Wrażliwość zapisana w tonach - Ballada o lutniku - Wiktor Paskow

Wrażliwość zapisana w tonach - Ballada o lutniku - Wiktor Paskow

Długo, jak na mnie, nie pisałam. Jestem niewolnicą przyzwyczajeń, w tym wszelakich udogodnień, więc kiedy mój komputer odmówił współpracy i trafił do „sanatorium”, by przejść kilka transplantacji i kuracji, to nie mogłam się przemóc by skorzystać z drugiego.
Jakoś też nie mogę się przekonać do pewnej bezosobowej formy opowieści o książce i skupianiu się jedynie na niej, często traktuję to jako formę jakiejś pracy i od zwyczajnego hobby wymagam choćby niewielkiej formy profesjonalizmu. Co skutkuje tym, że trudniej mi się zabrać do napisania czegoś, co nie będzie brzmiało jak wynurzenia dyletanta, a że trudno mi się moją niekompetencję ukrywa, to równie trudno mi się do niej zmusić. 

 
W każdym tekście jestem ja, moja wrażliwość, moja skłonność do, być może, nadinterpretacji (ale kto mi jej zabroni :)) i moje przemyślenia wynikające z doświadczenia, tego czytelniczego również. Stąd, jak widzicie w nagłówku, zmieniła się nazwa mojego miejsca w sieci, choć domena (na razie) została taka sama. Dlatego czas się pogodzić z tym, że nie będzie się własnym wyobrażeniem i zaakceptować to... kim się jest :).


Po tym przydługim wstępie, który miał być formą wytłumaczenia ciszy w eterze, a jak zwykle stał się dygresją, która tłumaczy mnie jedynie przed samą sobą, zapraszam Was do stalinowskiej Bułgarii pisanej wrażliwością Wiktora Paskowa.

„Balladę o lutniku” przeczytałam prawie dwa tygodnie temu, a nadal o tej historii myślę. Nie wiem czy te rzeczone myśli uda mi się na tyle zebrać i powiązać w sensowne zdania, by przybliżyć Wam choć trochę tę przejmującą opowieść. Tak, to jest przejmująca książka.

Ballada o lutniku - Wiktor Paskow

Ballada o lutniku - Wiktor Paskow

Chłopiec imieniem Wiktor jest narratorem powieści Wiktora Paskowa i ta zbieżność imion nie jest przypadkowa (o czym dowiecie się z bardzo dobrego posłowia tłumaczki - profesorki nauk humanistycznych Marioli Mikołajczak), który to przedstawia swoje dzieciństwo i wspaniałą relację zawiązaną z mistrzem lutnictwa Georgiem Henigiem (tutaj również imię i nazwisko nie pozostają bez znaczenia).

Akcja powieści osadzona jest w stalinowskiej Bułgarii, a mistrz Georg jest z pochodzenia Czechem.
To z perspektywy Wiktora widzimy codzienność jego rodziny. Różne oblicza pojmowania biedy akcentują się już w tej najmniejszej komórce społeczeństwa, prowadząc do drobnych konfliktów między rodzicami chłopca. Drobnych, ponieważ starcia matki i ojca, choć są częste, to wynikają jedynie z prób dopasowania się do ogółu za pomocą posiadanych zasobów finansowych i zawsze kończą się zgodą. Da się również - w tych „kłótniach”, wyczuć prawdziwą miłość.

Wiktor poznaje Georga Heniga kiedy ten robi dla niego skrzypce, bo chłopiec ma się stać ich wirtuozem. Ich ścieżki się rozchodzą by znowu się zejść, a relacja się zacieśnia.

Nie bez powodu wspomniałam o pochodzeniu mistrza Georga, ma to znaczenie w sposobie mówienia tej postaci, jej charakterystycznym języku, będącym zlepkiem słów czeskich i bułgarskich, co po polsku daje wrażenie rwanej wypowiedzi, do tego niezwykle prostej, pozbawionej właściwej językowo odmiany.
Kiedy dołoży się do tego opis biednego staruszka, który nigdy nie narzeka, to powoduje to narastanie znanej wszystkim guli w gardle. W tych prostych wypowiedziach jest tak wiele prawdy o człowieku i o tym co ważne, ale i takiego zwykłego ciepła, że naprawdę trudno byłoby mi nie umieć sobie tego człowieka wyobrazić. 

„Innym razem dziadek siedział zamyślony z drewnem w ręce, patrzył na nie długo, poruszał wargami, rzucał spojrzenia w moim kierunku i na koniec odważył się:
- Wiktor, uczy ciebie robić skrzypce?
- Czy to bardzo trudne?
- Bardzo trudne. Całe życie stary Henig skrzypce robił i nie zrobił najlepsza. Ciągle myśli jak, myśli, myśli... Chce dla Boga skrzypce zrobić.
- Ósemka była wspaniała! Tato mówił, że jesteś największym mistrzem.
- Dobry ósemka... - Zamyślił się. - Skrzypce dla... król.
- Ile lat muszę się uczyć?
- Dużo. - Zasmucił się. - Żal, nie ma czas nauczyć ciebie. Bardzo żal mnie. Stary Henig niedługo odchodzi".

Chłopiec może przyglądać się procesowi tworzenia skrzypiec doskonałych, skrzypiec dla Boga, których stworzenie jest celem Georga Heniga.
Poznaje kunszt mistrza i niechcący uczy się tego co w życiu najważniejsze.
I tylko tak można tę historię czytać. Można. Ale można i dogłębniej, bo jest pełna symboli (jak choćby historia sąsiadów, którzy szczują psa na starszego pana), odniesień do ówczesnych wydarzeń, sytuacji politycznej i społecznej, więc można ją rozwarstwiać i czytać wiele razy, by odkrywać stale coś nowego.

W tej opowieści, jak pewnie nietrudno się domyślić, obecna jest muzyka jak i wrażliwość na dźwięk. Autor był, między innymi, kompozytorem, wokalistą jazzowym, śpiewakiem operowym i muzykologiem, więc swój wyczulony słuch i muzyczną wrażliwość przełożył na język tej powieści. To nie jest jednak fraza przepoetyzowana, ani przesentymentalizowana. Jest bardzo prosta, jednak niezwykle dźwięczna. A jej brzmienie trafia tam, gdzie powinno.

Wzruszam się kiedy czytam, ale rzadko na historiach ludzi i to dorosłych, a pan Georg Henig i jego los mnie wzruszył, i to bardzo.
Przerażało mnie to jak, niezależnie od czasów, w których żyjemy (zachowujemy się tak samo i dziś, gdy nie musimy walczyć o przetrwanie), skupiamy się na nic nieznaczących rzeczach.
Uczniowie lutnika skupiają się na narzędziach, które są istotne jedynie w rękach odpowiedniego człowieka, ponieważ to nie one tworzą mistrza, kompletnie nie rozpamiętując tego, czego ich nauczył.
Tak jak my dzisiaj prześcigamy się w zakupach gadżetów mających
zrobić z nas lepszych specjalistów, zapominając w tym wszystkim o najzwyklejszym czynniku... ludzkim.
Pokazujemy wszystkim wokół co mamy, jednocześnie twierdząc, że wciąż mamy za mało i że nas na coś nie stać, nie dostrzegając tego, że zwykle nie mamy pojęcia czym tak naprawdę prawdziwa bieda jest.

„Ballada o lutniku” to powieść wielowymiarowa, uniwersalna, do tego niezwykle ładnie, z wielką wrażliwością i czułością, napisana. Podobno dobrze skonstruowana postać to taka, która obchodzi czytelnika, a jej los nie jest mu obojętny. Wtedy jest on zdolny wyobrazić sobie wszystko, co jej się przydarza i współodczuwać. Taki, według mnie, jest Georg Henig.

Czytajcie Paskowa w doskonałym tłumaczeniu pani Marioli Mikołajczak!
W czasach wszechobecnego zobojętnienia trudno kształtować w sobie wrażliwość, a tu jej lekcję macie podaną na tacy.

Data wydania: 30 września 2020
Liczba stron: 215
literatura piękna
Tłumaczenie: Mariola Mikołajczak




Las, pole, dwa sobole - Joanna Stoga

Las, pole, dwa sobole - Joanna Stoga

Niech Was nie zwiedzie kawa stojąca na zdjęciu, niech Was nie zwiedzie niewielki format i skromna objętość debiutanckiej książki Joanny Stogi „Las, pole, dwa sobole”, będącej zbiorem krótkich form literackich. Niech Was nie zwiedzie, jak zwiodło mnie.
Kawa wystygła, a ja się zastanawiałam nad zdaniami, które przeczytałam. Nad tym jak są nastrojowe, liryczne wręcz, będąc jednocześnie oszczędnym zapisem migawek życia w szczególnych okolicznościach.

Las, pole, dwa sobole - Joanna Stoga Las, pole, dwa sobole - Joanna Stoga

„Las, pole, dwa sobole” to zbiór krótkich opowieści, które można czytać osobno, smakując zdania i poddając się rytmowi lub też przeczytać je jako spójną historię matki i córki, z których jedna umiera. Ta, która zostaje musi zmierzyć się z obowiązkami i zalewającym ją strumieniem wspomnień.

Joanna Stoga, jak podaje okładkowy opis, jest z zawodu i pasji fotografką, absolwentką Europejskiej Akademii Fotografii w Warszawie i czuć to w sposobie w jaki opisuje wyimki z codzienności. Skupia się na szczegółach, które gdyby nie kontekst nie byłby tak bardzo wymowne, tak bardzo przejmujące.

