Wilk stepowy - Hermann Hesse

Wilk stepowy - Hermann Hesse

Wilk stepowy - Hermann Hesse

„Siedzę kwadransik, czasem i pół godziny, zmęczony i brzydko zgrabiony, w gromadzie innych znudzonych ludzi, jak oni słucham upływu czasu, jak oni robię znudzoną minę, niekiedy drapię się bezmyślnie w szyję albo kark, opieram podbródek na uchwycie laski albo ziewam, i tylko w rzadkich chwilach dusza moja wzdryga się i miota z przerażeniem, jak stepowe zwierzę, które nagle budzi się w chlewiku, ale wkrótce znowu zadrzemie, zapadnie w sen i będzie dalej śniła, skrycie, bez mojego udziału, bo ja - odkąd przesiaduję na koncertowym krzesełku - rozstałem się z duszą”.
Tak, między innymi, pisał Hermann Hesse w „Kuracjuszu. Zapiskach z kuracji w Baden”, stąd też przypuszczenia, że właśnie wtedy rysował się w Jego myślach „Wilk stepowy”, jak i z pragnienia zapisania „dwugłosowej melodii świata”, o której również w „Kuracjuszu...” wspominał.

Wilk stepowy - Hermann Hesse

Głównym bohaterem „Wilka stepowego” jest Harry Haller, zapewne alter ego pisarza. Jak, chyba?, łatwo się domyśleć Harry Heller to postać dwoista, ogólnie motyw dwoistość pojawia się we wszystkich trzech publikacjach Hessego jakie miałam okazję przeczytać, jednak ta dwoistość nie jest tak oczywista jakby się mogło wydawać. Oczywiście znajdziemy tu zasadę przeciwieństw i ich stałego związku. Jednak dwoistość w ujęciu Hessego to też odbicie świata w jednostce.
Świat choruje, bo choruje jednostka. A świat i jednostka się przenikają (jak popatrzycie na wszystkie okładki serii wydawanej przez wydawnictwo Media Rodzina, to dokładnie zrozumiecie co mam na myśli).
Kiedy przyjrzymy się dzieciństwu pisarza to możemy domniemać przyczyn takiego widzenia świata - ojciec wpajał mu duchowość, a matka zamiłowanie do natury i muzyki - dwie dość przeciwstawne rzeczywistości.
Wiele motywów z własnego życia zaczerpnął również, by stworzyć fabułę „Pod kołami”, o której opowiem niebawem.
Hermann Hesse był, jak wspomniałam, człowiekiem niezwykle wrażliwym. Po psychoanalizie, którą poprzedziła próba samobójcza, i napisaniu „Siddharthy” mogłoby się wydawać, że osiągnął spokój, a tymczasem pięć lat później wydano „Wilka stepowego”, w którym niektórzy widzieli jakąś formę schizofrenii czy nawet nihilizmu? Co w ogólnym rozrachunku jest dość dziwne, ponieważ to powieść na wskroś egzystencjalna.

O „Wilku stepowym” przeczytałam tak wiele, że spokojnie mogłabym podjąć się próby napisania tekstu bez przeczytania samego źródła. Interesował mnie nie tylko dlatego, że jest jedną z książek, którą często określa się mianem najważniejszych dzieł XX wieku, ale również z powodu przeciwstawnych wrażeń u czytelników.
Jak to się dzieje, że w zapisanych słowach, takich samych dla wszystkich, ludzie widzą aż tak różne znaczenie?

To niezwykła powieść już w samej formie, gdyż kilkukrotnie zmienia się punkt widzenia, to aż trzy różne perspektywy. Zmienia się też
język, styl, sposób prowadzenia czytelnika.
Na początku „wilka” opisuje człowiek, u którego ciotki bohater mieszkał i ten sam człowiek udostępnia nam notatki Harrego Hallera. Te notatki czytamy z perspektywy Hallera. Potem poznajemy „Traktat o wilku stepowym”, który w pierwszych wydaniach był dołączany jako osobny utwór do „Wilka stepowego”.
W tym traktacie narratorem jest, to znaczy ma być, ktoś obiektywny.

<Otóż: „Większość ludzi nie chce pływać, dopóki nie nauczy się pływania”. Czy to nie dowcipne? Oczywiście nie chcą pływać! Urodzili się przecież dla ziemi, nie dla wody. I oczywiście nie chcą myśleć, gdyż stworzeni zostali do życia, a nie do myślenia! Tak, a kto myśli i kto z myślenia czyni sprawę najważniejszą, ten wprawdzie może w tej dziedzinie zajść daleko, ale taki człowiek zamienił ziemię na wodę i musi kiedyś utonąć.>

Wilk stepowy - Hermann Hesse

<Mieszczuch niczego wyżej nie ceni nad swoje „ja” (oczywiście owo tylko z grubsza rozwinięte „ja”). Kosztem intensywności zyskuje stabilizację i pewność, zamiast opętania Bogiem - spokój sumienia, zamiast rozkoszy - zadowolenie, zamiast wolności - wygodę, zamiast śmiertelnego żaru - przyjemną temperaturkę. Dlatego też mieszczuch jest z natury istotą o słabej dynamice życiowej, tchórzliwą, lękającą się każdego ryzyka, łatwą do rządzenia. Z tego powodu zastąpił władzę liczebną przewagą, gwałt - prawem, odpowiedzialność - głosowaniem.>

Sam Hesse był zdumiony jak różnie czytelnicy odbierali „Wilka stepowego”.
Ta powieść może w jakiś sposób niepokoić, powodować poczucie zagubienia, a nawet irytować, jeżeli podejdzie się do niej jedynie jako do spowiedzi mężczyzny, który sam nie wie czego chce, a młody przecież już nie jest.
To wewnętrzna walka spowodowana konfrontacją powinności z pragnieniami. Jedyną drogą do zbawienia jest ta usłana bólem, cierpieniem. Jednak stany prozaicznego uczucia przyjemności nęcą.
To rzeczywistość napędzana niewłaściwymi emocjami, której bohater nie chce przyjąć jako swojej. Dochodzi do rozszczepienia jaźni.
W onirycznych kadrach magicznego teatru dla obłąkanych (świat jakim widzi go wilk stepowy) obejrzymy poszczególne pragnienia, do których drogę utoruje mu poznana niedawno kobieta - nomen omen - Hermina. Pojawią się tu również znane postaci z literatury i muzyki.

Nie mogę powiedzieć, że utożsamiam się w pełni z bohaterem, rozumiem go, albo po prostu staram się zrozumieć. Może kiedyś inaczej i mocniej bym tę powieść odebrała (tylko właśnie nie wiem czy we właściwy sposób?), ale nie ma to wpływu na wielość wrażeń jakich mi to spotkanie dostarczyło. 
W wielu spostrzeżeniach ta wiążąca mnie nić - z takim widzenia świata - pozostaje mocna.

Hesse pokazuje nie tylko przebieg choroby wnętrza i ścieżkę do uzdrowienia, bo to książka o drodze ku życiu, ale również sposób naprawy wszystkiego.
Znacie na pewno to powiedzenie, że naprawianie świata należy zacząć od siebie? Proste, ale bardzo trudne w realizacji. Bohater „Wilka stepowego” właśnie to robi. I co ciekawe nie twierdzi, że tę drogę, tę walkę toczy się raz.

<Parokrotnie wyraziłem pogląd, że każdy naród, a nawet każdy pojedynczy człowiek, zamiast usypiać swoją czujność zakłamanymi politycznymi „kwestiami winy”, musi zbadać, w jakim stopniu, skutkiem błędów, zaniedbań i złych przyzwyczajeń, sam ponosi odpowiedzialność za wojnę i za wszelką nędzę świata, i że jest to - być może - jedyna droga zapobieżenia następnej wojnie.>

To powieść wymagająca, trudna, ale na pewno budząca emocje, i to często sprzeczne. Wybitna językowo, często zawiła w znaczeniowości. I oczywiście aktualna w przesłaniu, ona nigdy się nie zestarzeje, bo człowiek nigdy nie zespoli „JA” ze zbiorowością. Jedność chyba nam nie grozi. Chociaż próbować możemy.

Wydawnictwo: Media Rodzina
Data wydania (tego ze zdjęcia): 30 sierpień 2016
Liczba stron: 360
Tłumaczenie: Gabriela Mycielska
Przedmowa do Wilka stepowego: Hermann Hesse
Posłowie (1941): Hermann Hesse
Posłowie (2012): Volker Michels (tłumaczenie Elżbieta Pieciul-Karmińska)


„Kuracjusz. Zapiski z kuracji w Baden” , „Podróż norymberska” - Hermann Hesse

„Kuracjusz. Zapiski z kuracji w Baden” , „Podróż norymberska” - Hermann Hesse

„Kuracjusz. Zapiski z kuracji w Baden” , „Podróż norymberska” - Hermann Hesse
 
 „Próżnowanie jest początkiem wszelkiej psychologii”
*Nietzsche

Taki cytat wita czytelników „Kuracjusza...” i  „Podróży norymberskiej”, czyli dwóch utworów Hermanna Hessego wydanych w jednym tomie, i ten cytat zawiera w sobie sedno obu.
Jeżeli mogłabym sobie czegoś życzyć to tego, żeby każdy, kto planuje przeczytać „Wilka stepowego” tego Autora najpierw zapoznał się właśnie z tą publikacją.
W „Kuracjuszu...” widać zalążki powstania tej chyba najbardziej znanej powieści Hessego, jego sposób widzenia i wewnętrzną konieczność analizy siebie i przy okazji wszystkich wokół. 

