Rebeka - Daphne du Maurier. Cykl: Pamięć - droga do wieczności.

Rebeka - Daphne du Maurier. Cykl: Pamięć - droga do wieczności.

Udało mi się w końcu obejrzeć ekranizację „Rebeki” Daphne du Maurier przygotowaną przez Netflix, wobec tego przyszedł i czas by wspomnieć o jej literackim pierwowzorze, jak i odnieść się choć trochę do tej wybitnej ekranizacji z 1940 roku.
Tak, tak nowa produkcja mną w ogóle nie wstrząsnęła, a może wstrząsnęła, ale niekoniecznie pozytywnie.

Rebeka - Daphne du Maurier. Cykl: Pamięć - droga do wieczności.

Rebeka - Daphne du Maurier

„Rebeka” została wydana w 1938 roku i bardzo szybko zyskała status bestsellera. Była wielokrotnie adaptowana, jak już wspominałam w niedawnym tekście o „Koźle ofiarnym”, w tym przez samego mistrza suspensu Alfreda Hitchcocka.
Główną bohaterką „Rebeki”, a zarazem narratorką jest młoda, osierocona dziewczyna, która pracuje w charakterze damy do towarzystwa u pani van Hopper. Dziewczyna podczas spędzania z nią czasu w Monte Carlo poznaje owdowiałego bogacza Maxima de Wintera. Para nawiązuje bliską relację, która bardzo szybko kończy się małżeństwem. Młodzi małżonkowie udają się do rodzinnej posiadłości Maxima - Manderley i tam zawiązuje się główny wątek powieści, akcja i cały klimat, który zapowiadało zdanie rozpoczynające powieść: „Śniło mi się tej nocy, że znowu byłam w Manderley”.

Autorka w początkowej fazie książki skupiła się na zarysowaniu portretu bohaterki. Bezimiennej sieroty będącej niejako na łasce najpierw pani van Hopper, a później sporo starszego męża (Maxime jest dwa razy starszy od swojej nowej żony).
Wyobraźmy sobie bardzo młodą kobietę, która nie zaznała poczucia bezpieczeństwa, która nie wie co to poczucie własnej wartości, którą opieką obdarza dobrze sytuowany mężczyzna. Daje jej uwagę, miłość, stabilizację.
To wszystko ją cieszy, ale jednocześnie przytłacza. Nie przywykła do wystawnego życia, do posiadania służby, do bogactwa, które z dnia na dzień otrzymała.
Jest nieśmiała i bardzo naiwna, pełna młodzieńczej niedojrzałości. Bywa bardzo, ale to bardzo irytująca. Jednak wiek, niedoświadczenie i wcześniejsza samotność usprawiedliwiają każdą z jej przesadnych reakcji. Z tego co czytałam wielu współczesnych czytelników twierdzi, że wstęp jest niezbyt zajmujący i zbyt obszerny, ja jednak tego kompletnie nie odczułam. Może jestem mało współczesna, albo zwyczajnie lubię styl, którym du Maurier pisała i się w nim jakoś zatracam.

Kiedy nowa pani de Winter staje w drzwiach olbrzymiej i pięknej posiadłości jedną z witających ją postaci jest gospodyni - Pani Danvers, która nie jest ciepłą i pomocną zarządzającą.
Każdy kąt domu wypełniają wspomnienia o Rebece, czasem odnosi się wrażenie, że to sama Rebeka przechadza się jego korytarzami.
W Manderley unosi się mgła niepokoju. Otacza ona budynek, wypełnia pomieszczenia i stale jest podtrzymywana słowami służby i rodziny Maxime'a.
Sam Maxime jest dość milczący i niestały w emocjach. Raz sprawia wrażenie szczęśliwego u boku nowej żony, by za chwilę stać dość obcesowym, a nawet w niektórych momentach agresywnym.
Nowa pani de Winter źle się w tym miejscu czuje. Chce się bardzo dopasować, stać się kimś innym, tak doskonałym jak Rebeka.
To historia młodzieńczej miłości, pierwszej, szalonej i bardzo naiwnej.

„Cieszy mnie, że gorączka pierwszej miłości nie może się powtórzyć. Pierwsza miłość bowiem to gorączka i brzemię zarazem cokolwiek by o tym pisali poeci”.

To czas, w którym młody człowiek nie dostrzega nic ponad własne, często przesadne, uczucia, kiedy interpretuje słowa wyrwane z kontekstu i nie widzi nic poza własnym wyobrażeniem. 

„Kiedy ma się dwadzieścia jeden lat, nie jest się zbyt odważnym. Dni pełne są drobnych tchórzostw, bezpodstawnych lęków. Tak łatwo się poczuć urażonym, tak szybko dotkniętym, tak rani każde ostrzejsze słowo".

Wszystko jest skąpane w stałej aurze niepokoju, niedopowiedzeń, niepewności. Wiemy tyle ile wie młoda pani de Winter, a zatem staramy się dowiedzieć co się stało z idealną Rebeką i gdzie w tym wszystkim jest miejsce dla naszej bohaterki. Wszystko to czujemy pomimo zastosowania przez du Maurier czasu przeszłego, wydarzenia przedstawia nam starsza już pani de Winter, która doskonale wie co się wydarzyło.

„Dziś, pod osłoną pancerza obojętności i dojrzałości, drobne ukłucia zdarzające się co dnia są zaledwie lekkimi muśnięciami i szybko się o nich zapomina. Lecz w tym czasie - jakże długo dźwięczało w uszach jakieś niedbale wypowiedziane słowo, stając się płomiennym stygmatem, a rzucone przez ramię spojrzenie nabierało cech wieczności. Byle wykręt kojarzył się z trzykrotnym pianiem koguta, a każdy wybieg przypominał pocałunek Judasza. Dorosły człowiek może kłamać z niezmąconym spokojem sumienia i zachowuje się beztrosko, ale wówczas nawet drobne kłamstwo paliło język, rzucało na stos”.

„Rebeka” jest przesiąknięta klimatem powieści gotyckiej. Wszystko dzieje się w olbrzymim domu, a ucieleśnione wspomnienia jego byłej pani zdają się go wypełniać. Gospodyni (pani Danvers) pełni rolę postaci przeciwstawnej i podsyca kiełkujący mrok.
Przesadna, być może jak na nasze realia, egzaltacja, emocjonalne reakcje rysujące się w zachowaniu i słowie mogą wydawać się nawet śmiesznymi, ale odczuwamy do dziś podobne emocje, zbliżone niepokoje, a jedynie nie dajemy im ujścia w tak charakterystyczny sposób.

Powieść Daphne du Maurier to powieść z tzw. drugim dnem. Pod historią spętanej rodzącym się szaleństwem miłości i przywiązania do zniekształconych wspomnień znajdziemy bogate portrety psychologiczne, która dziś są jak najbardziej aktualne. Zadziwiające jest również to, że „Kozioł ofiarny” i „Rebeka” opierają się na podobnych motywach, niektóre z detali jak np. stłuczona figurka, są takie same, a mimo to opowieść jest inna i nie może być w niej mowy o schematyczności.

Lubię tę opowieść. Jest idealną lekturą na jesień.
Proponuję zawinąć się w koc i w wyobraźni błądzić po pałacowych wnętrzach Manderley. Dać się uwieść nostalgicznej i wybitnie dobrej narracji, aby móc poczuć tę niepokojącą atmosferę niczym z romansu grozy. Poczuć ten osiadający jak kurz sentymentalizm, bo taki właśnie jest jej urok.

Jeżeli lubicie „Dziwne losy Jane Eyre” to „Rebeka” powinna Wam przypaść do gustu, zresztą sama Autorka przyznawała się do inspiracji Charlotte Brontë.
Z tego co czytałam Daphne du Maurier była oskarżana o plagiat, chyba? dwukrotnie, kiedy filmy inspirowane pisanymi przez nią historiami trafiły do kin. Równie aktualna praktyka :) Każdy chciał i chce uszczknąć coś z tortu sławy.

