#122 Wśród rekinów - Nele Neuhaus

#122 Wśród rekinów - Nele Neuhaus


#122 Wśród rekinów - Nele Neuhaus - recenzja - czy warto przeczytać?
Nele Neuhaus, czyli Cornelia Neuhaus to autorka kryminałów i książek dla dzieci. Zasłynęła serią kryminałów z komisarzami Oliverem von Bodensteinem i Pią Kirchhof. Przyznaję, że nie znam tej serii, ale po przeczytaniu niedawno wydanej powieści "Wśród rekinów", będącej tak naprawdę debiutem autorki, chcę poznać jej "flagowe" dzieło.
Spodobał mi się już - zabieg z bezpośrednim zwrotem do czytelników w Polsce, który otwiera tę obfitującą w tekst pozycję.
Od razu wspomnę też o wydaniu, które mimo że jest klejone, to po moim częstym wertowaniu, nadal wygląda jak nowe. Grzbiet, który ma tendencję do łamania - pozostał w stanie idealnym. Tak, wiem że to szczegóły, ale zwracam na nie uwagę. 


"Wśród rekinów" to thriller finansowy, choć dla mnie to mieszanka gatunkowa z największym udziałem sensacji.
Główna bohaterka to Alex Sontheim, Niemka robiąca oszałamiającą karierę w Ameryce. Jest młoda, bardzo ładna i zna się na inwestycjach. Wykorzystuje wszystkie swoje atrybuty, by osiągnąć jak najwięcej w finansowym świecie zdominowanym przez mężczyzn. 

Na początku zachłystuje się światem migoczących świateł, wystawnymi przyjęciami wśród największych bogaczy i nie dostrzega rzeczywistości. Wszelkie dobre rady i ostrzeżenia puszcza mimo uszu i tak wikła się w romans z żonatym miliarderem Sergiem Vitalim. Schlebia jej jego zainteresowanie i to, co jej oferuje.
Wszyscy wokół (czyli zainteresowani nią inni mężczyźni) próbują uświadomić jej jakiego rodzaju biznesmenem jest Sergio, nawet sam burmistrz Nowego Jorku - Nick Kostidis. Alex żyje jednak z dnia na dzień, poświęcając się pracy. Zdaje się traktować Sergia jako szansę na poznanie wielu wpływowych ludzi.

Choć jest nieprzeciętnie bystra na polu finansowym i indeksy giełdowe nie mają przed nią tajemnic, tak w przypadku stosunków międzyludzkich kompletnie sobie nie radzi. Wystawne życie kusi ją zbyt mocno.

To prawie 800 stron tekstu, podzielonego na części, a te z kolei na rozdziały, opatrzone datami. Narracja jest trzecioosobowa, czyli taka jaką lubię najbardziej. Fabuła obejmuje prawie 3 lata, co daje czas na uwikłanie się bohaterki w ciemną stronę finansjery. Świat wielkich i nieuczciwie zarabianych pieniędzy pochłania bohaterkę jak ruchome piaski. Jednak w końcu przechodzi przemianę, otwiera oczy i próbuje wydostać się z układu, który ją i jej wiedzę wykorzystuje do realizacji swoich celów. 

Autorka nie zagłębia się mocno w giełdową terminologię, wykłada to, co czytelnik musi wiedzieć w prosty i przejrzysty sposób. Stopniuje napięcie. Kreśli bardzo złożone postaci, których jest naprawdę dużo i mają one wpływ na wszystko co się dzieje.
Narracja przeskakuje od bohatera do bohatera, pojawiają się stale nowe informacje, jednak czarodziejski styl pisarki nie pozwala się w tym wszystkim pogubić. Wszystko było dla mnie jasne i zrozumiałe. Czułam się jak podczas oglądania amerykańskiego serialu o brudnych poczynaniach giełdowych graczy. Nowy Jork i cały jego hałas. Mafia, czyli likwidacja niepotrzebnych już ogniw łańcucha zdarzeń. Zamachy, wybuchające samochody i romanse. Dzieje się naprawdę dużo!


Bywa też naiwnie i trochę śmiesznie, ale taką konwencję przyjęła pani Neuhaus. Były momenty, w których Alex mnie bardzo irytowała swoją dziecięcą wręcz naiwnością i wiarą w czystość intencji jednego ze swoich partnerów. Nie oczekiwałam od tej książki wielkiego przekazu - jednak jakiś i tak jest. Dokładnie widać, jak niewiele trzeba, by w oczach opinii publicznej stać się przestępcą. Jak łatwo jest z uczestnika wielkich poczynań, stać się ich ofiarą. Jak można nagle obudzić się wrogiem publicznym, bo przestaje się być potrzebnym komuś, kto dysponuje niebagatelnym zapleczem finansowym.

Podoba mi się styl Nele Neuhaus. Potrafi stworzyć delikatną i naiwną bohaterkę, w niektórych sytuacjach wręcz głupiutką, umieścić ją w świecie, do którego kompletnie nie pasuje i zrobić z niej walczącą o sprawiedliwość, a czytelnik uwikła się w historię tak, że nie zauważy kiedy pojawi się ostatnia strona. Wdzięcznie porusza się po dylematach moralnych, by przejść do napędzającego się wątku sensacyjnego. Naprawdę dobrze się bawiłam! 
7/10.

Za swój egzemplarz dziękuję Wydawnictwu Media Rodzina.
Wydawnictwo: Media Rodzina
Data wydania: 16. października 2019
Liczba stron: 760
Kategoria:
kryminał, sensacja, thriller
Tłumaczenie: Miłosz Urban
#121 Cena honoru - Maciej Para

#121 Cena honoru - Maciej Para

#120 Cena honoru - Maciej Para - recenzja - czy warto przeczytać?
Ile razy podczas czytania przemknęła Wam przez głowę myśl: co to jest?
Ja napisałabym/napisałbym to lepiej? Maciej Para żeby nie marudzić, że innym się udaje, a jeszcze innym jest w życiu po prostu łatwiej - to spróbował. Napisał i wydał. I od wydania "Ceny honoru", czyli zbioru opowiadań o krasnoludach zacznę. Książa ma twardą oprawę, jest szyta. Wnętrze zdobi mapa, każde opowiadanie zaczyna się od niezwykle zdobnego inicjału, co parę stron pojawiają się klimatyczne ilustracje Zyty Resakowskiej. To naprawdę miła dla oka publikacja, choć w przypadku, kiedy w tekście pojawiają się listy/notki to zastosowana czcionka utrudnia trochę czytanie.

