkał w ich domu i karmił ich zwierzęta. Mało tego być może z nimi mieszkał już wcześniej. 

"Jednak najbezpieczniej czujemy się w naszych domach. W pewnym sensie gniazdujemy w nich. Tworzymy wokół siebie kokon chroniący nas przed kaprysami pogody, intruzami i skrzywdzeniem.
Niestety czasami to nie wystarcza".

Niezwykle ciekawa w swym okrucieństwie lektura, która jest nie lada gratką nie tylko dla fanów wyszukanych mordów, czy historii ludzkości, ale i dla tych, których interesuje ludzka natura i niebywała wręcz skłonność do zła. Gwarantuje ciekawą lekcję historii, która zostawi Was z morzem pytań odnośnie definicji człowieczeństwa.

 "Nadal boimy się tych, którzy się od nas różnią. mamy to w genach, a może w naszej kulturze. Ten strach jest jak wąż w trawie, zawsze gotowy do ataku".
8/10.

Za swój egzemplarz dziękuję wydawnictwu Zysk i S-ka.


Wydawnictwo: Zysk i S-ka

Data wydania: 2. lipca 2019
Liczba stron: 400
Kategoria: literatura faktu

Tłumaczenie: Zbigniew A. Królicki
#55 Labirynt fauna - Cornelia Funke, Guillermo del Toro

#55 Labirynt fauna - Cornelia Funke, Guillermo del Toro

#93 Labirynt fauna - Cornelia Funke, Guillermo del Toro - recenzja - czy warto przeczytać?
"Labirynt Fauna" oglądałam kilkakrotnie. Mroczna wizja fantastycznego świata przeplatana jeszcze chyba mroczniejszą rzeczywistością, która osnuwa niczym mgła i niesamowicie pobudza wyobraźnię. To nie moja pierwsze spotkanie z książką napisaną na podstawie scenariusza filmowego, ale pierwsze tak bardzo udane.

"Zło rzadko od razu nabiera kształtu. Często na początku jest niewiele wyrazistsze od szeptu".


Główną bohaterką tej historii jest trzynastoletnia Ofelia, która wraz z ciężarną matką przybywa do nowego domu. Matka Ofelii wyszła ponownie za mąż za kapitana Vidala i oczekuje jego dziecka. Dziewczyna tęskni za zmarłym ojcem, czuje że traci także więź z matką. Dodatkowo nie lubi swojego oczyma, którego się po prostu boi i nazywa go Wilkiem. W trakcie zwiedzania posiadłości odnajduje stare, rozpadające się mury, których strzeże kamienna, rogata głowa. W murach praktycznie od razu rozpoznaje labirynt. Codzienność dziewczynki, jak i pozostałych domowników obfituje w brutalność, samotność i zło wszak są to czasy wojny. Ona jednak odnajduje świat, w którym mimo również mrocznej aury, widzi szansę na ucieczkę. Pragnie uratować matkę, siebie i nienarodzonego brata. Podejmuje walkę z Wilkiem wraz z całą swoją magiczną świtą. Czy uda się jej ocalić tych, których kocha i wypełni wszystkie zadania jakie przygotował dla niej Faun?


Książka idealnie ubiera w słowa obrazy stworzone przez Guillermo del Toro. Jest piękną, wręcz poetycką narracją hiszpańskiej baśni. Autorka Cornelia Funke wzbogaciła treść o dodatkowe dziesięć opowieści, które przeplatają się z kolejnymi rozdziałami książki i nadają, choć nie myślałam, że to jest w ogóle jeszcze możliwe, więcej magii.
To niebywale mroczna fantastyka dla dorosłych, ponieważ obfituje w brutalne opisy przemocy. Dodatkowo mnogość interpretacji jakie ze sobą niesie, łatwiej dostrzeże starszy czytelnik. Ciemna wizja świata, którą roztacza narracja "Labiryntu Fauna" to doskonała alegoria o poszukiwaniu siebie i błądzeniu na drogach, które rozpościera przed nami życie.  Historia, która uczy, że słuszne wybory nie zawsze są łatwe, a czasem najwyższy wymiar szczerej miłości odnajdujemy - właśnie w poświęceniu. Świat, który choć budzi grozę, daje również nadzieję. 

"To prawda, zwykle niewielu jet takich, którzy wiedzą, gdzie szukać i jak słuchać.
Lecz w przypadku najlepszych opowieści ci nieliczni wystarczą".