Adaptacja Alfreda Hitchocka, choć zmieniona fabularnie, jest taka jaka powinna być. Mówię tu o własnym odczuciu nie jestem żadną specjalistką ani w kwestii literatury, ani tym bardziej filmu. Mistrz filmowego suspensu i mistrzyni literackiego suspensu w jednym dziele.
„Rebeka” Alfreda Hitchcocka to pełen treści obraz, malowany światłem, kontrastem i szczegółem. Tu wszystko współgra, koresponduje z oryginalną wersją Daphne du Maurier. Klimat się sączy, niepokój narasta, a zachowania bohaterów są dla widza zrozumiałe. Niesamowicie łatwo zaangażować się w tę historię. Gra tej pani Danvers (Judith Anderson) zasługuje na uznanie, wraz ze stosowanym wtedy oświetleniem stworzyła postać przerażającą...

 

Z radością, ale trzymaną na lekki dystans, z powodu rozczarowań wcześniejszymi filmowymi produkcjami Netflixa, czekałam na nową wersję „Rebeki”.

Początek był obiecujący. Ładne, wysoko kontrastowe kadry cieszyły moje oczy, a budowana relacja między dwojgiem aktorów zapowiadała coś dobrego. Niebywałego kolorytu dodawała Ann Dowd w roli pani van Hopper. Podobały mi się statyczno-dynamiczne ujęcia, kiedy postać stoi tu i teraz, a przebitka pokazuje to, co się dzieje w niedalekiej przyszłości. Pokazywanie budzących się emocji i nadchodzącej zmiany w jednym czasie to był naprawdę fajny zabieg.
Potem było już tylko coraz gorzej. Kiedy do akcji weszła
Kristin Scott Thomas jako pani Danvers straciłam nadzieję, że to może być dobre i, w jakiś sposób, zbliżone do oryginału widowisko.

Danvers to postać kluczowa, przeciwstawna do pani de Winter, a w wersji filmowej poza uśmiechem Mona Lisy, Kristin Scott Thomas nie ma nic do zaoferowania. Nie wiem jaki był cel w totalnym zmiękczeniu i wypłukaniu tej postaci z charakteru.
Para głównych bohaterów nie pokazuje żadnych emocji, Maxime nie był taką pół uśmiechniętą twarzą pozbawioną mimiki. Nie był takim „tatuśkiem”. To postać niejednoznaczna, pokręcona, bogata w sekrety, buzująca od sprzecznych emocji, a tu mamy festiwal uśmiechów jak z pierwszych stron tabloidów i miałkości gry.
Nie ma klimatu, nie ma opowieści, to nawet nie jest romans. To zlepek scenek jak z wybiegu, pokaz konfekcji mody i zbliżeń na guziki. Lubię kiedy filmowa narracja mówi więcej niż same postaci, kiedy detal opowiada historię. Jak np. w serialu wyprodukowanym przez Amazon - Homecoming, gdzie rozwiązany but, luźna sznurówka mówią uważnemu widzowi co się zaraz wydarzy.
A w netflixowej „Rebece” mamy jedynie kadry jak zdjęcia z modowych i motoryzacyjnych magazynów, gdzie interpretacja zamyka się w wyliczeniu producentów. Szkoda, to mogło być naprawdę
coś  dobrego, a wyszło przeciętnie, smętnie jak odgrzewany w mikrofali posiłek, kiedy nie wiadomo czy to jeszcze obiad, czy to już może kolacja.

Zdecydowanie polecam „Rebekę” w literackiej wersji, która została wpisana do kanonu literatury klasycznej, oraz wersją Alfreda Hitchocka, a tę netflixową można włączyć sobie jako kolorowe tło domowych obowiązków.




Wydawnictwo: Albatros
Data wydania: 14 października 2020
Liczba stron: 448
Kategoria:
literatura klasyczna

Orkiestra bezbronnych - Chigozie Obioma

Orkiestra bezbronnych - Chigozie Obioma

Orkiestra bezbronnych - Chigozie Obioma

Kiedy przychodzi jesień to wieczory stają się długie i przerażająco ciemne.
Ściany rzęsiście padającego deszczu nie zachęcają mnie do opuszczenia miejsca mojego gniazdowania, więc włączam wtedy jakiś serialowy tasiemiec, ale taki możliwy do obejrzenia w tej niby skłaniającej do refleksji porze, i biorę do rąk szydełko i sznurek, z reguły jutowy, i dziergam koszyki, dywaniki, podkładki.
Zwykle mam taki standardowy, który przez swoją średnicę nie za bardzo nadaje się do koszyków. Za cienki, za wiotki. Biorę wtedy kilka motków i splatam w jeden, a od przeciągania go przez oczko bolą mnie ręce. Ale koszyk będzie mocny, stabilny, gęsto tkany.

Chigozie Obioma to nigeryjski pisarz, który wydał do tej pory dwie powieści - „Rybacy” (2015) i „Orkiestrę bezbronnych” (2019) i to właśnie o „Orkiestrze bezbronnych” Wam opowiem, bo to ona niedawno miała w naszym kraju premierę.
Za obie książki otrzymał całą listę nagród i obie były nominowane do Nagrody Bookera. Chigozie Obioma jest rok ode mnie młodszy i kiedy przypomnę sobie słowa Wiesława Myśliwskiego: „pisać książki powinno się dopiero, gdy człowiek naprawdę czuje, że nie ma już żadnego innego wyjścia (…), wtedy kiedy jest się przekonanym, że ma się coś naprawdę do powiedzenia komuś drugiemu”, to nie wiem czy większość z nas ma naprawdę coś istotnego do powiedzenia, bo Chigozie Obioma zwyczajnie, po ludzku, zawstydza. 
 

Orkiestra bezbronnych - Chigozie Obioma


„Gaganaogwu, mój gospodarz ronił łzy także dlatego, że człowiek, gdy przychodzi na świat, nie wie, kim był w poprzednim życiu. Rodzi się - czy raczej odradza - czysty jak tafla morza. Jednak w miarę jak rośnie, odzyskuje pamięć. I to, czego się z czasem dowiaduje, zgromadzone razem, pozwala mu żyć. Z tego właśnie powodu, kiedy zostaje sam, gdy opuszczają go inni, pogrąża się w sobie, w swoim wewnętrznym świecie. Wtedy bowiem wszystko składa się w całość. Prawdziwy stan człowieka to taki, gdy jest sam”.

Jego powieść jest właśnie jak taki ciasny splot, a żeby móc zrozumieć i znaleźć początek wszystkich nici, które go tworzą trzeba się w pełni zaangażować. Oczywiście można odczuwać w trakcie zmęczenie, ciągłym rozplątywaniem znaczeń, ale to zmęczenie wywołane dokładnością, więc i satysfakcjonujące. Nie można przerywać czytania w połowie rozdziału, nie można wędrować myślami w niebyt - utraci się nie tylko wątki, ale i możliwość obcowania z czymś wybitnym.
Mogłabym napisać, że to książka trudna, bo taka rzeczywiście jest, kiedy wspomni się, że opowiada m. in. o tym, co biały człowiek zrobił czarnemu człowiekowi, co się stało z Afryką i nadal się dzieje, czym się wydaje jej Europa, a czym rzeczywiście jest?, o tym, co człowiek człowiekowi robi codziennie na całym świecie. Nie chcę jej nazywać złożoną, wielowątkową, wielopłaszczyznową, bo to brzmi, dla mnie, jak jedna wielka lista frazesów. Zdecydowanie mądrzejsi ode mnie nazwali tę książkę historią współczesnego Odyseusza i bez wątpienia mieli rację.

Chinonso Solomon Olisa, prosty hodowca kur, który w dzieciństwie opiekował się pewnym gąsiątkiem, które przewija się przez całą tę powieść, spotyka stojącą na moście Ndali. Piękną, młodą kobietę, którą ratuje i z którą przeznaczenie, los, fatum go wiąże. Para się w sobie zakochuje, ale biedny chłopak nie jest dobrą partią dla bogatej dziewczyny, a raczej dla jej rodziny, bo dziewczyna akceptuje go takim jakim jest.
Chinonso postanawia zdobyć wykształcenie, które ma podnieść jego status społeczny. W tym celu sprzedaje gospodarstwo i z pomocą, jak mu się wydaje życzliwego znajomego, wyrusza na Cypr, by podjąć naukę. Kiedy przybywa na miejsce okazuje się, że nie jest tak, jak tego oczekiwał. Nie ma nic, co miało tam na niego czekać. Dodatkowo nie ma jak i do czego wrócić, ale to nie koniec historii, a zaledwie jej początek.