„Kontener przełyka wszystko bez wyjątku - sukienki w kwiaty, kremowy sweter, który ona tak lubiła, garsonki na ważniejsze okazje, czarny płaszcz na pogrzeb, a tych ostatnio było coraz więcej, i dres na działkę”.

Kiedy odchodzimy, ktoś kto zostaje w pierwszej kolejności musi zająć się sprawami pogrzebu, ciałem, które po nas zostało, jakbyśmy jako świadomość zostali wymazani wraz z ostatnim oddechem.
Wszyscy, którzy w tych sprawach porządkujących pomagają skupiają się na usprawnieniu procesu: wpisy, zapisy, literki, cyferki, a gdzie w tym ta nasza dusza? Wspomnienia?
Gdzie potwierdzenie tego kim byliśmy? Bo przecież byliśmy?

„Dla innych ciało to problem, którego trzeba się pozbyć. Spalić, zakopać, odsunąć od siebie na bezpieczną odległość. Nie będą nad nim debatować, zastanawiać się, w co je ubrać, jak uczesać włosy i czy dobrać odpowiednią biżuterię”.

Las czy pole z wiekiem albo postępującą chorobą stają się czymś innym. Zieleń, nadzieja i życie ustępują miejsca dla bólu i szarości, a bezgraniczne pola stają się ostatnimi i ograniczonymi prostokątami.
To opowieść o czasie, który jedynie wydaje się nam nieskończony.
O pamięci, która ożywa i nagle zaczyna zalewać tego, który wspomina.
Widzi wtedy momenty, które dopiero poprzez czyjąś śmierć nabierają głębokiego znaczenia i bolą, bo choć nas ukształtowały, to wtedy były niedocenioną chwilą.
To również opowieść o samotności, bo każdy jej doświadcza, a najbardziej wtedy kiedy darowany czas się kończy.

„Jestem kolekcjonerką samotności. Wyszukuję jej odmiany pośród napotkanych ludzi. Przyglądam się im, porównuję objawy, a potem staram się je przyszpilić, niczym motyla w gablotce, jedynym określeniem, które najlepiej odda ich charakter”.

Sposób w jaki Joanna Stoga pisze jest emocjonalno-niepokojący. Wszystkie opisywane przez nią zdarzenia znamy doskonale, może nie wszyscy z perspektywy pierwszoosobowej narracji, ale na pewno z pozycji obserwatora.
Będziemy odczuwać dyskomfort podczas czytania, bo to co widzimy i jak siebie samych w tym dostrzegamy jest prawdą. Człowiek wraz ze śmiercią nie odchodzi, ale łatwiej i prościej jest zamknąć ten wspomniany kontener i iść dalej.

Jak widzicie nie jest to łatwa i lekka opowieść do kawy, ale pozostawia w nas osad. Zderzamy się z czyjąś wrażliwością i konfrontujemy ją ze swoją, a i o to przecież w czytaniu chodzi.

Las, pole, dwa sobole - Joanna Stoga

 

Wydawnictwo: SEQOJA
Data wydania: 26 sierpnia 2020
Liczba stron: 96
Kategoria: literatura piękna
Co ostatnio przeczytałam i dlaczego uważam, że to dobre książki?

Co ostatnio przeczytałam i dlaczego uważam, że to dobre książki?

W związku z tym, że coraz mniej na moich półkach „darmowych książek”, a przecież czytam nadal, to postanowiłam, od czasu do czasu, wspomnieć o przeczytanych przeze mnie książkach, w formie jednego tekstu. Może ktoś znajdzie coś czego nie zna, a chciałby poznać. Pozazdrościłam trochę youtuberom, którzy w jednym filmie są w stanie zaprezentować kilka książek i nakreślić swoje przemyślenia.

Co ostatnio przeczytałam i dlaczego uważam, że to dobre książki?

 

Pokażę Wam kilka powieści, które przeczytałam na przestrzeni kilku miesięcy, niektóre już dość dawno, a nadal są w mojej pamięci i nie tylko jako wspomnienie uczucia, które mi podczas czytania towarzyszyło, ale jako zarys fabuły, treść.
 

Chris Womersley „Zła droga” 

przekład: Katarzyna Maciejczyk, wydawnictwo C&T Toruń, 2007, s. 216

Chris Womersley jest, podobno, jednym z najwybitniejszych pisarzy australijskich, a że za cel postawiłam sobie podróżowanie po świecie, a jedyną możliwość, na którą mnie stać, dają mi książki, to „Zła droga” trafiła do mnie ze „skupszopu”.
Bohaterów jest dwóch. Lee, młody chłopak, który wrósł już w kryminalny świat tak bardzo, że nie widzi innej... drogi. Pewnego ranka budzi się w hotelu z kulą w brzuchu i nie wie skąd się tam wziął. Ma ze sobą walizkę pieniędzy. W tym hotelu, choć to określenie w przypadku tego miejsca to nadużycie, poznaje Wilda, który jest lekarzem i może pomóc Lee, ale tego nie chce. Ich losy się wiążą. Każdy ma przeszłość i nieudaną teraźniejszość. Do tego ktoś szuka kasy, którą Lee ma ze sobą i mężczyźni ruszają w... drogę.
Z tej historii wylewa się klimat noir.
Ale nie jest to zwykły kryminał, dla mnie nie jest to w ogóle kryminał, choć nosi jego cechy. Według mnie
Womersley romansuje z prozą z trochę wyższej półki, noszącej znamiona literatury środka. To książka, która wykorzystuje schemat, szablon kryminału i opowiada o zapadaniu się w samotność. Kiedy wejdzie się tak daleko w świat, w którym dzieje się wiele, gdzie wszystko łatwo zdobyć kasą lub przemocą, czy też ich połączeniem, a nie ma zwykłej ludzkiej bliskości, prawdziwej głębokiej relacji. Kiedy życie dusi, kiedy wszystko się rozpada.
Język tego Autora jest zaskakujący. On żyje i zmienia się w zależności od sytuacji. Dopasowuje się jak kameleon, wtapia się w brud, smród i przestępczość. Mamy tu dialogi wyrwane żywcem z filmu drogi o dwóch przestępcach, których ktoś ściga, (cholernie!) ciekawe i często zabawne metafory (ironia, sarkazm), a nawet rozważania filozoficzne z półki życia-nieżycia.
Jak lubicie po prostu kryminały, w których problematyka jest dosyć oczywista to Womersleya zostawcie w spokoju. Tu trzeba dłubać w fabule i w zdaniach, które wyglądają często na wręcz prostackie, a są misterną kreacją językową, np. 

„Wild patrzył na jej szyję jak u kurczaka i pergaminowe policzki. Mogła mieć zarówno pięćdziesiąt, jak i sto lat. Była z tych, co to nie znajdując żadnego pożytku w młodości, od razu wskakują w wiek średni. Urodzona na kuchennym zlewie, nałogowa palaczka od piątego roku życia, prowadziła ten motel od zawsze”.

A tu cytat idealnie obrazujący jak pisze Chris Womersley i po co pisze w taki, a nie inny sposób:

„Jeśli to język definiuje świat, używali go w sposób niezgodny z przeznaczeniem: nie żeby rzecz opisać czy zdefiniować, tylko rozbić ją na jeszcze bardziej przypadkowe części. Informacja nie była przekazywana jasno, tylko rozpraszana szeptem w nieoczywistych miejscach, dogłębnie zakodowana, obciążona dwuznacznością. Świat zawsze podchodzono z boku”.

Jeżeli macie ochotę na coś, co opowiada znaną już Wam historię wykorzystując ją by opowiedzieć coś kompletnie innego, głębszego to jest to książka dla Was.

Joanna Bator „Piaskowa Góra”

wydawnictwo Znak, 2019, s. 396

Joanna Bator to pisarka, której unikałam. Nie bałam się jej książek, bo boję się chorób, bólu i śmierci, a nie literatury, ale czułam, że mogę się z nią nie zrozumieć. Nie chciałam tak wysoko zadzierać głowy. Nagrody zawsze mnie onieśmielały. W ramach pewnej akcji pomocowej, kupiłam „Piaskową Górę” i „Chmurdalię”, a potem jeszcze „Ciemno, prawie noc” i tak sobie stały, aż się odważyłam. I przepadłam? Tak, to określenie mi tutaj pasuje.
Joanna Bator pięknie opowiada, bawi się erudycyjnym gawędziarstwem prowadząc czytelnika przez losy rodziny Chmura, głównie: Jadzi i Dominiki, rysując obraz Wałbrzycha, ale i całej Polski na przestrzeni lat. Tu każdy opis działa jak maszyna do podróży w czasie, każda dygresja budzi w czytelniku jego własne wspomnienia, a każde słowo wbija się w niego i nabiera wiele znaczeń.
Śmiałam się podczas czytania, bo jakieś takie dziwne mam poczucie humoru, choć ta historia zabawna nie jest.
Joanny Bator nie czyta się w hałasie, ani w okresach gonitwy myśli.
Te zdania wymagają otwarcia na niekończący się strumień słów o wielości znaczeń. Język Joanny Bator jest wyśmienity i piękny, polski, który poddaje się jej wrażliwości i rośnie do miana pomnika.
Polecam jak macie czas i ochotę na coś bardzo dobrego, ale i wymagającego skupienia, tu wzrok po literach ślizgać się po prostu nie może.

