#134 Cicha noc. Świąteczne opowiadania kryminalne

#134 Cicha noc. Świąteczne opowiadania kryminalne

Nie lubię świątecznych książek... Odstraszają mnie tym wciskanym na siłę cukierkowatym klimatem. Lubię święta, ale nie lubię jak mi ktoś wmawia, że to jedyny magiczny czas w roku, kiedy może wydarzyć się coś cudownego... Wracając do meritum... W kwestii świątecznych historii zainteresowały mnie jedynie klasyczne opowieści Dickensa i antologia "Cicha noc. Świąteczne opowiadania kryminalne". 

Na tę antologię składa się piętnaście opowiadań z kanonu brytyjskiej klasyki. Trzeba mieć to na uwadze sięgając po tę książkę. Znajdziemy tu historie napisane przez znanego, chyba wszystkim, Arthura Conana Doyla i mniej znanych lub też kompletnie zapomnianych pisarzy, z których wielu publikowało pod pseudonimami. Co ciekawe wielu autorów cenił sam Alfred Hitchcock adaptując często ich powieści. Wszystkie opowiadania łączy świąteczny czas akcji, mimo że często dzielą je lata. Charakteryzują się typowo brytyjskim klimatem, nie znajdziemy więc tu porywającej akcji. Będziemy dużo dedukować i to czasem w mało morderczych historiach - takich jak kradzieże, krwi będzie niewiele, choć pojawią się sztylety, będą też spektakularne otrucia i inne mordy z tych "mało brudzących ręce".
Każdą historię otwiera krótka biografia autora, z której to - dowiemy się jak bardzo znany był autor w czasach których żył, co publikował i czy to właśnie jego powieść upatrzył sobie sam Alfred Hitchcock.

Skłamałabym jakbym napisała, że wszystkie były świetne. Jak to w przypadku antologii bywa opowiadania są różne i siłą rzeczy nie mogą podobać się wszystkie. Dwa z nich przeczytałam i w momencie pisania tych słów już nie pamiętam o czym były - "Salonowe sztuczki" Ralpha Plummera i "Szczęśliwe rozwiązanie" Raymunda Allena - zastrzelcie mnie, ale nie przypomnę sobie tych opowieści. 

Pozostałe prezentują, jak dla mnie, dobry i bardzo dobry poziom i zaangażowałam się w rozwiązywanie tych zagadek. Wiele z nich łączy również częste nawiązywanie do Charlesa Dickensa i ten trochę mroczny klimat świąt, kiedy do naszych drzwi może zapukać strudzony wędrowiec, o niekoniecznie miłych zamiarach.
Powtarza się również motyw "zamkniętego pokoju" i poszukiwania winnego wśród wieczornych gości. 

"Patrzyła na tę czarną szczelinę i rozpoznała pierwszy sprawdzian dla swoich nerwów. Później miały przyjść kolejne. Uzmysłowiła sobie, że w swoim chłodnym i praktycznym "ja" wozi histerycznego, neurotycznego pasażera, który z pewnością mocno da jej w kość swoimi natrętnymi sugestiami i nieprzyjemnymi przypomnieniami". 
*"Figury woskowe" Ethel Lina White

Najbardziej podobały mi się "Niebieski karbunkuł" Arthura C. Doyla,  "Nieznany morderca" H.C. Baileya, "Nieoczekiwany zwrot w sprawie" Margery Allingham, "Figury woskowe" Ethel Liny White - gdzie pojawia się lekki klimat grozy i "Śnieżna zagadka" Nicholasa Blake-a - która z kolei skojarzyła mi się z "Morderstwem w Orient Expressie" Agathy Christie. 

Brytyjskie kryminały świetnie rozkładają na czynniki pierwsze ludzką naturę. Wskazują, że zło współistnieje i jest w każdym człowieku, więc każdy na kogo patrzymy może być przestępcą. Zaufaniem, więc, powinniśmy operować niezwykle uważnie. 

"Nie zauważyłeś, że czasem ludzie bardzo angażujący się w cierpienie innych, czynią to tylko po to, aby sobie popatrzeć?"
*"Nieznany morderca" H.C. Bailey

Podoba mi się język, którym kiedyś się posługiwano - pamiętajmy, że  powstały na przełomie XIX i XX wieku. Jest bogaty i naprawdę pięknie brzmi. Jestem w tej kwestii trochę dziwakiem, ponieważ lubię czytać na głos - kiedy tekst, aż się prosi, aby popracować nad nim głosem, ćwicząc przy okazji dykcję.
Kompletnie zmienia to odbiór i chyba nie muszę opisywać jakie korzyści płyną z głośnego czytania?

Polecam czytać je w odstępach czasu, najlepiej wieczorem i to pod kocem i herbatą, wtedy darmowa podróż w czasie - gwarantowana.
Jeżeli, więc wiecie z czym się wiąże brytyjska klasyka, nie boicie się tego, że trzeba będzie przy czytaniu poświęcić trochę więcej uwagi niż w przypadku sztampowych i współczesnych kryminałów, nie oczekujecie morza krwi i trupiego festiwalu - to zdecydowanie je Wam polecam. 
7/10.

Za swój egzemplarz dziękuję wydawnictwu Zysk i S-ka.


Wydawnictwo: Zysk i S-ka
Data wydania: 26. listopada 2019
Liczba stron: 328

Kategoria: kryminał/opowiadania
Tłumaczenie: Tomasz Bieroń, Jerzy Łoziński
#133 Upiór opery - Gaston Leroux

#133 Upiór opery - Gaston Leroux

#133 Upiór opery - Gaston Leroux - recenzja - czy warto przeczytać?
Z "Upiorem opery" łączy mnie związek bardzo sentymentalny. Oglądałam kiedyś kilka - dość luźnych - prób przeniesienia tej historii na ekran. I choć większości z nich daleko do dzieła Gastona Lerouxa, to i tak wspominam je dobrze. 

Książka powstała w 1909 roku i jest klasyczną powieścią gotycką, o czym pewnie większość czytelników, niestety, nie wie.
Spotkałam się nawet z recenzją krytykującą jej ekranizację z 2004 roku, zarzucającej obrazowi śmieszność i nie dostrzegającej w niej oczekiwanego... horroru?