Brzmi jak historia jakich wiele, jednak jest inspirowana prawdziwymi zdarzeniami (odsyłam na Wikipedię, gdzie wszystko jest dokładnie opisane), i nie tylko to ją wyróżnia.
W osobie pierwszej wypowiada się „chi” Chinonso Solomona Olisy. „Chi” to ktoś w rodzaju opiekuńczego ducha, anioła stróża, który mieszka sobie w bohaterze. „Chi” wędruje od wieków po różnych ciałach i zbiera wiedzę, doświadczenie. Szepcze swoim gospodarzom co powinni zrobić, ale nie ma wpływu na podejmowane przez nich decyzje. Wyboru zawsze dokonuje człowiek.
Odwieczna problematyka wolnej woli.
Czy jesteśmy skazani na to co zapisane czy jednak mamy wpływ na swój los?

Książka jest podzielona na trzy części, które otwierają zaklęcia skierowane przez „chi” do bóstw znanych z kosmologii ludu Igbo. Z pierwszego z nich dowiecie się co się stało z Chinonso, a z poszczególnych rozdziałów, jak do tego doszło. Na początku znajdują się schematy, które umożliwiają zrozumienie tego do kogo i po co zwraca się narrator.
 
Nie mogłam dobroci i łatwowierności Chinonso od razu zrozumieć, a w kontraście do epizodów przemocy wobec niektórych z występujących tu zwierząt, tworzył dla mnie postać dziwną... niejednoznaczną? Ale chyba tacy właśnie jesteśmy? Niejednoznaczni.
Zmieniamy się pod wpływem wydarzeń, pod wpływem innych ludzi. Zawsze. A w którą stronę ta zmiana się dokona, to jak chcemy wierzyć, nasz wybór. Jesteśmy z natury dobrzy, ale kiedy chcemy chronić kogoś to jesteśmy gotowi posunąć się do złych rzeczy, a ciągłe doświadczanie krzywdy nie przechodzi bez echa, zmienia. Odbiera niewinność.

Obioma wplata w swoją opowieść wierzenia ludu Igbo, które choć na początku brzmią dla nas dość egzotycznie z czasem przestają i można dostrzec podobieństwa do znanych nam wierzeń. Tak, jest tu fantastyka, nazywana realizmem magicznym. Byt „chi” nie tylko opowiada historię, ale wychodzi z gospodarza i podróżuje po świecie ukazując życie i relacje bohatera z dystansu, czyli z jeszcze innej perspektywy.
W tej książce nie tylko to „co” jest opowiadane ma znaczenie, ale i „jak”, a nawet to „skąd” patrzymy na historię.
Autor przywołuje
życiowe mądrości, które kiedyś ubraliśmy w umniejszające jej wartości epitety i zepchnęliśmy w niepamięć.

Każdy rozdział, który opowiada o losie Chinonso jest poprzedzony uogólnieniem. Wszyscy mamy te same problemy, dręczą nas te same niepokoje, popełniamy te same błędy, tak samo się w życiu miotamy.
Styl, którym operuje Chigozie Obioma jest wielki w swej prostocie. Zawrzeć w zwykłych zdaniach, i to bez zbędnego patosu, prawdę o każdym człowieku to ogromna sztuka.
Tę wielkość czuć i tymi zdaniami można się zachwycać nie tylko na poziomie treści, ale i ich konstrukcji. Cały plan tej powieści jest niezwykły, od podziału na części przez inkantacje i tytuły rozdziałów.
Czy jesteśmy zależni od innych, czy to kogo spotykamy na swojej drodze ma znaczenie?
Czy to jak ktoś nas potraktuje jest istotne w kontekście całego życia?
To orkiestra ludzi chcących odnaleźć swoje miejsce, skrzywdzonych, zapomnianych, tułających się, których melodii nikt nie słyszy, bo słyszeć nie chce.

„Egbunu, wtedy zaczął słuchać, słuchać jak ktoś, kto słyszał jakąś melodię mnóstwo razy, ale dopiero teraz go wzrusza i powtarzana, otwiera mu oczy na coraz to nowsze zawarte w niej znaczenia”.

A może wszyscy jesteśmy jedynie poszczególnymi instrumentami w tej całej wielkiej orkiestrze bezbronnych dyrygowanej przez los?

Kiedyś pisałam o takich książkach, że nie są dla każdego, ale przecież nie ma książki dla każdego. To tak jakby powiedzieć leżącemu, żeby nie wstawał bo może się potknąć, przewrócić, ale równie dobrze może się znakomicie w chodzie odnaleźć, otworzyć na prezentowane widoki, a nawet się czegoś nauczyć. Spróbuj, a położyć się zawsze zdążysz.


Wydawnictwo: Albatros
Data wydania 30 września 2020
Liczba stron: 480
Kategoria:
literatura piękna
Tłumaczenie: Magdalena Słysz
  Kozioł ofiarny - Daphne du Maurier. Cykl: Pamięć - droga do wieczności.

Kozioł ofiarny - Daphne du Maurier. Cykl: Pamięć - droga do wieczności.

Pamięć - droga do wieczności -  Kozioł ofiarny - Daphne du Maurier

Daphne du Maurier (1907-1989) to jedna z najbardziej znanych brytyjskich pisarek XX wieku. Pochodziła z artystycznej rodziny, jej ojciec był bardzo znanym aktorem i producentem, matka, Muriel Beaumont, aktorką, a dziadek pisarzem i rysownikiem. Została odznaczona Orderem Imperium Brytyjskiego, a dokładnie została Damą Komandorem Orderu Brytyjskiego. Jest to tytuł będący jakby odpowiednikiem rycerstwa, przyznawany za działanie we wszystkich dziedzinach życia publicznego. Mężem Daphne du Maurier był Frederick Browning, generał porucznik Sił Zbrojnych Wielkiej Brytanii. Jeżeli nie jesteście pasjonatami obu wojen światowych, to być może kojarzycie jego nazwisko z filmu, będącego ekranizacją powieści Corneliusa Ryana „O jeden most za daleko”


Pamięć - droga do wieczności -  Kozioł ofiarny - Daphne du Maurier

Daphne du Maurier swoje pierwsze opowiadanie opublikowała w 1928 roku, a jej pierwsza powieść ukazała się w 1931 roku i był to „Dobry duch” („The Loving Spirit”).

Była dość płodną pisarką, a największą sławę przyniosła jej „Rebeka”, o której opowiem Wam bliżej premiery kolejnej jej ekranizacji, którą przygotowuje platforma Netflix. 



„Rebeka” należy do kanonu literatury światowej i uznawana jest za najlepszą powieść du Maurier. Była kilkakrotnie adaptowana jako sztuka teatralna (jedną z tych adaptacji napisała sama Autorka), musical i oczywiście jako film. Najbardziej znaną ekranizacją jest ta z 1940 roku, której podjął się sam Alfred Hitchcock. W tej ekranizacji główne role grają Laurence Oliver, Judith Anderson i Joan Fontaine. Film został nagrodzony Oscarem dla Najlepszego Filmu Roku. Postaram się do niego odnieść również przy okazji omawiania już samej „Rebeki”. Dodam, że „Ptaki” Alfreda Hitchcocka są inspirowane opowiadaniem tej właśnie Autorki.

Kolejnym filmem, który był adaptacją jej powieści i został uznany w Wielkiej Brytanii za klasyczny jest „Nie oglądaj się teraz” w reżyserii Nicolasa Roega.

Twórczość du Maurier była i jest inspiracją dla wielu artystów, toteż ekranizacji jej powieści było więcej, w tym „Zatoka Francuza” (1944) i „Oberża Jamajka” (1948).