Alexi Zentner „Dotyk”

przekład: Karol Chojnowski, wydawnictwo Wiatr od Morza, 2013, s. 208

I tu przechodzimy do książki, której szukałam rok. Została wydana w 2013 roku przez wydawnictwo Wiatr od Morza i prawie nigdzie już jej nie ma. Pojawiają się pojedyncze egzemplarze, z wywindowaną ceną. E-booki też nie są dostępne.
Czułam, gdzieś tam podskórnie, że to książka dla mnie i uparcie przeglądałam różne strony aż znalazłam „Dotyk” na allegro.
Nie był najtańszy, biorąc pod uwagę stan i rok wydania, ale kupiłam i...
Tak to jest książka dla mnie. Jest, nie była.
Mamy zimną, bardzo zimną Kanadę. Mróz taki, że pękają od niego termometry, padający śnieg przypomina deszcz diamentów, a gwiazdy na niebie są tak wyraźne, że zdają się być na wyciągnięcie ręki. Do tego las, ciemny i gęsty, pierwotny, a pośrodku osada Sawgamet, w czasach gorączki złota.
Książka ma charakter opowieści, gawędy roztaczanej przez Stephena, który przygotowując się do pogrzebu matki, wraca pamięcią do dzieciństwa. Jego opowieść jet pełna dygresji, linia fabularna nie biegnie w linii prostej, bo nikt tak nie opowiada. Niektóre z tych dygresji wydają się, w pierwszym odczuciu, zbędne, jednak, gdy spojrzy się na całość to one są jak przecinki. Ojciec Stephena był drwalem, i to drwalem w „starym stylu”, to czasy gorączki złota. Widzimy jak trudne było wtedy życie i jak ściśle wiązało się z przyrodą i jej cyklem. Nad rodziną narratora zdaje się wisieć fatum, śmierć, szaleństwo, demony.
Fabuła pełna jest nawiązań do mitologii Indian, a niektóre z jej aspektów przypominały mi opowieści z cyklu: Kroniki Pradawnego Mroku Michelle Paver (fascynujące jak wszystko jest ze sobą na świecie powiązane!). Widziałam różne dziwne komentarze odnośnie tej powieści, wydaje mi się, że wynikają one z błędnego założenia czytelników, że mają w rękach horror, a to horror, mimo paranormalnych wątków, nie jest. Kiedy zapuszczam się w opinie o niektórych książkach, w tym tej, to tracę wiarę w naszą zbiorową zdolność interpretacji.
W
„Dotyku” jest wiele elementów paranormalnych, które służą zobrazowaniu ludzkich wyobrażeń strachu przed tym, co kryje się w ciemności lub w oślepiającej bieli śniegu. Wszystko prowadzi do pochowania matki bohatera, a śmierć krąży wokół jego rodziny od lat. Czuć tę „ciężkość” atmosfery pogrzebowej.
Choć „Dotyk” w większej mierze opowiada o przeszłości, to jest zaskakująco aktualny.
Starą wiarę ochrzciliśmy mianem mitologii, w ten sposób
deprecjonując, żyjemy w czasach dominacji ludzkiej woli nad tym, co dzikie, a mimo to nadal potrafimy się przestraszyć chrzęstu łamanego patyka w lesie. Tytuł nie jest przypadkowy, dotyk ma w tej powieści wiele znaczeń, nie tylko tych oczywistych.

„Spędzili blisko sześć miesięcy w całkowitej ciemności, jedząc nieugotowaną fasolę i suchary oraz ucząc się, że nie można ufać głosom towarzyszy. Wkrótce normą stało się wśród nich kładzenie palców na twarzy rozmówcy, żeby przez dotyk odgadnąć jego zamiary i emocje”.

Alexi Zentner nie napisał powiastki o charakterze opakowania chipsów. To dość trudna i metaforyczna historia o człowieku i jego chęci bycia panem wszystkiego. Spodziewałam się, mimo zastosowania takiej techniki opowiadania, w jakiś sposób wyjątkowego języka. Przebolałam również moje ulubione „niemniej jednak”, w końcu to opowieść jednego człowieka, a każdy ma jakieś wyrażenia, które lubi powtarzać. Nie jest, dla mnie, arcydziełem, ale uważam ją za bardzo dobrą powieść.

Wiesław Myśliwski „Widnokrąg”

wydawnictwo Znak, 2018, s. 606

Niekwestionowany mistrz języka polskiego i mojego ulubionego stylu opowiadania - gawędy. Unikałam Jego książek z powodu moich błędnych wyobrażeń o sobie - dziwne, co nie? Zdawało mi się, że nie zrozumiem, podobnie jak w przypadku Joanny Bator, że to zbyt wielkie zdania, jak na moje proste oczy.
A tymczasem przez pięć wieczorów „słuchałam” pięknej opowieści o człowieku.
O niespokojnych czasach wojny, o brzydocie, która wsiąkła w krajobraz i ludzie do niej przywykli.
O zmianie sposobu postrzegania świata i samego siebie, o widnokręgu, który dla każdego człowieka jest inny, zmienia się wraz z liczbą przeżytych lat i nabieraniem doświadczenia.
Pan Wiesław Myśliwski patrzy na świat jak na nieustannie kwitnący ogród. W każdej odmianie szarości codzienności dostrzega coś pięknego. To detale tworzą całość. Piękna, ciepła opowieść o życiu, która z uwagi na kunszt języka wymaga specyficznej formy skupienia, ponieważ Pana Myśliwskiego czytamy tak, jakbyśmy słuchali starszego i bardzo mądrego człowieka, który opowiada nam o sobie, „Widnokrąg” obfituje w wątki autobiograficzne.
Polecam jeżeli lubicie poetykę języka, wyjątkowość spostrzegania szczegółów, i język polski w najlepszej jego odsłonie, ale tylko wtedy, gdy macie czas i jesteście gotowi poddać się czyjemuś strumieniowi świadomości.

„Sprawiedliwość jest zawsze w czyichś rękach, a prawo podlega nieustannie okolicznościom, takim, siakim i diabli wiedzą jakim. Choćby dlatego, że znaczenie słowa jest nietrwałe. Znaczenie każdej rzeczy jest nietrwałe, każdej sytuacji, każdej wzajemności. I także Bóg zmienia się z historią. Zmieniają go ci, którzy się do niego modlą. Zmieniają go według swoich próśb, cierpień, nieszczęść, nie mówiąc już o interesach, według których go najczęściej zmieniają. Zwłaszcza, że historia składa się z łez, krwi i głupich nadziei. Toczy się, jak ci czy tamci ją popchną. A prawdę mówiąc, zmierza wprost do piekła. Piekło czeka nas wszystkich, Władysławie. Nie Bóg, lecz piekło jest tajemnicą naszego losu. A jakieś głupie mędrki mędrkują i mędrkują, to o sprawiedliwości, to o prawdzie, o raju, zakłamując do cna samych siebie, a co gorzej, zakłamując i maluczkich, naiwnych, prostodusznych, czekających jak spragnieni deszczu na pustyni Bóg wie na co”.

Paolo Cognetti „Osiem gór”

przekład: Tomasz Kwiecień, wydawnictwo Sonia Draga, 2016, s. 258

Paolo Cognetti maluje góry. Słowami oddaje ich wygląd, charakter, pory roku, a nawet pory dnia. Główny bohater nauczył się miłości do nich od ojca, z którym miał dość pokręconą relację. W górach również poznał swojego najlepszego przyjaciela.
To opowieść z człowieka, który dorósł i patrzy na swoje życie z perspektywy czasu i dostrzega, że to, co było, jako młody człowiek, widział inaczej.
Dla mnie to również inne spojrzenie na samotność z wyboru, ponieważ Pietro to taki współczesny nomada. Lubi wędrować po górach, ale lubi mieć gdzie wracać. Niezwykle przyjemna książka. Czyta się ją jakby samemu spacerowało się po szlakach na masywie Monte Rosa, we Włoszech. Podczas takich wędrówek bywa bardzo refleksyjnie i tak też jest podczas czytania tej powieści.
To również opowieść o nieprzepracowanych traumach, o nieumiejętności dzielenia się tym, co się czuje nawet z najbliższymi.
Język jest ładny, wiele motywów charakteryzuje wieloznaczność, jakby chociaż sam tytuł, a skąd się wziął oczywiście dowiecie się z powieści.