Powieść gotycka bywa nazywana romansem grozy, z czego sama "groza" wynika na przykład z miejsca w którym toczy się akcja - zamek lub jak w tym przypadku - Opera Paryska, czy też narastającego uczucia szaleństwa.
Charakteryzuje się też przeciwstawnymi bohaterami, w dosłownym tego słowa znaczeniu - osobnik straszny (upiorny) i w ramach kontrastu osobnik niewinny - czysty. 

Spotkamy się w niej z wiodącym wątkiem romansowym z wydającą się nam - obecnie żyjącym - śmieszną wręcz przesadą - sentymentalizmem.
Objawia się to miłością na śmierć i życie, płomiennymi deklaracjami, przesadną emocjonalnością i gestykulacją postaci, łącznie z teatralnym omdlewaniem kobiet.
Po co to wszystko piszę?
Bo "Upiór opery" Gastona Lerouxa taki właśnie jest. 
Akcja toczy się Operze Paryskiej i jej podziemiach. Młoda śpiewaczka Christine Daae pobiera nauki u samego Anioła Muzyki, który wabi ją swym niebiańskim talentem. Wszystkiemu (najczęściej) z ukrycia przygląda się Raul de Chagny, który dostrzega niebezpieczeństwo kryjące się za tajemniczym głosem. Tymczasem budynek opery ma nowych zarządzających, z którymi w konflikcie pozostaje legendarny Upiór. Nikt Go nigdy nie widział, choć niektórzy twierdzą, że z nim rozmawiali. Ktoś jednak pisze roszczeniowe listy, w których domaga się między innymi zwrotu loży numer 5 i podpisuje się jako U. O.

W fabule bardzo dużo się dzieje. Jest wiele wątków - od próby usunięcia Upiora,  operowe spektakle i cały ich anturaż, przez historię miłości Raula i Chirstine, do odrzuconego przez społeczeństwo - oszpeconego Erika.
Od samego początku narracja przypominała mi artykuły z bardzo wiekowych gazet. Opisy są drobiazgowe, do tego stale pojawiają się przypisy, które polecam czytać na bieżąco - naprawdę są bardzo przydatne. Sam autor chce nas przekonać, że postać rzeczonego Upiora była prawdziwa... A była?
Dlatego stosuje styl przypominający reporterski.

Ta historia jest pełna przepychu i to nie tylko w kwestii nadmiernej emanacji uczuć targających bohaterami, ale w nawiązania do np. mitologii czy też prawdziwych wydarzeń mających miejsce w czasach jej napisania.
Choć ma 110 lat i same zachowania postaci; ich porywy serca, dramaty, które przeżywają, czy zastosowany humor, mogą wydawać się trochę archaiczne, to styl którym pisał Gaston Leroux nie sprawia najmniejszego problemu.
Obserwujemy całe spektrum emocji: od współczucia i płomiennej miłości do nienawiści i chęci zemsty. Widzimy geniusza, który pozbawiony ładnego lica jest skazany na życie w podziemiach. Cierpi i jak każdy człowiek nie potrafi być zupełnie sam. Odrzucenie powoduje narastanie w nim gniewu i nienawiści, czyli przykład na to, jak otoczenie kształtuje nasze zachowanie.

"Myślałam, że jestem wewnątrz kaplicy cmentarnej. Ściany zostały wybite czarnym kirem, ale zamiast łez zazwyczaj dopełniających taki pogrzebowy wystrój, na ogromnej pięciolinii widniały nuty Dies irae. Pośrodku pomieszczenia wznosił się baldachim z rozsuniętymi brokatowymi, czerwonymi zasłonami, a pod nimi stała otwarta trumna. Cofnęłam się na ten widok. "To tutaj sypiam - rzekł Erik - do wszystkiego można się przyzwyczaić, nawet do wieczności".

Dałam się porwać temu klimatowi operowego przepychu. Bawiłam się doskonale przemykając tajemnymi przejściami, przysłuchując się śpiewaczkom i patrząc na skrzące się żyrandole, jednocześnie uważając by nie zniknąć w zapadni lub nie utonąć w jeziorze strzeżonym przez syrenę!
Moją ulubioną historią miłosną są losy Heatcliffa i Katarzyny Earnshaw z "Wichrowych wzgórz" Emily Brontë, więc nie zdziwiłam się, w ogóle, jak w posłowiu napisanym przez Dorotę Babilas znalazłam nawiązania do tej właśnie książki. 
Ja wiem, że wielu czytelników posłowia nie czyta, wiem bo mnie się też to wcześniej zdarzało. Jednak w przypadku książek wydanych przez Wydawnictwo Vesper - czytanie tego działu jest nie tylko obowiązkowe - ale zawsze równie przyjemne jak prezentowana powieść i pozwala lepiej zrozumieć utwór, który się właśnie przeczytało.
"Upiór opery" jest bogato ilustrowany obrazami Anne Bachelier, co zdecydowanie podnosi odbiór wizualny i pozwala zobaczyć to, co Leroux napisał.
Ta powieść to klasyka literatury i nie można jej oceniać w kategoriach współczesnej prozy, czy nie daj Boże - dzisiejszego realizmu - a choćby i z szacunku do niebywałego talentu pisarskiego autora.
Ode mnie 8/10.


Za swój egzemplarz dziękuję wydawnictwu Vesper.

Wydawnictwo: VESPER
Data wydania: 27. listopada 2019 
Ilość stron: 410
Kategoria: powieść gotycka
Tłumaczenie:  Andrzej Wiśniewski, Hanna Śmierzyńska
Ilustracje: Anne Bachelier
Takie tam, w urzędzie...

Takie tam, w urzędzie...

 
Zewsząd krzyczą do nas kolorowe światełka. Świat zalewa morze grudniowej  - świątecznej słodyczy i dobroci. Wszyscy są uśmiechnięci i dobrze sobie życzą...

Byłam dziś w miejscu pełnym magii. Ubrana w żółty sweter, okryta purpurową kurtką - wyglądałam niczym żółtko jajka pretendujące do najwyższego sakramentu świeceń w Kościele chrześcijańskim - jak ktoś się poczuł urażony to najmocniej - przepraszam. 
Przemierzałam żwawym krokiem przepastne korytarze jednego z pobliskich urzędów. Z uśmiechem na ustach, mimo skręcającego się z nerwów żołądka, stanęłam na wprost wrót do innego świata. Patrzę, a tam czarno na białym - PROSZĘ KIEROWAĆ SIĘ DO POKOJU NR 6. Toteż biorąc za pewnik przeczytane zdanie - zawróciłam stukając obcasami o wypolerowaną podłogę i skierowałam się ku cyfrze diabła... Te odniesienia do wiary to niecelowe. 