Do tego jawi się tu jako mistrz autoironii, wytrawny obserwator i własny... uczeń. Bo Hesse często sam obala swoje początkowe założenia i nie ma z tym żadnego problemu.

„Kuracjusz. Zapiski z kuracji w Baden” - Hermann Hesse

Hermann Hesse był naznaczony bólami reumatycznymi, z powodu których zapewne bardzo cierpiał.
Ból zmienia człowieka, staje się on niecierpliwy, poirytowany i często zwyczajnie złośliwy. A Hermann Hesse był niezwykle wrażliwy, uduchowiony, trawiła go potrzeba zrozumienia wszystkiego.
Kiedy trafił na kurację do Baden nie chciał popaść w odrętwienie i zwykłe znużenie, więc zaczął zapisywać swoje spostrzeżenia, myśli i rozprawiał sam ze sobą, dochodząc do wniosków uniwersalnych, ogólnych i... wielkich.
Czytanie w tej publikacji słów Hessego to nie tylko dobra zabawa - bo uśmiejecie się na pewno, i to w przypadku obu
tych utworów, bo kto nie lubi czasem się poironizować, ale i, gwarantuję, że tak będzie, zaczniecie rozmyślać nad własnym życiem i tym, co w nim rzeczywiście ważne.
Być może znajdziecie wiele punktów stycznych z codziennymi problemami Autora. Kiedy czytałam jak zmaga się z porankiem, to jakby widziała siebie. Dywagacje nad tym co widzi i jak to odbiera, i co może być przyczyną takich odczuć, a nawet ich brakiem u innych, wiodą go ścieżkami do zrozumienia choroby świata.
Hesse miał w tym uzdrowisku sąsiada, Holendra, którego zaczął zwyczajnie nienawidzić i tak, jak oczywistym jest to co do tego doprowadziło, tak zapewne zaskoczy Was sposób rozwiązania tego istotnego przecież problemu, bo każdy z nas często i niezwykle szczerze nienawidzi drugiego człowieka. Wystarczy przyjąć odpowiednią dawkę polskiej polityki i już mroczne ziarno kiełkuje.
Hesse nie zawsze wypowiada się jednoznacznie, często stawia pytania, na które odpowiedzi jest tak wiele, że trudno się znaleźć tę najwłaściwszą, bo kto powiedział, że istnieje tylko jedna? Rysuje się przed oczami czytelnika powód nazywania siebie pewnym samotnym drapieżnikiem i pojawia się stwierdzenie:

„Nigdy nie zdołam nakłonić wzajem ku sobie biegunów życia, zapisać dwugłosowej melodii świata. Mimo to posłuszny mrocznemu rozkazowi będę wciąż na nowo próbował. Ta sprężyna wprawia w ruch mój zegareczek”.

Ta publikacja to coś niebywałego, jakbym rozmawiała z bliskim, który tak wiele wie i wiele czuje.

„Kuracjusz. Zapiski z kuracji w Baden” , „Podróż norymberska” - Hermann Hesse



„Podróż norymberska” - Hermann Hesse

Drugi utwór to „Podróż norymberska”, w której Hesse niczym jeden z biegunów umykający przed złem stale podróżuje. A sposób podróży wcale nie jest tak oczywisty dla nas, wiecznie się gdzieś spieszących.
„Podróż norymberska” to zapis jego wyjazdów na spotkania autorskie, na których zwykł czytać swoje utwory. Widzimy jak trudno mu się było dopasować, wbić się w ramy, odgórne rozliczenie czasu: kiedy i co oraz gdzie ma robić.
Problemy życia rodzinnego, sytuacja polityczna kraju nie poprawiały mu samopoczucia. Walczył z tym wszystkim ponownie, ironizując, analizując siebie, innych, współczesny mu świat, który, jak zobaczymy, niewiele się zmienił.
Znowu będziemy mogli się pośmiać i sam Hesse również do humoru się tu odnosi i ukazuje czym ten „najlepszy” humor rzeczywiście jest.

„I znowu czułem ową iskrę przebiegającą między dwoma biegunami, czułem, jak nad przepaścią między rzeczywistością  a ideałem, między rzeczywistością a pięknem kołysze się powietrzny most: poczucie humoru”.

Obie publikacje to nie tylko autobiograficzne zapiski Hessego, to poniekąd również reportaże dotyczący sytuacji społeczno-politycznej ówczesnych Niemiec, autoanaliza i analiza wnętrza człowieka, ducha, która choć często może być odebrana jako przygnębiająca, bo co jest urzekającego w jakiejś formie utyskiwania na wszystko?, ale to mylne złudzenie, z pisania tego Autora bije życie.
Egzystencjalizm w zaskakującej lekkością wypowiedzi formie, który wchodzi w pory i głęboko odżywia ducha. 

„W nic bowiem w świecie nie wierzę tak głęboko, żadne inne wyobrażenie nie jest mi tak drogie jak wyobrażenie jedności, jak pogląd, że cały świat jest boską jednią i wszelkie cierpienia, wszelkie zło polega tylko na tym, że my, poszczególni ludzie, nie czujemy się już nieodłącznymi cząstkami tej całości, że Ja przydaje sobie zbyt wielkie znaczenie”.

„Kuracjusz. Zapiski z kuracji w Baden” , „Podróż norymberska” - Hermann Hesse

Wydawnictwo: Media Rodzina
Data wydania: 30 października 2020
Liczba stron: 266
Tłumaczenie: Małgorzata Łukasiewicz
Posłowie: Volker Michels (tłumaczenie Anna Urban)


Hermann Hesse i moje myśli nieuporządkowane

Hermann Hesse i moje myśli nieuporządkowane

Chodziłam dziś po lesie, a po mojej głowie rozbijały się myśli, słowa, które chciałam z siebie wylać. Wiązały się z tymi trzema książkami, które widać na zdjęciu, ale nie były ściśle opinią, tekstem dotyczącym ich treści. Po powrocie przygotowałam sobie miejsce na kanapie, oddzielając się od psów poduszkami, które i tak zostały mi przez nie odebrane, zrobiłam sobie kawę, podłączyłam laptop do prądu i... pustka. Może po tym wstępie dotyczącym chwili obecnej, rzeczywistości jakoś się obudzę i podczas wlewania w siebie kawy, wyleję to, co zamierzałam.

Zapewne znacie Hermanna Hessego, a jak nie znacie Jego twórczości, to kojarzycie nazwisko, no... przynajmniej mam taką nadzieję. To niemiecki prozaik, poeta, eseista, okresami rysownik i malarz o poglądach pacyfistycznych. Żył w latach 1877-1962. W 1946 roku otrzymał Nagrodę Nobla w dziedzinie literatury.
Hesse w swojej twórczości poruszał problematykę egzystencjalną, wiele w niej duchowości i odniesień do buddyzmu, analizował psyche swoje i ogólne, a wszystko to miało bogate tło społeczno-obyczajowe.
Jego styl jest niezwykły i ma wiele odsłon. Zdania bywają bardzo długie, ale w trakcie czytania poruszamy się po nich instynktownie, nie tracimy rytmu. Bywają również bardzo poetyckie. Napisałam „bywają” ponieważ w tych trzech różnych dziełach sposób wypowiedzi Hessego jest inny.

„Wilk stepowy“, najbardziej znane z Jego dzieł, jest najbardziej zróżnicowany pod względem formy i przedstawianych punktów widzenia. Może przysparzać trudności, ale na pewno warto się z nim zmierzyć. Jednak nie wiem czy poleciłabym ją do czytania jako pierwszą, chociaż uczucie zdezorientowania, które, jak mi się wydaje, powinno czytelnikowi towarzyszyć, wtedy będzie zdecydowanie większe.
„Kuracjusz” i „Podróż norymberska” zostały wydane razem, a samego „Kuracjusza” traktuję właśnie jako „wstęp” do „Wilka stepowego”.
Pojawia się tam nawet pewna wzmianka, ale opowiem o niej przy okazji omawiania moich wrażeń dotyczących każdej z przeczytanych publikacji Hessego. W „Kuracjuszu” i „Podróży norymberskiej” narrację prowadzi sam Autor. To jego osobiste przeżycia, zapisane w gawędziarskim stylu nacechowanym ironią, najczęściej w trybie auto. Pośmiałam się, ale... nie było mi wesoło i... a zresztą opowiem o wrażeniach w osobnym tekście.
„Pod kołami” to powieść dotycząca młodego i zdolnego chłopaka, zaduszonego talentu, opowiedziana w dużo bardziej przyswajalny sposób niż „Wilk stepowy”, jednak bardzo poruszająca. Samemu Autorowi wydawała się „zbyt lokalna” i „zbyt ulotna”. Była wcześniej wydana w Polsce pod tytułem ”Wyższy świat”.
Teksty Hermanna Hessego poruszają się po linii życia, pierwsze wrażenie może być dość ponure, ponieważ pokazują tę „męczącą” stronę życia. Tę, w której się grzęźnie i tę, z której wydaje się, że nie ma innego wyjścia jak się po prostu w niej utopić. Ale... to nie są ponure historie. One są pełne życia i prawdy o nim. Duchowość i natura jako dwie przeciwstawne sobie opcje.