Ekranizacji (i to nie jednej) doczekał się również omawiany przeze mnie poniżej „Kozioł ofiarny”.


Daphne du Maurier zmarła krótko przed swoimi 82. urodzinami w ukochanej przez nią Kornwalii. 



Przeczytałam, na razie, dwie powieści tej Autorki, wspomnianą „Rebekę” i „Kozła ofiarnego”.

Pamięć - droga do wieczności -  Kozioł ofiarny - Daphne du Maurier

Kozioł ofiarny - Daphne du Maurier

Dziś odniosę się do tej drugiej powieści, po raz pierwszy wydanej w 1957 roku. Obie książki mają wiele punktów wspólnych, toteż parę razy nawiążę do „Rebeki”, np. wyobcowanego bohatera, którym w „Koźle ofiarnym” (wydanym wcześniej w Polsce pod tytułem „Sobowtór” w 1995 roku) jest Anglik John, którego nazwiska nie poznajemy przez całą powieść, której akcja toczy się przez zaledwie siedem dni. Wspomniany John jest wykładowcą historii, który przyjeżdża do Francji aby zebrać materiały niezbędne do prowadzenia wykładów, odpocząć, poniekąd zdystansować się od poczucia bezsensowności własnej egzystencji. Chce po prostu odnaleźć to, co innym pozwala żyć tak jak chcą.

Jednak... czy ktokolwiek ma to, co mieć chce?

Na stacji kolejowej zupełnym przypadkiem spotyka… swojego sobowtóra. Podobno każdy z nas go ma. Mi udało się ze swoją kopią kiedyś spotkać. Stanęłyśmy twarzą w twarz nie mogąc nic z siebie wykrztusić i po chwili obfitującej w bezdech i rozszerzone nienaturalnie źrenice oddaliłyśmy się, każda we własnym kierunku.
Jednak John i jego sobowtór Jean de Gué, noszący tytuł hrabiego, nie rozstali się tak szybko jak ja i moja kopia. Zaczęli ze sobą rozmawiać i ze wspólnej kolacji John wskoczył w życie o jakim zawsze marzył. Obudził się w pokoju hotelowym w piżamie rzeczonego hrabiego. Po pierwszym szoku postanowił grać w tę grę i „stał się swoim sobowtórem”.

Motyw złego brata bliźniaka, doppelgängera pojawia się w literaturze dość często, jednak Daphne du Maurier nie wpadła w szpony schematu i jej „sobowtór” jest czymś innym niż się spodziewamy.
Podobno najniebezpieczniej dla człowieka jest wtedy, kiedy spełnia się wszystko czego najgłębiej pragnął.
Johnowi nadarza się okazja by stać się tym, kim zawsze chciał być… to znaczy kim?

Kim jesteśmy? Czy inni widzą nas takimi jakimi jesteśmy, czy może my jesteśmy tacy, jakimi nas widzą?

John brnie w rodzinne relacje, które nie są ciepłe i otwarte. Nikt w tej rodzinie nie jest szczęśliwy. Witają go:
  • zmęczony, rolą tego drugiego, brat, który jest związany ze znudzoną kobietą,
  • ciężarna żona, która w ciąży być chyba nie chce,
  • zdewociała milcząca siostra,
  • córka, która miota się pomiędzy dziecięcym pragnieniem zabaw i przygód, a oczekiwaniami obrażonych na życie dorosłych,
  • matka-kwoka, uzależniona od heroiny, która nad tym całym majdanem smętnych ludzi czuwa.
A co z majątkiem i rodzinnym interesem, z upadającą hutą szkła?
Co będzie z Johnem, który, zauważony jedynie przez nieufnego psa, staje się Jeanem i panem zamku, w którego jedynym duchem jest wspomnienie rodzinnego szczęścia?

„Kozioł ofiarny” jest już pozbawiony tego klimatu powieści gotyckiej, którym przesiąknięta jest „Rebeka”. Ma jednak ciekawą akcję i znakomicie nakreślonych bohaterów. Kiedy John coraz bardziej wchodzi w codzienność oczekiwań Jeana, da się odczuć niepokój wynikający z możliwości zdemaskowania go w każdej chwili.

No bo jak to tak, wystarczy wyglądać jak ktoś inny by się nim stać?

Tu nie tylko główny bohater, a przy okazji narrator, ma tajemnicę, której strzeże przed pozostałymi postaciami, i którą strzeżemy my, czytelnicy, bo rzeczywiście nie chcemy, aby ktokolwiek odkrył jego grę. Tutaj każda z postaci kryje sekrety, które John musi odsłonić bez obnażenia swojej tożsamości.
Autorka w dość nieoczywisty sposób stawia pytanie: czym ta tożsamość jest?, i stając się głównym bohaterem sami musimy tę odpowiedź odnaleźć. To przy okazji ciekawe studium dwoistości ludzkiej osobowości, bo czy „diabeł” jest zły w 100%? A czy ten „anioł” to zawsze kieruje się uczuciami wyższymi? Obie przeczytane przeze mnie książki du Maurier są pełne dylematów moralnych. 

W „Rebece” bohaterka stara się być kimś innym, lepszym w jej mniemaniu, natomiast w przypadku „Kozła ofiarnego” sytuacja zdaje się być odwrotna. To ten „dobry” wchodzi w buty tego „złego”.

Do „Kozła ofiarnego” Daphne du Maurier przemyciła wiele wątków z jej własnego życia, jak choćby rodzinny interes i miejsce akcji. Autorka wstępu (Lisa Appignanesi - brytyjsko-kanadyjska pisarka i działaczka na rzecz wolności wypowiedzi) pokusiła się nawet o odniesienia do życia osobistego Daphne du Maurier, która podobno była biseksualna, stąd jej bohaterowie tak bardzo próbowali stać się kimś innym, dopasować się do stawianych przed nimi oczekiwań.
Dwoistość jest widoczna w każdej z postaci „The Scapegoat”, a najbardziej „kryształowa” zdaje się być postać, której rola w życiu Jeana de Gué jest jak najbardziej niemoralna. Można w treści „Kozła ofiarnego” znaleźć nawet nawiązania do problematyki wojny.

„- Monsieur Jean - zaczęła po chwili - dla kogoś takiego jak pan, kto należał do ruchu oporu, wojna to coś, co się planuje i prowadzi rozumowo. Coś takiego jak gra , którą się przegrywa albo wygrywa. Ale dla tych, którzy zostają na miejscu, to coś innego. To jak siedzieć w więzieniu bez krat, gdzie nikt nie wie, kto jest przestępcą, a kto strażnikiem, kto kłamie i kto kogo zdradził. Ludzie tracą wiarę. Jeśli coś, co uchodziło za silne, staje się słabe, człowiek się wstydzi i zaczyna się zastanawiać, czyja to wina. Zadaje sobie pytanie, czy to z powodu jego własnej słabości, czy cudzej, nikt jednak nie zna odpowiedzi i nikt nie chce wziąć na siebie winy”.

To jak widzicie powieść pełna odbić, podziałów na dobro i zło widziane z różnych perspektyw, umieszczone w różnych kontekstach. „Kozioł ofiarny” nie tylko daje poczucie świetnej zabawy (nie brak w nim również humoru), kiedy błądzimy z bohaterem po wijących się, ciemnych korytarzach rodzinnych relacji, stawia również przed nami wiele pytań.
A to czy daje na nie odpowiedzi jest zależne od otwartości umysłu czytelnika. Natomiast to kim jest tytułowy „Kozioł ofiarny” wcale nie jest tak oczywiste! Nawet po przeczytaniu powieści! Czytajcie Daphne du Maurier, naprawdę warto!

Pamięć - droga do wieczności -  Kozioł ofiarny - Daphne du Maurier

„Kozioł ofiarny” - Daphne du Maurier został wydany przez:


Wydawnictwo: Albatros
Data wydania 24 lutego 2016
Liczba stron: 448
Kategoria: 
kryminał/sensacja/thriller
Tłumaczenie: Magdalena Słysz

*Obie książki Daphne du Maurier (wydane przez Wydawnictwo Albatros) zakupiłam w markecie Carrefour.
Szukajcie w koszach pełnych przecenionych książek, tam są dobre książki!