Na drzwiach z szatańską cyfrą zastałam milion różnych kartek zadrukowanych czcionką, chyba też nr 6. Z racji wieku średniego i wady wzroku nie mogłam ich niestety odczytać.
No nic, myślę: raz kozie śmierć. 
Pukam... Cisza... 
A ja się ciszy boję... 
Naciskam klamkę i wchodzę.
6 znowu te magiczne 6! Sześć kobiet kręci się po pokoju przypominającym halę, trzymając segregatory i łapiąc wypadające z nich kartki. 

Mówię: Dzień dobry! Dość radosnym tonem, no bo jak jest się miłym sprawy wydają się prostsze, dla wszystkich uczestników procesu, którego chcąc nie chcąc staną się wkrótce ogniwem. 

Ponownie odpowiada mi cisza, przerywana tykaniem zegara... 
Ponownie się witam. 
I jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki panie zaczynają mówić. I to wszystkie w jednym czasie... ale... do siebie. 
Patrzę pod nogi. Stoję na podłodze, mam zielone spodnie, wyżej jak wspomniałam wcześniej.
Może mi się to śni? Może ja z domu nie wyszłam, a może obudziłam się w świecie równoległym, w którym mam moc bycia niewidzialną? 


Wołam: HALO! Jest tu kto? 
Dalej toczą się rozmowy. Taki jazgot jak na targu, kiedy nie wiadomo kto sprzedaje, a kto kupuje. 

Ale nic, nie poddam się. 

Wołam: Przyszłam spod pokoju numer 5! Na którego drzwiach napisano, że trzeba się kierować do Pań!

Jazgot ustał. 

Wtem 12. par oczu skierowało się na mnie i zaczęło dość groźnie się mrużyć.
Myślę sobie, a jednak istnieję! Myślę, więc JESTEM!

Pada pytanie i to idealnym chórem, dalekim od anielskiego:
TO NIEAKTUALNE! TA KARTKA WISI OD MIESIĄCA! TAM TRZEBA PUKAĆ!


No nic. Przeprosiłam, że przeczytałam ze zrozumieniem i zawróciłam pod moją piątkę. Czekałam jakieś 30. minut na swoją kolej. Sprawę prawie załatwiłam. 
Prawie bo w urzędach nigdy nic nie jest na stałe.
W pokoju nr 5, miło też nie było. Nie było kontaktu wzrokowego, było za to jakieś mruczando, że coś tam, że ktoś tam, i za dwa tygodnie się zobaczy. 

Ale za to dowiedziałam się, że jedna z Pań nie lubi kalendarzy biurkowych, a inna z osób załatwiających sprawę w tym pokoju - jedzie do znajomej i to za granicę! Dowiedziałam się o niej prawie wszystkiego łącznie z numerem PESEL...
A spędziłam w tym pokoju maksymalnie 8. minut. I nie chciałam poznawać jej biografii.

Ale do brzegu. 

Ja rozumiem, że się nie chce.
Ja rozumiem, że nie płacą jak się zakładało.
Ja rozumiem, że ponuro.
Ja rozumiem, że praca z ludźmi nie jest lekka, łatwa i przyjemna. 

Ale czy to tylko mi się wydaje, czy kompletnie nic - łącznie z wysokością pensji, od wielu lat w szeroko pojętych urzędach się nie zmienia?
No może z wyjątkiem twarzy, które z racji upływającego czasu po prostu się zmieniają. 

Nie mogę strony w internecie normalnie otworzyć, bo muszę milion zgód potwierdzić; jakieś ciasteczka, RODO, subskrypcje, lokalizacje...
A pójdę do przypadkowego urzędu i choć nie chcę - to mam dostęp do czyichś danych - bo leżą na biurku przede mną?

Dlaczego tak utrudniamy rzeczy, które już na wstępie są z gatunku tych trudnych. Dlaczego jesteśmy dla siebie tacy - mówiąc wprost - niemili?

Szczerzyłam się głupi do sera i to nic nie dało. Może powinnam taktykę zmienić?
Jak wejdziesz między wrony musisz krakać jak i one? Ale ja nie chcę wrzeszczeć i komuś coś kazać.

Swoją frustracje z siebie zrzuciłam i będzie mi się pewnie lepiej spało, choć nic, kompletnie nic w świecie nie zmieniłam.

Wtedy w Loszoncu - Peter Balko

Wtedy w Loszoncu - Peter Balko

#132 Wtedy w Loszoncu - Peter Balko - recenzja - czy warto przeczytać?
Peter Balko to słowacki poeta i prozaik, autor scenariuszy filmowych. Laureat kilku nagród literackich, który pracuje jako pedagog w Wyższej Szkole Sztuk Scenicznych w Bratysławie.
Nie wiem co jest w słowackich pisarzach, że wabią mnie słowem jak syreny marynarzy, z tą różnicą, że z tej przygody wracam nie tylko żywa, ale i bogatsza o nowe literackie doznania. 
 

Wtedy w Loszoncu - Peter Balko


Tytułowy Loszonc to Łuczeniec - miasto na Słowacji w pobliżu granicy z Węgrami - stąd zastosowana przez autora - właśnie - węgierska nazwa. 
Książka opowiada historię dwóch chłopców Petera - zwanego Lewiatanem, oraz Kolomana zwanego Kapią. Chłopcy są jak ogień i woda. Lewiatan to grzeczny, dobrze uczący się chłopiec z nadwagą, który z uwagi na nadprogramowe kilogramy często jest wyszydzany. Kapia to taki szkolny urwis, który nie boi się używać przemocy. Dwie kompletnie różne jednostki, które się ze sobą przyjaźnią.

