Na pewno tylko dla dzieci? Zwariowane opowieści - Gudule

Na pewno tylko dla dzieci? Zwariowane opowieści - Gudule

Zdarza mi się czytać książki dla dzieci. Podczas ich lektury pośmieję się, czasem wzruszę i zawsze zastanowię się nad tym, jak te z pozoru proste opowieści, uczą zarówno młodych jak i starszych o tym, co jest w życiu najważniejsze.
 Na pewno tylko dla dzieci? Zwariowane opowieści - Gudule


Zwariowane opowieści - Gudule


Gudule to jeden z pseudonimów Anne Duguël, nieżyjącej już, belgijskiej pisarki, a „Zwariowane opowieści”, które wspaniale zilustrował Claude K. Dubois, to bardzo ciekawe i kompletnie niebanalne historyjki.
To 128 stronicowa książeczka, która zawiera aż 13 opowieści, które głównie uczą one tolerancji i zrozumienia, nie osądzania przez pryzmat nietypowego, niż dotąd znany dziecku, wyglądu.
Mówią o współczuciu dla drugiego człowieka. Nawet o wyborach, które trzeba podejmować, że każdy ma prawo do własnych, nawet tych kompletnie różnych od rodziców - np. „Zęby Omera”, bajka w której chłopiec ma pójść w ślady ojca i udać się wojować, dodatkowo znajdziemy tu wyjaśnienie dlaczego należy... myć zęby.
Są niebywale zabawne, a i potrafią wzruszyć... dorosłego.

Na pewno tylko dla dzieci? Zwariowane opowieści - Gudule

Niektóre z nich już, jako dorośli, znamy, jak np. historia przemiany żaby w księcia za pomocą pocałunku, jednak Gudule puszcza tę taśmę od końca i kompletnie zmienia jej wydźwięk.
Jest książę Wczoleoczko, który wyśmiewany przez innych, spotyka na swej drodze księżniczkę Trzypatrzysię i razem tworzą parę z odpowiednią ilością oczu. Opowiadają również o różnych obliczach miłości, że kocha się kogoś razem z jego wadami - niesamowita historyjka Królewny Łajnony - skojarzenie z... łajnem, jak najbardziej słuszne.
Opowiadają o poszukiwaniu własnej drogi w życiu, o  tym, że czasem trzeba przegrać - odpuścić by coś zyskać, a  nawet o niezwykle istotnym znaczeniu posiadania wyobraźni.

„- Dzieci potrzebują baśni, tak jak kwiaty potrzebują wody - powiedziała Elfina, wywołując natychmiast oburzenie pozostałych.
- Jeśli pozbawimy je marzeń - ciągnęła nieporuszona tą reakcją - wyschną jak stare suchary”.

Na pewno tylko dla dzieci? Zwariowane opowieści - Gudule

„Zwariowane opowieści” to nietypowe bajki, dostosowane do naszej codzienności, do naszej rzeczywistości, gwarantuję, że uśmieją się również dorośli. Font jest dość duży, ilustracje pięknie korespondują z treścią i wyróżniają się fajną kreską. Dlatego sugerowałabym ich czytanie dzieciom nieco starszym, około 6. roku życia, albo po prostu sobie, bo na naukę tego, jak być lepszym człowiekiem nigdy nie jest za późno.
Wydawnictwo: Media Rodzina
Data wydania: 6 marca 2020
Liczba stron: 128

Kategoria: literatura dziecięca
Tłumaczenie: Małgorzata Hesko-Kołodzińska

W rytmie rock'n'rolla - Daisy Jones & The Six - Taylor Jenkins Reid

W rytmie rock'n'rolla - Daisy Jones & The Six - Taylor Jenkins Reid

Taylor Jenkins Reid kojarzę od czasu kampanii promocyjnej „Siedmiu mężów Evelyn Hugo”, której nie czytałam, ponieważ nie wydawała mi się lekturą odpowiednią dla mnie. Do sięgnięcia po „Daisy Jones & The Six” skłonił mnie głównie obiecany muzyczny klimat lat siedemdziesiątych, a nie wszechobecne zachwyty, jestem na nie odporna. 
 
W rytmie rock'n'rolla - Daisy Jones & The Six - Taylor Jenkins Reid


Daisy Jones & The Six - Taylor Jenkins Reid


Dziś, będąc już po lekturze biografii fikcyjnego zespołu, stwierdzam, że poprzednia książka tej Autorki, jest jednak dla mnie.

Daisy Jones to wokalistka zespołu The Six, z którym najpierw wystąpiła gościnnie, a potem zasiliła jego szeregi. Poznajemy ją najbliżej, mimo że bohaterów, czy też „antybohaterów” (z uwagi na ich tryb życia), tej powieści jest więcej.
To wielogłos, napisany w formie wywiadu, który czyta się jakby oglądało się świetnie zrealizowany film. Odnosiłam wrażenie, że przy stole zasiadają poszczególni członkowie zespołu i pozostałe osoby, czy to członkowie rodzin, znajomi czy menadżerowie, i rozpoczynają swoją opowieść. A potem na ekranie pojawiają się kadry. Był obraz i był dźwięk.

Powieść jest przesiąknięta klimatem lat 70., wszechobecnej źle pojmowanej wolności, objawiającej się frywolnością i zażywaniem wszelakiej maści poprawiaczy nastroju; narkotyki i lejący się strumieniami alkohol. Daisy jest świadoma swojej seksualności i manifestuje ją strojami. Do tego ma niebywały głos - w mojej głowie śpiewała jak Stevie Nicks (kiedy dotarłam do słowa od Autorki uśmiechnęłam się pod nosem - dlaczego sprawdźcie sami). To kolorowy ptak, który poszukuje siebie, artystka.

Znamy podobne historie, znamy podobne zespoły i to czyni tę książkę niezwykle wiarygodną.

Każdy z bohaterów, ma własną opowieść. Choć łączy ich podobny sposób bycia, w końcu są gwiazdami, to są kompletnie różni. Mają inne oczekiwania, inne marzenia i plany.