Trzech panów w łódce (nie licząc psa) - Jerome K. Jerome. Cykl: Pamięć - droga do wieczności.

Trzech panów w łódce (nie licząc psa) - Jerome K. Jerome. Cykl: Pamięć - droga do wieczności.

Trzech panów w łódce (nie licząc psa) - Jerome K. Jerome. Cykl: Pamięć - droga do wieczności.

Jerome K. Jerome (1859 - 1927) to angielski pisarz i dramaturg, który w wieku 14 lat, zaraz po przeprowadzce z rodziną do Londynu, zakończył edukację. Dorastał w biedzie. Chwytał się różnych zajęć, pracował m. in. jako aktor, nauczyciel, urzędnik na kolei. W 1892 roku wraz z przyjaciółmi założył humorystyczny miesięcznik „The Idler” (Próżniak), gdzie publikowali m. in. Mark Twain i Robert Louis Stevenson. 

Choć jego pierwsza książka „On the Stage - and Off” została opublikowana w 1885 roku, to sławę zyskał dopiero dzięki „Trzem panom w łódce (nie licząc psa)” wydanej cztery lata później. Krytycy nie wyrażali się jakoś bardzo pochlebnie o jego twórczości, z uwagi na dość potoczny język, lekki styl i komizm - żart, który często był określany mianem prostackiego. Z tego co zaobserwowałam to nadal bywa tak nazywany. Jerome K. Jerome pisał o codzienności niższych klas średnich i ich językiem toteż krytyka była dość powszechna - no bo jak można pisać w taki sposób? takim językiem? A wtedy pisało się głównie dla elit.
Dzisiaj chciałoby się wierzyć, że już nie ma podziałów i każdy może sobie czytać co chce i śmiać się z czego chce. Jednak kiedy przyjrzymy się powszechnemu krytykanctwu wszystkiego czego się w jakiś sposób nie rozumie i chęci przypięcia łatki prostaka odbiorcom, to jakoś nie widzę tej „postępowej” tolerancji. 

Jerome K. Jerome 

Jerome K. Jerome - Trzech panów w łódce (nie licząc psa)


„Trzech panów w łódce (nie licząc psa)” miało być przewodnikiem turystycznym opisującym atrakcje umiejscowione wzdłuż Tamizy. Jednak chęć wprowadzenia zabawnych opowieści, mających stanowić jedynie akcent, rozrosła się i Autor odwrócił proporcje usuwając większość „poważnych” opisów. Powieść była publikowana w odcinkach na łamach „Home Chimes” (1888-1889), a następnie została wydana jako książka przez J. W. Arrowsmitha. 

Trzech panów w łódce (nie licząc psa) - Jerome K. Jerome

W tej historii fikcyjny jest jednie Montmorency, czyli pies. Pierwowzorem narratora jest sam Autor, a pozostałych dwóch bohaterów ma również swoje umocowanie w prawdziwych postaciach - George to George Wingrave (urzędnik bankowy, a później menedżer w Barclays Bank), a Harris to Carl Hentschel (właściciel drukarni, syn emigrantów z Polski).

Trzech „przepracowanych” mężczyzn widząc u siebie objawy chorób wszelakich (osłabiony pracą organizm jest narażony na infekcje) postanawia odpocząć i to dość aktywnie. Po rozważeniu wszelkich możliwych opcji, w  tym morskiej podróży, zmęczeni panowie wybierają dwutygodniową wycieczkę łodzią po Tamizie. Będziemy się z nimi przygotowywać, podróżować, zwiedzać warte poznana miejsca i zmagać się z przeciwnościami, które na mapie ich wycieczki są bardzo częste. Powieść jest upstrzona dygresjami, humorystycznymi opowiastkami, które z całą należną im „powagą” przedstawia narrator. 

Trzech panów w łódce (nie licząc psa) - Jerome K. Jerome


Znam tę powieść doskonale. Tak się lubimy, że kiedy czytałam ją w wydaniu Wydawnictwa Zysk, które widzicie na zdjęciu, to „poprawiałam” tłumaczenie, inne wryło mi się w pamięć nawet za bardzo. Czytałam ją w całości, czytam fragmentami, co jest bardzo ułatwione, z uwagi na dokładny opis tego, co poszczególny rozdział zawiera, i słuchałam doskonały audiobook, czytany przez Michała Kulę.
Mnie Jerome K. Jerome bawi i to do łez większością anegdot dotyczących naszej natury. Uwielbiam się śmiać, kocham ironię, nawet tę w trybie auto. Jeżeli przez to jestem prostaczką, co wynikałoby z opinii tych, którzy żartu Jerome'a K. Jerome'a nie rozumieją i muszą go skrytykować, to całkiem mi z tym dobrze.

Trzech panów w łódce (nie licząc psa) - Jerome K. Jerome

Jerome nie sypie dowcipami, to po prostu żarty sytuacyjne. Kochamy marudzić, narzekać na wszystko co podobno dzieje się przeciwko nam - trzech panów zdaje się być ofiarami wszechświata. Lubimy wierzyć, że możemy być jak superbohaterowie, kiedy tylko zapragniemy, a kiedy przychodzi co do czego to okazuje się, że jakoś dziwnie szybko się męczymy.
I z tego, między innymi, śmieje się Jerome K. Jerome. Z naszych wyobrażeń, które w zestawieniu z codziennością znikają jak wspomnienie sennych marzeń. Chciałabym napisać, że „Trzech panów w łódce (nie licząc psa)” się zestarzało i my już tacy nie jesteśmy, a różnice społeczne, które są w niej opisywane dawno odeszły do lamusa, jednak to nie prawda. 
Czasy się zmieniają, ale nie ludzie. Nadal liczymy się... głównie ze sobą. To jest ten gorzki wydźwięk tych wszystkich żartów. Jak każdy utwór o charakterze farsy „Trzech panów w łódce (nie licząc psa)” obnaża nasze słabości - wady, które wszyscy mamy. 
Każdemu choć raz wydawało się deszcz pada tylko na niego, a kiedy coś mu nie wychodziło jak zaplanował, pomimo tego, że przecież robił to doskonale, bo posiadł tajemną wiedzę, to wszyscy inni byli winni jego porażki. Nie jest tak?
Przyjrzyjmy się opisowi „miłości” do pracy: „Lubię pracę. Praca mnie fascynuje. Potrafię godzinami siedzieć i przyglądać się jej. Uwielbiam mieć ją koło siebie. Na myśl, że mógłbym zostać jej pozbawiony, serce mi krwawi”. Nawet jak się swoją pracę kocha, to każdy ma czasem jej zwyczajnie dość.

Trzech panów w łódce (nie licząc psa) - Jerome K. Jerome

Sprzedaż „Trzech panów w łódce (nie licząc psa)” w ciągu pierwszych kilkunastu lat od wydania przekroczyła milion egzemplarzy. Książka była tłumaczona na wiele języków, a podobno w Rosji pewien mężczyzna opublikował własną książkę podszywając się pod Jerome'a K. Jerome'a i umożliwiło mu to zawodowe zajęcie się pisarstwem... To ci dopiero farsa! 
Sam Autor napisał kontynuację, jednak nie osiągnęła ona już tak spektakularnego sukcesu.

Na całe szczęście świat nie składa się jedynie z krytyków wszelakiej maści i powieść „Trzech panów w łódce (nie licząc psa)” jest nadal czytana i wznawiana. Nawet krytycy literaccy nie są już tak zatwardziali w swoim osądzie i dzieło Jerome'a K. Jerome'a było drukowane w przeróżnych seriach prezentujących klasyczną literaturę angielską. 

Każda z opisywanych przez Jerome'a K. Jerome'a sytuacji jest prawdziwa, to obraz każdego człowieka. Rozumiem, że może kogoś nie śmieszyć, jednak nie można mu odmówić doskonałego zmysłu obserwacji i talentu do wskazywania wad w gawędziarskim, lekkim stylu.