Zbiór składa się z dziesięciu opowiadań o starożytnych Krasnoludach inspirowanych twórczością Tolkiena, o czym zresztą sam autor nas, we wstępie, informuje. Trafiamy do świata, w którym nieustannie toczą się walki zbrojne. Jest on zamieszkiwany przez wiele istot - orków, arlokki, elfy czy ludzi.

Krasnoludy ciężko pracują, dużo jedzą i piją. Są bardzo porywczy. Ale kochają swoje rodziny. Wiodą, mimo ciągłych niesnasek, proste życie.
Niskorośli noszą długie brody, zaplatają warkocze i są długowieczni. Ludzi nazywają człeczynami i raczej nie pałają do nich wielką sympatią. Najbardziej cenią honor, którego utraty boją się bardziej, niż samej śmierci. Dzielą się na różne klany, które również nie żyją ze sobą w pokoju. 

#120 Cena honoru - Maciej Para - recenzja - czy warto przeczytać?

Niskie istoty, o których pisze autor bardzo przypominają nas - ludzi. Każdą inność tępią i wyszydzają. Nie potrafią przyznać się do błędu i otworzyć na coś, czego nie rozumieją. Zdarzają się jednak odstępstwa od przyjętych reguł i niektóre jednostki wykazują inną, większą wrażliwość. Sama ich dewiza mówiąca o honorze i hańbie jest jedynie kwestią interpretacji, jak to w życiu. Każdy ma inne wartości i wysnuwa inne wnioski.
Autor pokusił się o napisanie opowiadań, które w moim odczuciu są najtrudniejszą formą literacką. W dość krótkim tekście, trzeba naznaczyć motyw przewodni, zawiązać wątki, nakreślić charakterystykę postaci i jakoś historię zakończyć. 

Zbiór jest trochę nierówny. Pierwsze i tytułowe opowiadanie "Cena honoru" przypadło mi do gustu najbardziej. Jest świetne wprowadzenie, akcja i otwarte zakończenie, do tego pojawiają się emocje i naprawdę można poczuć związek z rodziną, o której opowiada, mimo tego, że jest najkrótsze.
"Najczarniejsza z czerni" też świetne, pojawia się mrok, tajemnica, którą trzeba odkryć i ta magia niezbędna by poczuć fantastykę, a nawet nuta szaleństwa.

Myślę, że autor chciał trochę zbyt wiele przekazać, połączyć wiele wątków i podczas czytania niektórych z opowiadań czułam znużenie, albo też nie mogłam się po prostu wciągnąć, bo przeskoki w fabule - były zbyt częste.
Książka przeszła korektę i jest to zauważalne, jednak i tak, jak dla mnie, była zbyt duża ilość "człeczyn", "honoru", i "hańby". Tak wiem - jestem czepliwa, ale przy poziomie wypowiedzi, który autor stosuje, takie powtórzenia trochę mnie raziły. Dodatkowo bohaterowie są członkami klanów, noszą przydomki i niezwykłe imiona, więc chciałabym znaleźć tutaj bardziej stylizowaną mowę. Dla mnie wysławiają się zbyt współcześnie i pospolicie. Choć fragment z mięsem i ziemniakami - mnie rozbawił.

Niemniej jednak, jak na debiut i to jeszcze wydany samodzielnie, jestem pod dużym wrażeniem wyobraźni, umiejętności budowania napięcia, kreacji postaci i pozostawienia czytelnikowi miejsca na głębszą interpretacji treści.
Myślę, że to może być doskonały wstęp do powieści, która pozwala na dużo więcej jak opowiadanie i dużo więcej też wybacza. Czekam zatem na opasłe tomiszcze, w którym Maciej Para rozwinie wszystkie wątki, które zapoczątkował :)

6/10.
#120 Cena honoru - Maciej Para - recenzja - czy warto przeczytać?

Za egzemplarz dziękuję autorowi! 

Data wydania: sierpień 2019
Liczba stron: 360
Kategoria: literatura fantastyczna
Książkę można zamówić u autora - o TUTAJ.

#120 Dwa światła - Maria Paszyńska

#120 Dwa światła - Maria Paszyńska

#119 Dwa światła - Maria Paszyńska - recenzja - czy warto przeczytać?
Jestem zakochana. Jestem zakochana w stylu, którym pisze Maria Paszyńska. Każdą z jej książek traktuję jak gwarancję udanej podróży w czasie i przestrzeni. Świat, który opisuje oglądam zawsze jak obraz. Często bolesny i pełen emocji, ale i tak piękny.
"Dwa światła" to książka o uczuciach, o emocjach, o tym co ze względu na czasy, w których toczy się akcja raczej nie miało prawa? mieć miejsca.
Cztery lata przed wybuchem II wojny światowej przychodzi na świat chłopiec, którego imię utożsamiane jest ze światłem. Szybko okazuje się, że jest to niezwykłe dziecko, muzyczny geniusz.
Jest pochodzenia żydowskiego i wraz z rodziną trafia do getta. Jego oczami przyjdzie nam obserwować głód, śmierć i wyniszczenie prześladowanego narodu. Będzie bardzo obrazowo i emocjonalnie.

"Tamtego popołudnia Szlomo nauczył mnie stawać na rękach. Odtąd ilekroć mdli mnie z głodu, zawsze stosuję jego metodę. Nie jestem pewien jej skuteczności, ale nowa umiejętność bardzo mnie cieszy, a myśl o przyjacielu dodaje sił".

Dzięki pomocy dobrych ludzi, chłopiec w przebraniu dziewczynki opuści getto wraz z babcią i zamieszka u Profesora Sokołowskiego - pianisty, kompozytora i nauczyciela muzyki. Między nim a mężczyznom narodzi się prawdziwa więź. Połączy ich wspólna pasja i talent chłopca. Obydwaj zdają się być kompletnie ponad czasy, w których żyją. Chłopiec oderwany od matki, odnajduje w domu profesorstwa ciepło, namiastkę poczucia bezpieczeństwa i rozwija swój talent.
Jednak jak doskonale wiemy, poza domem, trwa wojna i wielkimi krokami zbliża się wybuch Powstania Warszawskiego.
Nie wiem ile wylałam łez podczas czytania tej książki - wiele. Poznałam codzienność życia w getcie, obfitującą w głód, kradzieże żywności, przemyt, ból i wszechobecną śmierć - historię opowiedzianą oczami dziecka, choć nacechowaną dorosłością. Poznałam jak wielkie znaczenie miała wtedy przyjaźń i jak zbawiennie wpływa ona psychikę. Jak posiadanie celu, sprawiało, że życie choć trochę stawało się lżejsze. Przyjaciel bohatera - Szlomo, równie niezwykły chłopiec.
Zobaczyłam próby prowadzenia życia na tyle normalnie, na ile to było możliwe. Dowiedziałam się ile wtedy znaczył szczery śmiech. Jadano, choć skromne, to wspólne posiłki. Okazało się, że żeby przetrwać nie wystarczy uciec z getta.
Przeszłam ulicami Warszawy patrząc na to, co robiła RONA - Rosyjska Wyzwoleńcza Armia Ludowa. Czułam, choć urodziłam się wiele lat po tych wydarzeniach. Parę razy musiałam przerwać czytanie, z uwagi na obrazowość opisywanych zdarzeń.