Rzeczywiste i nie-rzeczywiste. Bo czym rzeczywistość jest?

Z opowieści Hessego uderza dwoistość, a z „Wilka stepowego” coś jeszcze głębszego i dużo bardziej złożonego. To opowieści pełne - tak dość przewrotnie - życia, powrotu do niego. To droga stawania się człowiekiem, droga do zrozumienia tego, czym życie jest. Można w nich znaleźć spokój, zrozumienie siebie i tego, co się we wnętrzu człowieka dzieje.

Nazywamy świat złym i chorym, a co z jednostką, a co ze mną?
Wszystkie są niezwykłe, o wszystkich opowiem bliżej, wkrótce.

Kiedy tak chodziłam po tym lesie i myślałam nad skomplikowaniem prostoty życia, przypomniało mi się niedawne wydarzenie. Jeden z moich znajomych zachorował i niestety już go z nami nie ma. Kiedy stałam na cmentarzu pośród innych, którzy przyszli się z nim pożegnać, słuchałam i patrzyłam. Za mną pewna pani rozprawiała z drugą, że nie dostała „czarnego komina” wobec tego przyszła dziś bez wymaganej maseczki. Przy okazji usłyszałam, że jej obecna sytuacja polityczna i jakieś tam zakazy, które to z kolei wywołały strajki, nie interesują, bo ona już rodzić nie będzie. Inna, która stała z białą lilią w rękach, usłyszała od jakiegoś mężczyzny, że powinna była kupić wieniec, a nie takie byle co. A chłopak na wprost mnie, co chwilę patrzył na telefon. Może nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie fakt, że od kilku dni huczał w mediach społecznościowych jak bardzo przeżywa tę śmierć.
Rejestrowałam, układając sobie te migawki w pamięci. Mówić mi się wtedy nie chciało. Pamiętam, że kiedy ostatni raz widziałam tego znajomego to powiedział do mnie po imieniu, ale co powiedział tuż potem, tego już niestety nie. I tylko dźwięk tego słowa, mojej nazwy własnej odbijał mi się w głowie jak echo. Stałam tak blisko końca życia, będąc jednocześnie w jego centrum, ale tam echo imienia tego człowieka już się rozeszło. Przestał być rzeczywisty.  

Czy właśnie to jest normalne? Czy tak powinnam się zachowywać? 

Ktoś powie, że każdy przeżywa na swój sposób. I każdy ma do tego prawo. No dobrze, ale... Najpierw nauczyliśmy się nie okazywać emocji. Tani, brzydki sentymentalizm. Lepiej skoncentrować się na czerni, której nigdzie nie było niż nad życiem. Łatwiej. Wtedy się nie czuje, zaoszczędzi się na chusteczkach i wstydzić się nie trzeba. Bo płacz to wstyd. Jak płaczemy to zawsze ze wzrokiem skierowanym w dół, aby nikt nie widział, bo emocje i ich okazywanie jest passe. Potem musimy się ogłupiać obrzydliwymi historiami, w których pełno jest opisów przemocy, żeby coś poczuć. Bo nie czujemy nic. A w ramach terapii zafundujemy sobie przemoc na ulicach. Smutne, cholera.
A może zbyt poważnie to wszystko traktuję? Może lepiej się żyje jak nic nie bierze się poważnie? Ani życia, ani śmierci? Nie wiem, nic nie wiem. Im dłużej żyję, tym mniej jestem wszystkiego pewna.

Miałam o książkach Hessego na razie nie pisać jakoś bliżej, bo muszę je jeszcze przetrawić, przemyśleć. Jest w nich wiele pytań, ale i wiele odpowiedzi dotyczących świata i przede wszystkim człowieka. Bo na świecie nigdy nie będzie dobrze skoro jego najmniejsza komórka jest zepsuta. Pozwolę sobie Go zacytować:

„Można kochać bliźniego mniej niż siebie - wtedy jest się egoistą, chciwcem, kapitalistą, burżujem, a taki może wprawdzie zgarniać pieniądze i władzę, ale nie zazna w sercu pogody i nie będzie miał dostępu do najbardziej wyrafinowanych i smakowitych radości duszy. Można też kochać bliźniego bardziej niż siebie - wtedy jest się biedakiem, przekonanym o własnej niższości, chcącym kochać wszystko, a pełnym urazy do samego siebie i gotowym samego siebie zadręczać, i taki człowiek żyje w piekle, gdzie sam codziennie smaży się na wolnym ogniu. Ale równowaga miłości, zdolność kochania bez poczucia winy, miłość do samego siebie, której się nie kradnie, miłość do innych, która nie ogranicza i nie gwałci własnego Ja - w tych słowach zawiera się sekret wszelkiego szczęścia, wszelkiej błogości. A jeśli kto chce, można to też wyrazić na modłę hinduską i powiedzieć: Kochaj bliźniego, bo on jest tobą - chrześcijańska wykładania formuły tat twam asi. Ach, cała mądrość jest tak prosta, tak dawno już, tak dokładnie i ostatecznie została wyrażona i sformułowana! Dlaczego przychodzi do nas tylko czasem, tylko w dobre dni, dlaczego nie towarzyszy nam zawsze?”
 
Polecam sprawdzić czym dokładnie jest
tat twam asi, nie wymaga to wiele zachodu, można znaleźć materiały w okamgnieniu. Ile prostsze i przyjemniejsze byłoby życie gdybyśmy nie szukali stale odpowiedzi, które już dawno znaleziono. Jest coś w tym cytacie, że mnie świdruje. Tak proste, tak oczywiste, a tak trudne. Bo jak kochać, jak się karmi w sobie nienawiść? Nie karmisz? Karmisz. Ja też to robię. Zaskakujące jak łatwo mi to przychodzi.

*Książki Hermanna Hesse w wydaniu przygotowanym przez wydawnictwo Media Rodzina.
Mag - John Fowles

Mag - John Fowles

„Okłamujemy się, wmawiając sobie, że lubimy ludzi; jest to iluzja umożliwiająca nam życie w społeczeństwie. Od dawna się jej wyzbyłem, tu zresztą nie jest mi potrzebna. Ty chcesz, aby cię lubiano. A ja chcę tylko istnieć. Być może zrozumiesz kiedyś, co chcę przez to powiedzieć.
I uśmiechniesz się.
Nie będzie to uśmiech kpiny. Będzie to uśmiech zgody”.

Mag - John Fowles

To jak? Chcecie by Was lubiano? :)

John Fowles to angielski pisarz i eseista. Pracował jako nauczyciel, jednak po wydaniu „Kolekcjonera” (jego pierwszej wydanej książki) zrezygnował i poświęcił się pisaniu. „Mag” - jego pierwsza powieść (napisana jako pierwsza) opiera się poniekąd o jego osobiste doświadczenia, ponieważ główny bohater, podobnie do Autora, przybywa na grecką wyspę, aby uczyć angielskiego. W 1977 roku ukazało się jej drugie i zmienione wydanie.

To „Maga” uważa się za największe dzieło Fowlesa.
Jak długo powstawał, jak zmieniała się jego treść i dlaczego, dowiecie się z przedmowy samego Johna Fowlesa.
 

Mag - John Fowles

„Mag” jest podzielony na trzy części, a każdą z nich otwiera cytat z „Niedoli cnoty” Markiza de Sade'a.
W pierwszej poznajemy głównego bohatera
- młodego Anglika (Nicholasa Urfe'a), który przyjmuje ofertę posady nauczyciela angielskiego na greckiej wyspie Phraxos, kończąc przy okazji krótki romans z młodą Australijką, Alison, która również wkrótce zaczyna nową pracę.
Rozstają się, jednak nie definitywnie. Wymieniają ze sobą listy.

Tajemnica, jaka zawsze kryje się w początkowej fazie nowego doświadczenia, nie jest w stanie na tyle zająć Nicolasa, żeby nie czuł się osamotniony. Do tego czas świąt Bożego Narodzenia nie nastraja go zbyt optymistycznie, bądź co bądź to święta rodzinne i niezbyt miło spędza się je w nowym miejscu i to bez nikogo bliskiego.
Podczas jednego ze swoich spacerów w pięknych okolicznościach przyrody dostrzega willę. To jej właściciel będzie miał wpływ na losy naszego bohatera.
W drugiej części „Maga” uczestniczymy w dziwnym, niepokojącym teatrze zdarzeń, w którym trudno rozróżnia się prawdę od fikcji.
Z kolei w trzeciej części akcja skupia się na powrocie bohatera do Anglii i konsekwencjach wpływu jaki wywarł na niego pobyt na wyspie oraz odkrywaniu prawdy i to nie tylko tej oczywistej - dotyczącej dziwnych zdarzeń. 

Nicolas Urfe to egocentryk, ale kto nim nie jest, albo nie był - zapewne znajdzie się ktoś, kto będzie twierdził, że jest zdolny do ascezy...
Bohater to młody chłopak skoncentrowany na sobie, który myśli tylko o przyjemnościach, głównie tych cielesnych. Irytujący do granic możliwości młodzian patrzący, ale nie widzący.
Zapewne można go nie lubić, ja nie czuję do niego negatywnych uczuć, ja go rozumiem. To młodość, to chęć próbowania, to wrażenie nieśmiertelności, to chęć doznawania niekończących się uciech i kompletna nieświadomość konsekwencji.