Podczas czytania wyłączyłam się całkowicie. Wizje, które zafundowała mi autorka były niezwykle bogate i choć widziałam film, to pozwoliły mi one dostrzec ten świat wyraźniej, a dopisane przez nią historie pozwoliły mi na jeszcze głębsze poczucie niesamowitej magii, którą "Labirynt Fauna" bezsprzecznie posiada. Świetnie scharakteryzowane postaci, które znowu przywiodły do mnie myśli nie tylko o istocie zła, ale i postawiły pytania o to, co tak naprawdę czyni nas ludźmi.
Wydanie jest przepięknie ilustrowane, a podczas czytania zdaje się nam, że mamy przed sobą manuskrypt wydarty ze świata wróżek, które otaczały bohaterkę.
Polecam zarówno jako dopełnienie filmowej historii, jak i doskonały wstęp do niej.
8/10.

Za swój egzemplarz dziękuję wydawnictwu Zysk i S-ka.


Wydawnictwo: Zysk i S-ka

Data wydania: 16. lipca 2019
Liczba stron: 280
Kategoria: since fiction/fantastyka/fantasy

Tłumaczenie: Ewa Wojtczak

 
#54 15 lat w zamknięciu - Celine Piotrowska

#54 15 lat w zamknięciu - Celine Piotrowska

#92 15 lat w zamknięciu - Celine Piotrowska  - recenzja - czy warto przeczytać?
Jakiś czas temu wykonywałam pracę, w której ludzka krzywda była dla mnie codziennością. Nie wytrzymałam długo, bo trzy lata. Choć nikt mnie nie więził i nie bił doświadczyłam też krzywdy i pewnego rodzaju przemocy, choć nie fizycznej.

Bohaterka i autorka książki "15 lat w zamknięciu" doświadczyła całego spektrum bólu od fizycznego po psychiczny. Człowiek, który miał być jej najbliższy - czyli mąż, bił, gwałcił i więził ją i ich wspólne dzieci przez 15 lat. Książka, którą napisała jest dla niej formą terapii po traumie jaką przeżyła. Chciała również by stanowiła swego rodzaju manifest, wezwanie do walki o siebie i własną, lepszą przyszłość oraz ostrzeżenie przed obdarzaniem zaufaniem zbyt szybko.

Książka rozpoczyna się wspomnieniami o pierwszej, młodzieńczej miłości kobiety, która w jej mniemaniu była idealna, spełniona, wręcz książkowa. Jej narzeczony pochodził z bogatej rodziny. Żyli na wysokim poziomie, wydając bez opamiętania morze pieniędzy na namacalne dowody miłości... Odzież, biżuterię, perfumy, restauracje... Jednak życie się tak ułożyło, że się rozstali i  wtedy na jej drodze stanął pewien Włoch, z którym związała swoją przyszłość i który to, stał się jej katem. Historia dzieciństwa tego mężczyzny była dla mnie wręcz abstrakcyjna. Skojarzyła mi się z historiami prezentowanymi przez takie horrory jak na przykład "Droga bez powrotu". Z ich związku narodziła się dwójka dzieci, która czynnie uczestniczyła w koszmarze ich małżeństwa. I tak przez całą powieść poznajemy koleje życia w piekle, które są okraszone refleksjami autorki, która jest już dzisiaj wolną i jak sama podaje - szczęśliwą kobietą.

Podoba mi się wydanie tego spisu wspomnień. Projekt okładki bez nazwiska autorki, jako swego rodzaju odcięcie się od przeszłości. Szycie, minimalistyczne, acz sugestywne ilustracje.
Uderzyła mnie krzywda dzieci, bolało mnie serce i byłam wściekła, że ktoś sprowadził je do takiego piekła i pozwolił im trwać w nim tyle lat. Sposób podnoszenia się po ucieczce, powrót do społeczeństwa, że tak to określę był również bardzo poruszający.

"Pamiętam, jak wychodząc z ośrodka, pytałam, czy naprawdę możemy pójść na spacer. Pytałam o nasze wyjścia za każdym razem jeszcze przez dwa kolejne tygodnie... I za każdym razem dyrektora odpowiadała, że drzwi są otwarte, że mogę wychodzić, kiedy tylko chcę. Nie potrafiłam tego jednak przyjąć do wiadomości".