Co jest takiego urzekającego w tej historii?

To opowieść o szukaniu bratniej duszy. O miłości, która jest na wyciągnięcie ręki, ale... nic nie jest w życiu proste, jednoznaczne. W najbardziej niedorzecznych historiach gwiazd, zawsze szukamy prawdy, ich ludzkiego oblicza - potwierdzenia, że moglibyśmy nimi być. I to się Taylor Jenkins Reid świetnie udało - wszyscy są bardzo prawdziwi. Opowiadają o sobie nawzajem z lekkim dystansem, wiedzą już co do czego ich doprowadziło.

Za pomocą różnych bohaterów Autorka opisuje to samo zdarzenie i widzimy jak różny był ich punkt widzenia, jak różnie zostało przez nich zapamiętane.

Zabieg z wprowadzeniem od „Autorki” i ze zdradzeniem pewnej tajemnicy potęgował uczucie intymności, jakbyśmy dowiedzieli się czegoś, czego nikt przed nami nie wiedział.

Taylor Jenkins Reid mocno sugestywnie opisuje brzmienie The Six i wokal Daisy Jones. Poznajemy nie tylko teksty, których spis znajduje się na końcu książki, ale i uczucia towarzyszące muzykom kiedy je komponowali i wykonywali.

To taka książka, którą się odczuwa wszystkimi zmysłami. Zapewnia kilka godzin niesamowitej rozrywki, jak dobry koncert. Spodziewałam się większego „bum” w zakończeniu, jednak jego dość emocjonalny wydźwięk mi to zrekompensował.

Bawiłam się bardzo dobrze, zasmakowałam życia gwiazdy bez następstw jej nałogów.

*Na Spotify są listy przebojów, które świetnie zarysowują klimat tej powieści, bardzo zachęcam do ich przesłuchania.



Wydawnictwo: Czwarta Strona
Data wydania: 15 lipca 2020
Liczba stron: 424

literatura obyczajowa
Tłumaczenie: Agnieszka Kalus

Dlaczego? Wiwisekcja zbrodni - Andrzej Janikowski

Dlaczego? Wiwisekcja zbrodni - Andrzej Janikowski

Swego czasu czytałam praktycznie same kryminały przeplatane dreszczowcami i tak czytałam, że straciłam do nich zapał, bo ile można czytać podobnych fabuł? No... stale się nie da.Dziś czytam je zdecydowanie rzadziej i w sumie to nie wiem czy się w nich odnajduję, ale próbuję. 
 
Wiwisekcja zbrodni - Andrzej Janikowski

Wiwisekcja zbrodni - Andrzej Janikowski


„Wiwisekcja zbrodni” Andrzeja Janikowskiego może odstraszać objętością, bo choć lubimy czuć w ręce ciężar nowej książki, to najlepiej by miała ona około 350 stron, a tutaj mamy ich aż 576.

Głównym bohaterem jest Roman Sadowski - podkomisarz wrocławskiego wydziału do walki z terrorem kryminalnym. Sam podkomisarz jest już dość w swoim, typowym dla bohatera kryminału obciążeniu doświadczeniem, nietypowy. Tak, tak nietypowy.
Zanim znalazł się w szeregach policji próbował różnych opcji i jedna z nich była mocno „uduchowiona”. To człowiek wrażliwy i wykształcony wysławia się więc o wiele lepiej niż znani nam literaccy policjanci. Przyznaję, że to ciekawy pomysł i konsekwentnie realizowany na kartach „Wiwisekcji zbrodni”.

Sadowy ma pomocnika jest nim sierżant Jerzy Madrygałkiewicz. Para świetnie się uzupełnia w pracy i w dialogach.
Jest więcej postaci, które lubią sobie „pofilozofować”.

We Wrocławiu zaczynają się pojawiać okaleczone zwłoki, które na początku zdają się sugerować religijnego fanatyka, ale im więcej zwłok i poszlak tym, mniej zdaje się do siebie pasować.
Pojawiają się różne wątki, które w miarę jak akcja się rozwija uzupełniają się. Jest ich bardzo dużo.
Autor lubi się z historią powszechną i historią chrześcijaństwa, jest też fascynatem szachów i takie cechy posiada Roman Sadowski i takimi m. in. wątkami jest naszpikowana fabuła, która w niektórych momentach idzie pod rękę z sensacją.

Styl Pana Janikowskiego jest bogaty. Bohaterowie mówią dość wyszukanym słownictwem i nie ma w tym nic złego, bo rozumiem, że taki był zamysł. Wykształcenie i zainteresowania Sadowego do czegoś zobowiązują,n pozostaje w podobnym tonie. Trochę trudno mi jednak uwierzyć, że zwykli, podrzędni przestępcy stosowaliby określenia w stylu „rzutki”, mniej w tym przypadku znaczyłoby więcej - dodałoby, według mnie, realizmu.
Ogólnie cała kreacja językowa stoi w kontrze do brutalności z jaką mamy do czynienia na kartach „Wiwisekcji zbrodni”, kompletnie się tego nie spodziewałam - i w trakcie czytania zadawałam sobie pytanie: po co aż tak?, po co aż tyle? I chyba wiem...

Odniosłam wrażenie, że „Wiwisekcja zbrodni” to jest wiwisekcja każdej zbrodni.

Kiedy spotykamy się z brutalnością, z bestią w ludzkiej skórze, zawsze zadajemy sobie pytania:
- jak do tego doszło,
- dlaczego,
- skąd to się w mordercy wzięło,
a Andrzej Janikowski te możliwości nam przedstawia.
Zadaje też wiele pytań, np. o to ile jest zła w łapiącym takiego zwyrodnialca i czy da się patrzeć w otchłań, i samemu się złem nie skalać.

Dlaczego niektórzy są praktycznie predysponowani do łapania przestępców?

Wiele jest na kartach „Wiwisekcji zbrodni” rozważań o sensie życia, o tym do czego dąży człowiek i po co.