"Nim zdążyła odpowiedzieć, na plac weszła zjawa. Naga dziewczyna z ledwie rozwiniętymi piersiami, skołtunionymi włosami, cała w siniakach i zadrapaniach. Po udach spływała krew".

Maria Paszyńska sięgnęła po historię zapomnianego kompozytora, który z Roberta stał się Andrzejem. Uzupełniła informacje, o których historia nie wie - wyobraźnią i warsztatem pisarskim. Chciała przypomnieć postać, o której tak naprawdę niewiele wiemy i z całą pewnością jej się to udało. Szukałam samodzielnie informacji o bohaterze tej opowieści. Słuchałam jego muzycznych wykonań. Podziwiam jej wiedzę historyczną; postaci i wydarzenia, o których wspomina można bez problemu zweryfikować.
Każdy z rozdziałów nosi tytuł zaczerpnięty z muzycznej terminologii, a słowa autorki niczym nuty tworzą tę opowieść, jak melodię.
Książkę zamyka Posłowie, z którego dowiemy się kto kim w rzeczywistości jest, a kto kim był inspirowany.

To nie była tylko wędrówka poprzez karty historii i kalejdoskop emocji, to podróż w głąb siebie. Czy my bylibyśmy w stanie przetrwać i nauczyć się żyć dalej? Czy umielibyśmy oddać się pasji, kształtować ją, pokierować myśli tak, by choć na chwilę znaleźć się poza rzeczywistością? Andrzej zmagał się z syndromem ocalałego. Cierpiał bo przeżył, a inni musieli zginąć.
Jak my poradzilibyśmy sobie z takim obciążeniem? 


Wydawnictwo: Pascal

Data wydania: 16. października 2019
Liczba stron: 400
Kategoria: literatura piękna/historyczna

Recenzja napisana dla portalu bookhunter.pl

#119 Straszne opowiadania - Karolina Dyga

#119 Straszne opowiadania - Karolina Dyga

 #119 Straszne opowiadania - Karolina Dyga - recenzja - czy warto przeczytać?

Od zawsze fascynujemy się tym co niewytłumaczalne, czego nie da się łatwo zrozumieć. Lubimy się bać, strach nas paraliżuje, ale i kusi. Serce przyspiesza, krew płynie szybko, pojawia się gęsia skórka i to mrowienie, które czasem bywa przyjemne. Bardzo trudno jest mnie przestraszyć obrazem, a słowem jeszcze trudniej, jednak nie jest to niemożliwe.

"Straszne opowiadania" Karoliny Dygi kuszą głównie z uwagi na dopisek, iż są oparte na faktach i ciekawą szatę graficzną, która jest prawdziwym atutem tej antologii.
Nie będę nikogo czarować, że te historyjki są w stanie kogoś przestraszyć, bo to się raczej nie zdarzy. Nie będę też snuć historii jak to mi się je wspaniale czytało, bo to nie prawda. Przeczytałam zaledwie dwa opowiadania i to mi wystarczyło, by stwierdzić, że cechuje mnie kompletnie inna wrażliwość emocjonalna i przede wszystkim językowa. 
 
Nie oczekuję po publikacjach tego rodzaju poetyckich uniesień, choć wiem już, że i takie są możliwe, niezależnie od tego w jakim gatunku tworzy autor. Z jednej strony język jest bardzo prosty, a z drugiej kompletnie odrealniony.
Jak długo żyję nie słyszałam, by tak ktoś ze sobą prowadził rozmowę, gdziekolwiek i kiedykolwiek, a z uwagi na różnorodność miejsc mojej pracy, zetknęłam się z wieloma środowiskami. I tutaj też długość mojej linii życiowej może mieć ogromne znaczenie, po prostu zbyt wiele wiosen już za mną, by mnie taka stylistyka wypowiedzi satysfakcjonowała i przy której mogłabym odpocząć.


Postaci są papierowe. Mówią coś, a ich emocje wyrażają jedynie znaki interpunkcyjne. Wokół nich dzieją się nadprzyrodzone rzeczy, demony, duchy, a napięcia i emocji ani grama. Logiki w ich poczynaniach też nie odnotowałam.
Wiem, że to debiut. Wiem, że debiuty bywają różne.
Język polski jest tak pięknym językiem, umożliwia wszystko. Nie tylko nazywanie emocji, ale ich stopniowanie. Budowanie napięcia i nie trzeba do tego wyszukanych metafor, czy obcobrzmiących słów.
Rozumiem, że komuś "szybkie czytanie" wystarcza, mi niestety nie. Choć nie miałam wielkich oczekiwań, to i tak czuję się zawiedziona.

W związku z tym, że nie przebrnęłam, ani nie wrócę też do tej lektury, powstrzymam się od oceny. 


Za swój egzemplarz dziękuję wydawnictwu Znak.


Wydawnictwo: ZNAK

Data wydania: 30. października 2019
Liczba stron: 320

Kategoria: literatura faktu

#118 Rytuały wody - Eva García Sáenz de Urturi

#118 Rytuały wody - Eva García Sáenz de Urturi


#118 Rytuały wody - Eva García Sáenz de Urturi - recenzja - czy warto przeczytać?

Choć lubię i bardzo cenię hiszpańskich twórców, to mam z nimi zwykle mały problem. Z jednej strony mnie intrygują, a z drugiej narracja jaką prowadzą często kończy się u mnie znużeniem.
Mam tak z zarówno filmem jak i literaturą. Potrafię docenić, ale czegoś jednak mi brakuje.