Jednak mam problem z tą historią. Oczywiście trafia do mnie - jak okrutny był ten człowiek, jak wiele zła wyrządził. Sądzę nawet, że nie zasłużył na nazywanie go istotą ludzką ...
Język, styl jakim jest pisana jest dla mnie bardzo chaotyczny i trochę niestety infantylny, mimo że bohaterka pracowała jako dyrektor produkcji w trzeciej, w Europie fabryce pantografów i nie jest już nastolatką. Męczyłam się podczas czytania i nie potrafiłam tak po ludzku całą sobą współczuć autorce, a jestem bardzo empatyczna, przynajmniej tak mi się do tej pory wydawało. Wiele razy chciałam ją odłożyć czy nawet nią rzucić, bo powodowała we mnie też coś na kształt złości... 

Pierwsze, co mnie bardzo mocno zdziwiło to sposób w jaki postrzegała i chyba nadal postrzega miłość. Nie wyobrażam sobie by status społeczny i szastanie pieniędzmi było wyznacznikiem stopnia zaangażowania w związek. Partnerstwo, które powinno być podstawą każdego udanego związku zastępować uzależnieniem od czyjegoś portfela? Nigdy też nie pomyślałabym, że pieniądze czynią z kogoś damę? A tak postrzegała swój młodzieńczy związek Celine. Kompletnie różne widzenia świata, moje i jej, spowodowało, że niestety chociaż bardzo chciałam nie mogłam poczuć z nią więzi.

Sposób w jaki trwała na drodze prowadzącej - wprost w ramiona tego sadystycznego mężczyzny, jest dla mnie kompletnie surrealistyczny. Nie mogłam tego pojąć w żaden sposób. Tak jak rozumiem, że przez lata cierpień, można uzależnić się od oprawcy i nie umieć wyrwać się z tego piekła, tak nie rozumiem, jak od samego początku chorej znajomości można chcieć ją kontynuować. Przez tyle lat nie poprosiła nikogo o pomoc. Na propozycję męża, aby wyjechała do Polski w środku roku szkolnego odpowiadała, że syn powinien skończyć przedszkole (najlepsze ze wszystkich oczywiście) w normalnym terminie (sic!). Najbliżsi wiedzieli jaki los wiedzie, a mimo to wracała od nich wprost do mieszkania swojego oprawcy. Pełna sprzeczności i kompletnie nielogicznych zachowań wszystkich uczestników tego dramatu. Nie wiem czy bohaterka uchwyciła się rozmytego wspomnienia swojego życia po to, by przetrwać i stąd też były jej mało dojrzałe wtrącenia, które przyznam szczerze często były bliskie wyprowadzenia mnie z równowagi.
Nie chcę przeprowadzać analizy psychologicznej; bo przecież nie o to chodzi, ale ta historia wzbudza we mnie wściekłość! Z uwagi na koszmar jakiego doświadczyły te małe i niewinne istoty.
Nie chcę oceniać, bo bardzo łatwo to zrobić, ale zrozumieć tej bierności też nie potrafię. Nie ma też oczywiście; żadnego wytłumaczenia na postępowanie ojca tych dzieci! Przeraża mnie fakt, że kobiety nadal muszą się ukrywać przed takimi zwyrodnialcami, a oni nie ponoszą za to co zrobili - praktycznie żadnej kary...

Podsumowując była to dla mnie trudna i bolesna książka. Nie tylko z uwagi na treść, ale na sposób jej podania i niemal międzygalaktyczną odległość w sposobie widzenia świata między autorką i mną. Nie polecam, ani nie zachęcam - musicie sami ocenić.

Za swój egzemplarz dziękuję wydawnictwu Borgis.
 


Wydawnictwo: Wydawnictwo Borgis

Liczba stron: 234


Kategoria: literatura obyczajowa/autobiografia
#53 Życie psa na balkonie - Tomasz Górski

#53 Życie psa na balkonie - Tomasz Górski

#91 Życie psa na balkonie - Tomasz Górski - recenzja - czy warto przeczytać?
Swego czasu miałam przygodę zawodową związaną z pracą ze środowiskiem, które przedstawia Tomasz Górski - autor "Życia psa na balkonie". Wiele słyszałam, a jeszcze więcej widziałam. Nazwałam ten epizod przygodą, bo po trzech latach zrezygnowałam, nie chcąc być już uczestnikiem kołowrotu ludzkich dramatów i nieszczęść, które ludzie serwują sobie sami. Jednak nadal pozostaje we mnie, nie tyle ciekawość, co chęć zrozumienia dlaczego się tak dzieje, że z życia robimy bezsensowną egzystencję?

"Wszystko robimy w życiu trochę tak po omacku. Po ciemku. Trochę to przypomina zamknięty pokój, w którym pełno różnych przyjemności, pełno uciech, ale też pełno problemów, tych złych rzeczy". 