Eleutheria.

Czym tak naprawdę jest wolność? Wolność „do” czy wolność „od”? 

 

„Im lepiej zrozumiesz, na czym polega wolność, tym mniej będziesz z wolności korzystał”.

Człowiek, którego bohater nazywa Conchisem, tak naprawdę rozpisuje mu scenariusze, które z prawdziwym rozmachem realizuje.
Snuje również przed nim historie (opowiada swoje życie), w tych miejscach „Mag” ma formę powieści szkatułkowej, nie wszystkie z przedstawianych opowieści są bardzo zajmujące, i być może to właśnie w tym zabiegu znajduje się problem czytelników, którzy po lekturze piszą, że się niemożebnie wręcz nudzili.

„Niestety”, trzeba być, czytając „Maga”, bardzo uważnym i zaangażowanym, bo łatwo można stracić wątek, a ten okazuje się niezbędny w zrozumieniu kolejnych zdarzeń.

Fabuła to taka arena do zabawy w Boga. Reżyser coś daje, potem zabiera. Szepcze, a czasem krzyczy życiowe prawdy, i to wiele razy.
Manipuluje? Znęca się? Zdecydowanie.
Życie jako scena, na której gramy stale będąc nie tylko podglądanymi, ale i przez innych kształtowanymi wcale nie jest czymś nierealnym.
Ile razy zdarzyło się Wam, choćby podczas spaceru, zaniechać czegoś, bo ktoś może to zobaczyć? Nie musicie odpowiadać, ja wiem - zdanie innych na pewno Was nie interesuje :)

„Mag” to  mieszanka gatunkowa, pełna nawiązań do świata literatury nie tylko w jednoznaczny sposób, dająca rozrywkę (ja naprawdę byłam ciekawa do jakiego finału akcja prowadzi), jednocześnie naszpikowana mądrymi i uniwersalnymi zdaniami. Wielowymiarowa.
Przez narrację pierwszoosobową możemy stać się w większym lub mniejszym stopniu tym młodzianem. Ja akurat stałam za nim.

Nie czuję jednak, abym została w jakiś sposób oświecona.
Ale nie wiem też czy taki też był cel „Maga”, skoro sam Autor poprawiał tę powieść niejako z dystansu, wraz z nabywaniem doświadczenia życiowego. Byliśmy, choćby w niewielkim stopniu, takimi egotycznymi fascynatami przyjemności - hulaj dusza, piekła nie ma... Chociaż może lepiej nazwę nas hedonistami, lepiej brzmi, to ładne słowo, i ma pozytywny wydźwięk.
Słowa, parę liter, które podobno nie mają znaczenia.

Wracając na chwilę do tego piekła: a co jeśli piekło to sami sobie gotujemy, kiedy przychodzą wyrzuty sumienia?

„Każda śmierć obciąża żywych potwornym uczuciem współwiny, każda śmierć jest wyzbyta wielkoduszności, nakłada ciężar odpowiedzialności, jak bransoletka z jasnych włosów nałożona na nagą kość”.

„Mag” to na pewno powieść, do której się wraca. Powieść, w której można stawać się nie tylko główną postacią, a każdą inną i przyjrzeć się konsekwencjom podejmowanych przez nią działań. Bo chcemy czy nie, to zawsze oddziałujemy na innych.

Dobrze się bawiłam odnajdując znane motywy i podziwiając piękne i mądre zdania, z których przesłaniem bardzo się zgadzam. Już dla samych tych zdań, warto tę powieść poznać.
Pomimo niektórych opisów, które próbowały uśpić mą czujność, to czytałam z zainteresowaniem.

O co chodzi każdemu człowiekowi? Czego szuka? Czego pragnie?

Jak jeszcze nie wiecie to być może właśnie w „Magu” znajdziecie odpowiedź. Ja ją znałam, więc może dlatego, aż tak bardzo jakbym chciała nie zachwyciłam się dziełem Fowlesa.

Mag - John Fowles

*„Mag” był w 1968 roku zekranizowany, scenariusz napisał sam John Fowles.


Wydawnictwo: ZYSK i S-ka
Data wydania: 3 listopada 2020 (wznowienie)
Liczba stron: 392
kategoria: literatura piękna
Tłumaczenie: Ewa Fiszer




Sinobrody - Kurt Vonnegut

Sinobrody - Kurt Vonnegut

Zacznę od wyznania: do niedawna byłam przypadkową czytelniczką.
Co mam na myśli?
Nie miało dla mnie wielkiego znaczenia to co czytam. Kupowałam książki w marketach sugerując się opisem i okładką, nie znałam wielkich pisarzy, nie omdlewałam na widok nowej książki jakiegoś autora, ale akurat to ostatnie zostało mi do dziś. Traktowałam czytanie jako odskocznię od męczących dni, zdarzeń, a walory literackie nie miały dla mnie nie tylko znaczenia, ale i nie byłam ich świadoma. Były oczywiście tytuły, które znałam ze słyszenia, bo słuch i pamięć miałam zawsze dobre. Przypadek spowodował, że trafiłam na artykuł, który sugerował, że powieści Kurta Vonneguta są przeznaczone dla mężczyzn, artykuł zresztą utrzymany był w dość seksistowskim tonie, jakoby powieści tego autora były dla kobiet zbyt trudne, do zrozumienia, rzecz jasna. A nic mnie tak we współczesności nie irytuje (choć inne słowo, niecenzuralne, ciśnie mi się na usta) jak mówienie, że płeć definiuje zdolność pojmowania, samodzielnego rozumowania i to w dodatku prawidłowego. Trudno mi nie tylko pozostać obojętną, ale i trudno się zwyczajnie nie wściec. Kiedy ciśnienie krwi się unormowało to zdecydowałam, że sprawdzę jak to z tym Vonnegutem jest. Zabrałam się do tego wchodząc poniekąd przez tylne drzwi, bo zaczęłam od „Syren z Tytana” (o których pisałam tutaj i którymi byłam zachwycona), a teraz przeczytałam „Sinobrodego”, który znacząco różni się od „Syren...”, ale im więcej dni upływa odkąd skończyłam tę książkę, tym bardziej mi się podoba.

Sinobrody - Kurt Vonnegut

Sinobrody to postać z baśni Charles’a Perraulta. Był bogatym kniaziem w średnim wieku, prowadził szemrane interesy. Żenił się wiele razy, a wszystkie żony znikały, jedna po drugiej, w tajemniczych okolicznościach...
Był wielokrotnym mordercą. Tak, mordował właśnie te żony, a ich ciała ukrywał w jednej w swoich komnat. Przy każdorazowym zawieraniu małżeństwa instruował nową żonę, aby nie zaglądała do rzeczonej komnaty. Żadna oczywiście nie przestrzegała zalecenia i stawała się kolejną z jego ofiar.
Z postacią Sinobrodego spotykamy się dość często, pojawia się w różnych dziełach szeroko pojętej kultury. Ostatnio słyszałam porównanie do tej postaci w serialu „Sukcesja”.
Podobno postać tego zepsutego człowieka jest wzorowana na postaci Gillesa de Raisa, francuskiego arystokraty, stronnika Joanny d’Arc (ona również jest wymieniona w „Sinobrodym” Kurta Vonneguta), który został stracony za herezję i morderstwa.

Sinobrody - Kurt Vonnegut

„Sinobrody” Kurta Vonneguta nie jest dokładnie tym, czym baśniowa postać Charles'a Perraulta, a jedynie nawiązaniem.
To fikcyjna autobiografia amerykańskiego malarza (pochodzenia ormiańskiego) Rabo Karabekiana, jednookiego weterana II wojny światowej, który w formie nieoczywistego dziennika opowiada swoje życie.
Kiedy bohater został na placu boju sam, to los skrzyżował jego życie z pewną wdową - Circe Berman, która m. in. bardzo chciała zobaczyć co takiego Rabo ukrywa w spichrzu, przeznaczonym na... kartofle.

Karabekian nie tylko przyjaźnił się z grupą malarzy zwanych ekspresjonistami abstrakcyjnymi (m. in. Jacksonem Pollockiem, Markiem Rothko), ale i był jednym z nich. Patrzymy jak na przestrzeni lat stawał się tym, kim jest.
Skradamy się do jego „pomieszczenia na kartofle” by odkryć jego największy sekret.

Sinobrody - Kurt Vonnegut

Vonnegut w lekki, często zabawny sposób, opowiada o życiu dorosłego już dziecka imigrantów naznaczonych wojną (ludobójstwo Ormian w czasie I wojny światowej). Wskazuje na różnice w „przeżywaniu” traumy przez rodziców Karabekiana. Oboje doświadczyli piekła i jeżeli możemy je jakoś stopniować, to matka nie tylko została nim dotkliwiej porażona, ale i wykazała się większą wolą przetrwania.

Motyw wojny i motywy feministyczne w tej powieści utkane są dość gęsto.

Ironia, satyra, groteska.
Co to wszystko: sztuka, wojna i feminizm, może mieć ze sobą wspólnego?, u Vonneguta ma.