Powieść rozpoczyna list, który Lewiatan napisał do swojego przyjaciela, który przebywał poza Loszoncem i za którym po prostu tęsknił. Zakończeniem powieści jest odpowiedź od Kolomana.
Pomiędzy korespondencją bohaterów poznamy historię: ich życia w szkole, pierwszej miłości, aktów przemocy i prawdziwą, choć ubraną często w absurdalne przypowieści, historię Loszonca. 

Każdy z nas żył, żyje w takiej mieścinie, i to ona żyje w nas.
Peter Balko to doskonały gawędziarz. Maluje słowem, żongluje nim - tworząc pełną ironii i ciętego dowcipu balladę?
Pod płaszczykiem smutnej, szarej, przytłaczającej codzienności małego miasteczka, kryje się wiele możliwości do dopowiedzeń.
Lewiatan to chłopiec, który pisze opowiadania czerpiące z tego, co zna i gdzie żyje, ubarwia je swoją niezwykłą i niczym nieograniczoną wyobraźnią. Stara się, za radą przyjaciela, stworzyć opowiadanie doskonałe, w którym to Kapia będzie wiodącą i porywającą postacią.

Płakałam podczas czytania tej powieści... Głównie ze śmiechu, ale nie tylko.
Pod płaszczem specyficznego, ironicznego i zmyślnego żartu kryje się prawda, której daleko do bycia zabawną.
To historia o dorastaniu, dojrzewaniu nie tylko tym fizycznym, o wyborach i ponoszeniu odpowiedzialności za nie. Szkoda, że za tę wiedzę, czasem przychodzi nam zapłacić wysoką cenę.
Zwykle, podczas czytania, zaznaczam kilka cytatów, które miały dla mnie znaczenie. W przypadku "Wtedy w Loszoncu" musiałabym przepisać tutaj większość tekstu. Wybrałam jeden i to akurat pozbawiony żartobliwego tonu, ale idealnie podsumowujący to, jaka ta książka jest.

"Ktoś mi kiedyś powiedział, że rodzina jest jak drzewo stojące wśród grobów. Daje schronienie tym, którzy kogoś stracili. Gromadzi w sobie ból, wysłuchuje historii, bywa świadkiem małych cudów. Jeśli zanadto się rozrasta i nie dopuszcza żywych do zmarłych, przycina się jej gałęzie. Najpierw chore, a potem najbardziej ciekawskie. Rośnie w górę i głąb. Jej owoce są niejadalne. Dojrzewają, usamodzielniają się i dumnie umierają. Jej korzenie, jeżeli dość przebojowe, wdzierają się do grobów i obrastają ciała nieboszczyków w nowe "mięśnie" i "ścięgna". Wzmacniają je. Przynoszą życie tam, gdzie nikt go nie szuka".

Pan Balko jest też autorem scenariuszy i czuć to w sposobie w jakim jego bohater - Lewiatan pisze swoje historie. Charakteryzuje się ogromną wrażliwością na słowo. Nie będę się posiłkować wyszukanymi metaforami - Peter Balko po prostu pięknie pisze. Życzyłabym sobie samych lektur pisanych w takim stylu.
To powieść niemal liryczna. Teraźniejszość, przeszłość i fikcja mieszają się ze sobą tak płynnie, że jesteśmy skłonni uwierzyć we wszystko, co autor opowiada, nawet w moc dostrzegania za pomocą odpowiednio przymkniętego oka - dobra lub zła w drugim człowieku. Ale czy mając ten dar wykorzystalibyśmy go na sobie?

Poszukuję. Im więcej czytam, a czytam dość dużo, tym chcę więcej. Więcej treści - niekoniecznie objawiającej się potokiem zdań. Więcej umiejętności wykorzystywania języka pisanego jako mostu łączącego wszystkie zmysły. Z czytania można czerpać - nie tylko na polu lepszego wysławiania się, czy lepszego pisania. Można zacząć więcej dostrzegać, uwrażliwiać się na otoczenie, ale potrzeba do tego - po prostu - dobrze napisanych książek i ta - w moim mniemaniu - taka właśnie jest.

Nie mogę pominąć świetnej pracy tłumacza. Pan Miłosz Waligórski wykonał bardzo dobrą pracę. Gdybym nie wiedziała, że autor jest Słowakiem, sądziłabym, że ta książka została napisana po polsku. Jego nazwisko (co mnie naprawdę cieszy) znajdziemy na okładce i to zaraz pod samym tytułem.
Dajcie szansę słowackiej prozie jest naprawdę wyjątkowa! 

#132 Wtedy w Loszoncu - Peter Balko - recenzja - czy warto przeczytaać?

Za swój egzemplarz dziękuję Bibliotece Słów!



Wydawnictwo: BIBLIOTEKA SŁÓW
Data wydania: 12 listopada 2019
Liczba stron: 200
Kategoria: literatura piękna
Tłumaczenie: Miłosz Waligórski
#131 Sekretny język kotów - Susanne Schötz

#131 Sekretny język kotów - Susanne Schötz


#129 Sekretny język kotów - Susanne Schötz - recenzja - czy warto przeczytać?
W moim domu zawsze były koty. Choć mówi się, że to indywidualiści, samotnicy, do tego dość powściągliwi w uczuciach - to ja mam odmienne zdanie. Mój pierwszy kot, o wdzięcznym imieniu Filemon, codziennie czekał na mnie na ławce przy domu. Kiedy wracałam ze szkoły siadałam na niej, a on wpychał mi się na kolana i łasił tak mocno, aż ścierał mi kolor z oprawek okularów. 

Autorka książki "Sekretny język kotów" Susanne Schötz jest profesorem fonetyki i wykłada na Uniwersytecie w Lund. Swoją wiedzę i doświadczenie odnośnie mowy wykorzystuje w badaniu kocich odgłosów. Analizuje je w podobny sposób, w jaki odbywa się to w przypadku ludzkiej mowy.

Książka jest podzielona na działy, w których autorka wyjaśnia nam dlaczego koci język nadal pozostaje tajemnicą. Dowiemy się co nie co o jej kotach, następnie delikatnie wprowadzi nas do "kociego dla początkujących". Potem omawia najbardziej znane dźwięki z repertuaru kocich śpiewów, by przejść do ludzko-kociej udanej komunikacji i opowiedzieć o możliwych problemach codziennego życia z kotem. Poznamy też jej projekty i dowiemy się nad czym pracuje obecnie. Publikację zamyka dodatek, który pewnie zdziwi niejednego właściciela miauczącego milusińskiego - m. in. zapis kocich wypowiedzi z odpowiednią transkrypcją fonetyczną.