"Życie psa na balkonie" to zaledwie 180 stron, a już po otworzeniu książki zaskoczy nas forma w jakiej zwraca się do nas autor. To dramat literacki. Tekst z podziałem na role i didaskaliami.
Głównych bohaterów jest dwóch - Ojciec i Syn. Toczą oni ze sobą rozmowę, która odbywa się w śmierdzącym wódką i brudem mieszkaniu. Widywałam wiele takich mieszkań - stąd wizualizacja nie stanowiła dla mnie żadnego problemu, ale jeżeli takie widoki są Wam obce to z łatwością poczujecie klimat za sprawą opisów sporządzonych przez autora.
To historia pełna kontrastów, które wzbijają się i opadają jak punkty wykresu sinusoidalnego. Zbieramy informacje o jedynym i drugim, co chwilę zmieniając o nich zdanie. Mężczyźni licytują się; kto bardziej zniszczył sobie życie - przy okazji zatruwając je matce i żonie. Ojciec lecząc kaca pije wodę, Syn sprząta i powoli przesuwamy się z akcją w kierunku drzwi, drzwi które są zamknięte. Z jakiegoś powodu obaj boją się nacisnąć klamkę i wejść.

Rozmowa, którą toczą choć krótka, biorąc pod uwagę objętość książki, stanowi przekrój ich życia.Język jest wulgarny, prostacki - realistyczny - tak rozmawiają ze sobą ludzie, którzy za cel postawili sobie zniszczenie własnego życia, biorąc przy tym jak najwięcej jeńców. Zdarza się jednak, że język zahacza o... poetykę. Dziecko mężczyzny wykładającego literaturoznawstwo - jak się domyślam z prowadzonej przez bohaterów rozmowy - jakim jest Syn potrafi zgrabnie formułować zdania i tworzyć wyszukane historie. Pojawia się tutaj nawet motyw książki; znanej zapewne wszystkim - "Mały książę" Antoine de Saint-Exupéry, który ma tu znaczenie. I tak do momentu, w którym pada wyjaśnienie tytułu, sądziłam, że czytam jedynie batalię międzypokoleniową ludzi, którym z jakiegoś powodu życie się poplątało. Ale to dramat nie tylko w formie. 

Historia, która wcale nie musi być wymyślona, której wiele odsłon widziałam - to Tomasz Górski spowodował, że zjeżyły mi się włosy na głowie.
Można tu dostrzec metaforę na temat równych szans w życiu - nie zawsze je mamy. Ile byśmy nie walczyli o poprawę jakości życia - czasem jesteśmy jak ten "pies na balkonie" zamknięci za drzwiami. Szczekamy, ale wszyscy udają, że nas nie słyszą. Choć hałas jest irytujący nikt nic z tym szczekaniem nie robi, a pies prowadzi egzystencję, bezsensowną egzystencję. 
Kolejne pytanie jakie mi się nasunęło to, to czy czasem nie lepiej niektórych drzwi nigdy nie otwierać? Albo też je zamurować, by mieć pewność, że przeszłość po nas nie wróci?
Ale co wtedy z odpowiedzialnością? Czy można wyjść z marazmu i zacząć po prostu żyć już nigdy się nie oglądając? 
Krótka, dojrzała i na wskroś epatująca brutalnym realizmem książka, która zostawiła mnie z własnymi przemyśleniami na długo i ilekroć na nią spojrzę przywodzi mi na myśl kolejne.
Tę historię można potraktować też jako kontrast do idealnego życia, które widujemy na pięknych, kolorowych zdjęciach. Każde choćby nie wiem jak idealne życie ma gdzieś taki zamknięty pokój. Polecam jako bodziec do przemyśleń, jednak nie jako formę rozrywki.

 

Wydawnictwo: Novae Res

Data wydania: 27. czerwca 2019

Liczba stron: 180

Kategoria: literatura obyczajowa



Recenzja napisana dla portalu bookhunter.pl


#52 Ta jedna gwiazda - Tina Berk

#52 Ta jedna gwiazda - Tina Berk

 #90 Ta jedna gwiazda - Tina Berk - recenzja - czy warto przeczytać?
Zachęcona ostatnimi udanymi eksperymentami z literaturą młodzieżową, postanowiłam sięgnąć po kolejną - tym razem z motywem fotograficzno-astronomicznym w tle. 