Meir Shalev „Dwie niedźwiedzice”

przekład: Anna Halbersztat, wydawnictwo Marginesy, 2017, s. 378

Meir Shalev to prywatnie wujek Zeruyi Shalev, którą ja znam z książki „Ból” i którą polecam równie mocno.
„Dwie niedźwiedzice” ma (głównie) formę gawędy (to ci zaskoczenie). Ruta Tawori, nauczycielka Biblii Hebrajskiej w liceum opowiada historię swojej rodziny. Udziela wywiadu Wardzie Canetti, która pisze pracę o historii jiszuwów, moszawów barona Rothschilda, ma ona traktować o kwestiach genderowych.
Jej opowieść przybiera nieoczekiwany bieg i Ruta zdradza największą rodzinną tajemnicę, której wspomnienie nadal budzi we mnie odrazę, mimo że książkę czytałam, bodajże, dwa miesiące temu.
Tajemnica wije się wokół trzech samobójstw rolników z 1930 roku, z których (podobno) jedno nosi znamiona przestępstwa. Ruta jest kobietą naznaczoną traumą, i to taką, która powinna w każdym czytelniku budzić współczucie, ale Ruta jednocześnie jest tak okropnie irytująca, że współczuć jej nie sposób. Pławi się w samouwielbieniu, jest najdoskonalszą z istot. Jest oczywiście piękna, mądra i we wszystkim najlepsza. Skoncentrowanie na sobie, w jakiś sposób, umożliwia jej funkcjonowanie w przybranej pozie i w dobrze przytwierdzonej masce. To książka, której nie da się czytać z doskoku, trzeba się skupić i dać się ponieść temu, o czym Tawori
mówi, a nie jaką pozę w trakcie opowieści przyjmuje.
Opowiada o rodzinie, o rolach jakich nas nauczono, o życiu według przyjętego schematu, o oczekiwaniach rozmijających się z rzeczywistością.
Jest nauczycielką Biblii Hebrajskiej i pojawia się w jej monologu wiele odniesień do ewolucji języka, do zmiany znaczenia słów, do ewolucji postrzegania, w tym ludzi, głównie kobiet, poprzez pojęciowość.
Nie czyta się jej łatwo i przyjemnie, jednak to wartościowa książka i misternie skonstruowana historia rodzinna, i jak najbardziej prawdopodobna. Uwierzyłam w nią. To książka pełna symboli, wieloaspektowa, warta przeczytania.

Joanna Holmström „Wyspa dusz”

przekład: Justyna Czechowska, wydawnictwo Sonia Draga, 2018, s. 444

Jeżeli chodzi o „Wyspę dusz”, to zastanawiałam się długo czy o niej wspomnieć, bo choć mam dobre odczucia, to nie jest to tak dobra książka, jaką mogłaby być, gdyby Autorka nie poddała się pokusie rozbudowania fabuły zwiększającej objętość, a rozwadniającej treść. Jednak jest tak wiele marnych powieści, które nie zbliżą się w najmniejszym stopniu do tej historii, że postanowiłam ją tu umieścić.
To historia trzech kobiet.
Kristiny Andersson, dzieciobójczyni, która po utopieniu dwójki swoich maluchów, nocą 1891 roku, wraca, jak gdyby nigdy nic, do domu, a poźniej trafia do szpitala psychiatrycznego (na wyspie Turku), zamiast do więzienia. Czterdzieści lat później Elli Curten, siedemnastolatka, która nie godzi się na przyjęte przez jej rodzinę ramy życia, buntuje się i wpada w przestępczy światek, a w ramach działań naprawczych trafia na wspomnianą wcześniej wyspę. Obie historie spaja pielęgniarka Sigrid Friman.
To historia Kristiny jest tą wartą uwagi i najlepiej napisaną. Wciąga jak szalona. Jest psychologia postaci, tło społeczne, tło historyczne i los samotnej matki popadające w obłęd. Ta historia żre. I na tej opowieści najbardziej Joanna Holmström się skupia.
Kolejna historia - Elli, nie jest już tak dobrze napisana. Autorka chwyciła wiele srok za ogon, chcąc zrobić z tej postaci symbol młodzieńczej ciekawości świata, symbol buntu przeciwko konwenansom i pełnieniu narzuconej roli, rodzącej się kobiecej seksualności, która była i jest spychana na margnies. Zrobiła to jednak tak powierzchownie, że wszystko się rozmyło. Czułam jakby chciała usilnie wcisnąć motyw, który żeruje na emocjach, los tej postaci powinien wzbudzić we mnie jakieś uczucia, jednak była mi
ona kompletnie obojętna.
Najmniej interesowała mnie historia pielęgniarki, która miała pełnić jeszcze inny typ/symbol kobiecego losu, ale unosiła się gdzieś, nie wiadomo gdzie, jak puszczony ze sznurka latawiec.
Książka jest dobra językowo, czyta się jak wściekła i na pewno z jakąś refleksją czytelnika zostawia. Ja nadal pamiętam historię Andersson bardzo dobrze, a minął szmat czasu.
Polecam jako zamiennik schematycznego thrillera (napięcie w książce się pojawia), zostawi po sobie coś więcej niż jedynie poczucie „zabicia czasu”.

Zaczytanego!

Tanie czytanie. Jak i gdzie kupować tanio książki?

Tanie czytanie. Jak i gdzie kupować tanio książki?

Tsundoku - kompulsywne kupowanie książek, z których większość pozostaje nieprzeczytana zalegając w stosach...

*źródło: https://pl.wiktionary.org/wiki/tsundoku

Kompulsywne kupowanie książek to częsta praktyka wśród czytelniczych moli, jednak gdy zakupy wymykają się spod kontroli, a my leżymy pod stosem nieprzeczytanych książek, to trąci to poważnymi zaburzeniami, a nie niewinnym hobby. Zaobserwowałam jeszcze jedną odmianę tej przypadłości, sama byłam bliska poddania się temu szaleństwu, czyli zbieraniu książek recenzenckich na świętego nigdy.

Zrezygnowałam z większości współprac szumnie zwanych recenzenckimi, bo to praktyka, która szkodzi bardziej niż pomaga, jak lek, którego skutki uboczne wykańczają pacjenta.
 
Szukam tytułów, które czymś mnie rzeczywiście zaciekawią i kiedy, pomimo upływającego czasu, nadal to zainteresowanie czuję, to dopiero wtedy kupuję, a bywam lepsza jak Ceneo.

Obecnie postanowiłam zwolnić z zakupami, bo nie chodzi o to, by kupować, ale by te książki dać radę przeczytać. W tym życiu przeczytać. 

Postanowiłam, że napiszę jakie są moje sposoby na robienie książkowych zakupów (z pominięciem antykwariatów), kiedy budżet mamy mały, a potrzeby wielkie. Przy okazji trochę popsioczę, na praktyki wydawnictw. 
 

Jak i gdzie kupować tanio książki? 6 miejsc, w których zaoszczędzisz.


Księgarnia Wydawnictwa Znak


Wydawnictwo Znak jest jednym z tych, które wraz z propozycją książki wysyła do potencjalnego recenzenta listę wymagań oferując w zamian jedynie egzemplarz książki. Dziwię się, naprawdę się dziwię, że wielu blogerów się na to godzi. Żywotność książki na rynku jest (niestety) bardzo krótka.
Księgarnia Wydawnictwa Znak oferuje coweekendowe wyprzedaże, na których książki, w tym zdarzają się i te promowane przez blogerów, bywają dostępne już od 6,90 zł. Pojawią się również inne obniżki i to cyklicznie np. książki po 9,99 zł. Dodatkowo przesyłka z tej księgarni jest dość tania i ekspresowa, bywa również darmowa.
Trzeba się zapisać na newsletter i przez niego logować się do sklepu. Zdarza się, że promocje się łączą.
Teraz przeliczcie czas poświęcony na napisanie przez blogera tekstu, zrobienie zdjęć, czasem przygotowanie zapowiedzi i te wymagane skrócone wersje tekstu, które trzeba w kilku miejscach umieścić.
Kilka godzin pracy (książka jest narzędziem pracy, a nie wynagrodzeniem) = 6,90 zł plus przesyłka...

Pisałam już kiedyś o zakupach z tego książkowego outletu. Zwykle były tam dostępne książki, które jakiś czas temu były nowościami i zalegają zapomniane na półkach, ale ostatnio pojawią się coraz nowsze tytuły, a cena nadal oscyluje wokół 10 zł. Bywają i książki droższe, ale wtedy kiedy jest mowa o wysokiej cenie okładkowej. Książki są nowe, czyste, nieuszkodzone. Zdarzają się egzemplarze z defektem, ale wtedy opis o tym informuje i cena jest znacznie niższa. Przesyłka jest ekspresowa, a wysokość opłaty za nią jest zależna od ilości zakupionych książek, maleje wraz z ilością nabywanych egzemplarzy. oczytani.pl mają dość duże zaplecze książek z wydawnictw: Sonia Draga, Czarna Owca, Marginesy.

multiszop.pl

Ostatnio moim ulubieńcem został multiszop.pl. Sklep typu mydło i powidło. Sprzedają niemal wszystko, a w tym, ku mojej uciesze, książki. Znajdziecie tam stare i nowe tytuły, pełen przekrój wydawnictw, w tym te często zapomniane, po zdroworozsądkowych cenach. Jest też stała promocja, którą kocham całym moim sercem z liter!
Nazywa się „3 po 6 zł”. Kiedy klikniemy w jej odnośnik rozwija się nam cała lista tytułów, w tym książki Wydawnictwa MG, które ostatnio namiętnie kupuję.
Po wybraniu minimum trzech książek z tej promocji trzeba wpisać w miejscu dla kodu rabatowego czasownik: CZYTAM. Wtedy cena książek spada, do wspomnianych 6 zł za sztukę.
Przesyłka z reguły jest też dość szybka, dość ponieważ z reguły wybieram przesyłkę do kiosku, a jak wiadomo ta forma przesyłki nie odbywa się lotem błyskawicy. A z reguły ponieważ niedawno złożyłam u nich zamówienie i tak sobie będzie tydzień wisiało w chmurze, zgodnie z informacją, którą mi przysłano, jednak zamówienie nie dotyczy książek, więc to może być powód opóźnienia.
 
