To, co nienazwane - „Bodaj Budka” - Natałka Babina

To, co nienazwane - „Bodaj Budka” - Natałka Babina

„Bodaj Budka” - Natałka Babina
#czytnikoweczytanie

 „Bodaj Budka” - Natałka Babina

 „Tekst jest zawsze tajemnicą, czy to napisany atramentem na papierze, grzybami na ziemi czy spojrzeniami w powietrzu”.

„Czy jestestwo człowieka zmienia się w zależności od tego, jak inni nas nazywają albo jak sami siebie nazywamy? Czym ono jest? Na czym polega? (...) Gdzie się to jestestwo ukrywa? W głowie? W sercu?”

„Strach strachem, ale muszę coś zrobić, bo inaczej z mojego osobistego świata - który i tak z dnia na dzień coraz bardziej się kurczy, znika jak kamfora - zostanie tylko strach. Przestrach”.

„Czasem nie potrafiło czegoś wyrazić, ale to nic. Niedopowiedzenia dają pole do interpretacji”.

„Przyczyną nieszczęścia jest to, że wszystko nazwane straciło swoje nazwy, wszystko pamiętane zostało zapomniane”.

„Tylko ciepłem ludzkich rąk można wyłamać kraty, które powstrzymują zło”.

„Czas biegnie dziesięć razy szybciej czy w ogóle się zatrzymał? Może już wszyscy jesteśmy poza czasem? Może niebo zwinęło się w rulon? Ludzie mimo wszystko tu żyją - w złej godzinie, pod rulonem, a może nawet pod orędownictwem? Człowiek chciałby spokojnie posiedzieć, pomyśleć, ale nie ma na to czasu...”

„- Tak, zdjęliśmy krzyże. Nowa rzeczywistość wymaga nowych symboli”.

Niedzielne leżakowanie postanowiłam wypełnić czytaniem, coby nie leżeć jak kłoda, a chociaż gimnastyki umysłowej zażyć. Ale spójrzmy prawdzie w oczy, niedziela rządzi się swoimi prawami, nie szukałam lektury bardzo wymagającej... i nie wiem dlaczego założyłam, że „Bodaj Budka” - Natałki Babiny taką lekturą będzie... W każdym razie.. założenie było błędne.

„Bodaj Budka” okazała się wprost idealna do ćwiczeń z interpretacji, ale pozostawiła mnie z wieloma niewiadomymi (tu muszę znowu spojrzeć prawdzie w oczy... zaklęta w niej historia Białorusi nie jest dla mnie w pełni czytelna).

Zaczęło się sielsko, po prostu opowieścią o wiejskim życiu, chwilę później powiało kryminałem, następnie horrorem, chyba gore?, i przeszło w SF, by się wymieszać i stworzyć „nienazwane” narracyjne szaleństwo, przez które płynie się „chutko” rozszerzając oczy ze zdziwienia, jak ten fikcyjny świat realnie opisuje rzeczywistość.
Główna bohaterka jest pisarką, WŁADA słowem, stwarza.
Rzeczywiste jest to, co potrafimy zdefiniować, a jak zdefiniowane to w jakiś sposób nam podległe.
Wszystko co nienazwane nie istnieje?

Ałła Bobylowa, bo tak się nazywa protagonistka, wpada w nory i wędruje przez czas i przestrzeń, co okazuje się pomocne, kiedy najechana przez nieznane istoty Białoruś, zostaje odcięta kopułą od reszty świata. 

Brniemy do przyszłości, tworzymy nowe określenia, zapominając po drodze stare. Szum, chaos. A może by tak... trening milczenia? :)

„Bodaj Budka” może być trudną lekturą, ale w tym szaleństwie jest metoda, bo to nasz świat i pytania (jest ich wiele) o jego kondycję.
Za wiedzą i wyobraźnią Babiny idzie język, stąd tyle cytatów na początku.
Mnie się „Bodaj Budka” podobała.

PS. @nataliicodziennosc w swojej opinii napisała, że „Bodaj Budka” kojarzy się jej z „Prowadź swój pług przez kości umarłych” Olgi Tokarczuk i w pełni się tym zgadzam, widać to nie tylko w początku powieści, ale i w stawianych pytaniach.

Data wydania: 8 sierpnia 2020
Liczba stron: 304
Literatura piękna
Tłumaczenie: Anna Korzeniowska-Bihun
LEGIMI



 

Znowu ten... Hesse - „Narcyz i Złotousty” - Hermann Hesse

Znowu ten... Hesse - „Narcyz i Złotousty” - Hermann Hesse

Znowu ten... Hesse - Narcyz i Złotousty - Hermann Hesse

„Każde życie przecież dopiero przez rozdwojenie i sprzeczności bogaci się i rozkwita. Czym byłby rozsądek i trzeźwość, nieznające szału, czym byłaby rozkosz zmysłów, gdyby nie stała poza nią śmierć, i miłość bez wiecznej, na śmierć i życie, nienawiści płci?”