Nie wyobrażam sobie domu bez kota, dlatego większość omawianych przez autorkę spostrzeżeń znam i jak się okazuje - dobrze interpretuje. Mimo wszystko dobrze było się utwierdzić w swoim przekonaniu. Dowiedziałam się też wielu ciekawych rzeczy, o tym jak koty "mówią" swojego rodzaju dialektami, jak potrafią nam podpowiadać o co im chodzi mową ciała, która zawsze współgra z tym, co wydobywa się z ich gardła.
Autorka tłumaczy jakim to cudem koty mruczą i które wielkie koty potrafią to samo, co nasi kanapowicze.
Na stronie internetowej MEOWSIC (od meow i music) można odsłuchać nagrania autorki i skonfrontować je z dodatkiem do książki, w którym opisuje w jakich okolicznościach dźwięki zostały nagrane i co najprawdopodobniej kot chciał Susanne Schötz przekazać.


W każdym z działów poświęconych kocim dźwiękom dokładnie je opisuje i zaznacza podczas jakich czynności można te tony usłyszeć.
Niesamowite jest to, że koty miauczą do ludzi. Udomowiły nas chyba bardziej niż my je. Choć leżą na łóżkach i jedzą w porcelanowych miskach, to nadal pozostają drapieżnikami. Można się również zdziwić jak wiele mamy z kotami, w odniesieniu do mowy - wspólnego i jak wcale nie tak trudno jest ich mowę interpretować.
Autorka czasem odbiega trochę od samej fonetyki i przemyca treści odnośnie obserwacji kotów i ich stanów zdrowia oraz problemów behawioralnych, które wynikają często z błędnego przeświadczenia o złośliwości zwierząt lub też pochłonięcia właściciela przez codzienne obowiązki i niezauważania kiełkującego problemu.Nawiązuje również do bezdomności kotów, która zdaje się być w Szwecji dużo lepiej rozwiązywana jak w Polsce. U nas koty nazywa się zwierzętami wolno żyjącymi, bagatelizując podstawowy problem: nie posiadania przez nie domu. Kot wolno żyjący jest kotem BEZDOMNYM. 

Książka jest napisana w dość naukowym tonie, ale takie jest jej założenie. W końcu autorka - profesor fonetyki - to naukowiec i podeszła do tematu jak do typowego badania.
Dla niektórych czytelników zasady transkrypcji, czy odnajdywanie w kociej komunikacji samogłosek i spółgłosek może być męczące, toteż autorka zaznacza, które informacje można pominąć. 


Muszę wspomnieć jeszcze o wydaniu tego poradnika. Jest estetyczne i po prostu ładne (w środku znajdziemy wiele kocich ilustracji).
To specyficzna książka, z dość mylącym tytułem. Koci język jest bardzo zawiły i nie wiem czy uda się kiedykolwiek sprowadzić naszą wspólną komunikację, na choćby taki sam poziom jak w przypadku psów. Jeżeli interesuje Was naukowe podejście do kociej fonetyki - to z pewnością się Wam spodoba. Z niektórych fragmentów trochę nauki w rozumieniu kotów mogą wynieść osoby rozpoczynające życie z władcą salonów. Jednak nie wydaje mi się, aby był to dobry poradnik do poprawy jakości naszego wspólnego życia z miauczącym pupilem - na pewno na rynku wydawniczym można znaleźć prostsze w odbiorze ludzko-kocie słowniki, z których wyniesie się więcej nauki.
6/10. 

#129 Sekretny język kotów - Susanne Schötz

Za swój egzemplarz dziękuję Wydawnictwu Kobiecemu.


Wydawnictwo: Wydawnictwo Kobiece
Data wydania: 13. listopada 2019
Liczba stron: 240
Kategoria: poradniki
Tłumaczenie: Emilia Skowrońska
#130 Kobiety ze słynnych obrazów - Iwona Kienzler

#130 Kobiety ze słynnych obrazów - Iwona Kienzler


Kobiety ze słynnych obrazów - Iwona Kienzler - recenzja - czy warto przeczytać?
Kiedy patrzę na obraz, czego by on nie dotyczył, to zawsze zastanawiam się co się za samą ilustracją kryje. Czy przedstawiane przez malarza miejsce istnieje, czy postać, na którą patrzę kiedyś żyła? Co spowodowało, że artysta zechciał kogoś lub coś przedstawić? Czasem zdarzało mi się snuć wyobrażenie o tym co zostało utrwalone na płótnie.

Iwona Kienzler autorka wielu, nie tylko historycznych, publikacji zabiera nas ze sobą w podróż przez wieki. Zajrzymy do pracowni Jeana Fouqueta, Leonarada da Vinci, Jana Vermeera, Francisco Goyi, Franza Xavera Winterhaltera, Fridy Kahlo, Pablo Picassa i Salvadora Dali. Jednak nie jest to typowa historyczna opowieść na kształt biografii autorów najbardziej znanych obrazów na świecie. To opowieść o "Kobietach ze słynnych obrazów", czyli o najbardziej znanych nam kobiecych twarzach, które stały się częścią popkultury zdobiąc swym wizerunkiem - nawet części naszej garderoby. Dowiemy się jak niektórzy z wymienionych tu artystów zdobywali artykuły malarskie, jak za pomocą pędzla odwzorowywali zastane, naturalne i ludzkie piękno. Jak wiele malowali i czy byli wstanie żyć ze swojej pasji. Ale to niejedyne tematy poruszane  przez autorkę.

Kim była Mona Lisa, Dama z gronostajem albo Dziewczyna z perłą? Dlaczego Frida Kahlo zaczęła malować? Ile kobiet miał Pablo Picasso? Czy żona Salvadora Dali była jego muzą, czy może przekleństwem? Jaka była Cesarzowa Sisi? Lubieżne służące? Grzeszna Madonna średniowiecza?