Autor zwinnie nawiązuje do bliższej i dalszej historii Polski, Wrocławia, ale nie tylko, bo i do popkultury, czy sytuacji politycznej, społeczno-ekonomicznej.
Czuć wiedzę na każdej ze stron tej powieści. Poczucie humoru Janikowskiego jest bardzo „moje”.
Znalazłam również ogrom świetnych metafor!, tylko nie wiem czy niektóre nie są za podniosłe jak na kryminał i ten ogrom okrucieństwa, który czytelnikowi serwuje - znowu to „mniej znaczy więcej”.

Czułam się jakbym oglądała serial, który pod płaszczem łatwo przyswajalnej sensacji przemyca wiele treści o historii człowieka i natury przemocy.




Wydawnictwo: Lira
Data wydania: 24 czerwca 2020
Liczba stron: 576
Kategoria: kryminał
Jak ćma - Poparzone dziecko - Stig Dagerman

Jak ćma - Poparzone dziecko - Stig Dagerman


Jak ćma - Poparzone dziecko - Stig Dagerman
 

Poparzone dziecko - Stig Dagerman

 
„Poparzone dziecko” Stiga Dagermana poprzedza przedmowa napisana przez Pera Olova Enquista, szwedzkiego pisarza, prozaika, autora sztuk teatralnych, publicystę i scenarzystę filmowego, który zmarł w tym roku. Przedmowa bardzo istotna i ważna, ponieważ pozwala przygotować się na to, co „Poparzone dziecko” przed czytelnikiem roztacza, a nie jest to lekka opowieść. Stig Dagerman tworzył krótko, został doceniony, jako pisarz, dopiero po śmierci, która była wynikiem samobójstwa.

Powieść otwiera scena pogrzebu Almy - żony Knuta i matki głównego bohatera - Bengta, a więc już w pierwszym rozdziale zostajemy wrzuceni w atmosferę smutku i przygnębienia, która w żaden sposób nie słabnie na 288 stronach.

Poznajemy mikrorodzinę, która w związku ze śmiercią żony i matki musi zmierzyć się z nową sytuacją i odnaleźć się w starych-nowych relacjach.
Bengt jest dorosły, jednak nikt wobec swoich rodziców nigdy taki nie jest. Przytłaczają go własne myśli, a obraz rodziny jaki miał w głowie ulega rozpadowi, okazuje się, że życie to pasmo złudzeń.

Nic nie jest takim jakim je widzimy. To skąd patrzymy ma największe znaczenie, a żadna prawda nie jest ostateczna.

„Dla mnie prawdy nie da się opisać w żadnej prostej formułce, tak jak było to możliwe dla matki. Czasem o tym dyskutowaliśmy, ale ona nie potrafiła zrozumieć, że stawiając granicę wokół znaczenia jakiegoś pojęcia, popełniamy olbrzymi błąd”.

Stare-nowe relacje wiją się, plączą ze sobą. Po zmarłej zostały wspomnienia i przedmioty, które po czasie nabierają innego znaczenia. Bengtowi ukazuje się inny obraz, niż ten który zapamiętał. Miłość i nienawiść zdają się być jednym, obsesyjnym uczuciem.

Narracja opisuje szczegółowo codzienność bohatera, łącząc ze sobą zdania za pomocą powtarzanych słów, jak ogniwa zaciskającego się na szyi łańcuszka.
Styl Dagermana jest rytmiczny, jakby zdaniami podawał tempo z jakim poznajemy Bengta i jego bliskich, bo choć jest mocno przygnębiająco to prowadzeni krótkim, acz dość lirycznymi zdaniami, podążamy za historią (świetne tłumaczenie).

Uczucia bohatera poznajemy poprzez listy, które pisze sam do siebie, a potem do pozostałych osób dramatu. Tworzy to opowieść pełną emocji, jednostkową i ogólną zarazem, bo każdy we wnioskach wysuwanych przez Dagermana znajdzie kilka kropel własnego smutku i każdy, tak podejrzewam, inaczej zrozumie to, o czym Dagerman pisał.

„Być może to prawda, że śmierć jest wielką, pustą dziurą i że żałoba to wiedzieć, jak bardzo pusta to dziura, ale to prawda tylko dla trzeźwego. Bo gdy ma się alkohol, można napełnić dziurę wszystkimi ładnymi słowami. Można ją napełnić aż po brzegi. A potem położyć na niej kamień”.

Jak ćma - Poparzone dziecko - Stig Dagerman

Szczególne znaczenie w „Poparzonym dziecku” ma historia psa, Hektora, która bardzo mnie bolała. Ma jednak bardzo metaforyczny charakter, który w pełni ujawnia się dopiero w zakończeniu i teraz (kilka dni po lekturze) jestem pełna podziwu jak wiele zostało przekazane czytelnikowi za pomocą jego „pieskiej” niedoli.
Związek frazeologiczny „pieskie życie” nie ma przecież pozytywnego znaczenia.

To trudna lektura, wymagająca nie tylko zaangażowania w treść, poczucia tego dramatycznego nastroju, ale i umiejętności wyjścia ze świata wrażliwości tego Autora, bez trwałych „poparzeń”.
Świat widziany oczami Stiga Dagermana wciąga i osadza się w czytelniku na stałe.

Data wydania: 15 lipca 2020
Liczba stron: 288

Seria: Seria Dzieł Pisarzy Skandynawskich
literatura piękna
Tłumaczenie: Justyna Czechowska
O początkach Ameryki - Pionierzy. Ludzie, którzy zbudowali Amerykę - David McCullough

O początkach Ameryki - Pionierzy. Ludzie, którzy zbudowali Amerykę - David McCullough

Im bardziej coś jest nam odległe, niemożliwe do zobaczenia, czy to z uwagi na upływ czasu czy odległość, tym bardziej nas ciekawi.
Zdaje się, że dziś najbardziej interesuje nas kosmos, jednak zdarza się nam jeszcze na Ziemi odkryć coś, o czym nie mieliśmy do tej pory pojęcia.
Taki „niby” związek z czymś co nam, obecnie żyjącym, nieznane.