Od razu zaznaczam, że robiłam tutaj zakupy tylko raz, widziałam różne opinie o tym sklepie, ja jednak nie mam żadnych zastrzeżeń. Ceny były niższe jak u konkurencji i to znacznie. Książki nowe, w stanie idealnym, bardzo dobrze zapakowane, a przesyłka, mimo realizowania jej przez Ruch, przyszła naprawdę szybko. To taki sklep, w stylu wspomnianego wcześniej multiszop.pl
Jest tam, w tej księgarni, taki dział zwany outletem, którego opis straszy podrapanymi okładkami, zmęczonymi brzegami, tzw. koszmar niekochanej książki.
Zrobiłam zakupy i książki przyszły w stanie idealnym i... takiej ekspresowej przesyłki nikt nie oferuje. Na drugi dzień, po złożeniu zamówienia, książki były u mnie. Przesyłka kurierem kosztowała mnie mniej niż paczkomat.

Zaznaczyłam, na początku, że tekst nie dotyczy antykwariatów, a skupszop.pl, według mnie, ma trochę inną formę, dlatego się w tym zestawieniu pojawia.
Na tej stronie możecie zarówno sprzedawać jak i kupować książki. Jak nie chce się Wam bawić w robienie im zdjęć, pisanie ogłoszeń, robienie paczek i ich wysyłanie, no i nie liczycie na zbicie majątku, to skupszop.pl wycenia zdecydowanie lepiej niż antykwariat Tezeusz. I ponosi koszty przesyłki, kiedy wartość sprzedawanych przez Was książek przekracza 40 zł. Wtedy pakujecie wszystkie razem i zamawiacie kuriera, wszystko z Waszego konta na stronie skupszop.pl, a potem czekacie na przelew.
W „skupszopie” można książki kupować na oficjalnej stronie i na ich profilu na allegro. Polecam sprawdzać oba miejsca, kiedy szukacie konkretnego tytułu, ponieważ często się rozmijają.
Nie zdarzyło mi się jeszcze, aby któraś z kupionych przeze mnie książek nie była zgodna z opisem.
Kiedy interesuje Was książka, która nie jest białym krukiem, ani rozchwytywaną nowością, polecam chwilę poczekać, ponieważ jej cena spadnie.
Miewają opóźnienia w wysyłce 1-2 dni, zapewne z uwagi na ogrom zamówień.
Najtaniej wychodzi przesyłka Poczta Polską i mieści się zawsze w 48 godzinach.


Na koniec wspomnę jeszcze o tym Ceneo, które czasem zawstydzam. Mam nadzieję, że wiecie, że kiedy robicie zamówienie np. w księgarni CZYTAM.PL, na którą się „odobraziłam” po długim okresie milczenia z mojej strony (z powodu ich niezdolności do przyznania się do winy i choćby magicznego „przepraszam” po kompletnym zignorowaniu mojego zamówienia), to każdą z zamawianych książek należy wyszukiwać przez Ceneo i w ten sposób dodawać do koszyka. Można parę złotych zaoszczędzić.

Ja staram się ograniczać książkowe zakupy, ponieważ mój zapas spokojnie wystarczy na kilka miesięcy. Jednak jak Wasze zbiory nie są tak liczne jak moje lub też nie boicie się uduszenia, kiedy te wszystkie stosy się przewrócą, to mam nadzieję, że ten tekst się Wam do czegoś przyda i rzeczywiście zaoszczędzicie kilka złotych, jak i traficie na same dobre książki.

*Jeżeli znajdę kolejne sklepy/księgarnie, które cechują promocyjne ceny i jakość, to spis uzupełnię.
Szczęście rodziny Marsdenów - Karolina Stępień

Szczęście rodziny Marsdenów - Karolina Stępień

Obiecaj mi rozwikłanie niezwykłej tajemnicy, akcję osadź w lesie, dodaj trochę bagien, torfowisk, szeptów, połącz to z niezwykłą istotą i jestem kupiona.

Tak właśnie zapowiadał się literacki debiut Karoliny Stępień, dlatego się do niego po prostu... zapaliłam. Wyobraziłam sobie czytanie w jesiennej atmosferze z akompaniamentem deszczu i rozgrzewającą herbatą na podorędziu. Aura wysłuchała chyba moich marzeń i w ostatnich dniach miałam w swoim regionie odpowiedni klimat do przechadzania się po Conetoe, bo tam toczy się akcja „Szczęścia rodziny Marsdenów”.

Szczęście rodziny Marsdenów - Karolina Stępień

Szczęście rodziny Marsdenów - Karolina Stępień

 

Głównymi bohaterkami są siostry Marsden: Elenor, Clementine i Ginger, wspomagane przez syna szeryfa Dirka Brewera. Wujek dziewcząt zaginął przed dwudziestu laty i nieoczekiwanie na torfowiskach zostaje odnalezione jego ciało. Jest dobrze zachowane z uwagi na pogrzebanie w torfie, który doskonale konserwuje. Powoli odkrywamy tajemnice i oceniamy czy rodzina Marsdenów jest rzeczywiście pechowa.
W tle pojawia się opuszczony dom, naścienne malunki i opowieści o szalonej kobiecie. Atmosfera gęstnieje podsycana stylem Karoliny Stępień, który snuje się niczym poranna mgła, ale nie niepokoi. Ta mgła jest lekka wręcz eteryczna, jakby ktoś opowiadał legendę, ale... no właśnie mam kilka „ale”, bo zupełnie mnie ta historia nie kupiła.


Styl, o którym wspomniałam robi na mnie dobre wrażenie, zdaje się być idealny do opisywania historii z dreszczykiem, ale jego mglista natura objawia się i w postaciach, które powinny grać pierwsze skrzypce. Wszyscy są trochę jak duchy, brakuje im umocowania w opowieści, charakteru.
Ja im niestety nie wierzę, ani w to, co się stało w przeszłości, ani w to, co dzieje się aktualnie. Zdarzenia, poszukiwanie prawdy to klisze znanych i opowiadanych historii, brakuje mi jakiejś formy wyjątkowości. Lubimy to, co znamy, ale niekoniecznie opowiadane w znany już sposób.
Mimo że interesowało mnie jak Autorka poprowadzi wątek tajemnicy wiążącej siostry i ich rodziców (ponieważ ta interesowała mnie najbardziej), której, tak na marginesie, rozwiązanie mnie zawiodło (spodziewałam się wielkiego „bum” tego, że mgła opadnie - jednak nic takiego się nie stało), to czułam zmęczenie tą historią, jakby mi ktoś wyciągnął wtyczkę.

Na początku pojawią się fajne zabawy ze stylem, który naprawdę robi na mnie bardzo dobre wrażenie. Mamy np. na początku rozdziałów: „Urodziło się ich troje”, a w kolejnym i innej historii „Urodziło się ich czworo”. Fajnie się to spajało. Powtarzają się niektóre informacje, które wydawały mi się celowym zabiegiem, mającym nadać baśniowości opowiadanej historii (np. „Siostry Marsden w pewien sposób doświadczyły już śmierci. Nie dosłownie, oczywiście, ale to równie dobrze mogłaby być śmierć. Bo Mya Marsden była dla nich martwa”.), jednak kiedy przestały się pojawiać, a zaczęłam widzieć kolejne powtórzenia typu „usta zaciskał w wąską linię” lub postaci zbyt często wycofywały się tyłem, to ma wiara w celowość się rozwiała, ustępując miejsca niedokładnej redakcji.

Książka jest zakwalifikowana jako
kryminał/sensacja/thriller, jednak dla mnie to taka trochę młodzieżowa historia obyczajowa, dotykająca problematyki rodzinnych tajemnic, przemilczeń, które szkodzą, delikatnie ocierająca się o problematykę piętnowania inności.
Karolina Stępień w fajny sposób umieszcza w swojej powieści przyrodę, jest ona jakoby jednym z bohaterów. Znajdziemy tu wiele miejsca dla wyobraźni i odwołań do potęgi myśli. Wiele opisywanych zdarzeń ma bardzo oniryczny charakter, ja lubię takie zabiegi, więc dla mnie jest to plus tej powieści. Rzeczywiste i nierzeczywiste się ze sobą miesza.

Niestety dla mnie jest to książka, której treść zaraz uleci z mojej głowy, jak ta poranna jesienna mgła, a liczyłam na coś więcej.


Wydawnictwo: Lira
Data wydania: 24 sierpnia 2020
Liczba stron: 368
Kategoria: kryminał/sensacja/thriller


Terra insecta. Planeta owadów - Anne Sverdrup-Thygeson

Terra insecta. Planeta owadów - Anne Sverdrup-Thygeson

Zanim zaczniecie się drapać, albo chować się za słownym murem „nie lubię owadów”, to napiszę, że w tej książce nie ma nic co mogłoby spowodować u Was jakiś dyskomfort. 

Owady są na Ziemi dużo dłużej niż my, z łezką w oku wspominają dinozaury i inne gigantyczne stworzenia, które to my wybiliśmy co do nogi, tworząc sobie Ziemię poddaną.
Są owady mniejsze i większe, ładne i brzydkie, ale wszystkie są potrzebne.