Z "Ciszą białego miasta" miałam podobnie. Nie mogłam wciągnąć się w fabułę i nie wiem czego to była wina, czy trudnych jak dla mnie imion i nazwisk, czy sposobu snucia opowieści,lekko sennego, mimo że opowiadającego o brutalnych morderstwach. Czytałam jednak dalej i kiedy wszystkie informacje zaczęły się zazębiać, to przepadłam w fabule i nie odłożyłam książki, aż jej nie skończyłam.

Z "Rytuałami wody" natomiast mam kompletnie inaczej. Może to, że wiedziałam już czego się spodziewać, a może bardziej dynamiczna narracja spowodowały, że od początku zostałam przez tę książkę pochłonięta.

Bohaterowie, których znamy z pierwszej części - Unai zwany Krakenem i jego szefowa Alba są na innym etapie życia. Raz, że Kraken po postrzale zaprzestał komunikacji werbalnej z powodu afazji Broki, dwa jego szefowa i kochanka spodziewa się dziecka. Jak możemy się domyśleć nie bardzo wie, kto jest jego ojcem. Esti zmaga się z żałobą po śmierci brata i czymś na kształt odpowiedzialności za śmierć Nancha -  jednej strony uratowała Albę i nie tylko ją, z drugiej zabiła człowieka, kim on by nie był. Każdy nosi swój własny - przysłowiowy - krzyż.

Tymczasem w górach zostaje odnalezione ciało ciężarnej kobiety, poddanej najprawdopodobniej rytuałowi wody, wywodzącemu się z celtyckich wierzeń. Jakby tego było mało, to ofiara okazuje się starą znajomą Krakena, którą poznał na obozie archeologicznym ponad dwadzieścia lat temu.
Akcja ponownie będzie  pełna retrospekcji, przez które poznamy charakter znajomości śledczego i ofiary, jak i losy pozostałych członków obozu.
Esti ma nowy zespół, który warunkowo wspiera Unai. Warunkowo, ponieważ musi odbywać terapię logopedyczną, której ukończenie pozwoli mu na pełen powrót do służby.

Śledztwo jest, tak samo jak w przypadku pierwszej części, niezwykle złożone, zawiłe. Sam schemat jest zresztą łudząco podobny i tu można upatrywać jakiegoś zarzutu. Byłam też trochę zawiedziona, że Unai dużo dłużej, jak ja, dochodził do ustalenia tego, kto stoi za rytuałami wody. Rozumiem jednak, że mógł być to zabieg celowy, mający podkreślić zarówno jego stan emocjonalny jak i niepełne zdrowie fizyczne.

Autorka ponownie podkreśla znaczenie rodziny i dzieciństwa. Jego wpływu na to kim możemy się stać. Bo możemy, a nie musimy. Dochodzi tutaj motyw rodzicielstwa i tego jakimi rodzicami chcemy być. Czy zawsze jesteśmy świadomi odpowiedzialności, jaką ponosimy sprowadzając na świat nowego człowieka i zajmując się jego wychowaniem.
Porusza też problem znany nam z programów reporterskich, a być może i z codzienności, kiedy to podejrzewamy, albo nawet wiemy, że jakiemuś dziecku obok dzieje się krzywda, a mimo to milczymy. Udajemy, że nie widzimy, nie słyszymy.

To nie tylko sprawnie napisany kryminał, podobnie zresztą jak pierwsza część, to powieść o bogatym tle obyczajowy, poruszającym problemy współczesnego społeczeństwa, nawet w cyberprzestrzeni.
Eva García Sáenz de Urturi pięknie opowiada o swoim kraju. Wprowadza hiszpańskie nazwy, mówi o historii, sztuce, czy architekturze. Za pomocą jej słów możemy przespacerować się po Vitorii, czy hiszpańskiej wsi - nie wychodząc ze swojego domu.

Widziałam, że niektórzy czytelnicy zaczęli czytać "Trylogię Białego Miasta" od "Rytuałów wody", ale ja tego nie polecam. Nie zrozumiecie niuansów. Nie będziecie wiedzieć po co Estibaliz srebrny eguzkilore, o co dokładnie chodzi z Tasio i Nanchem. Skąd się wzięła Golden Girl i MatuSalem. Wprowadzi to niepotrzebny chaos, który odbierze przyjemność z łączenia obu części.

Pierwszy raz po przeczytaniu kolejnej książki z cyklu nie czuję zawodu, wręcz przeciwnie. Tę część czytało mi się dużo lepiej, ale ma to również swoją wadę... za szybko się skończyła.
Jeżeli trzeci tom będzie równie dobry to będzie to najlepszy cykl kryminalny jaki czytałam.
8/10.

#118 Rytuały wody - Eva García Sáenz de Urturi - recenzja - czy warto przeczytać?

Za swój egzemplarz dziękuję wydawnictwu MUZA



Wydawnictwo:MUZA
Data wydania: 30. października 2019
Liczba stron: 535
Kategoria: kryminał/sensacja/thriller
Tłumaczenie: Katarzyna Okrasko
#117 Zatrutka - Ewa Przydryga

#117 Zatrutka - Ewa Przydryga


#116 Zatrutka - Ewa Przydryga - recenzja - czy warto przeczytać?
Wyobraź sobie, że jest zwykły dzień. Wstajesz i znajdujesz liścik od partnera, że za chwilę wróci, że wyszedł tylko zaczerpnąć powietrza. Przygotowujesz śniadanie, a partner nie wraca. Czas mija, a jego nadal nie ma. Dzwonisz nie odbiera. Wszystko przyspiesza, łapiesz dziecko i jedziesz w miejsce wskazane przez osobę, która znalazła telefon Twojej drugiej połowy.
Widzisz piasek, morze i rzeczy osobiste najbliższego Ci człowieka, a po nim samym nie ma śladu. Tkwisz między czasem a przestrzenią, tylko po to, by zajmować się dzieckiem, bo musisz, nie masz wyjścia. Policja twierdzi, że to było samobójstwo. Ty nie dopuszczasz do siebie takiej myśli. Ale jak to? Przecież to niemożliwe! Znam GO! Znam JĄ!
Taki mniej więcej scenariusz rozegrał się na oczach Piotra, męża Anki. Kobieta zmagała się z depresją poporodową, ale podobno było lepiej... Podobno, bo zniknęła i tylko Piotr wierzy, że jego żona nadal żyje. Nie zgadza się na zakończenie sprawy przez policję i postanawia sam, wbrew temu co mówią inni, odnaleźć żonę. Zagłębia się w jej przeszłość, dociera do starych znajomych, z niektórymi z nich nie zdąży porozmawiać drugi raz. Każdy fragment przeszłości jaki odsłoni spowoduje, że w jego głowie powstaną kolejne pytania, a obraz Ani, który znał do tej pory mocno się zachwieje.