Mam tak za każdym razem kiedy czytam książkę historyczną!

Wydaje się nam, że to co było nie ma już znaczenia, żyjemy teraz, no i chcemy żyć jutro, więc co nas obchodzi to, co było?
 
O początkach Ameryki - „Pionierzy. Ludzie, którzy zbudowali Amerykę” - David McCullough

Każde życie, nawet ogólnie pojęte - zbiorowe, jest jak drzewo, które gdy było młode z jakiegoś powodu zaczęło rosnąć w jakimś kierunku.
Czynnik atmosferyczne, ukształtowanie terenu i wiele innych składowych ma wpływ na to, jak będzie wyglądało w przyszłości. Od korzeni - podstawy, przez pień, konary, gałęzie i liście.
Choć umiejscowienia korzeni nie da się zmienić, ani nie da się ich rozplątać tak, żeby nic nie uszkodzić, to można zrozumieć kierunek, w którym drzewo rośnie i sprawić, by liście były zdrowe.

Nie da się w pełni zrozumieć tego, co się dziś dzieje w Stanach Zjednoczonych, a co za tym idzie i na świecie, bez znajomości historii, bo tak to już jest, że wszystko jest systemem naczyń połączonych.
Jest jeszcze jeden powód dla którego warto historię poznawać i jest on znaczący dla wszystkich książkoholików, ale wspomnę o nim później.
 

Pionierzy. Ludzie, którzy zbudowali Amerykę - David McCullough


W zeszłym roku zaczytywałam się w publikacji „W poszukiwaniu granic Ameryki. Wyprawa Lewisa i Clarka” Stephena E. Ambros'a wydanej przez Wydawnictwo Poznańskie, którą nadal polecam, a parę dni temu skończyłam „Pionierów. Ludzi, którzy zbudowali Amerykę” Davida McCullough'a - dwukrotnego laureata Nagrody Pulitzera.
Swoją drogą Autor wspomina w „Pionierach...” Wyprawę Lewisa i Clarka.

„Pionierzy. Ludzie, którzy zbudowali Amerykę” dzielą się na trzy części, obejmujące lata 1787-1863.
3 grudnia 1787 roku pierwsi osadnicy wyruszyli „Do Ohio” trasą liczącą 1130 km, przechodzącą częściowo przez góry zachodniej Pensylwanii, pragnąc stworzyć pośrodku głuszy „nową Nową Anglię”. Powstało tam miasto Marietta.
Ta opowieść ma kilku bohaterów, ponieważ McCullough pisze o po prostu o ludziach, koncentrując się na ich poszczególnych historiach, które razem dają czytelnikowi pogląd na to, jak wyglądał sam proces osiedlania się, jakie nastroje społeczno-polityczne im towarzyszyły i co faktycznie eksploracja odległych terenów dała i czym była okupiona.
Nie zapomina zarówno o Indianach, i wydaje mi się, że zrobił to w dość obiektywny sposób, nie pominął żadnej ze stron tego medalu, jak i akcentuje podjętą wtedy próbę zniesienia niewolnictwa.

Głównym bohaterem, jak mogę tak tę postać nazwać, jest pastor Mannaseh Cutler, niejako inicjator wyprawy, człowiek zaangażowany w wojnę o niepodległości Stanów Zjednoczonych, zdecydowany zwolennik zniesienia niewolnictwa, któremu przypisuje się autorstwo stosownego zapisu w Rozporządzeniu Północno-Zachodnim, do którego uchwalenia przekonał Kongres praktycznie sam. Jego losy są jakby osią opisywanych wydarzeń. Ten człowiek, choć zapominany na lata, powraca do życia dzięki Davidowi McCollough'owi i bardzo ciekawi. Samych postaci jest znaczenie więcej, jak choćby Generał Rufus Putnam - przywódca ekspedycji, czy syn wielebnego Cutlera - sędzia Ephraim.

Autor opisuje wydarzenia historyczne, które ukształtowały Stany Zjednoczone. Znajdziemy tu zarówno opisy krwawych walk, codzienność osadników, którym zdarzały się okresy prawdziwego głodu, przez piękno zasiedlanych terenów. Książka obfituje w odniesienia, cytaty z oryginalnych pamiętników kolonizatorów. Zebrany materiał źródłowy jest ogromny. Każdego z opisywanych „ludzi, którzy zbudowali Amerykę” można dość dobrze poznać. Karczujemy z nimi lasy, przewozimy prowiant, przeprawiamy się z przez górskie tereny, czy przyrządzamy posiłki. Mi osobiście odniesienia do ówczesnej polityki bardzo pasowały, ponieważ daje to ogląd na to, jak to wygląda dziś.
Można się też trochę rozczarować kiedy się zauważy, że nic - jako ludzie - się nie zmieniliśmy. Nadal żyjemy podobnie, choć mniej chorób nas dziesiątkuje, a masło, które z takim namaszczeniem wyrabiały osadniczki można kupić, nie trzeba robić swojego, no chyba że ktoś ma ochotę. Dostęp do wiedzy, czy szkolnictwa wyższego mamy dziś zdecydowanie łatwiejszy, a jakoś tego nie doceniamy.

David McCullough jest niezwykle wręcz drobiazgowy, przyjęta przez niego forma wypowiedzi nie jest tak porywająca jak Stephena E. Ambros'a, o którym wspomniałam na początku, ale mimo to książkę czyta się lekko jak na taką szczegółowość.

Wspomnę o jakości wydania, bo nie sposób tego nie docenić. Twarda oprawa - nawiązująca estetycznie do dwóch wcześniejszych publikacji („Mayflower. Opowieść o początkach Ameryki” Nathaniela Philbricka i „Nierozłączni. Słynni syjamscy bracia i ich spotkanie z amerykańską historią”  Yunte'a Huanga), wyklejka z mapą, wiele zdjęć, rycin czy reprodukcji akwareli z tamtych czasów naprawdę umila proces czytania.