Terra insecta. Planeta owadów - Anne Sverdrup-Thygeson

Terra insecta. Planeta owadów - Anne Sverdrup-Thygeson


To książka o powiązaniach występujących między florą i fauną na owadzim fundamencie. To nie jest żaden leksykon. Anne Sverdrup-Thygeson dzieli się wiedzą, ale przede wszystkim swoim umiłowaniem do życia i fascynacją nim.
Pisze w sposób zrozumiały, bawiąc się porównaniami owadów do ludzi, wprowadza masę dygresji wskazując w ten sposób zależności, którymi rządzi się ekosystem. Uczy szacunku do tych znienawidzonych, uważanych za paskudne, stworzeń bez których nie będzie nas. 

Z „Terra insecta. Planeta owadów” m. in.:

  • Dowiemy się o naszym uzależnieniu od pracy owadów, o przyszłości, którą najprawdopodobniej są - może będziemy wyrabiać z nich produkty żywnościowe dla najbardziej opornych mięsożerców, a niektóre z małych brzydali zjadają plastik.
  • Dowiemy się również dlaczego muchy są tak uparte w swoim tuptaniu, dlaczego niektóre biedronki stają się zombie i czym jest osa-dementor.
    Ale nie tylko. Autorka opisuje do czego może doprowadzić usunięcie, którejś z owadzich grup, na przykładzie mrówek, które leśnicy w jednym z ekosystemów wytępili.
    Przypatrzymy się jak nasze ekologiczne działania - zwalczanie szkodników za pomocą owadów, faktycznie oddziałuje na inne żyjątka na danym obszarze, a co za tym idzie i na nas.
  • Dowiemy się co łączy diklofenak (lek), krowy, sępy, dzikie psy i śmierć dziesiątek tysięcy ludzi.

To zaledwie zarys tego, o czym pisze Anne Sverdrup-Thygeson. 
 
Jedyne czego mi brakowało to rysunki lub ryciny najbardziej opisywanych owadów. Pojawią się drobne jakby atramentowe miniatury, ale to zdecydowanie za mało.

Po co czytać takie książki?
Żeby wiedzieć, bo wiedzy żadna wiara nie zastąpi.

To fajna, zabawna książka o pouczającej treści dla osób ciekawych świata, również dla mieszczuchów, którym brakuje kontaktu ze zwierzętami, a one są wszędzie, tylko często w skali mikro i umożliwiają nam życie.

Nie przepadam za obecnością gości bez szkieletu w domu. Nie boję się, ani nie czuję wstrętu, a jedynie dyskomfort. Wszystkie, które bez mojej wiedzy i zgody lokują się w środku, wynoszę za pomocą kartki i kubka na zewnątrz.

Anne Sverdrup-Thygeson nie chodzi o to byśmy płakali nad każdym zdeptanym karaluchem, czy ubitą muchą, ale jedynie o to byśmy byli świadomi tego, co dla nas robią i okazali im trochę szacunku.
To była fajna przygoda.

<<Owady są osobliwe, skomplikowane, dziwaczne, niezwykłe, zabawne, urocze, jedyne w swoim rodzaju i nie przestają zaskakiwać. Pewien kanadyjski entomolog powiedział kiedyś, że „na świecie jest tak wiele małych cudów - lecz tak mało oczu, które je widzą”. Mam nadzieję, że dzięki tej książce więcej ludzi otworzy oczy na zadziwiający i cudowny owadzi świat - wszyscy razem żyjemy na planecie owadów.>>

Książkę można kupić na weekendowych promocjach w sklepie Wydawnictwa Znak za zawrotne... 6,90 zł. Znajdziecie tam też inne książki, w tym i te najbardziej promowane. 


Wydawnictwo: Znak
Data wydania: 3 kwietnia 2019
Liczba stron: 256
Kategoria: literatura faktu


Tarjei Vesaas - Pałac lodowy. Cykl: Pamięć - droga do wieczności.

Tarjei Vesaas - Pałac lodowy. Cykl: Pamięć - droga do wieczności.

Co jest najbardziej ulotne w naszym życiu? 

Zawsze ciśnie mi się na usta, że młodość. Dziś jest, a jutro jej nie ma. 

Jednak dużo bardziej ulotna jest nasza pamięć. Pamięć zbiorowa. Wieczność wcale nie jest wieczna.

Pamięć - droga do wieczności, o pisarzach klasycznych - Pałac lodowy - Tarjei Vesaas

Pałac lodowy - Tarjei Vesaas

Tarjei Vesaas to norweski pisarz, który był kilkakrotnie nominowany do literackiej Nagrody Nobla, klasyk literatury nynorsk - odmiany norweskiego. 

Na język polski zostało przetłumaczonych, według Wikipedii, siedem powieści, w tym „Pałac lodowy”, o którym opowiem Wam bliżej.

Vesaas był wielkim pisarzem, choć do tej wielkości nie dążył i jej unikał, przez co świat trochę go pominął i zaszufladkował jako pisarza skandynawskiego, po czym tę szufladę zamknął, a klucz chyba wyrzucił.

W Norwegii jest uważany za jednego z najważniejszych pisarzy XX wieku. Za „Pałac lodowy” otrzymał Nagrodę literacką Rady Nordyckiej, a za wynikającą z niej gratyfikację finansową ufundował Nagrodę Debiutantów Tarjei Vesaasa, którą do dziś nagradzani są debiutanci i tę nagrodę otrzymał Roy Jacobsen, o którym pisałam całkiem niedawno, wspominając cykl o Ingrid Barrøy.

W prozie Jacobsena czuć ducha Tarjei Vesaasa. Objawia się on nie tylko w sposobie opisywania przyrody, ale w sposobie przestawiania bohaterki, choć oczywiście nie jest zupełnie taki sam. Ingrid jest, mimo wszystko, bardziej wylewna niż bohaterki Vesaasa.

Podobno Tarjei Vesaas zaczytywał się w Knucie Hamsunie (o którym pisałam przy okazji wydania przez Wydawnictwo Zysk trzech powieści w jednym zbiorze Pan. Wiktoria. Marzyciele”) i Sonii Lagerlöf (której dwie powieści zakupiłam i czekają na poznanie), czyli dwóch osób uhonorowanych literacką Nagrodą Nobla.
Hamsun, kiedy zostawi się za sobą jego sympatię do nazistów, jawi się jako człowiek widzący świat w sposób wyjątkowo wrażliwy, i z tego powodu budzi we mnie dysonans poznawczy. 

„Pałac lodowy” powstał w 1963 roku i jest ostatnią powieścią, którą Vesaas napisał. Być może dlatego, że czuł, że nie będzie w stanie nic już więcej powiedzieć, a na 139 stronach powiedział o człowieku i jego losie wszystko, więcej już się, chyba, po prostu nie da.
Według Henryka Berezy (wybitnego krytyka literackiego, eseisty i redaktora miesięcznika „Twórczość”), który napisał posłowie do „Pałacu lodowego”, styl Vesaasa wcale, na przestrzeni lat i wszystkiego co napisał, się nie zmienił, był dokładnie taki sam. Dziś powieści Vesaasa, w Polsce, można kupić jedynie w antykwariatach, czy też na allegro, więc samodzielne sprawdzenie jak czyta się krótkie, trafne i piękne zdania, jest dość trudne w realizacji, ale nie niemożliwe. Łudzę się, że kiedyś np. Wydawnictwo Poznańskie pokusi się o wznowienie jego dzieł.

„Pałac lodowy” opowiada o dwóch dziewczynkach Siss i Unn. Poznajemy je w momencie kiedy zawiązują przyjaźń. To taka pierwsza prawdziwa przyjaźń dla obu dziewczynek.

 Pamięć - droga do wieczności, o pisarzach klasycznych - Pałac lodowy - Tarjei Vesaas

Dostrzegają się po raz pierwszy jako jednostki. Pierwszy raz są świadome swojej indywidualności. Znajdują wspólny język w rwanych, skąpych dialogach. Znają się zaledwie jeden dzień. Unn niesiona dziecięcą radością odnalezienia przyjaciółki (dziewczynka zmaga się ze stratą matki i musi odnaleźć się nowej szkole), wchodzi do przepięknego tworu natury - pałacu lodowego, utworzonego m. in. z zamarzniętego wodospadu. Urzeczona pięknem migoczącego światła gubi drogę i zamarza. I tu dodam, że scena śmierci jest... piękna? Ruszają poszukiwania. Wszyscy będą musieli poradzić sobie ze stratą, a najbardziej dotknie ona Siss.

Styl, którym operuje Vesaas jest surowy, oszczędny w formie. Zdania bywają bardzo krótkie, buduje w ten sposób napięcie, przyspiesza akcję, rysuje emocje. Nie znajdzie się u tego Autora opisu stanu emocjonalnego postaci, nie znajdzie się żadnej formy egzaltacji, a mimo to rys psychologiczny jest wyraźny.
Nie znajdzie się również zapisanej wprost tezy.
Świat Vesaasa trwa, istnieje, po prostu jest. Tak samo jak jego mieszkańcy.

Tu najwięcej dzieje się poza warstwą językową.
Zawsze dziwi mnie fakt, że wśród czytelników panuje przekonanie, że słowa nie mają wartości sprawczej. Uważam, że to nieprawda, bo od słów wszystko się zaczyna, a najwięcej dzieje się za sprawą tych nigdy niewypowiedzianych. I tak też jest w „Pałacu lodowym”.

Ta krótka powieść, o dość elegijnym charakterze, jest pięknie ubrana w baśniowość, choć nie występują tu żadne wątki czy motywy, które moglibyśmy nazwać fantastycznymi. Ta baśniowość objawia się w opisach przyrody, które pozbawione zabaw słownych, czy sztucznego podsycania piękna chwili, sprawiają, że nie tylko prezentowane zimno się odczuwa, ale i widzi się cały krajobraz.