Kim jest ta kobieta, z którą tworzył rodzinę?

Czytam dużo, ale już dawno nie trafiłam na książkę, którą po prostu musiałam przeczytać. Nie pamiętam kiedy przepadłam w fabule tak, że nie odłożyłam książki, dopóki nie przeczytałam ostatniego słowa.
Ewa Przydryga nieśpiesznie opowiada nam historie z pozoru idealnego małżeństwa. Okazuje się, że najbliżsi sobie ludzie są jednocześnie dla siebie kompletnie obcy. Nic o sobie nie wiedzą. Dodatkowo, zarówno jedno i drugie nawiedzają wewnętrzne demony. Przeszłość, która do nich wraca i jak się okazuje nie tylko pod postacią przytłaczających myśli.
Jedno zatajenie, przemilczenie, kłamstwo rodzi kolejne i następne, aż w końcu gramy kogoś kim nie jesteśmy. A życie to nie teatr i nie możemy stale udawać. Podejmujemy decyzje, które powoli nas niszczą.
To złożona opowieść o strachu i miłości, która sprawia, że jesteśmy w stanie poświecić siebie by uchronić najbliższych. O błędach i żalach, które gdyby zostały głośno wypowiedziane przestałyby tak przytłaczać. O moralności i o toczących nas wyrzutach sumienia, przez które oglądamy swoje życie zamiast po prostu... żyć. O tym, jak nie jesteśmy często świadomi, jak dzieciństwo wpływa na nasze już dorosłe wybory.
Listy, które Ania pisze do matki są bardzo emocjonalne i stanowią dla niej swego rodzaju terapię, drogę do oczyszczenia i zrozumienia siebie.


"Kiedy obok nie ma nikogo, komu na tobie zależy, kto swoją fizyczną powłoką potrząśnie, wyciągnie cię z tunelu toksycznych myśli na światło dzienne i podszepnie właściwe rozwiązanie, wtedy znowu to robisz. Podejmujesz kolejną siejącą zniszczenie decyzję. Podyktowaną strachem i samotnością".

Rozdziały przypominają kartki z kalendarza, są opatrzone datami, a czasem dokładną godziną zdarzenia. W teraźniejszość wplatane są retrospekcje.
Książkę zdobi niezwykle klimatyczna okładka, a na jej drugiej stronie znajdziemy świetną mapę obrazującą obszar, na którym akcja się toczy.
W treści pojawiają się utwory Sarsy, które świetnie dopełniają klimat, jaki stworzyła autorka.
Jest ponuro i emocjonalnie, to dobry thriller psychologiczny, mogący spokojnie konkurować z zagranicznymi. Wszystkie wątki bardzo dobrze się ze sobą łączą i prowadzą do - jak dla mnie - kompletnie nieoczywistego finału, a żaden inny tytuł nie zobrazowałby treści tak dokładnie, jak właśnie "Zatrutka".
Bardzo dziękuję autorce za tak dobrą lekturę i życzę jak najszybszego wydania kolejnej powieści! 

Wydawnictwo: Novae Res
Data wydania: 20. września 2019
Liczba stron: 360
Kategoria: kryminał/sensacja/thriller

Recenzja napisana dla portalu bookhunter.pl

#116 Obrazem opowiadane... zabójczy perfekcjonizm

#116 Obrazem opowiadane... zabójczy perfekcjonizm

Czasem dzieje się tak, że stajemy się w czymś dobrzy, a wraz z każdym wyższym poziomem na jaki się wspinamy - chcemy umieć jeszcze więcej. Kiedy spojrzymy wstecz widzimy jakie popełnialiśmy błędy, co udało się nam poprawić i jaka przepaść dzieli nas od tego, co było.
Wtedy pojawia się coś jeszcze - dążenie do perfekcjonizmu. W samym tym dążeniu, w którym zostawimy sobie lukę na drobne pomyłki nie ma nic złego.
To motywuje, napędza do dalszego rozwoju. 

Ja zapędziłam się w przysłowiowy kozi róg
Wszystko musiało być perfekcyjne. Od materiału wyjściowego po każdy świetlny rozbłysk. Ogromne formaty, obciążające komputer by poprawiać coś, czego nikt poza mną nie widzi. W końcu przestałam robić cokolwiek.
Bo po co, skoro nie mogę być doskonała.

Wczoraj po długim czasie zachciało mi się magicznego zamku.
Weszłam sobie na stronę pixabay.com i wyszukałam sobie zdjęcie. 
Nie jest idealne, choć dość dużej rozdzielczości. Nie wiem ile razy chciałam się poddać i wyłączyć, bo ten wstrętny wewnętrzny głos powtarzał, że nie umiem nic z tym zrobić. 
Ale nie wyłączyłam. I tak powstał magiczny zamek z księżycem w tle. Pozapalałam światła w pokojach, dodałam wodospady, pęknięcie, a u podnóża jezioro i łódkę. Zza zamku po lewej stronie widać gałęzie, a nad nimi białe ptaki. Chciałam nadać klimatu tajemnicy. 
Wieczorem włączyłam HBO Go i obejrzałam "Mroczne materie" i teraz jak patrzę na ten obrazek to mi przypomina ten serial... :)  


Miłego wieczoru :)

 Poniżej proces powstawania.



#115 Farma Heidy - Steinunn Sigurðardóttir

#115 Farma Heidy - Steinunn Sigurðardóttir

#115 Farma Heidy - Steinunn Sigurdardóttir  - recenzja - czy warto przeczytać?

Islandia jawi się w mojej głowie jako magiczna kraina lodu i ognia. Coś jeszcze nie do końca zagarniętego przez człowieka, miejsce gdzie nadal ostatnie słowo ma przyroda. Tak po cichu marzę by kiedyś tam nie tylko pojechać, ale i zostać na stałe.
"Farma Heidy. Owce, islandzka wieś i naprawianie świata" Steinunn Sigurðardóttir mimo tego, że okazała się trochę inna niż zakładałam, to tylko to moje marzenie wzmocniła. 