"Ta jedna gwiazda" Tiny Berk - zaledwie osiemnastoletniej pisarki, opowiada o dwójce młodych ludzi. Siedemnastoletni Tom Auggie kocha nocne niebo i wszystko co związane z astronomią, jednym z jego dziecięcych marzeń było zostać astronautą. W związku z tym, że kocha czytać o kosmosie i tak naprawdę świata poza nim nie widzi, to jest trochę wyalienowany. Nie ma przyjaciół - za wyjątkiem Archiego - chodzącego słownika, który na każde z zachowań, czy uczuć zawsze znajduje odpowiednie słowo. Mama Toma martwi się, że chłopak mało przebywa z rówieśnikami, wobec tego wysyła go na kurs fotografii. Tam chłopiec poznaje Skye Logan, starszą o rok piękną, ale chorą - na jedną z odmian białaczki, dziewczynę. Ich spotkanie jest dla Toma jak olśnienie. Nie widzi objawów choroby, które rzucają się w oczy. Dla niego Skye iskrzy jak gwiazda na mrocznym niebie.
Zgodnie z zaleceniem nauczycielki fotografii para zaczyna pracować nad projektami razem. I tak rodzi się piękna przyjaźń, która ma moc niemal uzdrawiającą dla obojga. Spotykają się, rozmawiają, otwierają się przed sobą. Tom rozwija nową pasję, a Skye nie myśli o postępującej chorobie.

"Widzisz, Archie, może o to właśnie chodzi. Może nie należy pokazywać, że się bardzo czegoś chce, bo potem zostaje się z niczym".
 
Chodzimy z nimi do szkoły, uczestniczymy w realizacji projektów, swoją drogą niesamowicie kreatywne tematy fotograficzne podsuwa nam autorka! Może być łzawo, może być emocjonalnie.
Dlaczego może być? Ponieważ jestem znacznie starsza niż grupa docelowa tej historii. Choć pomysł stanowi doskonałe podwaliny do zbudowania emocjonalnej bomby, to powieść niestety taka nie jest. Wszystkie przedstawione sytuacje i stany emocjonalne bohaterów były dla mnie zbyt płytkie... Zdaję sobie sprawę, że nie mogę oczekiwać głębokich przemyśleń i dramatów na miarę mojego doświadczenia, że tak to nazwę - skoro sama autorka jest ode mnie dużo młodsza.
Język jest prosty. Lubię nazywać taki styl śpiewnym - autor komponuje melodię, a my przerzucamy kartki jak nuty na pięciolinii i powstaje utwór, który gra tak długo, aż skończy się na ostatniej stronie. Przeczytałam tę książkę w tempie błyskawicznym. 

"Nic nie powinno być chore - ani rywalizacja, ani ich podejście, ani ja".

Wysuwane wnioski, przemyślenia są bardzo trafne i dają powody by sądzić, że każda kolejna książka młodej autorki będzie lepsza.
Historia się rozpędza i niestety za szybko, jak dla mnie, się kończy. Tak jak rozumiem młodzieńcze fascynacje, pasje i marzenia, tak niestety nie jestem w stanie uwierzyć w tak szybko rozwijające się przywiązanie, tęsknotę. Tu znowu kłania się moja metryka i świadomość, którą się nabywa z każdym kolejnym rokiem.
Dialogi są dobrze skonstruowane, przyjemnie się je czyta i bywają zabawne, jak to rozmowy nastolatków. Brakowało mi też samego motywu choroby Skye, jej matki. takiego codziennego realizmu życia z tak ciężką chorobą, która odbiera nie tylko zdrowie, ale i przyszłość. 

"Dzięki aparatowi mogła przenieść się, dokąd tylko chciała. To było niesamowite uczucie - wolność w tak nie - wolnym życiu".

Podobała mi się też forma pozbawiona kompletnie wulgaryzmów, czystość i prawdziwość przyjaźni. Byłam również zaskoczona finałem, znając zarys fabuły narzuca się on sam, jednak autorka nie poszła w tym kierunku, zaserwowała coś kompletnie innego. Choć normalnie nie lubię w polskich książkach obcojęzycznych imion, tak tutaj kompletnie mi to nie przeszkadzało, przeniosłam się w wykreowaną przez autorką rzeczywistość.

Choć identyfikuję się już bardziej z rodzicami bohaterów to  i tak polecam na wieczór - nawet jeżeli nie zdarza się Wam czytać młodzieżówek! Po to, by sprawdzić jak pięknie można operować wyobraźnią i słowem mając dopiero naście lat. 