Mamy różne spojrzenie na świat i różne rzeczy, sytuacje nas śmieszą, dopóki nikogo nimi nie krzywdzimy śmiejmy się i dajmy się śmiać innym, a kiedy nie umiemy, to krytykujmy, ale w dobrym tonie, bo nie ma nic wyjątkowego i objawionego w posiadaniu własnego zdania.

Trzech panów w łódce (nie licząc psa) - Jerome K. Jerome



Wydawnictwo: ZYSK i S-ka
Data wydania: 6 października 2020
Liczba stron: 250
kategoria: literatura piękna
Tłumaczenie: Tomasz Bieroń

Maria Skłodowska-Curie. Światło w ciemności - Frances Andreasen Østerfelt, Anja Cetti Andersen i Anna Błaszczyk

Maria Skłodowska-Curie. Światło w ciemności - Frances Andreasen Østerfelt, Anja Cetti Andersen i Anna Błaszczyk

 „...do Paryża! Do wolności i nauki, do światła w ciemności!”

Maria Skłodowska-Curie. Światło w ciemności - Frances Andreasen Østerfelt, Anja Cetti Andersen i Anna Błaszczyk

Maria Skłodowska-Curie. Światło w ciemności - Frances Andreasen Østerfelt, Anja Cetti Andersen i Anna Błaszczyk


Nie czytam komiksów. Nie dlatego, że nie lubię, tylko jakoś do tej pory po prostu się nie składało. Ostatnie wspomnienia, kiedy miałam je w rękach, sięgają czasów dzieciństwa. Potem jakoś ta forma opowieści zniknęła mi z pola widzenia. Pewnie nadal bym od niej stroniła, gdyby nie to, że „Światło w ciemności” opowiada o Marii Skłodowskiej-Curie. 

Maria Skłodowska-Curie to niezwykła naukowczyni (kobieta naukowiec brzmi tak, jakby nauka była zarezerwowana jedynie dla mężczyzn, więc staram się używać żeńskich form rzeczowników), dwukrotna laureatka Nagrody Nobla, uhonorowana w dwóch różnych naukach przyrodniczych.
I tyle mniej więcej wie o niej każdy Polak, to znaczy mam nadzieję, że chociaż tyle.

Lubimy poznawać niezwykłe ludzkie umysły, ale rzadko pamiętamy o naszej rodaczce, której historia jest dowodem na to, że jak się czegoś bardzo chce, to można wszystko. Nikt nas nie powstrzyma, ani bieda, ani tym bardziej żadne zakazy. Talent to predyspozycja, która może rozkwitnąć tylko wtedy kiedy dołączy do niej ciężka praca i wytrwałość. 

Jeżeli nie wiecie o Marii Skłodowskiej-Curie zbyt wiele to nie czytajcie teraz encyklopedii, tylko spróbujcie tego małego, dzieła sztuki. Na (w sumie) niewielu stronach Frances Andreasen Østerfelt, Anja Cetti Andersen i polska ilustratorka Anna Błaszczyk opowiadają o tej niezwykłej kobiecie zadziwiająco! dokładnie. 

Strony komiksu przypominają mi albumy zdjęciowe wykonywane metodą scrapbookingu i kolażowe wariacje. Są tu postaci, budynki, fragmenty listów, notek z dzienników noblistki. Wszystko wygląda jak wklejone w stary album, taki z grubymi czarnymi kartami, które pewnie jeszcze w niejednym domu można znaleźć. 

Opowieść jest podzielona na rozdziały, których treść obejmuje po kilka lat. Te wszystkie detale, wraz ze znanymi z komiksów chmurkami i zapisanymi w nich dialogami, są zapisem całego życia Marii Skłodowskiej-Curie.

Będzie to wspaniały prezent dla dzieci, które poznają tę niezwykłą kobietę, która zmieniła świat, a może i w jakiś sposób dostrzegą w jej historii (z podpowiedzią rodziców) jak wielki mają przywilej nauki. Ale! jest to też wspaniała publikacja dla dorosłych, za pomocą której będą mogli spojrzeć na zapis życia i dokonań noblistki, aby skonfrontować Jej historię z naszą codziennością. 
Ja tam wierzę, że dobre książki, są w stanie po ciuchu zmieniać świat. Szeptać to, co ważne, otwierać oczy i kształtować wrażliwość, a wtedy feminatywy przestają być dziwnymi, i śmieszącymi niektórych ludzi, słowami. Ponieważ to słowa i ich znaczenie ten świat piszą.


Wydawnictwo: Media Rodzina
Data wydania: 30 września 2020
Liczba stron: 136

Łosie w kaczeńcach. O czym milczy Biebrza -  Łukasz Łukasik i Magdalena Sarat

Łosie w kaczeńcach. O czym milczy Biebrza - Łukasz Łukasik i Magdalena Sarat

Jak zapewne nietrudno się domyślić, choćby po nazwie bloga, mieszkam pod lasem. Spaceruję po nim praktycznie codziennie będąc przewodniczką psiego tandemu. Las żyje po wielokroć, nic się nie marnuje, a każdy z jego mieszkańców nie tylko ma tu swoje schronienie, ale pełni jakąś funkcję. Usunięcie choćby mrówek groziłoby zachwianiem ekosystemu.
Spotykam na swej drodze wiele zwierząt od tych najmniejszych tj. owadów po te pokaźnych rozmiarów - jak jelenie czy łosie. Gdy usłyszałam pierwszy raz szczekającą sarnę to mnie trochę zmroziło, bo nie jest to dźwięk, który byłby miły dla ucha. A kiedy biegałam, z jedną z moich psich towarzyszek, nieoczekiwanie naszym „zającem” stał się lis. 
Jedno spotkanie pamiętam szczególnie, bo było dość niezwykłe i zapoczątkowało moje cykliczne mijanki z parzystokopytnymi. Miałam jeszcze wtedy tylko jedną psią koleżankę i spacerowałam po lesie, kiedy zza pagórka wyjrzała na mnie samica daniela.
Staram się zachowywać w lesie cicho, psy nie są luzem, ale nie skradam się też jak przestępca. Spodziewałam się, że napotkana panna ucieknie. Ona jednak spokojnie na mnie patrzyła a ja nadal szłam w jej stronę. Pozwoliła mi przejść i oddaliła się bez popłochu, aby za chwilę znowu się ze mną spotkać. 
Od tego czasu wiele razy już mijałam wygrzewające się w trawie sarny, które odprowadzały mnie i moje psy wzrokiem nie zmieniając przy tym pozycji.

Łosie w kaczeńcach. O czym milczy Biebrza -  Łukasz Łukasik i Magdalena Sarat

Łosie w kaczeńcach. O czym milczy Biebrza -  Łukasz Łukasik i Magdalena Sarat


Zwierzęta są intrygujące i bardzo ruchliwe, dlatego trudno jest im zrobić zdjęcie, a szczególnie dzikim, które zazwyczaj boją się człowieka.
„Łosie w kaczeńcach. O czym milczy Biebrza” Łukasza Łukasika i Magdaleny Sarat to świetne połączenie zdjęć dwóch fotografów przyrody, którymi Autorzy są, z opowieściami dotyczącymi ich wykonania. Autorzy wykorzystują je by przybliżyć czytelnikowi świat naszej pięknej przyrody, odkryć misterium życia, które nigdy nie ustaje, a przy okazji opowiadają o swojej pracy. 

Książka jest podzielona na cztery części zgodnie z porami roku, a rozdziały dotyczą przygód fotografów z określonymi gatunkami zwierząt. 
Z książki bije prawdziwa pasja, miłość do fotografii i jeszcze większa do prawdziwej plejady dzikich modeli. 