A do tego odnosi się wrażenie, że czyta się przypowieści, które można swobodnie interpretować i dopasować do prawie każdej sytuacji na świecie, niezależnie od tego kiedy miała (lub ma) miejsce.

Dla młodego Karabekiana idolem był Dan Gregory, sztukmistrz ilustracji, który miał dar do odtwarzania rzeczywistości w sposób fotograficzny. Gregory związany był z Marilee, którą pomiatał, zresztą jak każdą kobietą:

„Oświadczył, że żadna kobieta niczego nie dokona w sztuce, nauce, polityce ani przemyśle, bo jej głównym zadaniem jest rodzenie dzieci, dodawanie mężczyznom animuszu i prowadzenie domu. Zaproponował, żebym dla sprawdzenia słuszności tej tezy spróbował wymienić dziesięć kobiet, które do czegoś doszły w jakiejkolwiek dziedzinie oprócz gospodarstwa domowego.
    Dziś chyba bym umiał wymienić dziesięć takich kobiet, ale wtedy przyszła mi na myśl tylko święta Joanna d’Arc.
    - Joanna d’Arc! - zawołał Gregory - Przecież to był hermafrodyta!”

Rabo pojętny uczeń i tę naukę przyjął. Korzystał z tego, co „los” mu dawał, nie myśląc nad tym dlaczego, a w czasie wojny „wyczesywał sobie dupy z grzywki”. Wyrażenie to, kiedyś powód do jakiejś formy „dumy” u Karabekiana, rozkłada na czynniki pierwsze właśnie Marilee:

„Wyobraziłam sobie, że wszędzie na swojej drodze spotykałeś kobiety gotowe zrobić wszystko w zamian za jedzenie i ochronę dla siebie, dla dzieci i dla starców, bo młodzi mężczyźni nie żyli albo byli gdzieś daleko”.

Ale Marilee na tym nie kończy:

„Wojny w ogóle nie prowadzi się tylko po to, żeby kobiety na całym świecie postawić właśnie w takiej sytuacji. Mężczyźni zawsze walczą z kobietami i tylko udają, że wojują między sobą.
-  Czasem wkładają w to udawanie sporo wysiłku - zauważyłem.
- Bo wiedzą, że ci, którzy udają najlepiej, oglądają potem w gazetach swoje zdjęcia i dostają ordery”.


W „Sinobrodym” jest również wiele „naśmiewania się” z wielkiej sztuki, której wielkość wyraża się głównie w cenie. Sztuka, która im dziwniejsza, im mniej przypominająca rzeczywistość, tym bardziej wartościowa, okiem znawców i nie-znawców.
Kiedy odkrywamy co Rabo potrafi i jak to kwituje mamy niezły ubaw, ale kiedy dołożymy do tego zawartość tej jego „komnaty” to dostrzegamy powieść humanistyczną.

Każda z postaci w „Sinobrodym” ma coś do powiedzenia, każdą można rozwarstwiać i zastanawiać się dlaczego tak, a nie inaczej się zachowuje.

Zaznaczyłam wiele fragmentów, opowiastek, sytuacji, które są zaskakująco uniwersalne, jak i cała powieść.

Każdy ma swój schowek na „kartofle”. Każdy stale czegoś szuka, uwznioślenia egzystencji, sensu, powodu - mając rzeczywistość za krok ku czemuś, nie dostrzegając tego, że właśnie to, co ukrywamy jest prawdziwą wartością.

Staram się być świadomym czytelnikiem. Szukam detali, odniesień, nawiązań. Drążę. Ale kiedyś mi się nie chciało.
No bo się nam nie chce i to wielu rzeczy. Wzrok ślizga się po wierzchu, patrzymy i nie widzimy. Zdarza się, że się budzimy z letargu kiedy pada, a parasolki wtedy znaleźć nie sposób. Dobrze kiedy zmokniemy i źli na siebie w końcu zaczniemy widzieć, gorzej kiedy deszcz będzie padał, a my do niego jedynie przywykniemy.

< - A czym jest literatura, Rabo - rzekł - jeśli nie wewnątrzśrodowiskowym biuletynem, poświęconym zagadnieniom molekularnym, które nie mają najmniejszego znaczenia dla żadnych bytów we wszechświecie oprócz tych paru molekuł, dotkniętych chorobą zwaną „myśleniem”. >

Takiej choroby życzę nam wszystkim.

Wydawnictwo: ZYSK i S-ka
Data wydania: 13 października 2020
Liczba stron: 392
kategoria: literatura piękna
Tłumaczenie: Michał Kłobukowski


Historia świata na czterech łapach - Mackenzi Lee

Historia świata na czterech łapach - Mackenzi Lee


<Tsunayoshi rozkazał w końcu, by do wszystkich psów zwracać się: O-INU-SAMA, co znaczy: „Wielce szanowny i czcigodny psie”.>

Historia świata na czterech łapach - Mackenzi Lee

Pies to takie dziwne zwierzę, które kocha swojego opiekuna bardziej niż siebie.
I choć psy różnią się rasą, rozmiarem, charakterem, to wszystkie łączy miłość do człowieka. Bezinteresowna, czysta, szczera. Wybaczą nam wszystko, nawet kiedy zadamy im ból.

Jestem psiarą na swój pokręcony sposób. Pokręcony, ponieważ nie jestem w stanie obejrzeć większości filmów, w których bohaterem jest pies, nawet wtedy, gdy jakimś cudem go tam nie zabiją. Co ciekawe jeżeli chodzi o ludzkich bohaterów, to ich historie już mnie tak bardzo nie dotykają.

Historia świata na czterech łapach - Mackenzi Lee

Mackenzi Lee to amerykańska pisarka książek zarówno dla dorosłych jak i dla dzieci. Uzyskała licencjat z historii oraz tytuł magistra z twórczego pisania dla dzieci i młodzieży. Ma na swoim koncie kilka bestsellerów. Jest też opiekunką psa, bernardyna. Połączyła to czego się nauczyła, czyli historię i pisanie, z miłością do psów i stworzyła „Historię świata na czterech łapach”, którą zilustrowała Petra
Eriksson, a i ta zrobiła to znakomicie.
Miałam ochotę wyrwać niektóre strony i oprawić w ramkę. Wydawnictwo Media Rodzina powinno pomyśleć nad ich sprzedażą w formie plakatów.

Historia świata na czterech łapach - Mackenzi Lee

Kiedy otworzycie książkę przywita Was dedykacja, której treść może dać podobny rezultat co... krojenie cebuli.
Ta książka to krótkie życiorysy psów, które nie tylko obserwowały świat na przestrzeni lat i były gdzieś obok człowieka w momencie przechodzenia danego wydarzenia do historii, one same często tę historię tworzyły.

To opowieść o niesamowitej relacji człowieka z psem, psa z człowiekiem. Co ciekawe często w tych najgorszych momentach, kiedy psy zwyczajnie poświęcano czy to w imię badań kosmosu, czy medycyny, to zawsze znalazł się ktoś, kto mimo wszystko coś dla tych kudłaczy dobrego robił.
To często okropne, bolesne historie okrucieństw wobec zwierząt, które kiedy przedstawi się je z perspektywy ich przeciwnika, to pokazują, że nie wszyscy jesteśmy tacy sami i potrafimy kochać zwierzęta tak jak na to zasługują.
Nie obawiajcie się obrazowości, książkę można spokojnie czytać dzieciom.

Autorka przedstawia historię w lekki, często zabawny sposób i pokazuje jak można uczyć nie męcząc.
Fakt, że niektóre z jej żartów do mnie nie trafiały, ale większość była ok.
Nie opowiada o historii ze sztucznym patosem, nie bombarduje datami, nazwiskami.
Nie przekłamuje jej, nie wybiela. Często zdrabnia imiona postaci historycznych, a ich role porównuje do obecnie znanych nazwisk celebrytów, przez co wszystko jest zrozumiałe i praktycznie samo się zapamiętuje.

Nauczyłam się wielu rzeczy, poznałam wiele psów, które zmieniły losy świata.
Dowiecie się z niej np. jak Egipcjanie szanowali swoje psy, a nawet gdzie je po śmierci składano, a kiedy ktoś znowu powie Wam, że to „tylko pies” to możecie mu tą opowieścią odpowiedzieć. A kiedy ktoś nie będzie chciał się zaszczepić to znajdziecie i dla niego „motywującą” historię.

To opis niektórych ras, ich zmian na przestrzeni wieków. Na kartach ,Historii świata na czterech łapach” pojawiają się właściciele psów, często znaczące postaci historyczne, które wielu rzeczy by nie dokonały, gdyby nie ich czworonożni psyjaciele. A żebyśmy nie myśleli, że Autorka wymyśliła sobie te przypowieści, to na końcu znajduje się całkiem pokaźna bibliografia. Możemy zobaczyć jak psy są ważne dla człowieka w wielu aspektach życia i szeroko pojętej twórczości.

Urzekająca publikacja, nawet ciekawostki umieszczone u dołu strony są opatrzone słowem „PSYPIS”, szczegół, ale czy nie bawi i rozczula?
W tekstach jest komentarz Autorki, jej poczucie humoru i morze wiedzy podane bez zadęcia. Czytałam kilka dni, po kilka rozdziałów, ponieważ tak zapamiętuję więcej z tekstu, który ma mnie w końcu czegoś nauczyć, a nie przelecieć przeze mnie jak przez sito.