Nie jestem znawczynią historii Ameryki, ani jakąś szczególną jej entuzjastką, a mimo to fajnie było uporządkować sobie w głowie odniesienia, które spotykałam w różnych, wcześniej czytanych, przeze mnie książkach.
Fajnie było wiele rzeczy lepiej zrozumieć, skąd się w danej książce wzięły i dlaczego.
I nie mam tu tylko na myśli cyklu o Alvinie Stwórcy Orsona Scotta Carda, o którym wspominałam w mediach społecznościowych w trakcie lektury. Cykl ten jest alternatywną historią Stanów Zjednoczonych i świata, mocno osadzoną w magii i współistnienia z pięknem przyrody, w wizji człowieka, który tworzy, a nie niszczy, jednocześnie równie mocno opartą na historycznych wydarzaniach i prawdziwych postaciach.

Kiedy choć w niewielkim stopniu zna się historię to, wiele motywów w popkulturze od razu się rozpoznaje i rozumie po co są - co wnoszą w treść utworów literackich, muzycznych czy też do kinematografii, choćby to było jedynie nazwisko.
Czytanie ze zrozumieniem tego, co chciał przekazać Autor wiąże się również z umiejętnością odnajdywania pozostawionych przez niego nawiązań.

„Jeśli można by wyrugować z naszego kraju wszelką ignorancję, wówczas nastaloby prawdziwe millenium”.
*Ephraim Cutler

Czytajcie książki historyczne, zawsze warto wiedzieć.




Data wydania: 1 lipca 2020
Liczba stron: 342
Tłumaczenie: Mariusz Gądek
Co w tym wszystkim złego,  skoro nic? Dużo o niczym. Mało o wszystkim.

Co w tym wszystkim złego, skoro nic? Dużo o niczym. Mało o wszystkim.

Co w tym wszystkim złego,  skoro nic? Dużo o niczym. Mało o wszystkim.
Leżę w sypialni na magicznym łóżku „niespodziewanych zaśnięć”, a wpadające przez okno słońce maluje cienie na mojej leśnej tapecie. Zaczął się sezon żużlowy, a więc zyskałam więcej czasu na czytanie. Do magicznego łoża wzięłam ze sobą czytnik, a na nim m. in. „Stowarzyszenie Umarłych Poetów”



Autorkę rzeczonego tekstu o „białych szmatach” denerwowały ładne zdjęcia, może sama takich robić nie umie, nie wiem.

Co jest złego w ładnym zdjęciu książki?


Mnie denerwują brzydkie zdjęcia i teksty: tę książkę mogę postawić obok... (tu wpisać nazwisko dowolnego klasyka). U siebie, na półce to ja mogę swój pamiętnik obok „Wojny i pokoju” postawić i co komu do tego? Znakiem tego jest to literatura wysoka?
Denerwują mnie, ale nic z tym nie zrobię. Dla wydawnictwa im więcej zdjęć, tym lepiej, a odsetek czytających to, co pod obrazkiem jest naprawdę niewielki.

Na instagramie - „bookstagramie” jest naprawdę zatrzęsienie fajnych osób, które czytają i piszą bo lubią, a przy okazji rozwijają się jako twórcy i co jest w tym takiego złego?
Tylko zwykle nie biorą udziału w dziwnych akcjach z udostępnianiem żali i boleści, a przez to trudniej ich odkryć.

Gdyby nie bookstagram to nie przeczytałabym wielu książek, nie obejrzała wielu filmów i seriali, gdyby nie bookstagram to nie poznałabym wielu wartościowych osób, z którymi wymieniam korespondencję nawet kiedy nic nie publikuję.

Ja nie obserwuję takich osób - czytam kiedy próbuję się tłumaczyć, dlaczego coraz mniej się odzywam. Obserwujesz, ale nie widzisz. Niekonsekwencja to nasze drugie imię, moje też. Wiele razy chciałam swoje media usunąć, ale trwam. Dosięgnie mnie chyba tylko czas. Może też liczę na tę sławę, nie wiem. Siebie też nie zrozumiałam, a próbuję zrozumieć wszystkich i wszystko. Stale. W internecie też.

Często się tym przesycę i muszę odpocząć, tylko po każdym takim odpoczynku trudniej mi się na łono „internetów” wraca. Choć nadal rachunek zysków i strat przemawia na korzyść tej około książkowej społeczności.



Mężczyzna, który złamał mi serce - Mężczyna imieniem Ove - Fredrik Backman

Mężczyzna, który złamał mi serce - Mężczyna imieniem Ove - Fredrik Backman


Mężczyzn, który złamał mi serce - Mężczyna imieniem Ove - Fredrik Backman
 

Mężczyna imieniem Ove - Fredrik Backman

 
Ove ma 59 lat i jest stetryczałym „starym” dziadem. Wszystko mu przeszkadza, bo wszystko nie jest tak jak być powinno. Jest sarkastyczny, gderliwy, upierdliwy. Uprzykrza życie wszystkim wokół. Codziennie robi obchód osiedla (później robi to razem z kotem), bo towarzystwo sąsiedzkie się rozpasało i jeszcze samochodem między domy wjedzie, a przecież tego robić nie wolno!
Ove dla każdego ma oryginalny zestaw epitetów, Ove każdego opisze jako zlepek wad. Ove świata nie lubi i świat Ovego nie lubi.

Ove złamał mi serce. Dwa razy. I pewnie złamie jeszcze nie raz.
Kilka lat temu oglądałam film na podstawie książki Fredrika Backmana. Śmiałam się ze zrzędliwego, upartego dziada, który próbował ze sobą skończyć, a wszechświat nie był na to gotowy. I nad Ovem zapłakałam, bo to nie do końca tak, że on nikogo nie lubił. Jedyną wadą tego starego marudy było to, że miał zbyt wielkie serce.

Książki szukałam bezowocnie. Nakład się chyba skończył, a każdy kto posiada jeszcze egzemplarz, albo nie chce się z nim rozstać, albo chce na nim zarobić - oj Ove nie byłby zadowolony, że ktoś na nim zarabia.