Myślałam, że jestem cierpliwa, ale czas oczekiwania na pojawienie się bohatera ujęcia jak i odpowiednich warunków oświetleniowych mnie zawstydza. Wstawanie w środku nocy, czołganie się i leżenie nie tylko w błocie, zimno, wlewająca się do butów woda, to jedynie niektóre z „atrakcji”, jakie funduje dzień pracy fotografa natury.
Jednak bywa i zabawnie. Wiele razy się śmiałam z przedstawianych zdarzeń, bo jest to taki rodzaj pracy, której scenariusza nie da się zaplanować. 
Z książki można dowiedzieć się wielu ciekawych rzeczy, np. dlaczego niektóre żaby stają się niebieskie, dlaczego klucz gęsi ma taki, a nie inny kształt, dlaczego znad Biebrzy zniknęły bataliony, dlaczego niektóre rykowiska są ciche i co mają z tym wspólnego grzybiarze, jak ukryć się by nie dostrzegł nas człowiek (to taki żart z mojej strony, ale i takie przygody miewają Autorzy), itd. Najbardziej podobały mi się opowieści o koziołku w koronie z pokrzyw i cały fragment dotyczący kruków. To piękne, inteligentne, niemal mistyczne ptaki. 

„W wielu mitologiach kruk był przedstawiany jako symbol inteligencji i sprytu. Był ptakiem słońca i świtu, sprytnym złodziejaszkiem i strażnikiem tajemnic. Dopiero chrześcijanie uczynili z niego negatywny symbol pogan, zdrady i niewierności”.

Łosie w kaczeńcach. O czym milczy Biebrza -  Łukasz Łukasik i Magdalena Sarat


Autorzy czarują opowieściami i zamrażają każdą z nich na zdjęciu. Książka, jak wspomniałam, jest pełna kolorowych zdjęć, a część z nich można zobaczyć na instagramowym profilu fotografów (tutaj), którzy organizują warsztaty fotograficzne. 

Podobało mi się również jak zaznaczają by samemu nie zapuszczać się w trudne tereny, by bez zasięgnięcia wiedzy nie fotografować dzikich zwierząt, bo może być z tego więcej szkody niż pożytku.

Fajnie, że znalazł się w książce fragment dotyczący psów i wydry, który pozwolę sobie poniżej zacytować:

„A jednak w tym sielskim, zwyczajnym krajobrazie coś przykuło naszą uwagę. Mały, nienaturalnie nieruchomy ciemny kształt, skulony na zamarzniętej rzece już z daleka wzbudził naszą ciekawość. Postanowiliśmy się temu przyjrzeć dokładniej i z bliska. Najprawdopodobniej była to młoda wydra. Tylko dlaczego nie uciekała, dlaczego trwała w niepokojącym bezruchu?
Odpowiedź na to pytanie pojawiła się bardzo szybko w postaci dwóch niedużych, ale wytrwałych w swoich działaniach psów. Puszczone samopas prawie zamęczyły niedoświadczone zwierzę. Podbiegały do niego z dwóch stron, osaczały i nękały. Wydra musiała być przez nie niepokojona już od dłuższego czasu, bo nie miała nawet siły schować się pod lodem i odpłynąć. Za każdym razem kiedy tego próbowała, psy doganiały ją i atakowały”.

Opisywane zdarzenie skończyło się dobrze, bo ludzie zareagowali, ale gdzie byli właściciele tych psów?

Nie zliczę ile razy w lesie podbiegały do mnie psy puszczone przez właścicieli luzem... Nigdy nie były agresywne, nigdy nie wyrządziły mi krzywdy. Zaznaczam mi, ponieważ nie wiem czy jakieś dzikie zwierzę nie ucierpiało.
Pies to też zwierzę i puszczony samopas jest w stanie zagonić na śmierć nawet sarnę.
Wolność jednych zwierząt i ulga właściciela, który w ten sposób „męczy” psa, by mieć spokój w domu, nie może odbywać się kosztem mieszkańców lasu. Zawsze denerwuje mnie ta ignorancja, egoizm i kompletna niechęć do zrozumienia, że jesteśmy w lesie jedynie gośćmi, a nikt przecież nie chodzi do znajomych i nie wpuszcza im psa do mieszkania, aby się „wybiegał”. Pies jest zwierzęciem udomowionym, ma być przy człowieku i to człowiek jest za niego odpowiedzialny.

To piękna publikacja, który cieszy oko, pobudza wyobraźnię, sprawia, że się człowiek pod nosem, za sprawą opisywanych perypetii, uśmiecha. Autorzy uświadamiają, że to co jest dookoła nas to żywa galeria sztuki i zarażają swoją pasją.

„Kochajmy i szanujmy to, co nas otacza, bo bez tego życie nie będzie tak piękne”.

Łosie w kaczeńcach. O czym milczy Biebrza -  Łukasz Łukasik i Magdalena Sarat



Data wydania: 2 października 2020
Liczba stron: 448

Łąka umarłych - Marcin Pilis

Łąka umarłych - Marcin Pilis

„Nie ma usprawiedliwienia dla dobra okupionego cierpieniem. Nie dla mnie, bo widzę, jak w tej kosmicznej skali wzajemna relacja między dobrem a złem niweczy obie te sfery, zło i dobro anihilują w zetknięciu ze sobą, przechodzą jedno w drugie”.

Łąka umarłych - Marcin Pilis

Łąka umarłych - Marcin Pilis


„Łąka umarłych” po raz pierwszy została wydana w 2010 roku, a w tym roku Wydawnictwo Lira wypuściło na rynek wersję rozszerzoną, wzbogaconą o zakończenie należne jednemu z bohaterów, jak określił Autor w jednym z wywiadów, które miałam możliwość przeczytać. 

Akcja powieści toczy się w trzech planach czasowych, a mianowicie w latach: 1942, 1970 i 1996. Punktem wspólnym jest oczywiście miejsce, czyli mała, osadzona na uboczu wioska - Wielkie Lipy i postacie, które w różnym stopniu są ze sobą powiązane.

Początek „Łąki umarłych” jest przesiąknięty aurą niepokoju, w niektórych momentach nawet grozy. Chrzęszczący śnieg, nieprzyjemna droga do wioski, majaczące pomiędzy drzewami sylwetki i informacja, że na terenie Wielkich Lip stoi tajemniczy klasztor. To wszystko pobudza wyobraźnię i sprawia, że samemu brnie się przez te śniegi. 
Potem ta wyobrażona groza ustępuje miejsca czemuś zupełnie innemu. Bo to, tak pokrótce, powieść o złu, ale tym przyziemnym, ludzkim. O demonach brutalnej przeszłości, które stale o sobie przypominają.

Powieść otwierają wydarzenia z 1996 roku, w których poznajemy Karla Straucha, byłego niemieckiego żołnierza, który wybiera się do rzeczonej wioski.
Następnie robimy skok w tył i lądujemy w 1970 roku, gdzie główny bohater, Andrzej Hołotyński, przyjeżdża do Wielkich Lip po śmierci ojca (Jerzego Hołotyńskiego) chcąc obejrzeć pracownię zmarłego i zaspokoić ciekawość.
W książce istnieją równie głośno wydarzenia z 1942 roku, za sprawą pamiętnika Jerzego Hołotyńskiego.
Wszystko się ze sobą dobrze spaja. Nie miałam poczucia dezorientacji, pomimo zastosowania różnych planów czasowych - powieść czyta się płynnie.
Na ogromne uznanie zasługuje język postaci, wszystkich postaci. Każdy wypowiada się w charakterystyczny dla niego sposób. Marcin Pilis stosuje kreację językową, która dodaje całej opowieści realizmu. Bo choć książka jest fikcją literacką, to jest prawdziwa. Wydarzenia jakie opisuje nie są kompletnie zmyślone. Polska historia nie rysuje się tylko tak, jak niektórzy z nas pragnęli wierzyć, a być może jeszcze znajdą się i tacy, którzy nadal wierzą, że jesteśmy jedynym narodem w historii świata, który doświadczył krzywdy, a nikomu jej nie zadał. 