Książkę zdobi okładka z wtopionym w tło tytułem jak napis Hollywood, być może jest to takie mrugnięcie okiem do bohaterki książki - Heidy Ásgeirsdottír, która ma za sobą karierę modelki. Kobieta jednak nie przywiązuje większej wagi do tego jak wygląda, woli ciężką pracę i wieczory z książka, i ukochanym psem u boku od wielkiego świata mody.
Treść została podzielona na cztery części - pory roku - wedle, których toczy się życie zarówno Heidy jak i całej Islandii. Motyw okładki pojawia się na początku każdej części, a co parę podrozdziałów pojawiają się zdjęcia bohaterki, dopasowane do stylistyki zdjęcia głównego. Znajdziemy tu też wtrącenia z wystąpień Heidy i jej limeryki, które tworzy na potęgę, jak cała zresztą jej rodzina.

"Człowiek nie ma co biadolić, jeśli nie jest mu źle. Powinien też mieć dość pokory, by być wdzięcznym, że przyszedł na świat w Islandii, wolnej od okropieństw wojen i ubóstwa. Że jest syty i szczęśliwy".

Bohaterka opowiada o swojej codzienności. Mozolnej i ciężkiej pracy, o zmaganiu się z pomysłami koncernów energetycznych, których plany prowadziłyby tylko do degradacji środowiska. Swojej drodze od nieśmiałej dziewczyny do silnej i pewnej siebie kobiety niebojącej obracać się w dość brudnym politycznym światku.
Przyjęło się, że kobieta powinna być delikatna, subtelna i cicha. Powinna zajmować się domem, gotować, prać, sprzątać i być matką. Heida jest taka jaka chce być, a nie taka  jaką chcieliby ją widzieć inni.
Pracuje na traktorze, zajmuje się owcami, potrafi je zręcznie i szybko strzyc, potrafi sprawdzić czy maciorka spodziewa się młodego. Radzi sobie z końmi, oprowadza wycieczki, naprawia dom, kiedy jest taka potrzeba, nawet z dachem sobie poradzi. W międzyczasie walczy z koncernem energetycznym i uprawia lokalną politykę.
Kiedy odważyła się wyjść przed szereg spotkała się oczywiście z ostracyzmem i to ze strony znanych jej osób, ludzie odwracali od niej wzrok, a mimo tego, że jest tak naprawdę bardzo wrażliwa, nadal robiła i robi to, co uważa za słuszne.

Książka jest napisana w taki sposób, że mamy wrażenie, że ta kobieta siedzi z nami przy stole, popija herbatkę i opowiada co ją dziś spotkało, co robiła i co wtedy myślała. Styl wypowiedzi przypomina mi gawędę.
Życie na Islandii oczami Heidy to prawdziwa harówka. Kobieta nie raz bywała wycieńczona, ale kocha swoją codzienność dyktowaną porami roku.
Miło mi się czytało opowieść kogoś, kto prowadzi potężną i prężnie działającą farmę, która z założenia nastawiona jest na zysk, a nadal znajduje miejsce i czas; na miłość i szacunek do zwierząt, które są jego źródłem utrzymania.

"Niszczenie krajobrazu jest bezprzykładną krótkowzrocznością. Nie mamy do tego prawa... Życie trwać będzie po naszej śmierci. W każdym razie mocno wierzę w to, że życie będzie trwało dalej, kiedy mnie już nie będzie, choć sama nie mam dzieci".

Kraina lodu i ognia jest nadal bardzo niebezpieczna nie tylko owiec, które odłączyły się od stada, ale i dla ludzi, którzy często umniejszają potędze natury. 
Dowiemy się jak łatwo można stracić życie przez swoją lekkomyślność i wcale nie trzeba być przyjezdnym by popełniać błędy.
Jak mieszkańcy sobie radzą w czasie kiedy ziemia jest skuta lodem, a trzeba na przykład pochować jakieś zwierzę. 
Podobało mi się również wplatanie w treść islandzkich nazw, czy staroislandzkich porzekadeł nadawało to nuty magii opisom ciężkiej codzienności.

"Katastrofy mijały i ziemia dochodziła do siebie. Elektrownie nie mijają, nie da się ich cofnąć i nic nie dochodzi do siebie. Nie starajmy się przebić starej Katli".

Zazdroszczę bohaterce tej pasji i oddania, którym darzy swoje miejsce na ziemi. Poczucia celu i pragnienia realizacji misji. Brakowało mi jedynie jakichś dłuższych opisów piękna samej przyrody tej dzikiej krainy.
Mimo to znakomicie się bawiłam i sądzę, że mogłabym się odnaleźć nawet w tak ciężkiej codzienności.
7/10.

Za swój egzemplarz dziękuję Wydawnictwu Kobiecemu.


Wydawnictwo:Wydawnictwo Kobiece
Data wydania: 30. października 2019
Liczba stron: 312
Kategoria: literatura faktu
Tłumaczenie: Jacek Godek
#114 Osada - Camilla Sten

#114 Osada - Camilla Sten

#114 Osada - Camilla Sten - recenzja - czy warto przeczytać?
Jak już kiedyś wspomniałam - bardzo ciężko jest mi odczuć niepokój podczas czytania.
"Osada" Camilli Sten to powieść mająca wszelkie przymioty dobrej powieści grozy.
Mamy górnicze miasteczko Silvertjärn, które od sześćdziesięciu lat straszy pustką i tajemnicą - wszyscy mieszkańcy zniknęli i przez lata nie udało się odkryć tego, co się tak naprawdę tam wydarzyło.