Niedawno zadziała się prawdziwa magia, bo koleżanka z „bookstagrama” postanowiła, że mi książkę Backmana pożyczy i książka przyjechała do mnie wiele kilometrów. I Ove wszedł znowu do mojego życia ze swoim utyskiwaniem na wszystko i wszystkich.

Śmiałam się z opisów sąsiadów w głos. Ale kiedy zaczął wspominać zmarłą żonę ten mój „rechot” trochę ucichł. Bo wiecie, Ove lekko w życiu nie miał. Był tak uczciwy jak nam może się tylko marzyć, raczej nikt tak uczciwy nie istnieje. Nie miał też tych naszych „wielkich marzeń”, które musiałby realizować. Chciał jedynie spokojnie żyć, a że nie było mu dane, to zakuł się w pancerz.

W wielu, krótkich rozdziałach, pomiędzy obecnym życiem Ovego, migają nam wspomnienia. Składamy sobie jego życie jak potłuczoną porcelanę, kaleczymy się przy tym boleśnie.
Backman pisze bez żadnych ozdobników, nie boi się braku synonimów w tekście i uparcie powtarza imię Ovego, nie wymyśla określeń, które miałby go opisać. Ten jego bohater wchodzi pod paznokieć poprzez wydarzenia i czyny. Im byłam bliżej końca książki, tym mocniej strony traciły ostrość.
Nawet teraz, kiedy wspomnę sobie tego fikcyjnego przecież człowieka czuję, że się znowu rozpłaczę.
Narracja jest głównie w czasie teraźniejszym, a kreacja językowa bardzo mi pasuje do opowieści prostego człowieka, którym bez wątpienia Ove jest.
Co mam na myśli pisząc „prosty”? Nie skończył szkoły, nie miał sztucznie wyolbrzymionych oczekiwań, na temat tego, co chce w życiu robić. Nie gromadził bogactw, nie chciał mieć stale więcej wszystkiego. Żył, jak przeczytamy, w monochromatycznym świecie, dopóki... nie spotkał żony.

I ta relacja jest tak prawdziwa, jego wspomnienia tak żywe, że aż bolą. Każdy człowiek chce kochać i być kochanym. Od wieków piszemy różne „poematy” na ten temat. Lubimy uwznioślać to uczucie, bo jest tak naprawdę dla nas najważniejsze. Stale tworzymy nowe definicje miłości, komplikujemy, a tymczasem Fredrik Backman pisze tak:

„Kochać kogoś, to jak wprowadzić się do nowego domu - mawiała Sonja. - Na początku człowiek zachwyca się tym, co nowe, każdego ranka się dziwi, że to należy do niego, jakby się bał, że w każdej chwili ktoś może wpaść przez drzwi i powiedzieć, że zaszła pomyłka, że wcale nam nie przysługuje takie piękne mieszkanie. Ale z biegiem lat fasada niszczeje, tu i ówdzie drewno pęka i już kocha się ten dom nie za to, jaki jest doskonały, tylko raczej dlatego, że nie jest. Człowiek uczy się jego wszystkich kątów i zakamarków. Jak otwierać drzwi, żeby klucz nie blokował się w zamku, kiedy jest zimno na dworze. Które deski w podłodze się uginają, kiedy się po nich stąpa, i jak otwierać drzwi  szafy, żeby nie skrzypiały. To właśnie to, te wszystkie małe tajemnice sprawiają, że to naprawdę jest twój dom".

Żadnej melodramatyczności, patetyczności. Piękna metafora najpiękniejszego z uczuć.

Nie wiem jaki problem z książkami Fredrika Backmana mają polscy wydawcy... Wydają Jego książki, ale wcale ich nie promują. A jak my (czytelnicy) mamy Go poznać jak prawie nikt o nim nie mówi?

To druga z książek Fredrika Backmana, którą przeczytałam i druga, nad którą się odwadniałam, choć tym razem dużo bardziej niż przy „Miastu niedźwiedzia", o którym wspominałam o TUTAJ.

Co się stało z Ovem, co z jego twardym jak skała pancerzem, co z jadem, który wydostawał się na świat, jak tylko otwierał usta? Sprawdźcie jak się Wam uda znaleźć książkę (choć graniczy to z cudem), albo chociaż obejrzyjcie film, który dostępny jest na HBO GO (otrzymał dwie nominacje do Oscara).

Nie wierzę, że istnieje człowiek, którego historia starej zrzędy nie dotknie.

„Mężczyzna imieniem Ove”, którego jedyną wadą było zbyt wielkie serce.





Wydawnictwo: WAB
Data wydania: 7 maja 2014
Liczba stron: 326
Kategoria: literatura piękna (tak, obyczajowa ;))
„Nieskalany jak śnieg” - Ballada ptaków i węży - Suzanne Collins

„Nieskalany jak śnieg” - Ballada ptaków i węży - Suzanne Collins

„Nieskalany jak śnieg” - Ballada ptaków i węży - Suzanne Collins
Główną bohaterkę cyklu „Igrzyska śmierci”, Katniss Everdeen, poznaliśmy w przededniu 74 Igrzysk Głodowych, a w „Balladzie ptaków i węży” znajdziemy się dopiero w przededniu 10, a protagonistą jest... osiemnastoletni Coriolanus Snow.

Ród Snowów kiedyś był znamienity - obecnie rodzina porusza się na niebezpiecznej granicy biedy, Corio wie czym jest głód. Mieszka z Panibabką i kuzynką Tigris (tak, tak to znana nam już osoba) i ma pełnić rolę mentora w zbliżających się Igrzyskach. W tym czasie w Panem rywalizacja odbywa się również pomiędzy mentorami, choć nie tak krwawa jak w przypadku trybutów.
Głodowe Igrzyska, które znamy z trylogii nie mają jeszcze sprecyzowanej formy, są na bieżąco poddawane „ulepszeniom”. Coriolanus jest ostatnim mentorem, ostatniego dystryktu - Dwunastki. To dla niego prawdziwa szansa by zaistnieć i spełnić pokładane w nim nadzieje. Chorobliwa ambicja napędzana rodzinnymi oczekiwaniami nie pozwala mu w niczym odpuścić. Losy przyszłego prezydenta Panem bardzo mocno zwiążą się z trybutką z Dwunastki - rozśpiewaną Lucy Gray Baird.