Wydawnictwo: Novae Res

Data wydania: 17. czerwca 2019

Liczba stron: 260

Kategoria: literatura młodzieżowa



Recenzja napisana dla portalu bookhunter.pl


#51 Biały latawiec - Ewelina Matuszkiewicz

#51 Biały latawiec - Ewelina Matuszkiewicz

#89 Biały latawiec - Ewelina Matuszkiewicz - recenzja - czy warto przeczytać?
Każdy z nas odgrywa w życiu jakąś rolę. Często zdarza się nam jednak nie akceptować anturażu i zmieniamy fabułę, przebierając się w kostiumy i maski postaci, którymi chcielibyśmy być i gramy sztukę zwaną życiem. Tak też patrzymy na świat w okół. Widzimy to, co chcemy widzieć i to, co ktoś nam pozwala zobaczyć. 

"Biały latawiec" Eweliny Matuszkiewicz to powieść obyczajowa, której akcja toczy się w małym miasteczku - Kozienice. Nie sposób nie wspomnieć o ciekawym zabiegu podania tej historii. Rozdziały to kartki z kalendarza, a podrozdziały to fragmenty starych polskich piosenek - bardzo ciekawy motyw i niezwykle miły dla oka.

Ilość bohaterów, z jakimi przyjdzie się nam spotkać, jest na początku przytłaczająca. Dostajemy fragmenty historii - jak wyrwane kartki z wcześniej wspomnianego przeze mnie kalendarza, które dopiero później tworzą całość. 
Myślę, że za główną bohaterkę powieści można uznać Maję. Młodą kobietę, która odziedziczyła dom i działkę po dziadku, upatrując w tym wydarzeniu szansy na nowy początek. Odeszła z pracy w korporacji i rzuciła się w wir remontów i budowania własnej firmy. Po powrocie do Kozienic zobaczyła jednak zrujnowany budynek, który zdaje się być bezdenną skarbonką. Kolejnymi bohaterami są Mario - policjant, i Kris - dziennikarz z miejscowego radio, którego nowa audycja zmieni stosunki międzysąsiedzkie. Jest Basia, młoda dziewczyna, która pracuje w bibliotece i chce się wyrwać z miasteczka i jej ojciec były komendant policji. Ciekawą postacią jest też Paweł - prawnik, który od wielu lat ukrywa życie w związku. Pojawia się też Radek - tajemniczy chłopak, który zdecydowanie ma coś na sumieniu. Postaci jest znacznie więcej i każda ma tak naprawdę znaczenie w tej powieści, tworzy ją. Wszystkich łączy legenda o skarbie, który miał kiedyś ukryć dziadek Mai oraz historia z czasów wojny. Ponadto ktoś stale włamuje się do domu głównej bohaterki... Szuka zaginionego skarbu? Czy może czegoś innego?

Postaci jest nie tylko - jak wcześniej wspomniałam wiele. Każda z nich jest dobrze i bogato scharakteryzowana, mimo czasem oszczędnego opisu i na pewno nie jest tylko czarno-biała. Autorka jest doskonałym obserwatorem. Idealnie opisała życie tzw. lokalnych społeczności, gdzie wszyscy się znają, podobno wszystko o sobie wiedzą, szanują siebie i własne poglądy... do czasu. Tacy jesteśmy - jak rzeka, która z prądem niesie nie tylko orzeźwienie, ale i wszelkie brudy jakie ktoś do niej wrzucił. Patrzymy, ale nie widzimy. Oceniamy, nie podejmując nawet próby zrozumienia. A poglądy zmieniamy tak, jak zawieje wiatr, powtarzając zasłyszane frazesy jak papugi. Biorąc pod uwagę ostatnie wydarzenia w Polsce, trafiłam z tą lekturą idealnie, kompletny brak tolerancji nie tylko w kwestii orientacji seksualnej - choć i tak wątek w "Białym latawcu" znajdziemy. 

Styl jakim operuje autorka jest na tyle lekki, że tą książką możemy umilić sobie wieczór, ale na pewno będzie to wieczór przemyśleń - przynajmniej mam taką nadzieję. To powieść obyczajowa, której akcja toczy się tak, jak życie w małych mieścinach, powoli, trochę sennie, ale z dużą ilością fałszu pod fasadą codziennej uczynności. 
Podobało mi się zderzenie z rzeczywistością marzycielki Mai. Wszędzie widzimy uśmiechnięte twarze ludzi rzucających pracę u kogoś, otwierających własny biznes, który zawsze jest jak tęczowa kraina, a jak jest w rzeczywistości? Interesujące są też są stosunki Mai z siostrami, najbliższymi jej kobietami. Ciekawe są ploteczki, które snują starsze panie nad partyjką brydżyka. Bardzo ciekawa jest też historia księdza, bo jak to w małych społecznościach bywa - kościół nie jest tylko miejscem kultu, ale i spotkań towarzyskich.