Alice - wnuczka jednej z byłych mieszkanek osady, chce rozwiązać tę zagadkę i przy okazji nakręcić dokument. To właśnie ona jest narratorem tej książki, nadmieniam, że narracja jest prowadzona w osobie pierwszej.
Jedzie tam wraz ze znajomymi, którzy mają pomóc jej przy filmie. Młodzi ludzie wjeżdżają w martwą strefę i bez żadnego kontaktu ze światem zewnętrznym, będą spacerować po tym miasteczku - widmie i odkrywać jego sekrety.
Odkryjemy jakie związki rodzinne łączą członków grupy z mieszkańcami Silvertjärn i będziemy starali się ułożyć pozyskane informacje niczym puzzle, by móc zobaczyć to, co wydarzyło się sześćdziesiąt lat temu.
Książkę rozpoczyna prolog - zapis wydarzeń jakie miały miejsce tuż po zniknięciu całej populacji osady - i już w tym miejscu autorka zaczyna budować klimat niewiadomej i stopniować napięcie. 
Zapoznajemy się z zarysem projektu jaki prowadzi główna bohaterka powieści, przypomina on coś na kształt - zbiórki pieniędzy, jakie często organizują niezależni twórcy.
Następnie książka dzieli się na dni tygodnia, w których filmowcy przebywali na terenie miasteczka, a treść jest przeplatana retrospekcjami z życia rodziny babci Alice. Pojawiają się też listy pisane przez siostrę babci dziewczyny i jej matkę. Na końcu znajdziemy epilog.
Historia miasteczka wiąże się zamknięciem kopalni i utratą zatrudnienia przez wiele osób. Ludzie stracili możliwość zarobku, było im ciężko, wielu traciło poczucie sensu. Wtedy w miasteczku zjawił się duchowny i w mieszkańcach na nowo rozkwitła nadzieja na lepsze jutro. Trochę w myśl powiedzenia "jak trwoga to do Boga".
W domach na półkach nadal stoją produkty żywnościowe, w spróchniałych budynkach, pokrytych łuszczącą się farbą odnajdziemy meble; szafy z ubraniami, czy różne zapiski. Wszystko wygląda tak jakby mieszkańcy mieli zaraz wrócić.
Autorka świetnie pokazała ludzką podatność na manipulacje w czasie kryzysu. Kiedy jesteśmy tak zrezygnowani, że chwytamy się każdej deski ratunku. Budowanie wspólnoty, wiara, chęć naprawy swojego życia i dla równowagi poszukiwanie przyczyny nieszczęścia, które kiedy w końcu nabierze realnego kształtu jest przecież możliwe do usunięcia.
Podobało mi się jak stopniowała napięcie i powoli odkrywała karty. Jak strach wśród uczestników filmowej wyprawy narastał powoli, jak z młodych i pełnych kreatywnego spojrzenia na życie ludzi, przeistaczali się zaszczute jednostki i nie potrafili odróżnić tego, co jest rzeczywiste, a co tylko się im wydaje.
Niezwykle łatwo tracili zaufanie do siebie nawzajem. Na światło dzienne wychodziły stare urazy, niedopowiedzenia.
Camilla Sten świetnie stworzyła duszny, klaustrofobiczny klimat, który zdaje się otaczać ekipę jak mgła i powoli dusić. Dźwięki, które słyszą z krótkofalówek, odczuwanie, że są przez kogoś obserwowani - wszystko to powoduje, że napięcie stale narasta.
Choć obie grupy przebywające na terenie osady dzieli sześćdziesiąt lat, to tak naprawdę postępują one w jednakowy sposób. 
W "Osadzie" nie znajdziemy nadprzyrodzonych mocy, i nienazwanego zła.
To wycinek historii o ludzkości. O tym, co w nas samych jest od zawsze i jak niewiele trzeba, by rozrosło się do ogromnych rozmiarów i zrobiło z nas armię kukieł - zdolną do niesienia śmierci i zniszczenia, niezależnie od tego kim byliśmy wcześniej.
Upadek człowieka jako jednostki, degeneracja moralności i zło rozrastające się jak rak. 
Forma przedstawienia tej opowieści przypomina mi modne swego czasu filmy kręcone "z ręki", stajemy się uczestnikami wydarzeń. Autorka często wspomina media społecznościowe i zwykłą codzienność przez co można odnieść wrażenie realności fabuły.
Choć nie odczułam niestety żadnej grozy, czy strachu, to uważam, że to naprawdę dobra pozycja, która skrywa w swojej treści dużo więcej, niż się na początku wydaje. Nie powinna być raczej kwalifikowana jako horror, dla mnie to bardziej thriller psychologiczny. Co wrażliwsi być może odczują jakieś mrowienie, czy nawet zalążek strachu. Myślę, że przypadnie do gustu czytelnikom lubującym się w rozkładaniu naszej - często zwierzęcej natury, na czynniki pierwsze.  
7/10.

Za swój egzemplarz dziękuję wydawnictwu Zysk i S-ka.

Wydawnictwo: Zysk i S-ka
Data wydania: 15. października 2019
Liczba stron: 400

Kategoria: horror
Tłumaczenie: Maciej Muszalski

#113 W poszukiwaniu granic Ameryki. Wyprawa Lewisa i Clarka - Stephen E. Ambrose

#113 W poszukiwaniu granic Ameryki. Wyprawa Lewisa i Clarka - Stephen E. Ambrose

#113 W poszukiwaniu granic Ameryki. Wyprawa Lewisa i Clarka - Stephen E. Ambrose - recenzja - czy warto przeczytać?
Każdy z nas nosi w sobie odkrywcę. Lubimy czasem przejść jakąś nieznaną nam drogą, pojechać na wycieczkę w dalekie kraje czy obejrzeć dokument o jakichś dzikich rejonach świata. 
Ja też mam w sobie taką chęć poznawania odległych  krain i czasów, w których nie zdążyliśmy jeszcze zdegradować środowiska naturalnego.
Lubię czytać o wszelkich dziewiętnastowiecznych ekspedycjach  - takich jak na przykład Wyprawa Donnera z 1846 roku, czy mój ukochany wręcz temat o Ekspedycji Franklina z 1845 roku, więc tym bardziej nie mogłam odmówić sobie wyprawy śladami kapitana Meriwethera Lewisa i porucznika Williama Clarka, która miała miejsce w latach 1804-1806. Była  to pierwsza lądowa wyprawa na zachód, której dane było dotrzeć do wybrzeży Pacyfiku.
Odbyła się ona z polecenia prezydenta Thomasa Jeffersona i miała na celu głównie eksplorację nowo zakupionych od Francji ziem Luizjany.

Książkę "W poszukiwaniu granic Ameryki. Wyprawa Lewisa i Clarka" autorstwa Stephena E. Ambrose-a można podzielić na trzy części. Raczej nie muszę bać się tzw. spojlerowania, bo wiedza na temat Wyprawy jest raczej powszechnie dostępna, a może dodatkowo kogoś zachęcę do zgłębienia tematu.

Pierwsza opisuje dokładnie przeszłość Meriwethera Lewisa, od dzieciństwa przez pobyt w wojsku, w którym (przez to, że wdał się w konflikt z innym żołnierzem) poznał właśnie Williama Clarka, aż po przyjęcie przez niego funkcji sekretarza samego Prezydenta.
Znajdziemy też tu wiele informacji na temat samego Thomasa Jeffersona (bo podobno ludzie lubią o nim czytać - sugestia od Alice Mayhew - wydawcy) i tego jak stał się prezydentem Stanów Zjednoczonych, będąc po prostu... mniejszym złem.
Dowiemy się jak doszło do zakupu Luizjany i jak niezbadanym była ona dla ówcześnie żyjących - terenem.
Niektórzy wierzyli jeszcze, że nad górną Missisipi żyją mamuty...
Poznamy związek Lewisa z Prezydentem Jeffersonem, który zdawał się być dla mężczyzny ojcem, którego ten stracił będąc jeszcze bardzo młodym. 
Meriwether pobierał u Prezydenta nauki, korzystał z jego biblioteki i wtedy też nauczył się warsztatu pisarskiego, co przydało mu się w trakcie sporządzania dzienników z Wyprawy.
Z powodu rozległości dziedzin w jakich kształcił się przyszły dowódca Ekspedycji, w połączeniu z ciekawością świata i znajomością kultury indiańskiej, stał się on najlepszym kandydatem na tę funkcję. Na swego zastępcę wyznaczył Williama Clarka, którego kazał traktować jak równego sobie stopniem, mimo że ten był jedynie porucznikiem..