Książka jest podzielona na jedenaście rozdziałów, każdy opowiada o innej znanej kobiecej twarzy. Autorka podaje wszelkie teorie; na przykład - odnośnie tożsamości Mona Lisy, a czasem nawet najbardziej niedorzeczne, jak upatrywanie w tle obrazu Leonarda da Vinci (po zdublowaniu i odbiciu lustrzanym) postaci z obcej planety.
Zahacza również o takie informacje, że z kształtu odcisków palców, można wywnioskować pochodzenie etniczne...
Dlaczego Mona Lisa ma na sobie woal? A zauważyliście, że nie ma brwi?
I jak to się dzieje, że wydaje się nam, że widzimy u niej uśmiech?
Skąd pomysł, że może mieć jakiś związek z Polską?

Iwona Kienzler opowiada o historii i uczy jej nas w sposób dość niezwykły i chyba mało popularny. Raz, że opowiada o kobietach, które mam wrażenie zostały przez historię nie tyle skazane na zapomnienie, ile po prostu zepchnięte w cień mężczyzn. Dwa - historia słowami autorki staje się opowieścią o życiu prawdziwych ludzi, o ich codzienności. Radościach i problemach. Kiedy pisze o jakiejś postaci podaje nam nie tylko, co działo się w tym czasie na świecie, ale też jakie były zwyczaje, albo co było tematem tabu. 

Myślicie, że jadłowstręt to choroba naszych czasów? Nic bardziej mylnego. Poczytajcie o Cesarzowej Sisi. Wygląd zawsze miał znaczenie i od zawsze przybierało to chorobliwe formy. Opowiada też o konwenansach jej czasów. Wspomina różne absurdy - na przykład: nie można było ubrać dwa razy tych samych butów... Brzmi trochę znajomo? :) Wyobraźcie sobie kobietę w stroju z piórami ćwiczącą na drążkach - tak Cesarzowa Sisi zawsze musiała dobrze wyglądać, nawet wtedy kiedy po jej czole spływał pot.
O Pablu Picassie oglądałam kilka dokumentów, ponieważ interesowało mnie dlaczego upatrzył sobie taką prostotę formy, więc przy okazji poznałam jego biografię, ale i tak w tej książce znalazłam kilka faktów, o których nie wiedziałam.
Opowieść o życiu Fridy jest niezwykle bolesna, ale jasno tłumaczy skąd brały się konkretne motywy na jej obrazach i dlaczego malowała siebie.
Historia Salvadora i Gali potwierdza też fakt, że lubujemy się w skandalach nie od dziś.
Pani Kienzler ma dar do opowiadania, jej słowa choć opatrzone skrupulatnie datami, kojarzą mi się z gawędą i czyta mi się je znakomicie; prawie jak typowo fabularną książkę.
Wydaje się nam, że zmieniliśmy się na przestrzeni wieków, a tymczasem wygląda na to, że stale jesteśmy tacy sami. Podobnie postrzegamy piękno, staramy się zachować uciekającą młodość, przy okazji czasem stajemy się własną karykaturą. Nadal ma dla nas znaczenie, co kto o nas pomyśli, czy powie. 

Czytanie tej książki to była świetna lekcja historii, którą odbyłam z kubkiem dobrej herbaty, mając przed oczami najbardziej znane dzieła sztuki.

Za swój egzemplarz dziękuję wydawnictwu Lira.



Wydawnictwo: Lira
Data wydania: 23. października 2019
Liczba stron:336
Kategoria: biografie


#129 Sztormowe ptaki - Einar Kárason

#129 Sztormowe ptaki - Einar Kárason

#130 #130 Sztormowe ptaki - Einar Kárason - recenzja - czy warto przeczytać?
Fascynuje mnie otwarta, niemal bezkresna woda, która w jednej chwili potrafi przeistoczyć się z nieruchomego obrazu - idealnego przejawu spokoju, do kompletnie niszczycielskiej manifestacji siły. Zupełnie jak... człowiek.
Einar Kárason - islandzki pisarz, w swojej najnowszej powieści "Sztormowe ptaki" opisuje dość nierówną walkę załogi trawlera Mewa z nieokiełznanym żywiołem otwartego, wzburzonego morza oraz niską temperaturą.
Na samym początku wita nas informacja, że historia, którą przedstawia nam autor ma swoje umocowanie w prawdziwych wydarzeniach z 1959 roku, kiedy to kilka islandzkich trawlerów zmagało się z nawałnicą u wybrzeży Nowej Fundlandii. Jednak postaci i narracja to dzieło pisarza. 

Powieść Kárasona jest bardzo krótka, ma zaledwie 128. stron. Została napisana w stylu przywodzącym na myśl gawędę. Zdaje się nam, że autor siedzi gdzieś obok i opowiada nam wydarzenia, których był świadkiem, jednak odciął się od nich emocjonalnie...
Dowiemy się jak doszło do niespodziewanych wydarzeń, które ze zwykłego połowu - wyprawy na karmazyna, przerodziły się w prawdziwą walkę o życie.

Bardzo sugestywnie opisuje wydarzenia. Widzimy zapadający się w wodzie trawler, miotany olbrzymimi falami, który pokrywa się lodem. Obserwujemy prawie syzyfową pracę załogi, która składa się zarówno z "wilków morskich" jak i kompletnych nowicjuszy, którzy wspólnie starają się uchronić statek przed zatonięciem.

Na tych niewielu stronach pisarz zawarł świetne charakterystyki postaci. Przyjrzymy się szybkiemu dorastania i odnajdowaniu w sobie odwagi (mimo płynących łez bezradności i strachu) jak i upadkowi człowieka, wyrażającego się w niemal instynktownym sięganiu po alkohol.
Autor zadbał o realizm opisując spożywane naprędce posiłki, niespokojne drzemki, które w każdej chwili może przerwać zalewająca kajutę - lodowata woda.
Mężczyźni zmagają się ze strachem, ich organizmy różnie reagują. Bywają otępieni, wyobcowani, bredzą niezrozumiale lub też wybuchają śmiechem.
Nie każdy, kto przeżył takie wydarzenia będzie wstanie wrócić na morze.

"Było nas na pokładzie trzydziestu dwóch, doświadczeni lub początkujący marynarze, a tylko ośmiu wróciło po tych wydarzeniach na morze".