Wątek zaginionej bibliotekarki zakrawał o kryminalny i byłam trochę rozczarowana - dość prozaicznym wytłumaczeniem. To chyba jedyny minus jaki mogę wymienić, no może jeszcze drobne błędy edytorskie, ale one nie umniejszają w niczym lekturze.
A zamieszczenie na końcu powieści pierwszych stron drugiego tomu... Tak się nie robi - zaczęłam czytać i się skończyło...
:) Bardzo przyjemny debiut!

7/10.


Za swój egzemplarz dziękuję wydawnictwu Skarabeusz.



Data wydania: 3. listopada 2017
Liczba stron: 320
Kategoria: literatura piękna / literatura obyczajowa

#50 Syreny z Tytana - Kurt Vonnegut

#50 Syreny z Tytana - Kurt Vonnegut

#88 Syreny z Tytana - Kurt Vonnegut - recenzja - czy warto przeczytać?
Nie wiem czy istnieje dzisiaj ktoś, kto w jakiś sposób nie zetknął się z twórczością Kurta Vonneguta? Czy to zaczytując się w lekturze, czy oglądając jedną z licznych ekranizacji jego powieści. Choć pisarza znam, jak dotąd nasze drogi się nie zbiegły w jednym "punkcie". Widziałam też kiedyś zestawienie statystyczne, że jest to literatura typowo męska, co mnie rozbawiło i z wrodzonej przekory sięgnęłam po "Syreny z Tytana" - pięknie wydane wznowienie wydawnictwa Zysk i S-ka.
Po przeczytaniu pierwszego zdania z pierwszego rozdziału: "Dziś każdy już potrafi odnaleźć sens życia w sobie samym" wiedziałam, że jest to lektura dla mnie. 

Winston Niles Rumfoord zwany Kajtkiem wyruszył w podróż kosmiczną  wraz ze swym psem Kazakiem. Nieopacznie wprowadził swój pojazd międzyplanetarny w sam środek infundybuły chronosynklastycznej - więc pan i jego pies zaczęli funkcjonować jako zjawiska falowe i pulsowali w odkształconej spirali pomiędzy Słońcem a Betelgeuzą, materializując się jedynie wtedy kiedy stykali z jakąś planetą - to tak chyba najprościej?
A sama infundybuła chronosynklastyczna to taki lejek czasowo-przestrzenny; nagięty ze wszystkich kierunków w tę samą stronę - jak dobrze zrozumiałam autora :)
Kiedy sławny już eksplorator kosmosu materializuje się w swoim domu; na Ziemi, to tuż przy murze - pod jego posiadłością gromadzą się ludzie, którzy niczym fani lub też wierni oczekują na wyjaśnienia - objawienie, cud. Jednak żona Winstona - Beatrycze skutecznie chroni ich prywatność.
Na zaproszenie samego pana Rumfoorda - na materializację przybywa gość - Malachi Constant. Najbogatszy i chyba najbardziej "rozrywkowy" człowiek w Ameryce, przystojny trzydziestojednolatek. Nie bez znaczenia jest jego imię i nazwisko, które oznacza "wiernego posłańca". Kosmiczny podróżnik ma dla niego informację dotyczącą przyszłości. Z powodu przebywania w "lejku" Rumfoord zna przyszłość i zdradza Malachi'owi jej szczegóły. Dalsze losy bogacza będą wiązały się ściśle z obecną żoną Rumfoorda - Beatrycze. Para zainteresowanych wiedząc co ich czeka, robi wszystko by do spełnienia się przepowiedni nie doszło... Jednak czy będą mieli na to wpływ?