Ballada ptaków i węży - Suzanne Collins


„Ballada ptaków i węży” jest napisana w czasie przeszłym, opowieść snuje trzecioosobowy narrator, który nie tylko wie co było, ale i posiada wiedzę na temat tego, co dopiero będzie, a czuć to w wielu odniesieniach do fabuły „Igrzysk śmierci”. Tym razem, choć Corio jest niewiele starszy od Katniss, narracja jest dojrzalsza stąd zapewne wybór takiej, a nie innej formy opowieści. Treść jest przesycona pieśniami, balladami, niektóre z nich już znamy, choć w trochę innej formie, akcję dzieli przecież wiele lat.

Odniesień do samej mitologii według mnie jest dużo więcej, choćby w imionach postaci np. Arachne, Persephone (nie mogę wyzbyć się skojarzenia losów Arachne - z karą za pychę). Może jestem zbyt dociekliwa, kto wie?, znajduję i inne odniesienia. Ojciec Corolaniusa miał na imię Crassus - Marek Licyniusz Krassus - członek
I triumwiratu (Crassus, Cezar, Pompejusz), którego śmierć doprowadziła do wojny domowej. Mentorką chłopca z dwunastki jest dziewczyna imieniem Lysistrata tak jak tytuł komedii Arystofanesa. Trybutka Dwunastki nazywa się Lucy Gray Baird. „Lucy Gray” to wiersz Williama Wordswortha, o którym Collins wspomina. Samo „Baird” kojarzy mi się nie tylko z bardem, ale i z polskim kompozytorem - Tadeuszem Bairdem, autorem m. in. „Czterech sonetów miłosnych do słów Williama Szekspira” - historii Romea i Julii, ale to już moje bardzo luźne skojarzenia. W „Igrzyskach śmierci” też były (i w imionach również), jednak tutaj jest ich zdecydowanie więcej.

Poznajemy nie tylko inne oblicze przyszłego Prezydenta Snowa, widzimy kształtujący się obraz Głodowych Igrzysk z innej perspektywy. Zdaje się nam, że ktoś wpuścił nas za kulisy tej machiny śmierci.

Snow w trylogii był widziany oczami Katniss, a jak podobno nam wiadomo (często o tym zapominamy), punkt widzenia ma znaczenie.
Przez całą powieść przejawiają się znane nam już nazwiska, choć imiona zgoła inne. Wszystkie pytania jakie nasuwały mi się podczas czytania trylogii doczekały się w „Balladzie ptaków i węży” odpowiedzi. Jednak sama zawarta w nich historia spowodowała następne...

Collins zbudowała ciekawą fabułę, w której nie ma dynamiki akcji, jaką serwowały „Igrzyska...”, ale nadal książkę czyta się z zaciekawieniem, ponadto przedstawiła obraz ludzkości pompującej pieniądze w przemysł, pomijającej jednostkę.  Liczą się ci stojący najwyżej na drabinie majętności i liczy się... Ministerstwo Wojny, choć podobno panuje pokój.

Jak utrzymać bezkonfliktową sytuację w świecie wyzysku, gdzie podstawowe potrzeby człowieka nie są zaspokajane?

A co z morderstwem? Czy motyw sprawia, że zbrodnia może być uzasadniona?

Bardzo podobało mi się jak prequel koresponduje z treścią trylogii. Jak się uzupełniają, tworząc pełen obraz. Wielokrotnie uśmiechałam się pod nosem znajdując takie smaczki jak np. „strzałka wodna”, czy czytając dialog między Lucy Gray, a Coriolanusem:

„- Sam wiesz, co ludzie mówią. Przedstawienie trwa, dopóki kosogłos nie zaśpiewa.
- Kosogłos? Serio, moim zdaniem sama wymyślasz te wszystkie historie.
- Akurat tej nie. Kosogłos to prawdziwy ptak.
- I on śpiewa w twoim przedstawieniu?
- Nie w moim, skarbie. W twoim. A w każdym razie w przedstawieniu Kapitolu".

Wiele symboli zawartych w historii Katniss znajduje wyjaśnienie w „Balladzie...” i odwrotnie. Róża już nie ma tajemnic. A sam główny bohater jest bardzo dokładnie przedstawiony. Z każdą stroną powieści widzimy kto i co ma wpływ na to jak... się zmienia, jak kształtuje się jego osobowość, niesamowita psychologia postaci. Poznacie również genezę „Drzewa wisielców” i zrozumiecie skąd u Snowa późniejsza obsesja na punkcie Katniss.

Suzanne Collins pyta o istotę zła.
Czy człowiek rodzi się już zły?
Czy otoczenie ma wpływ na to kim się stanie?
Co wpływa na podejmowane przez niego decyzje?
Czy rzeczywiście ma jakiś wybór?
Co tak naprawdę kształtuje człowieka?

Podczas czytania „Igrzysk śmierci” towarzyszyło mi poczucie przygody, krwawej, brutalnej, ale przygody. Z prequelem mam kompletnie inaczej, towarzyszyła mi jakaś melancholia, nostalgia. Według mnie ta powieść jest dużo bardziej refleksyjna.
Nie wiem czy nadal powinna być szeregowana jako młodzieżowa, ponieważ Suzanne Collins napisała powieść, która jest zdecydowanie czymś więcej niż historią rozrywkową dla młodego czytelnika. Pokuszę się o stwierdzenie, że nie odebrałabym tak dobrze „Igrzysk śmierci”, gdybym wcześniej czytała „Balladę ptaków i węży”, bo to kompletnie inna „liga”.
Nie wiem, również, czy zostanie doceniona przez grupę docelową, nastawioną na zwroty akcji i raczej proste relacje międzyludzkie. To naprawdę świetnie napisana powieść o człowieku.
Mam cichą nadzieję, że ekranizacja będzie równie udana.