Do tych niezwykle dramatycznych wydarzeń zastosował płynną, choć jednostajną narrację. Brak tutaj typowych dialogów, brak ludzkiej emocji. Nie odnotowałam również dokładnych opisów przenikliwego zimna, które na pewno podczas takich wydarzeń nie tylko się odczuwa, ale odbiera ono zdolność koncentracji.
Na początku nie potrafiłam poczuć się członkiem tej wyprawy, dopiero później zrozumiałam co się stało z emocjami - kiedy narrator się ujawnił. Mamy tendencję do odcinania się od przykrych doświadczeń, zdecydowanie łatwiej opowiada się o nich z perspektywy niezaangażowanego emocjonalnie obserwatora.
To celowe chłodne przedstawienie wydarzeń, nadanie rytmu z zastosowaniem krótkich rozdziałów, by szybko doprowadzić czytelnika do ostatniej strony, gdzie jedynie w paru zdaniach jest zawarty cały emocjonalny wydźwięk dramatycznych wydarzeń.
Po przeczytaniu tych paru zdań poczułam związek - nie tylko z załogą statku, którego losy opisywał, ale ze wszystkimi innymi, którym nie udało się z wodą wygrać i pozostali na morzu już na zawsze.
Ta krótka historia to prawdziwa przypowieść o małości ludzkiego istnienia w konfrontacji z siłami Matki Natury, której na co dzień w ogóle nie dostrzegamy. Doskonale pokazuje jak jesteśmy niczym przy niszczycielskiej sile żywiołów.

Ale... wydaje mi się ona również znakomitą alegorią ludzkiego życia.
Nie wiemy co przyniesie jutro. Czasem nic nieznaczące z pozoru zdarzenie potrafi wywołać falę, która nas zatapia. Zmagania załogi z żywiołem można porównać do codziennej walki z problemami, które nas przytłaczają i wydaje się nam, że na nic nie mamy wpływu.
Czasem jednak trzeba poprosić o pomoc i kuć razem lód, by znowu wspólnie zobaczyć port. Oszczędna w formie, a niezwykle bogata w treść.


Data wydania: 21. października 2019
Liczba stron: 128
Kategoria: literatura piękna
Tłumacz: Jacek Godek


Recenzja napisana dla portalu bookhunter.pl


#128 Córeczki - Adrian Bednarek

#128 Córeczki - Adrian Bednarek

Córeczki - Adrian Bednarek - recenzja - czy warto przeczytać?
"Córeczki" to moje pierwsze spotkanie z Adrianem Bednarkiem. Słyszałam wiele pozytywnych opinii o jego książkach, więc nastawiłam się na coś naprawdę dobrego. Książka jest zaklasyfikowana jako thriller, więc niepotrzebnie zakładałam, że od pierwszych stron zostanę "wessana" w akcję. Bo nic takiego się nie stało. Przez pierwsze 150 stron z 614 - nie będę tego ukrywać - ziewałam.
Autor opowiada, dość rozwlekle, o codzienność dwóch głównych bohaterek tej powieści.
A nie wiodą one porywającego życia - przynajmniej dla mnie. 

Kiedy jednak przekroczyłam tę 150. stronę to nie potrafiłam już tej książki odłożyć i przeczytałam ją do końca, zmieniając o niej zdanie. Tytułowe córeczki to Ewa i Pola. Dwie młode kobiety, które łączą traumatyczne przeżycia. Obie straciły ojców i kiedy próbowały wraz z matkami i swoimi siostrami nauczyć się żyć na nowo to, spotkała je kolejna tragedia. Na domy obu bohaterek napadł zamaskowany mężczyzna, którego wspólnie nazwały Strachem na wróble. I to wydarzenie je łączy, a wszystko inne dzieli. 

Ewa chciała być policjantką, ale prowadzi butik. Pola studiowała medycynę, a teraz nalewa w barze alkohol i uczy pole dance. Kobiety się poznały i chciały odnaleźć mężczyznę odpowiedzialnego za tragedię, która rozegrała się w ich domach, tylko one znały jej rzeczywisty przebieg.
Przypadek sprawia, że Ewa trafia na jego ślad i kobiety idąc tym tropem, zaczynają prowadzić pokręcone śledztwo.
Kiedy odkrywałam co za dramaty wydarzyły się w domach kobiet, to naprawdę byłam pod wrażeniem jak autor tę historię skonstruował. Jak połączył wątki, jak zbudował postaci.
Tu nikt nie ma dobrych i przyjemnych wspomnień. Każdemu ciąży przeszłość i nikt nie potrafi się z nią rozliczyć. Nikt nie potrafi poprosić o pomoc. Każdego toczy choroba, którą zainfekował się lata temu. Lubię psychologiczne układanki. Ja lubię analizować wpływ dzieciństwa na kształtowanie osobowości, stąd moje pozytywne odczucia.

Czy rzeczywiście ma ono aż tak wielki wpływ na to, kim się staniemy?
Czy mocne uszkodzenie w okresie kiedy dorastaliśmy daje nam wytłumaczenie na stanie się potworem?
Jako dzieci nie tylko kochamy rodziców, my ich uwielbiamy nie zależenie od tego jacy są.
A często są dalecy od ideału.
Czy rodzice rzeczywiście kochają swoje dzieci bezwarunkowo i wszystkie jednakowo?
To książka pełna smutku. Opowieść, tak naprawdę, o ludzkim upadku.
Nikt nie potrafi przestać żyć w przeszłości - od głównych bohaterek i ich matek, przez Stracha na wróble, czy Krwawego Zygę. Jest ciężko i przytłaczająco, ale interesująco - mimo zbyt rozwlekłego wprowadzenia, które mnie na początku znużyło. 
To nie jest książka dla fanów pędzącej akcji i krwawych morderstw.
Język jest dostosowany do charakteru opowieści i nadaje mu realizmu.
Czy tak wygląda jednak siła kobiet? 
Choć liczyłam na coś innego, to uważam, że jest to przemyślana powieść. Podobało mi się jak autor połączył wszystkie wątki, które raczył tak dokładnymi opisami, które ponad zwiększanie objętości książki nie wnosiły zbyt wiele.
Zainteresowałam się na tyle, by sięgnąć po wcześniejsze książki autora.

Pierwszy raz też, mimo tego, że ogólnie mam pozytywne odczucia co do książki, to niewiele mogę o niej powiedzieć... Nie jest to wina ani tej historii, ani samego autora, który ponad wszelką wątpliwość pisać potrafi, tylko chyba mojego zmieniającego się gustu.