To powieść pełna symboliki. Nawet tytułowy lodowy pałac można odbierać jako wnętrze człowieka zmagającego się z żałobą, a jego rozpad wraz ze wzrostem temperatury, jak powrót do życia.
Pięknie też w tej prostej historii widzimy czym jest pamięć, pamięć o kimś. Dla niektórych jest darem, który pielęgnują, ale i, poniekąd, więzieniem.
To nie jest smutna historia. Świat Vesaasa nie jest negatywnie przejaskrawiony, jest dobry, jak tylko dobrzy mogą być ludzie.

Zdania Tarjei Vesaasa są jak znaki przestankowe postawione we właściwym miejscu, nadają słowom sensu i głębi, której się do tej pory nie dostrzegało.

<<<Po bokach drogi sunęło coraz więcej niewyraźnych kształtów drzew, domów i skał. I od czasu do czasu smolistoczarna przestrzeń. Na jej widok w sercu budziło się pytanie, co się tam kryje w tej trudnej do zniesienia godzinie? Ale za każdym razem było to tylko przywidzenie, więc serce pełne tętniącej krwi znowu zaczynało bić. „To my idziemy, owe kształty się nie ruszają.”
- Przyjmuję, że będziesz uważała się za zwolnioną - odezwała się ciotka. - Twoje postępowanie nie jest słuszne. Nie pasuje do ciebie. Jesteś zupełnie inna.
Brak odpowiedzi. Siss na to nie odpowie. Ale przecież kiedy gwiazdy świecą w studni, też brak wyjaśnienia.>>>

Pamięć - droga do wieczności, o pisarzach klasycznych - Pałac lodowy - Tarjei Vesaas

Dla mnie ta mała książeczka to arcydzieło. Arcydzieło pozbawione całego hałaśliwego blichtru cyrkowości językowej, karuzel zdarzeń i oczywistego przedstawiania własnego postrzegania świata ubieranego w wielkie zdania.

Jeżeli to, co napisałam nie przekonało Was do sprawdzenia czy wrażliwość tego norweskiego pisarza jest zbliżona do Waszej, to może jeszcze wspomnę, że mądrzy ludzie na tym świecie uważają, że niedaleko mu do dzieł Faulknera i wspomnianego już przeze mnie Hamsuna, czy Becketta. A malowane przez niego światy, podobno, zbliżone są do pejzaży Caspara Davida Friedricha, a sam Jarosław Iwaszkiewicz podczas czytania jednej z powieści Vesaasa miał słyszeć romantyczne dźwięki Schumanna.
Brzmi jakbym czarował? Robił to.
*Wiedzę na temat Tarjei Vesaasa zaczerpnęłam z Wikipedii i wyśmienitego posłowia Henryka Berezy.

  Tarjei Vesaas
(20.08.1897 - 15.03.1970)

*zdjęcie pochodzi z https://pl.wikipedia.org/wiki/Tarjei_Vesaas

Wydawnictwo: Biblioteka Klasyki Polskiej i Obcej
Wydawnictwo Poznańskie
Data wydania: 1979
Liczba stron: 139
Kategoria: literatura klasyczna
 
Mój egzemplarz zakupiłam na allegro, u użytkownika Knigarnia.
Podleśna kawka i jesienne plany

Podleśna kawka i jesienne plany

 

podlasemczytane.pl

Opanowała mnie ostatnio jakaś forma nostalgii, objawiająca się potrzebą czytania dzieł pisarzy klasycznych, których nazwiska znane są wszystkim i takich, o których prawie nikt nie pamięta. Być może to zbliżająca się jesień tak na mnie działa, ale jakoś mi z tym uczuciem, czy też potrzebą, dobrze, więc z tym nie walczę.

Nie czytałam zbyt wielu klasyków w swoim życiu, choć pewnie nie powinnam się do tego oficjalnie przyznawać, bo jak można pisać o książkach nie znając wielkich dzieł? Można, zwłaszcza jak robi się to głównie dla siebie i nic poza satysfakcją się z tego nie ma.
Przestaję się zatem martwić tym, że nie znam, bądź nie wiem, bo dopóki żyję to mogę się dowiedzieć.

Prowadzę konto na instagramie, na którym głównie prezentuję książki, choć sama dokładnie nie wiem jak do tego doszło. Pisałam jakiś czas temu, że nie czuję już tego klimatu, ale nie sprecyzowałam jakiego. A mianowicie stadnego czytania.
Nie ma w nim nic złego, ale jakoś coraz mniej mnie
to interesuje.
Zdarzają się pojedyncze przypadki kiedy to sięgam po nowość, skoro mogę.
Jestem takim dziwnym przypadkiem, który sam o książkę nie poprosi i który miał, jeszcze do niedawna, problem z odmawianiem, ponieważ sądziłam, że muszę podać powód mojej odmowy (sic!). Na szczęście już mi przeszło i często piszę: dziękuję za propozycję, ale nie jestem zainteresowana. 

Wiele wydawnictw (ale nie wszystkie) proponujących książkę, przysyła całą listę wymogów do spełnienia. Terminy i charakter planowanych postów.
Jestem zwykłym czytelnikiem nie słupem ogłoszeniowym, który można dowolnie okleić i to za darmo. Jakoś nie czuję się wybrana do prezentowania czyjegoś produktu na milion sposobów. Zapowiedzi, o które wydawnictwa proszą też już nie robię, chyba zmądrzałam i doceniłam siebie. Czytam, fotografuję i piszę o książce, wystarczy.
Ktoś inny na tym zarabia, więc niech sam się do tego przykłada.
Czytam bo lubię, żadnego interesu w tym nie mam, może poza własnym rozwojem, a mój wkład w promocję i tak jest dość duży.

I tu przechodzimy do odwiecznego: nie ważne co czytasz, ważne, że czytasz.
Otóż nie. 

Choć postrzegam czytanie głównie jako formę rozrywki, to uważam, że może ono mieć na nas ogromny wpływ. Na umiejętność wypowiadania myśli („I nie besztaj mnie, bo chociaż Ty uważasz, że wystarczy myśleć, powiem Ci, że jeżeli człowiek nie umie zapisać swoich myśli tak, aby były zrozumiałe, to na jedno by wyszło, gdyby nie miał ich wcale". Cytaty pochodzi z „Pamięci zapisanej w listach” Emmy Reyes), dobór słów (nadal mimo dostępu do wiedzy toczymy spory o to, co ktoś miał na myśli, a co powiedział) i na kształtowanie się wrażliwości tej ogólnej, nie tylko językowej. Dlatego właśnie warto czytać książki, które są nie tylko dobrze napisane, ale niosą ze sobą treść, która skłania czytelnika do, choćby niewielkiej, refleksji.

W związku z tym, że nie umiem się dopasować do szablonu, spróbuję inaczej.

Planuję treści dotyczące książek z kanonu literatury klasycznej („Pamięć - droga do wieczności, o pisarzach klasycznych”), ja się dokształcę, a może ktoś skusi się by samemu spróbować lub znaną już historię sobie odświeżyć.
Od czasu do czasu pojawią się cytaty („Cytat na dziś”), bo często mówią więcej niż tysiąc moich słów.
Może wspomnę czasem o serialach, czy filmach... Zobaczę :) To kawki? :)



W pogoni za marzeniami - Hotel Aurora - Emilia Teofila Nowak

W pogoni za marzeniami - Hotel Aurora - Emilia Teofila Nowak

Pamiętam, że kiedy pierwszy raz spędzałam urlop w polskich górach, to w mojej głowie zrodziło się marzenie posiadania pensjonatu. Im więcej lat miałam, tym bardziej narastała we mnie świadomość tego, z czym to się wiąże, więc ten młodzieńczy entuzjazm z każdym kolejnym rokiem opadał.

Dziś moja lista marzeń nie nosi już takiego zapisu. Ale innych ludzi, marzących o małym hoteliku, nadal rozumiem. 

Hotel Aurora - Emilia Teofila Nowak

 

Tytułowy „Hotel Aurora” stoi na tle pięknego i sielskiego krajobrazu Sudetów. Jest taki trochę zaniedbany, bo taki trochę zapomniany. 
Jego urokliwa nazwa nie wzięła się znikąd. Ma z tym związek pewne rzadkie, w Polsce, pogodowe zjawisko. Hotel miał służyć strudzonym górskim wędrowcom, przyjmować możnych z całego świata, a stoi i niszczeje. 
Zupełnie tak jak jego schorowany właściciel. 

Główna bohaterka powieści Antonina, przyjeżdża do hotelu Aurora za namową przyjaciółki, by pomóc w przywracaniu mu świetności. Owa przyjaciółka - Grażyna, jest córką właściciela, która pragnie z hotelu zrobić perłę w koronie Sudetów, z niewielką pomocą Antoniny - z niewielką, bo Antonina, zdaniem Grażyny, niewiele umie. Już w trakcie podróży Antkowi (tak każe na siebie mówić nasza protagonistka) w oko wpada pewien tajemniczy mężczyzna.
Obie dziewczyny są bardzo młode, pełne życia i pomysłów oraz kompletnie od siebie różne. Sprawiają wrażenie dopasowanych, niczym puzzle, przyjaciółek. Antonia jest (zwykle) wycofana, nie boi się ciężkiej pracy i nie ma potrzeby bycia na świeczniku, przynajmniej oficjalnie. 
Grażyna za to nie lubi się męczyć, pewnie powiedziałaby o sobie, że: pracuje mądrze. Lubi za to sama się chwalić, nieważne, że nie ma za co. Do tego jest głośna i podkreśla swój, taki niby-luźny, styl bycia wulgaryzmami. 
 