"Syreny z Tytana" to powieść, która jest jak ta sławna cebula ze "Shreka", ma warstwy, i to wiele warstw.
Na pierwszy rzut oka to zabawna powieść z gatunku since fiction. Jednak w trakcie czytania zmusza do zastanowienia się nad każdym jednym szczegółem, z których autor zbudował fabułę i postawienia sobie pytania czy to na pewno jest since fiction? 
Nie tylko. To powieść o życiu każdego człowieka, o odwiecznym poszukiwaniu w nim sensu, o walce ze sobą, o walce z systemem, z przeciwnościami. O drodze do bycia lepszym, do samodoskonalenia. "Wierny Posłaniec" przeżył tyle żyć, przeszedł tyle przemian, że spokojnie może reprezentować całą ludzkość.
Ale.. ale to nie koniec. Winston Niles Rumfoord pan wszechwiedzący i nieomylny. Człowiek który widział to, co było, jest i będzie. Jest niczym jakiś bóg lub władza absolutna. Na zmianę ocala i niszczy. Steruje wszystkimi mieszkańcami Marsa za pomocą antenek w głowach, pozbawiając ich wcześniej pamięci. Marsjanie żyją niczym androidy czy zombie, którym ktoś przesyła dane - jak mass media robią dziś z nami. Wykonują polecenia, nie myślą. Muszą uczyć się oddychać i brać tabletki wspomagające ten proces. Zapłacą za to totalne podporządkowanie się - wysoką cenę.
Ziemianie niszczą, mordują - nie zastanawiając się nad konsekwencjami. Bezmyślnie powtarzają przykazania nowego Boga Doskonale Obojętnego - którego głową kościoła jest oczywiście Rumfoord. I tu pojawia się z kolei motyw religii. Wszyscy pragną zbawienia i wieczności w Raju. A do czego ma służyć ta nowa religia? Do utrzymania i umocnienia posiadanej władzy absolutnej, bo do czegóż by innego? Religia opium dla ludu?

"Jego biedną duszę zalała fala błogości, gdyż uświadomił sobie, że jeden jedyny przyjaciel w zupełności zaspokaja ludzkie zapotrzebowanie na przyjaźń."

Autor stawia wiele pytań, na które daje odpowiedzi, ale nie są one jednoznaczne.
Cel życia - sens, dla każdego człowieka jest inny. Ale co się stanie kiedy go osiągniemy?
I czy w ogóle jesteśmy w stanie go osiągnąć? Bo może ta pogoń za nim jest już celem samym w sobie?
Co się dzieje z Winstonem kiedy w końcu rozumie - co było meritum wszystkiego co uczynił, jednocześnie wyrzekając się jedynej, prawdziwej wartości jaką ofiarował mu Salo?
Kiedy zrozumiał, że też jak wszyscy, którymi sterował - nie miał do końca wolnej woli.
To książka, której każdy dowolny fragment możemy interpretować na multum sposobów.
Wydaje mi się również, że każdorazowe jej przeczytanie spowoduje namnażanie się znaczeń.

Za pomocą słów Kurt Vonnegut zbudował piramidę ludzkiej egzystencji. Ubrał ją w język satyryczny, choć sam autor nie chciał być uważany za satyryka, a wszystko to oblekł w since fiction - z eksploracją niekończącej się otchłani wszechświata... to niebezpieczne zbliżenie się do geniuszu. Sam styl, którym operuje autor, jest prosty i zrozumiały. Nazewnictwo, które stosuje dla wszystkich "punktów" fabuły (celowo tak punktuję!) jest niesamowicie wieloznaczne - pomagający Rumfoordowi były mieszkaniec Tralfamadorii, posiada pewną moc, którą jest też zasilany jego statek - PWZ "Powszechną Wolę Zaistnienia".

Czy to taki zimny prysznic? Jesteśmy bezmyślni i źli? Może właśnie odwrotnie? Nauka o tym jak łatwo jest być dobrym i szczęśliwym? Że życie wcale nie musi być trudne? 
Marzę by zawsze mieć własną atmosferę do oddychania - jak tytułowy księżyc Saturna, by nie musieć pamiętać o tabletkach z tlenem i nie musieć posiadać nauczyciela - by umieć wykonać odruch bezwarunkowy! By zawsze słyszeć ten syreni śpiew. Aby zawsze mieć tego jednego przyjaciela i żeby też zbyt wiele nad tym moim życiem się nie zastanawiać...
Ciekawe o czym będę marzyć, kiedy przeczytam ją ponownie? 

Nie wiem czy dobrze zrobiłam pisząc swoją opinię od razu; po przeczytaniu, ale naprawdę jestem zachwycona i zła na siebie, że wcześniej nie sięgnęłam po któreś z dzieł Vonneguta.Tak, dzieł. Bo "Syreny z Tytana" to dzieło i dobrze, że została wznowiona z należną jej dbałością o szczegóły i jakość. 
9/10.

" - O kurczę - westchnął Constant. - Życie jest zabawne, kiedy się tylko przestać nad nim zastanawiać".

Za swój egzemplarz dziękuję wydawnictwu Zysk i S-ka.


Wydawnictwo: Zysk i S-ka

Data wydania: 9. lipca 2019
Liczba stron: 384
Kategoria: since fiction/fantastyka/fantasy

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...