"Odwagi niezłomnej, posiadający stałość i uporczywość w dążeniu do celu, z drogi do którego zwieść go mogą tylko nieprzezwyciężone trudności, troskliwy niczym ojciec dla powierzonych mu ludzi, lecz stały w zachowaniu porządku i dyscypliny, znawca indiańskich charakterów, zwyczajów i zasad nawykły do życia myśliwego, obdarzony dogłębną wiedzą o roślinach i zwierzętach swego kraju, wrogi traceniu czasu na opisywanie rzeczy już znanych, uczciwy, bezinteresowny, liberalny, rozumny i wierny prawdziwe tak bardzo, że każdy jego opis jest tak pewny, jak gdybyśmy widzieli coś na własne oczy; gdy wszystkie te cechy znalazły się jakby wybrane przez naturę i umieszczone w jednym ciele, nie mogłem mieć żadnych wątpliwości, powierzając mu to zadanie".  
*słowa Thomasa Jeffersona

Druga część, to już sama - bardzo szczegółowo przedstawiona wyprawa. Autor w ciekawy sposób podaje informacje - stosując trzecioosobową narrację, zachowując chronologię wydarzeń, stopniuje napięcie i wplata wiele bezpośrednich cytatów z dzienników samego Meriwethera.
Choć nie jest to typowa powieść fabularna, to język i styl pozwalają nam poczuć się uczestnikami wyprawy. Odczuwamy z nimi zmiany temperatur, trudy podróży i częsty głód. Trawią ich choroby, częsty brak właściwie zbilansowanych posiłków nie ułatwia szybkiego powrotu do zdrowia. Narrator wyraźnie zaznacza z jakich okresów brakuje zapisków, snuje przypuszczenia co mogłoby być tego przyczyną, ale również wyjaśnia wiele niejasności, z którym zmagali się odkrywcy.
Poznajemy niezbadane do tej pory, kompletnie dzikie tereny, które były zamieszkane przez Indian, którzy nigdy nie widzieli białego człowieka. Odnosi się również do naszych czasów i opisuje, co teraz mieści się w miejscu, w którym ekspedycja stawiała swe kroki na początku XIX wieku.
Wyprawa zaciąga pożyczki, na konto Stanów Zjednoczonych, oczywiście za zgodą samego Thomasa Jeffersona.
Mężczyźni handlują z miejscowymi plemionami i korzystają z ich wiedzy, wiele się tak naprawdę od nich ucząc, co i tak nie chroni ich przed popełnianiem błędów.
Lewis i Clark byli jednak doskonałymi dowódcami. Potrafili nie tylko zapewnić sobie i pozostałym uczestnikom ekspedycji bezpieczeństwo, ale dbali o morale grupy (obcych sobie mężczyzn), przez co uniknęli powszechnego zniechęcenia i wielu konfliktów.

Trzecia część - to czas po szczęśliwym i bezpiecznym powrocie członków Korpusu Odkrywców. Lewis staje się gubernatorem stanu Luizjany, ale niespecjalnie się do tego nadaje. Miota się, męczy na tym stanowisku, zaniedbuje wydanie swoich dzienników. Bycie politykiem bardzo mu nie służy. Nie ma umiarkowania w piciu alkoholu i "leczy" się opium i morfiną z powodu malarii.
W końcu popełnia samobójstwo... Przez co najprawdopodobniej historia obeszła się z nim niezbyt łaskawie, gdyż został trochę zapomniany.
Poruszony jest też w tej części problem praw do dzienników Lewisa.

Niesamowicie, porywająco wręcz napisana historia jednej z najbardziej znaczących ekspedycji w historii ludzkości. Odkryto wiele gatunków flory i fauny, poznano zwyczaje wielu nieznanych indiańskich plemion. Lewis prowadził wiele obserwacji nawet astronomicznych.
Żeby nie było tak cukierkowo i kolorowo to nie mogę wyzbyć się myśli, że tak naprawdę od zawsze jesteśmy najgorszym kataklizmem jaki przydarzył się Ziemi. Wiele okazów zwierząt zostało zabitych i wypchanych, skazanych na cierpienie, nie po to by stały się pożywieniem, ale żeby zbadać ich procesy życiowe, a potem stworzyć z nich eksponaty.
Z góry zakładano też, że Stany Zjednoczone stają się "nowym ojcem" dla rdzennych mieszkańców nowo nabytego stanu.
Choć nie jest to tak tajemnicza i mroczna wyprawa o jakich czytałam wcześniej, to czułam się jak jej zafascynowany uczestnik. 
Lewis powołany na nowo do życia słowami Stephena E. Ambrose'a, to człowiek z krwi i kości, z którym można poczuć związek. Zrozumieć jego tok myślenia, poznać plany, których nie udało mu się zrealizować, głównie z powodu brak nici porozumienia z nowymi przełożonymi. Opis tego jak makabrycznie pozbawił się życia naprawdę mnie dotknął.
Cieszę się, że ta publikacja - po wielu latach od napisania, w końcu ukazała się na naszym rynku wydawniczym za sprawą Wydawnictwa Poznańskiego i do tego w tak ekskluzywnym wydaniu. 
W środku znajdziemy zdjęcia dzienników Lewisa, portrety dowódców i wiele obrazów opowiadających o ich kontaktach z Indianami.
Jedyne czego mi brakowało to mapy z zaznaczonymi punktami, gdzie mniej więcej znajdują się członkowie Ekspedycji, o których w danym rozdziale czytam Na końcu znajdziemy obszerną bibliografię i indeks. Mam nadzieję, że kiedyś doczekamy się ekranizacji!


Data wydania: 16. października 2019
Liczba stron: 718
Kategoria: literatura faktu
Tłumacz: Jan Szkudliński

Recenzja napisana dla portalu bookhunter.pl


Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...