To książka, która bawi, uczy historii, ale przede wszystkim wrażliwości i szacunku do psów. Szczegółowo opisuje wyjątkową relację jaka między psem, a człowiekiem się nawiązała.
Zdecydowanie polecam, wszystkim!

Historia świata na czterech łapach - Mackenzi Lee


Wydawnictwo: Media Rodzina
Data wydania: 14 października 2020
Liczba stron: 200
Tłumaczenie: Małgorzata Hesko-Kołodzińska, Piotr Budkiewicz
Ilustracje: Petra Eriksson

Wieczór w raju - Lucia Berlin

Wieczór w raju - Lucia Berlin


„Kiedy podróżujesz, cofasz się o krok od swojego życia, od fragmentaryczności, niedoskonałej linearności własnego czasu. Tak jak przy czytaniu powieści wydarzenia i ludzie stają się alegoryczni i wieczni”.

Wieczór w raju - Lucia Berlin

 

Wieczór w raju - Lucia Berlin

Lucia Berlin (1936 - 2004)  to amerykańska pisarka, która za życia opublikowała 76 opowiadań. Pierwsze z jej utworów pojawiały się na łamach pism Saula Bellowa „The Noble Savage” oraz The New Strand”. Jest laureatką American Book Award. Choć pisała dobrze, to nie robiła tego zbyt często. Na początku lat osiemdziesiątych ubiegłego wieku, kiedy jej synowie dorośli, a ona przezwyciężyła alkoholizm jej pisanie rozkwitło.
Parę razy się rozwiodła, prowadziła bogate życie zawodowe, nie bała się żadnej pracy i miała „głośne” dzieciństwo. Miała również problemy zdrowotne, związane z kręgosłupem. A jej dorosłe troski, w życiu osobistym, zapewne miały swoje korzenie w dzieciństwie, ale o wszystkim tym, ze szczegółami, przeczytacie we wstępie i posłowiu do „Wieczoru w raju”, jak i w „Instrukcji dla pań sprzątających”, gdyż jedną i drugą publikację łączy tekst Stephena Emersona.
Wspominam o jej życiu w telegraficznym skrócie jednak nie bez powodu. „Wieczór w raju” to zbiór opowiadań, których bohaterkami są kobiety. A każda z tych kobiet to po trosze Lucia Berlin.

Wiemy jakie życie wiodła, i że w tych tekstach są wątki autobiograficzne, możemy zatem odczuwać niepokój, że to jakieś teksty o wyrwaniu się ze szponów nałogu, narzekanie na bylejakość egzystencji i poszukiwanie sensu. Nie.

To antologia zawierająca 22 teksty o różnej obszerności. Zakładałam, że zajrzę do książki i przeczytam jedno opowiadanie, ale kiedy zaczęłam to nie mogłam jej odłożyć. Każde z opowiadań to inna historia, wyrwana z różnych codzienności. Zawsze ubrana w ładną otoczkę obrazowych i kolorowych opisów. One pachną perfumami, pachną kwiatami, powodują uczucie ciepła. Jakbyśmy leżeli na leżaku wygrzewając ciało w słońcu, niby jest przyjemnie, ale jednak można się poparzyć. 

I Lucia Berlin parzy.

  • Gdzieś pomiędzy zabawą i drobnym oszustwem dostrzeżemy biedę, brud i smutek.
  • Kiedy opadnie radość i młodzieńcze zadurzenie zobaczymy prawdziwe oblicze rodzącej się miłości i poczujemy obrzydzenie.
  • W codzienności młodego, zdolnego i postępowego małżeństwa fruwa niedojrzałość i egoizm.
  • Załadowana energią strzelba pozostawi po sobie zaledwie nikłe wspomnienie wystrzału, ponieważ rozejdzie się ono w szeptach dotyczących zysków.
  • Krok w dorosłość, sprawi, że młodzieńcze złudzenie dotyczące rodziców opadnie, a dorosłość objawi się mało zachęcająco.

Historii jest wiele, bohaterek również. Jednak to jak przechodzą jedno w drugie daje złudzenie czytania powieści, jakby bohaterka była jedna, a my poznając te wyimki z codzienności układamy sobie związek przyczynowo-skutkowy.
Niebywałe.
Lucia Berlin uwodzi pięknem świata przedstawionego, poznajemy go wszystkimi zmysłami. To realny świat, którego ulicami można się przejść i poczuć wspominane przez nią rośliny, perfumy, poczuć słońce na skórze i chodnik pod stopami. Nawet kiedy opisuje coś mało ładnego robi to w wyjątkowo ładny sposób. 


„(...) Miedziane puszki z racji żywnościowych SZEŚĆ ZA DOLARA, zielone butelki po tanim winie lśniące w blasku płomieni, błyszczące w deszczu. Jakiś stary mężczyzna wymiotował do kratki ściekowej, fioletowe opakowania po owocach majaczyły indygiem przy kratce niczym zdeptane anemony.
    W nocy nie uda mu się znaleźć piękna, w czasie kiedy krajobraz usiany jest ogniskami przez wiele przecznic, oświetlającymi gesty ludzi w pijackich rytualnych tańcach”.


Przedstawione fragmentarycznie relacje, w końcu to opowiadania, zdają się rozwijać poza tekstem. To historie zwykłych ludzi, codzienność, która z pozycji obserwatora zawsze wydaje się ładniejsza. Piękne, kolorowe kwiaty, ze splątanymi korzeniami, które rosną zasilane czymś co niezbyt ładnie pachnie. Wiele w jej tekstach odwołań do świata muzyki, literatury i filmu.

Zdaniami można się zachwycić („Strach i osamotnienie były znajome, jak powrót do domu”.), a w opowiadane historie zagłębić, ponieważ zawsze interesuje nas to, co u innych. Lubimy podglądać i te opowiadania to właśnie takie oglądanie pod mikroskopem, które obnaża to, że kolor to jedynie wrażenie.
„Wieczór w raju” to nie tylko zderzenie wyobrażeń obu Ameryk z prawdą, to po prostu obraz zwykłego życia, pokazany w oszczędny, ale uwodzący wrażliwością sposób.



Wydawnictwo: W.A.B.
Data wydania: 26 października 2020
Liczba stron: 320
Kategoria:
literatura piękna
Tłumaczenie: Dobromiła Jankowska
 
 
Rebeka - Daphne du Maurier. Cykl: Pamięć - droga do wieczności.

Rebeka - Daphne du Maurier. Cykl: Pamięć - droga do wieczności.

Udało mi się w końcu obejrzeć ekranizację „Rebeki” Daphne du Maurier przygotowaną przez Netflix, wobec tego przyszedł i czas by wspomnieć o jej literackim pierwowzorze, jak i odnieść się choć trochę do tej wybitnej ekranizacji z 1940 roku.
Tak, tak nowa produkcja mną w ogóle nie wstrząsnęła, a może wstrząsnęła, ale niekoniecznie pozytywnie.

Rebeka - Daphne du Maurier. Cykl: Pamięć - droga do wieczności.

Rebeka - Daphne du Maurier

„Rebeka” została wydana w 1938 roku i bardzo szybko zyskała status bestsellera. Była wielokrotnie adaptowana, jak już wspominałam w niedawnym tekście o „Koźle ofiarnym”, w tym przez samego mistrza suspensu Alfreda Hitchcocka.
Główną bohaterką „Rebeki”, a zarazem narratorką jest młoda, osierocona dziewczyna, która pracuje w charakterze damy do towarzystwa u pani van Hopper. Dziewczyna podczas spędzania z nią czasu w Monte Carlo poznaje owdowiałego bogacza Maxima de Wintera. Para nawiązuje bliską relację, która bardzo szybko kończy się małżeństwem. Młodzi małżonkowie udają się do rodzinnej posiadłości Maxima - Manderley i tam zawiązuje się główny wątek powieści, akcja i cały klimat, który zapowiadało zdanie rozpoczynające powieść: „Śniło mi się tej nocy, że znowu byłam w Manderley”.

Autorka w początkowej fazie książki skupiła się na zarysowaniu portretu bohaterki. Bezimiennej sieroty będącej niejako na łasce najpierw pani van Hopper, a później sporo starszego męża (Maxime jest dwa razy starszy od swojej nowej żony).
Wyobraźmy sobie bardzo młodą kobietę, która nie zaznała poczucia bezpieczeństwa, która nie wie co to poczucie własnej wartości, którą opieką obdarza dobrze sytuowany mężczyzna. Daje jej uwagę, miłość, stabilizację.
To wszystko ją cieszy, ale jednocześnie przytłacza. Nie przywykła do wystawnego życia, do posiadania służby, do bogactwa, które z dnia na dzień otrzymała.
Jest nieśmiała i bardzo naiwna, pełna młodzieńczej niedojrzałości. Bywa bardzo, ale to bardzo irytująca. Jednak wiek, niedoświadczenie i wcześniejsza samotność usprawiedliwiają każdą z jej przesadnych reakcji. Z tego co czytałam wielu współczesnych czytelników twierdzi, że wstęp jest niezbyt zajmujący i zbyt obszerny, ja jednak tego kompletnie nie odczułam. Może jestem mało współczesna, albo zwyczajnie lubię styl, którym du Maurier pisała i się w nim jakoś zatracam.