„Nieskalany jak śnieg” - Ballada ptaków i węży - Suzanne Collins
Wydawnictwo: Media Rodzina
Data wydania: 17 czerwca 2020
Liczba stron: 544

Kategoria: literatura młodzieżowa
Tłumaczenie: Małgorzata Hesko-Kołodzińska i Piotr Budkiewicz
Czego to sobie nie kupisz? - Kwestia ceny - Zygmunt Miłoszewski

Czego to sobie nie kupisz? - Kwestia ceny - Zygmunt Miłoszewski

Zacznę od wyznań: lubię Indianę Jonesa, lubię przygody, odkrywanie zapomnianych miejsc, gmeranie w przeszłości. Nie przeszkadzają mi wtedy iście sensacyjne pościgi, postaci którym brakuje jedynie peleryny by mogły stać się superbohaterami. Przełknę każdy absurd.

To najlepsza forma rozrywki - dla mnie rzecz jasna. Budzi się we mnie wtedy odkrywca, którego chyba każdy z nas w sobie nosi. Po obejrzeniu takiej produkcji lub przeczytaniu przygodowej książki siedzę z nosem w ekranie komputera i sprawdzam co w danej historii było prawdziwe.

Czego to sobie nie kupisz? - Kwestia ceny - Zygmunt Miłoszewski

 Kwestia ceny - Zygmunt Miłoszewski

„Kwestia ceny” to kontynuacja losów Zofii Lorentz, historyczki sztuki, którą mogliśmy poznać w „Bezcennym”. Trochę tej kontynuacji się obawiałam, „Bezcennego” czytałam dość dawno i nie wiedziałam czy mój „twardy dysk” powiąże obie części. Okazało się, że niepotrzebnie, bo choć Zofia ta sama (i jeszcze kilka znanych postaci), to książka kompletnie inna, a niezbędne z pierwszej części informacje Miłoszewski zawarł w nowej powieści i zrobił to w subtelny sposób.

Czego to sobie nie kupisz? - Kwestia ceny - Zygmunt Miłoszewski

Pierwsze rozdziały to swojego rodzaju prolog. Autor wprowadza postaci i ich historie, podwaliny pod przygody Zofii Lorentz, która jest tak naprawdę królową tego spektaklu. Przyćmiewa wszystkich pozostałych bohaterów tej historii. Jednak wydaje mi się, że nie dlatego, że są oni za słabo scharakteryzowani. Lorentz jest po prostu prawdziwą gwiazdą, postacią tak charakterystyczną, że każda inna wypada przy niej blado. Gdyby istniała w rzeczywistym świecie to nawet na zebraniu stojąc i milcząc byłaby jedyną osobą w pomieszczeniu.
Mąż Zołzy traci pamięć, w dość nietypowy sposób i małżeństwo się od siebie oddala, a do tego Zofia traci pracę. Nie ma wyjścia i decyduje się na propozycję Bogdana Smugi, który poszukuje swojego stryja, a konkretnie jego śladów na dalekiej Syberii. Ten tajemniczy stryj miał dokonać znaczących odkryć dla etnografii i antropologii.
Powoli wszystkie zdarzenia i postaci z wprowadzenia zaczynają nabierać kształtu i zaczynamy układankę, puzzle zaczynają pasować.
Dzieje się wiele, dzieje się szybko. Są przygody, odkrycia i morze, no dobra ocean, żartów sytuacyjnych. Poczucie humoru Zygmunta Miłoszewskiego bardzo mi odpowiada. Śmiałam się praktycznie co chwilę, a scena z niedźwiedziem, Zofią i polskim hymnem rozbawiła mnie do łez.

Przygody Zofii nie istnieją w próżni. Tło społeczno-obyczajowe jest świetne, każdy się w nim odnajdzie, bo to odniesienia do obecnej sytuacji w Polsce i na świecie, odniesienia do filmów, seriali, książek i ich autorów, nawet do absurdalnej akcji z pewnym, jak się niektórym oficjelom wydaje, dwuznacznym obrazem. Często pojawia się Pan Zandberg i choć może trochę zbyt często, to jednak za każdym razem mnie to... bawiło. Nic na to nie poradzę.

Oczywiście nie samymi poszukiwaniami tajemniczego stryja i żartem stoi „Kwestia ceny”. To trafne podsumowanie dążenia do ciągłego wzbogacania się, bez obawy o koszta, bo wszystko, powtarzam wszystko - jest: kwestią ceny.
Autor porusza wiele problemów współczesnego świata. Kiedy przestaniemy się śmiać z przygód Zofii i jej przemyśleń, to zobaczymy jak wiele warstw ma ta powieść. Można odczytać je jako gorycz, równoważącą zabawne sytuacje.
Jestem pod niemałym wrażeniem jak wiele wątków Miłoszewski połączył, jak wiele opowiedział, nie męcząc, a bawiąc.

W notce „Od Autora” skonfrontowałam swoje odczucia odnośnie materiałów źródłowych, ponieważ stale miałam wrażenie, że musieliśmy czytać te same książki i nie dość, że moje przeczucia się potwierdziły to znalazłam kolejne intrygujące mnie tytuły. Nie musiałam, więc studiować stron internetowych. Ci, którzy - jak widziałam parokrotnie na różnych portalach - łamią sobie głowę nad tytułami niektórych powieści Zygmunta Miłoszewskiego, również odnajdą w tej notce odpowiedź.

Mogłabym ponarzekać, że coś tam przewidziałam, bo tak było, że nie do końca zgadzam się z wizją dotyczącą naszej, jako gatunku, przyszłości. Mogłabym, chyba trochę to zrobiłam?, ale i tak przeżyłam fajną, pełną śmiechu przygodę!

Czego to sobie nie kupisz? - Kwestia ceny - Zygmunt Miłoszewski



Wydawnictwo: WAB
Data wydania: 17 czerwca 2020
Liczba stron: 528
Kategoria: powieść przygodowa


 
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...