Bohaterów w „Hotelu Aurora” nie brakuje. Prawie każdego wyróżnia rzadko spotykane imię, bądź pseudonim, więc (teoretycznie) nie istnieje prawdopodobieństwo zagubienia się w ich losach. Większość łączy jednak pewna wyjątkowość, wyjątkowość pochodzenia. To, prawie, same powszechnie znane persony, w tym pisarze, i ich pokręcone losy. 
Mamy tu wiele motywów: toksyczne relacje, małżeństwo zawarte z powodu ciąży, choroba psychiczna, trudne dzieciństwo, czy nawet pedofilia. 
Ta wielość poruszanych problemów może przytłaczać. 
I tak było w moim przypadku. 
 
Błądziłam po pokojach Aurory otwierając kolejne drzwi, za którymi zawsze się wiele działo. 
Nie przepadam za celebrytami i ich potrzebą bycia wyjątkowym, pewnie dlatego czułam się w tym hotelu uwięziona. 
Historia babci Maryny, powiązane z nią sny i to jak wpływały na główną bohaterkę, naprawdę mi się podobała.
 
Lubię powieści obyczajowe za realizm i możliwość nawiązania bliskiej relacji, że tak to nazwę, z bohaterami. Za przyziemność, robaczywą, ale przyziemność.
Rozumiem poszczególne dramaty i chęć opowiedzenia o nich, ale dla mnie tego jest zdecydowanie za dużo.  
Czułam się trochę jakbym oglądała serial, w którym każdy odcinek przedstawia inną historię. Byłam w Aurorze długo. Odkładałam książkę i wracałam do niej, zupełnie jak do powieści w odcinkach.

W treści pojawiają się dość często żarty, te słowne i sytuacyjne, ale poczucie humoru jest sprawą bardzo indywidualną i niestety w ogóle się nie uśmiałam. 
 
Odnotowałam kilka niejasności, np. nie wiem o co chodziło z „Oszukać przeznaczenie” i Bruce'm Willis'em, czy to błąd, czy może żart, którego nie zrozumiałam. Co łączy ten film i tego aktora?, tego niestety nie wiem. 
W fabule pojawia się i wątek Świadków Jehowy. 
Moje doświadczenia z tym zgromadzeniem nie są aż tak ponure, ale rozumiem, że ta historia została przedstawiona w oparciu o kwerendę, mimo wszystko trudno mi w nią uwierzyć, może po prostu mała ma wiara. Jedną z bohaterek jest dziewczyna wykluczona z tego zgromadzenia, która opowiada, że miała indywidualny tok nauczania, a później wspomina jak to śmiano się z niej w szkole. Czyżby to redakcja zawiniła?

Znam Autorkę z jej debiutanckiej powieści „Piromani”, dlatego zdecydowałam się „Hotel Aurora” przeczytać, jednak kompletnie do mnie ta powieść nie trafia, chociaż doceniam chęć poruszenia trudnych motywów w lekkiej formie. 

„Hotel Aurora” to, w największym uproszczeniu, historia o definiowaniu własnych marzeń, kiedy to po drodze okazuje się, że nie są tym, czym się nam na początku wydawały. O zrywaniu toksycznych relacji, o przemianie, dorastaniu i dojrzewaniu. Być może mam po prostu zbyt wiele lat, by zrozumieć główną bohaterkę i jej drogę do wolności, również tej natury erotycznej, bo i takie wątki w książce są.
Dla mnie żadna relacja, która opiera się na czerpaniu korzyści budujących pozycję finansową, zawodową czy jakąkolwiek inną, nie jest zdrowa. 
Może jestem niedzisiejsza. 
 
Zachęcam by sprawdzić samemu jaką opowieść, czy też opowieści oferuje Emilia Teofila Nowak, by móc wyrobić sobie własne zdanie.



Wydawnictwo: Szara godzina
Data wydania: 20 lipca 2020
Liczba stron: 368

Kategoria: literatura obyczajowa

Na szlaku wyrzutów sumienia - Oczy z Rigela - Roy Jacobsen

Na szlaku wyrzutów sumienia - Oczy z Rigela - Roy Jacobsen

„- Idziesz drogą wyrzutów sumienia, moja kochana.
- Co? - zdziwiła się Ingrid.
H
übner powiedział - jeżeli go dobrze zrozumiała - że okupacja Norwegii miała szczególny charakter; w wielu miejscach przybrała formę niemalże współpracy, ludzie się pobrudzili, a teraz usiłują zmyć z siebie ten brud, kraj umywa ręce. Tak, nawet wielu z tych, którzy naprawdę czegoś dokonali, wie, że mogli zrobić coś więcej, i woli, by im o tym nie przypominano”.

Oczy z Rigela - Roy Jacobsen 

„Oczy z Rigela” to trzecia część cyklu dotyczącego rodziny Barrøy, żyjącej na bardzo małej wyspie na Morzu Norweskim, której cykl życia wyznaczają pory roku. Każdą z części można by czytać niezależnie, ale nie polecam tego robić. Styl Roya Jacobsena ewoluuje i wspaniale jest to widoczne wtedy, kiedy zachowuje się odpowiednią kolejność czytania. Charakter głównej bohaterki i jej zawziętość można zrozumieć dopiero wtedy, gdy się ją dobrze zna.

Pierwsza powieść z cyklu nosi tytuł „Niewidzialni” i tacy właśnie są mieszkańcy tej małej wysepki. Żyją cyklami, korzystają z dobrodziejstw natury i walczą z jej przekleństwami. Narracja jest nieśpieszna, dość oszczędna, a mimo to odnosi się wrażenie przebywania na tym przyczółku ludzkości na środku dzikiego morza.
W drugiej części („Białe morze”) Autor zmienia czas, w którym opowiada z teraźniejszego na przeszły i koncentruje się na Ingrid
Barrøy, przez co styl nabiera emocjonalności i rozkwita, przestaje obojętnie relacjonować. Kobieta wraca na wyspę i akcja toczy się w głównej mierze z bohaterami, których już znamy.
Trudno również się nie domyślić dlaczego tytuł trzeciej części brzmi „Oczy z Rigela” kiedy zna się przebieg zdarzeń z „Białego morza”.

Ingrid wraz z córką Kają, rusza przez kraj, który próbuje pozbierać się po niemieckiej okupacji, by odnaleźć ważnego dla  jej mikrorodziny człowieka. To powieść drogi. Ingrid sama staje się wyspą na morzu. Większość napotkanych ludzi nie wierzy w jej opowieść, twierdzi, że nic nie wie na temat Rosjanina, o którego bohaterka pyta, i nie może jej pomóc. Zdarzają się jednak wyjątki oferujące informację czy nocleg, ale zdecydowana większość - o wojnie nie chce rozmawiać. Jakby nie wspominanie było równoznaczne z wymazaniem jej z historii.

Ingrid jest mieszkanką małej wyspy, więc nie potrafi nawiązywać rozmów i ich podtrzymywać. Za to znakomicie obserwuje i wysuwa wnioski.
Przyroda nadal jest obecna w „Oczach z Rigela” jednak dużo subtelniej. Po prostu wyznacza szlak, którym Ingrid, z Kają, brnie by dowiedzieć się prawdy o tym, co spotkało mężczyznę, którego nazywa mężem.
Chcąc nie chcąc, kolekcjonuje migawki wspomnień ludzi, których spotyka i odsłania obraz społeczeństwa niezdolnego do zmierzenia się z tym, co ich spotkało, lub z tym co sami spowodowali.

W tej części, jak dla mnie, jest najbardziej emocjonalnie, mimo oszczędności w okazywaniu uczuć przez główną bohaterkę. Jej charakter ukazuje się w tym, co robi i jak, a nie w tym co mówi.
Styl jest bardziej poetycki, pojawia się dużo więcej pięknych porównań, jednak zdecydowanie nie kosztem treści. 

Jest jakaś magia w sposobie pisania Roya Jacobsena. W jego świecie, nawet kiedy pojawi się brzydka prawda o ludziach, się odpoczywa. Czuje się zimno i słońce na skórze, podziwia opisywane widoki, a ludzie patrzą - widzą, umieją żyć w zgodzie z naturą, choć w „Oczach z Rigela” dokładnie widzimy jak również potrafią niszczyć i to samych siebie.

Cykl jest częścią serii skandynawskiej.

Jeżeli interesuje Was tematyka Norwegii w czasie okupacji i po niej, to istnieje film pod tytułem „Dwunasty człowiek” („Den 12. mann”) z 2017 roku, który opowiada odrobinę podobną historię, do tej Aleksandra, i jest oparty na faktach. Przypomniał mi się podczas lektury „Oczu z Rigela”. Polecam równie mocno jak cykl o Ingrid Barrøy.

Data wydania: 2 września 2020
Liczba stron: 256
Seria: Seria Dzieł Pisarzy Skandynawskich 
literatura piękna
Tłumaczenie: Iwona Zimnicka


Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...