Kiedy nowa pani de Winter staje w drzwiach olbrzymiej i pięknej posiadłości jedną z witających ją postaci jest gospodyni - Pani Danvers, która nie jest ciepłą i pomocną zarządzającą.
Każdy kąt domu wypełniają wspomnienia o Rebece, czasem odnosi się wrażenie, że to sama Rebeka przechadza się jego korytarzami.
W Manderley unosi się mgła niepokoju. Otacza ona budynek, wypełnia pomieszczenia i stale jest podtrzymywana słowami służby i rodziny Maxime'a.
Sam Maxime jest dość milczący i niestały w emocjach. Raz sprawia wrażenie szczęśliwego u boku nowej żony, by za chwilę stać dość obcesowym, a nawet w niektórych momentach agresywnym.
Nowa pani de Winter źle się w tym miejscu czuje. Chce się bardzo dopasować, stać się kimś innym, tak doskonałym jak Rebeka.
To historia młodzieńczej miłości, pierwszej, szalonej i bardzo naiwnej.

„Cieszy mnie, że gorączka pierwszej miłości nie może się powtórzyć. Pierwsza miłość bowiem to gorączka i brzemię zarazem cokolwiek by o tym pisali poeci”.

To czas, w którym młody człowiek nie dostrzega nic ponad własne, często przesadne, uczucia, kiedy interpretuje słowa wyrwane z kontekstu i nie widzi nic poza własnym wyobrażeniem. 

„Kiedy ma się dwadzieścia jeden lat, nie jest się zbyt odważnym. Dni pełne są drobnych tchórzostw, bezpodstawnych lęków. Tak łatwo się poczuć urażonym, tak szybko dotkniętym, tak rani każde ostrzejsze słowo".

Wszystko jest skąpane w stałej aurze niepokoju, niedopowiedzeń, niepewności. Wiemy tyle ile wie młoda pani de Winter, a zatem staramy się dowiedzieć co się stało z idealną Rebeką i gdzie w tym wszystkim jest miejsce dla naszej bohaterki. Wszystko to czujemy pomimo zastosowania przez du Maurier czasu przeszłego, wydarzenia przedstawia nam starsza już pani de Winter, która doskonale wie co się wydarzyło.

„Dziś, pod osłoną pancerza obojętności i dojrzałości, drobne ukłucia zdarzające się co dnia są zaledwie lekkimi muśnięciami i szybko się o nich zapomina. Lecz w tym czasie - jakże długo dźwięczało w uszach jakieś niedbale wypowiedziane słowo, stając się płomiennym stygmatem, a rzucone przez ramię spojrzenie nabierało cech wieczności. Byle wykręt kojarzył się z trzykrotnym pianiem koguta, a każdy wybieg przypominał pocałunek Judasza. Dorosły człowiek może kłamać z niezmąconym spokojem sumienia i zachowuje się beztrosko, ale wówczas nawet drobne kłamstwo paliło język, rzucało na stos”.

„Rebeka” jest przesiąknięta klimatem powieści gotyckiej. Wszystko dzieje się w olbrzymim domu, a ucieleśnione wspomnienia jego byłej pani zdają się go wypełniać. Gospodyni (pani Danvers) pełni rolę postaci przeciwstawnej i podsyca kiełkujący mrok.
Przesadna, być może jak na nasze realia, egzaltacja, emocjonalne reakcje rysujące się w zachowaniu i słowie mogą wydawać się nawet śmiesznymi, ale odczuwamy do dziś podobne emocje, zbliżone niepokoje, a jedynie nie dajemy im ujścia w tak charakterystyczny sposób.

Powieść Daphne du Maurier to powieść z tzw. drugim dnem. Pod historią spętanej rodzącym się szaleństwem miłości i przywiązania do zniekształconych wspomnień znajdziemy bogate portrety psychologiczne, która dziś są jak najbardziej aktualne. Zadziwiające jest również to, że „Kozioł ofiarny” i „Rebeka” opierają się na podobnych motywach, niektóre z detali jak np. stłuczona figurka, są takie same, a mimo to opowieść jest inna i nie może być w niej mowy o schematyczności.

Lubię tę opowieść. Jest idealną lekturą na jesień.
Proponuję zawinąć się w koc i w wyobraźni błądzić po pałacowych wnętrzach Manderley. Dać się uwieść nostalgicznej i wybitnie dobrej narracji, aby móc poczuć tę niepokojącą atmosferę niczym z romansu grozy. Poczuć ten osiadający jak kurz sentymentalizm, bo taki właśnie jest jej urok.

Jeżeli lubicie „Dziwne losy Jane Eyre” to „Rebeka” powinna Wam przypaść do gustu, zresztą sama Autorka przyznawała się do inspiracji Charlotte Brontë.
Z tego co czytałam Daphne du Maurier była oskarżana o plagiat, chyba? dwukrotnie, kiedy filmy inspirowane pisanymi przez nią historiami trafiły do kin. Równie aktualna praktyka :) Każdy chciał i chce uszczknąć coś z tortu sławy.

Adaptacja Alfreda Hitchocka, choć zmieniona fabularnie, jest taka jaka powinna być. Mówię tu o własnym odczuciu nie jestem żadną specjalistką ani w kwestii literatury, ani tym bardziej filmu. Mistrz filmowego suspensu i mistrzyni literackiego suspensu w jednym dziele.
„Rebeka” Alfreda Hitchcocka to pełen treści obraz, malowany światłem, kontrastem i szczegółem. Tu wszystko współgra, koresponduje z oryginalną wersją Daphne du Maurier. Klimat się sączy, niepokój narasta, a zachowania bohaterów są dla widza zrozumiałe. Niesamowicie łatwo zaangażować się w tę historię. Gra tej pani Danvers (Judith Anderson) zasługuje na uznanie, wraz ze stosowanym wtedy oświetleniem stworzyła postać przerażającą...

 

Z radością, ale trzymaną na lekki dystans, z powodu rozczarowań wcześniejszymi filmowymi produkcjami Netflixa, czekałam na nową wersję „Rebeki”.

Początek był obiecujący. Ładne, wysoko kontrastowe kadry cieszyły moje oczy, a budowana relacja między dwojgiem aktorów zapowiadała coś dobrego. Niebywałego kolorytu dodawała Ann Dowd w roli pani van Hopper. Podobały mi się statyczno-dynamiczne ujęcia, kiedy postać stoi tu i teraz, a przebitka pokazuje to, co się dzieje w niedalekiej przyszłości. Pokazywanie budzących się emocji i nadchodzącej zmiany w jednym czasie to był naprawdę fajny zabieg.
Potem było już tylko coraz gorzej. Kiedy do akcji weszła
Kristin Scott Thomas jako pani Danvers straciłam nadzieję, że to może być dobre i, w jakiś sposób, zbliżone do oryginału widowisko.

Danvers to postać kluczowa, przeciwstawna do pani de Winter, a w wersji filmowej poza uśmiechem Mona Lisy, Kristin Scott Thomas nie ma nic do zaoferowania. Nie wiem jaki był cel w totalnym zmiękczeniu i wypłukaniu tej postaci z charakteru.
Para głównych bohaterów nie pokazuje żadnych emocji, Maxime nie był taką pół uśmiechniętą twarzą pozbawioną mimiki. Nie był takim „tatuśkiem”. To postać niejednoznaczna, pokręcona, bogata w sekrety, buzująca od sprzecznych emocji, a tu mamy festiwal uśmiechów jak z pierwszych stron tabloidów i miałkości gry.
Nie ma klimatu, nie ma opowieści, to nawet nie jest romans. To zlepek scenek jak z wybiegu, pokaz konfekcji mody i zbliżeń na guziki. Lubię kiedy filmowa narracja mówi więcej niż same postaci, kiedy detal opowiada historię. Jak np. w serialu wyprodukowanym przez Amazon - Homecoming, gdzie rozwiązany but, luźna sznurówka mówią uważnemu widzowi co się zaraz wydarzy.
A w netflixowej „Rebece” mamy jedynie kadry jak zdjęcia z modowych i motoryzacyjnych magazynów, gdzie interpretacja zamyka się w wyliczeniu producentów. Szkoda, to mogło być naprawdę
coś  dobrego, a wyszło przeciętnie, smętnie jak odgrzewany w mikrofali posiłek, kiedy nie wiadomo czy to jeszcze obiad, czy to już może kolacja.

Zdecydowanie polecam „Rebekę” w literackiej wersji, która została wpisana do kanonu literatury klasycznej, oraz wersją Alfreda Hitchocka, a tę netflixową można włączyć sobie jako kolorowe tło domowych obowiązków.