Poruszana przez Marcina Pilisa tematyka nie jest dla mnie niczym nowym, może gdy była wydana po raz pierwszy kogoś zszokowała. Mam jeszcze w pamięci jakie kontrowersje wzbudzał film Władysława Pasikowskiego, z Maciejem Stuhrem w roli głównej. Nie jestem jednak pewna czy szok właśnie chciał wywołać Marcin Pilis, który wykorzystał niełatwe polsko-żydowskie relacje, by opowiedzieć o współistnieniu dobra i zła, i konsekwencjach jakie niesie ze sobą przekraczanie granicy, która w tym związku nigdy nie jest stała.
Nie wiem również czy określenie, którego użyłam tzn. „wykorzystał” jest odpowiednie, bo Autor w żaden sposób nie przesadza w opisach wydarzeń, które miały miejsce podczas wojny. Nie gra na emocjach czytelnika rozbudowanymi opisami. Pamiętnik, który stanowi zapis tego, co miało miejsce w Wielkich Lipach, ma bardzo reporterski charakter.
Choć to fikcja, to powinniśmy mieć świadomość, że takie zdarzenia miały miejsce, bo źli ludzie byli wszędzie, niezależnie od pochodzenia narodowościowego. I nadal są.

To powieść zróżnicowana. Pojawiają się w niej różne wątki, w tym romantyczny i taki, który określiłabym mianem kryminalnego, a nawet rozważania filozoficzne. 
Wszystko jest wyważone. Pamiętajmy, że to mimo wszystko książka, która ma za zadanie przykuć uwagę czytelnika i być dla niego głównie formą rozrywki, a dopiero potem mówić coś więcej. 
Osobiście jednak wołałbym mniej wydarzeń oscylujących wokół brutalności (tej z 1970 roku), a więcej niedopowiedzeń, ale... to tylko moje osobiste preferencje. Podejrzewam, że wtedy powieść straciłaby na dynamice, a chyba tego większość czytelników szuka. Trochę irytujące było odkrywanie prawdy przez żeńską bohaterkę. Rozumiem, że to co nas dotyczy i co mamy pod nosem niekoniecznie jest dla nas oczywiste, ale mimo wszystko (chyba?) szybciej realni ludzie łączą fakty. Ale to częsty „problem” książkowych bohaterów... Czytelnik ma się czuć bystrzejszy...?

„Łąka umarłych”, jak  dla mnie, jest napisana z dużą sprawnością językową i kreacyjną. Autor buduje napięcie, wprowadza postaci, intryguje, odsuwając w czasie podanie informacji, których łaknie czytelnik. 
Wprowadza wzmianki, które pokazują, że nikt nie jest tylko zły albo tylko dobry. Dostrzegamy w antagoniście jakieś formy odsunięcia od siebie sprawstwa. Jednak czy to jest sumienie? Zaczynamy, więc wątpić w słuszność naszego początkowego osądu i jest to znakomity zabieg.

To dobra powieść, która, mam taką nadzieję, zostawi czytelnika z przemyśleniami, bo czy aby na pewno antysemityzmu w nas nie ma?
Chyba często nie jesteśmy świadomi tego, jak niektóre krzywdzące powiedzenia wrosły w naszą codzienność i pleciemy je bez zastanowienia. Widuję je i słyszę nawet u osób deklarujących oczytanie. Nie jestem bez winy, jako dziecko powtarzałam określenia, których znaczenia nie rozumiałam.
Słyszymy, powtarzamy i niespecjalnie nad tym się zastanawiamy, a lata kształcenia nie zawsze kończą się sukcesem, gdy brak zwyczajnej, jakby się mogło wydawać, refleksji. 


Wydawnictwo: Lira
Data wydania: 16 września 2020
Liczba stron: 480

Láska nebeská - Mariusz Szczygieł

Láska nebeská - Mariusz Szczygieł

„Bez przerwy pić też się nie da, więc się dokształcam”. 
*Bohumil Hrabal - „Piękna rupieciarnia”

To jeden z moich ulubionych cytatów. Czasem człowiek chciałby się zechlać, zwyczajnie znieczulić, bo to nasze życie bywa trudne. No, ale tylko bywa. Po pijaństwie zostanie kac, a z czasem i on nas zostawi...
Dość absurdalny wstęp, co nie? Bo co ma Szczygieł do Hrabala... No, coś tam ma.

Láska nebeská - Mariusz Szczygieł


Wydawnictwo Agora wznowiło zbiór felietonów Mariusza Szczygła „Láska nebeská”, który został rozszerzony o zdjęcia i historię Josefa Sudka, wybitnego poetyckiego czeskiego fotografa, tworząc coś, czego nie da się zamknąć i zapomnieć. 
W tych felietonach, które są podróżą przez czeską kulturę, jest cały Mariusz Szczygieł. Człowiek z nieprawdopodobnym darem do opowiadania. 
W trakcie czytania każdego z tekstów szukałam książek autorów, których wspomina, w sieci, więc pan Szczygieł będzie odpowiedzialny za moje ukulturowienie się, ale i bankructwo. 

To nie tak, że o Czechach to ja nic nie wiedziałam, ponieważ zdarzyło mi się obcować z prozą wspomnianego Bohumila Hrabala, czy Milana Kundery, ale nie tylko, czytuję również czeskie kryminały, które dają mi dużo przyjemności.
Kiedy czytałam ten zbiór, a robiłam to dość wolno, raz, że to prawdziwa przyjemność, dwa musiałam mieć czas by poszukać wszystko to, o czym Mariusz Szczygieł wspomina, to przeczytałam sobie „Śmierć pięknych saren. Jak spotkałem się z rybami” Oty Pavla. Wyjątkowa lektura, a razem z „miłością nie z tej ziemi” (jak tytuł „Láska nebeská” tłumaczy Mariusz Szczygieł), sprawia, że lepiej się ją rozumie.


Szczygieł odnajduje Czechów tam, gdzie nikt by ich nie szukał.

Literackie wywody na ścianach szaletów? A dlaczego nie? Kultura może być wszędzie. 
Czy Czesi są tacy jak my, a może kompletnie inni?
Po co oni z tym „dobrý den” tak męczą?
Skąd u nich taka wysoka procentowość osób czytających książki? 
Najdziwniejsze miejsce na bar to...? (zdziwicie się!)
Kogo interesuje układ trawienny pewnego czeskiego pisarza i dlaczego?
Dlaczego Mariusz Szczygieł zastanawiał się czy Lech Wałęsa miał na sobie kalesony?
Kim jest najznamienitszy z Czechów?
O co chodzi z tym „Hamburgerem z krwią Kafki”?

Szczygieł czyta i ogląda, to w niego wpada i przefiltrowane staje się jego. 

„Láska nebeská” uczy, intryguje, bawi, ale i nie zmusza do refleksji, tak nie zmusza, bo ona zachęca do niej w najlepszy możliwy sposób. Czeskie poczucie humoru to jest coś, w czym ja się odnajduję. Czesi nie tylko nie boją się absurdu, oni sprawili, że stał się im poddany.

Pomiędzy felietonami pojawia się zdjęcia wykonane przez Josefa Sudka i krótkie opowieści o tym niezwykłym człowieku. I o jego wyjątkowym postrzeganiu. Światło na zdjęciach Sudka jest nierealnie miękkie. Zdjęcia są jakby wyjęte z magicznej rzeczywistości. Niebywały talent i niebywale skromny człowiek. Poeta obrazu.

„Sudka fascynuje to, co widzi. Szczygła to, co czyta”, a razem tworzy to lek na szarość, zresztą nie sądzę, aby ten żółty kolor znalazł się na okładce przypadkiem. 
To zbiór, o którym chce się mówić i go cytować, tak zwyczajnie, na co dzień. 

Zastanawiałam się jak pokazać tak niezwykłą okładkę (jedno ze zdjęć Josefa Sudka) i szatę graficzną (za którą odpowiedzialna jest Ula Pągowska znana np. z Serii D
zieł Pisarzy Skandynawskich Wydawnictwa Poznańskiego) żeby jej nie przytłoczyć i padło na opuszczony budynek, jakoś tak nie wybija mi się z tła. 

„Láska nebeská” jest kopalnią inspiracji, obfitująca w niezwykłe i trafne spostrzeżenia dotyczące nie tylko Czechów i ich bogatej i ciekawej kultury, ale i nas - Polaków. 


Wydawnictwo: Wydawnictwo Agora
Data wydania: 2 września 2020
Liczba stron: 180
zbiór felietonów

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...