Zachęcam by sprawdzić samemu czy "Córeczki" są dla Was.
6/10.


Wydawnictwo: Novae Res

Data wydania: 9. października 2019
Liczba stron: 614


Recenzja napisana dla portalu bookhunter.pl

#127 Trzy zimy - Magdalena Kopeć

#127 Trzy zimy - Magdalena Kopeć

#128 Trzy zimy - Magdalena Kopeć - recenzja - czy warto przeczytać?

Wspominałam już parokrotnie, że w szkolnych czasach nie należałam do entuzjastek historii. Kojarzyła mi się jedynie z odpytywaniem z dat i wydarzeń, które trzeba było wyrzucać z siebie niczym pociski z karabinu.
Taki sposób nauczania obdzierał historię z jej ludzkiego oblicza.
Czym innym, natomiast, były lekcje języka polskiego i obowiązujące lektury.
Ja należałam do grupy, która "Nad Niemnem" się zachwycała, a poznawaną poezję interpretowała na swój sposób, czasem daleko odbiegający do tego programowego. 

Magdalena Kopeć jest historykiem z wykształcenia, a muzealnikiem z zawodu. Lubi jesienne liście i arię Pucciniego, a odkąd przeczytała "Anię z Zielonego Wzgórza" to chciała zostać pisarką - jak podaje opis umieszczony na pięknym wydaniu jej debiutanckiej powieści. To wszystko w "Trzech zimach" można znaleźć. Niezwykłą nostalgię - jesienną właśnie, umiłowanie muzyki, poezji (czy tytuł nawiązuje też do tomu poezji Czesława Miłosza?) i wyobraźnię, którą zaszczepić mogła tylko bohaterka spod pióra Lucy Maud Montgomery.

Marianna Sobierajska - córka Mikołaja Sobierajskiego - patrioty i ziemianina, zakochuje się w rosyjskim szlachcicu Andrzeju Rohowie, który zamieszkuje w sąsiednim majątku.
Rohow ma polskie korzenie, jest wykształcony, zaradny i niezwykle przedsiębiorczy - wprost idealny kandydat na męża... Ale ma jedną wadę - jest Moskalem.
Ojciec Marianny jest jednak przychylny związkowi jego córki i Rosjanina, więc para się zaręcza. Wkrótce na rodzinę Sobierajskich spada nieszczęście, którego jedną z bezpośrednich konsekwencji stają się zerwane zaręczyny... W Królestwie Polskim jest niespokojnie - niedługo
wybuchnie Powstanie Styczniowe...

"Trzy zimy" to powieść wielowątkowa. Postaci jest dużo, jednak autorka zadbała o to, by nic nie zakłócało ich identyfikacji. Są bardzo dobrze scharakteryzowane i często prezentują kompletne przeciwieństwa (np. Marianna i jej siostra Helena). Kobiety, które są jedynie ozdobą mężczyzny, mimo tego że często dobrze wykształcone, są pozbawione głosu i jakiejkolwiek decyzyjności. Marianna choć na początku zdaje się wpisywać w konwenanse, chyba za przykazem niezwykle konserwatywnej babki (która bywała bardzo irytująca w swoim umniejszaniu kobiecej inteligencji), będzie zmuszona szybko dojrzeć i podejmować odpowiedzialne decyzje. Możemy zaobserwować jak ścierają się tutaj pokolenia.

"Wzięłam na siebie sprawy majątku właśnie po to, by zdjąć ten ciężki obowiązek z barków twoich i Heleny. Nikt nie zechce żony, która zajmuje się szukaniem zboża i liczeniem rubli! To prostackie. Dobre dla mieszczan i żon kupców!"

Miłość, kreacje i wystawne życie zejdzie na drugi plan. Świat konwenansów, skrzętnie skrywanych tajemnic, by nie ujrzały światła dziennego - z uwagi na możliwość skandalu - zmierzy się z przytłaczającą codziennością, walką o utrzymanie majątku, przywiązaniem do miejsca, w którym się mieszka i tym co stale serwuje nieprzychylny los.

Autorka porusza problem krzywdzącego, ale nadal dość częstego oceniania z uwagi na pochodzenie, czy też zachowanie - bez znajomości czyjejś przeszłości, czy charakteru.

Na początku czułam się jak za szkolnych lat, kiedy to czytałam wymagane programem lektury, śledziłam historyczne tło, które jest tutaj dość bogate i opatrzone niezbędnymi przypisami. Później stałam się niejako bohaterką tej powieści. Byłam, widziałam, słyszałam i czułam to, co postaci stworzone przez Panią Kopeć. Nadal zdaje mi się słyszeć szelest tych wszystkich pięknych sukni, czy zrzędliwy ton babci Marianny.
Wędrujemy z autorką przez czas, poznajemy stare zwyczaje i zapomniane już przysmaki.
Ale nie jest tylko miło, refleksyjnie i przyjemnie. Pojawiają się ludzkie dramaty, rozstania, kłamstwa, ucieczki, śmierć, choroby i... zbliżające się powstanie.

Na docenienie zasługuje też język jakim autorka operuje. Dla mnie zakrawa on o poetykę, jest pełen pięknych porównań, dodaje realizmu snutej przez nią opowieści, ale nie brzmi archaicznie.

"Dom, który kochała, stał się więzieniem. Stary mur, jak wierny żołnierz, chociaż odarty z niegdysiejszego splendoru, brudny i poorany zmarszczkami pęknięć, strzegł pilnie jej świata".

To historia miłosna, ale nieprzytłaczająca przesadą. Opowieść o prozie życia, o dojrzewającej miłości, która jak te wstążki na dębie, o których wspomina autorka, z czasem trochę zmienia barwę, ale nadal mocno trzyma się gałązki, do której została przymocowana.
Polecam wszystkim noszącym w sobie umiłowanie do romantyzmu, historii i piękna dziewiętnastowiecznej codzienności. 
 #128 Trzy zimy - Magdalena Kopeć - recenzja - czy warto przeczytać?

Za swój egzemplarz dziękuję wydawnictwu Lira.



Wydawnictwo: Lira
Data wydania: 6. listopada 2019
Liczba stron: 480
Kategoria: literatura piękna/powieść historyczna

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...