Wydawnictwo: Albatros
Data wydania: 14 października 2020
Liczba stron: 448
Kategoria:
literatura klasyczna

Orkiestra bezbronnych - Chigozie Obioma

Orkiestra bezbronnych - Chigozie Obioma

Orkiestra bezbronnych - Chigozie Obioma

Kiedy przychodzi jesień to wieczory stają się długie i przerażająco ciemne.
Ściany rzęsiście padającego deszczu nie zachęcają mnie do opuszczenia miejsca mojego gniazdowania, więc włączam wtedy jakiś serialowy tasiemiec, ale taki możliwy do obejrzenia w tej niby skłaniającej do refleksji porze, i biorę do rąk szydełko i sznurek, z reguły jutowy, i dziergam koszyki, dywaniki, podkładki.
Zwykle mam taki standardowy, który przez swoją średnicę nie za bardzo nadaje się do koszyków. Za cienki, za wiotki. Biorę wtedy kilka motków i splatam w jeden, a od przeciągania go przez oczko bolą mnie ręce. Ale koszyk będzie mocny, stabilny, gęsto tkany.

Chigozie Obioma to nigeryjski pisarz, który wydał do tej pory dwie powieści - „Rybacy” (2015) i „Orkiestrę bezbronnych” (2019) i to właśnie o „Orkiestrze bezbronnych” Wam opowiem, bo to ona niedawno miała w naszym kraju premierę.
Za obie książki otrzymał całą listę nagród i obie były nominowane do Nagrody Bookera. Chigozie Obioma jest rok ode mnie młodszy i kiedy przypomnę sobie słowa Wiesława Myśliwskiego: „pisać książki powinno się dopiero, gdy człowiek naprawdę czuje, że nie ma już żadnego innego wyjścia (…), wtedy kiedy jest się przekonanym, że ma się coś naprawdę do powiedzenia komuś drugiemu”, to nie wiem czy większość z nas ma naprawdę coś istotnego do powiedzenia, bo Chigozie Obioma zwyczajnie, po ludzku, zawstydza. 
 

Orkiestra bezbronnych - Chigozie Obioma


„Gaganaogwu, mój gospodarz ronił łzy także dlatego, że człowiek, gdy przychodzi na świat, nie wie, kim był w poprzednim życiu. Rodzi się - czy raczej odradza - czysty jak tafla morza. Jednak w miarę jak rośnie, odzyskuje pamięć. I to, czego się z czasem dowiaduje, zgromadzone razem, pozwala mu żyć. Z tego właśnie powodu, kiedy zostaje sam, gdy opuszczają go inni, pogrąża się w sobie, w swoim wewnętrznym świecie. Wtedy bowiem wszystko składa się w całość. Prawdziwy stan człowieka to taki, gdy jest sam”.

Jego powieść jest właśnie jak taki ciasny splot, a żeby móc zrozumieć i znaleźć początek wszystkich nici, które go tworzą trzeba się w pełni zaangażować. Oczywiście można odczuwać w trakcie zmęczenie, ciągłym rozplątywaniem znaczeń, ale to zmęczenie wywołane dokładnością, więc i satysfakcjonujące. Nie można przerywać czytania w połowie rozdziału, nie można wędrować myślami w niebyt - utraci się nie tylko wątki, ale i możliwość obcowania z czymś wybitnym.
Mogłabym napisać, że to książka trudna, bo taka rzeczywiście jest, kiedy wspomni się, że opowiada m. in. o tym, co biały człowiek zrobił czarnemu człowiekowi, co się stało z Afryką i nadal się dzieje, czym się wydaje jej Europa, a czym rzeczywiście jest?, o tym, co człowiek człowiekowi robi codziennie na całym świecie. Nie chcę jej nazywać złożoną, wielowątkową, wielopłaszczyznową, bo to brzmi, dla mnie, jak jedna wielka lista frazesów. Zdecydowanie mądrzejsi ode mnie nazwali tę książkę historią współczesnego Odyseusza i bez wątpienia mieli rację.

Chinonso Solomon Olisa, prosty hodowca kur, który w dzieciństwie opiekował się pewnym gąsiątkiem, które przewija się przez całą tę powieść, spotyka stojącą na moście Ndali. Piękną, młodą kobietę, którą ratuje i z którą przeznaczenie, los, fatum go wiąże. Para się w sobie zakochuje, ale biedny chłopak nie jest dobrą partią dla bogatej dziewczyny, a raczej dla jej rodziny, bo dziewczyna akceptuje go takim jakim jest.
Chinonso postanawia zdobyć wykształcenie, które ma podnieść jego status społeczny. W tym celu sprzedaje gospodarstwo i z pomocą, jak mu się wydaje życzliwego znajomego, wyrusza na Cypr, by podjąć naukę. Kiedy przybywa na miejsce okazuje się, że nie jest tak, jak tego oczekiwał. Nie ma nic, co miało tam na niego czekać. Dodatkowo nie ma jak i do czego wrócić, ale to nie koniec historii, a zaledwie jej początek.

Brzmi jak historia jakich wiele, jednak jest inspirowana prawdziwymi zdarzeniami (odsyłam na Wikipedię, gdzie wszystko jest dokładnie opisane), i nie tylko to ją wyróżnia.
W osobie pierwszej wypowiada się „chi” Chinonso Solomona Olisy. „Chi” to ktoś w rodzaju opiekuńczego ducha, anioła stróża, który mieszka sobie w bohaterze. „Chi” wędruje od wieków po różnych ciałach i zbiera wiedzę, doświadczenie. Szepcze swoim gospodarzom co powinni zrobić, ale nie ma wpływu na podejmowane przez nich decyzje. Wyboru zawsze dokonuje człowiek.
Odwieczna problematyka wolnej woli.
Czy jesteśmy skazani na to co zapisane czy jednak mamy wpływ na swój los?

Książka jest podzielona na trzy części, które otwierają zaklęcia skierowane przez „chi” do bóstw znanych z kosmologii ludu Igbo. Z pierwszego z nich dowiecie się co się stało z Chinonso, a z poszczególnych rozdziałów, jak do tego doszło. Na początku znajdują się schematy, które umożliwiają zrozumienie tego do kogo i po co zwraca się narrator.
 
Nie mogłam dobroci i łatwowierności Chinonso od razu zrozumieć, a w kontraście do epizodów przemocy wobec niektórych z występujących tu zwierząt, tworzył dla mnie postać dziwną... niejednoznaczną? Ale chyba tacy właśnie jesteśmy? Niejednoznaczni.
Zmieniamy się pod wpływem wydarzeń, pod wpływem innych ludzi. Zawsze. A w którą stronę ta zmiana się dokona, to jak chcemy wierzyć, nasz wybór. Jesteśmy z natury dobrzy, ale kiedy chcemy chronić kogoś to jesteśmy gotowi posunąć się do złych rzeczy, a ciągłe doświadczanie krzywdy nie przechodzi bez echa, zmienia. Odbiera niewinność.

Obioma wplata w swoją opowieść wierzenia ludu Igbo, które choć na początku brzmią dla nas dość egzotycznie z czasem przestają i można dostrzec podobieństwa do znanych nam wierzeń. Tak, jest tu fantastyka, nazywana realizmem magicznym. Byt „chi” nie tylko opowiada historię, ale wychodzi z gospodarza i podróżuje po świecie ukazując życie i relacje bohatera z dystansu, czyli z jeszcze innej perspektywy.
W tej książce nie tylko to „co” jest opowiadane ma znaczenie, ale i „jak”, a nawet to „skąd” patrzymy na historię.
Autor przywołuje
życiowe mądrości, które kiedyś ubraliśmy w umniejszające jej wartości epitety i zepchnęliśmy w niepamięć.

Każdy rozdział, który opowiada o losie Chinonso jest poprzedzony uogólnieniem. Wszyscy mamy te same problemy, dręczą nas te same niepokoje, popełniamy te same błędy, tak samo się w życiu miotamy.
Styl, którym operuje Chigozie Obioma jest wielki w swej prostocie. Zawrzeć w zwykłych zdaniach, i to bez zbędnego patosu, prawdę o każdym człowieku to ogromna sztuka.
Tę wielkość czuć i tymi zdaniami można się zachwycać nie tylko na poziomie treści, ale i ich konstrukcji. Cały plan tej powieści jest niezwykły, od podziału na części przez inkantacje i tytuły rozdziałów.
Czy jesteśmy zależni od innych, czy to kogo spotykamy na swojej drodze ma znaczenie?
Czy to jak ktoś nas potraktuje jest istotne w kontekście całego życia?
To orkiestra ludzi chcących odnaleźć swoje miejsce, skrzywdzonych, zapomnianych, tułających się, których melodii nikt nie słyszy, bo słyszeć nie chce.

„Egbunu, wtedy zaczął słuchać, słuchać jak ktoś, kto słyszał jakąś melodię mnóstwo razy, ale dopiero teraz go wzrusza i powtarzana, otwiera mu oczy na coraz to nowsze zawarte w niej znaczenia”.

A może wszyscy jesteśmy jedynie poszczególnymi instrumentami w tej całej wielkiej orkiestrze bezbronnych dyrygowanej przez los?

Kiedyś pisałam o takich książkach, że nie są dla każdego, ale przecież nie ma książki dla każdego. To tak jakby powiedzieć leżącemu, żeby nie wstawał bo może się potknąć, przewrócić, ale równie dobrze może się znakomicie w chodzie odnaleźć, otworzyć na prezentowane widoki, a nawet się czegoś nauczyć. Spróbuj, a położyć się zawsze zdążysz.


Wydawnictwo: Albatros
Data wydania 30 września 2020
Liczba stron: 480
Kategoria:
literatura piękna
Tłumaczenie: Magdalena Słysz
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...