„Narcyz i Złotousty” - Hermann Hesse

Narcyz i Złotousty” to opowieść o dwóch przyjaciołach, będących, jak się wydaje, przeciwieństwami. Złotousty to artysta, bezdomny rzeźbiarz, który widzi świat obrazami, a Narcyz to mnich, intelektualista postrzegający świat pojęciowo: „Myślenie nie ma nic wspólnego z wyobrażeniami. Dokonywa się ono nie w obrazach, lecz w pojęciach i formułach. Właśnie tam, gdzie kończą się obrazy, zaczyna się filozofia”. Nie jest tak jak twierdzi Narcyz, ale to świat, rzeczywistość tych postaci oraz ich czas, chociaż, gdy przymkniemy oko właśnie na czas i przestrzeń, to poruszana problematyka jest uniwersalna, nawet sposób przedstawiania/postrzegania kobiet wielce się nie zmienił.

„Narcyz i Złotousty” i „Wilk stepowy”, te dwie powieści, powinny znaleźć się na jednym zdjęciu, jeżeli chciałabym zachować koncepcję dwoistości - stałą w twórczości Hessego.
Obie traktują o podobnych rozterkach, choć w zgoła odmienny sposób i nie mogę się przestać dziwić temu, jak różnie były oceniane.

Złotousty wtłoczony w ramy życia, które miało stać się pokutą za grzechy matki, czuje, że to nie jest jego miejsce i zaczyna życiową tułaczkę. Przeżywa podczas niej wiele emocji, często zażywa przyjemności, popełnia wiele karygodnych czynów, z powodu, których oczywiście ma poczucie winy. Narcyza postrzega jako ideał, czemu w trackie wędrówki daje wyraz.

Złotousty wyrządza zło i widzi zło, bo chociaż akcja toczy się w średniowieczu to nie odbiega od rzeczywistości przeżywanej przez Autora.
Żadna literatura, zwłaszcza ta pisana z wielkiej litery, nie jest wolna od poglądów człowieka, który ją stworzył, nawet politycznych i tak też jest w dziełach Hessego. Im bliżej końca historii, tym bardziej widzimy jak dzieciństwo i informacje jakie posiadał Złotousty, kształtowały go i czego całe życie szukał.

Przyjaźń tych dwóch przeciwieństw można postrzegać jako jedną, rozdartą, osobę, konflikt pomiędzy duchowością, a rozumem. Jakoby nie można było mieć w sobie dwóch przeciwstawnych natur, trzeba się zdecydować na jedną, aby się dopasować, co Jung nazwał terminem persona (maska teatralna) i co znakomicie, oczywiście w moim odczuciu, zobrazował Ingmar Bergman w filmie noszącym (nomen omen) tytuł „Persona” (poniżej zamieściłam kadr z rzeczonego filmu, gdzie połowy twarzy dwu aktorek stają się jedną).

 *w kadrze widać kolaż twarzy dwu aktorek: Bibi Andersson i Liv Ullmann

Język „Narcyza i Złotoustego” jest, jak zawsze u Hermanna Hessego, piękny, kwiecisty, ale jednocześnie lekki w czytaniu, a narracja płynna (w przeciwieństwie do „Wilka stepowego”, gdzie charakteryzuje ją zmienność).
„Narcyz i Złotousty” przypomina mi stylem przypowieść biblijną.

Nastrój nostalgii, obecność sztuki i czegoś ulotnego, przyjemnego sprawia, że „Narcyza i Złotoustego” czyta się z innymi emocjami niż krytykowanego „Wilka stepowego”, choć to dzieła w tematyce zbliżone. A może dzieje się to za sprawą uczuć jakie Autor żywił do Hugona Balla, przyjaciela, który jest pierwowzorem Narcyza, a Złotousty to sam Hermann Hesse? Może ich prawdziwość sprawia, że się tę powieść czule przeżywa.

Oprócz filozofii buddyjskiej, poglądów Freuda i Junga, w twórczości Hessego widoczne są wpływy Nietzschego, o przeżywaniu myśli, albo o stawaniu się; jak ma to miejsce w „Narcyzie i Złotoustym”:

<Gdy dążąc do urzeczywistnienia siebie danymi mu od natury darami, spełnia człowiek rzecz najwyższą i jedynie rozumną, jaką spełniać może. Dlatego dawniej mawiałem do siebie często: „Nie usiłuj naśladować myślicieli ani ascetów, lecz bądź sobą, staraj się urzeczywistnić siebie!>

Twórczość Hermanna Hessego można scharakteryzować aforyzmem „Nosce te ipsum”, czyli poznaj samego siebie.


*Wszelkie niejasności, błędy, niedopowiedzenia wynikają z mojej niewiedzy, za co przepraszam. Na swoje usprawiedliwienie mogę dodać, że jestem tylko czytelniczką-pasjonatką.


Wydawnictwo: Media Rodzina
Data wydania: 25 października 2018
Liczba stron: 464
Tłumaczenie: Marceli Tarnowski
Posłowie: Volker Michels (tłumaczenie Anna Urban)

 

Włócząc się po katalogu Legimi... „Pierścienie Saturna. Angielska pielgrzymka” W.G. Sebald

Włócząc się po katalogu Legimi... „Pierścienie Saturna. Angielska pielgrzymka” W.G. Sebald


Włócząc się po katalogu Legimi... „Pierścienie Saturna. Angielska pielgrzymka” W.G. Sebald

Jestem wagabundą, jedynie w świecie książek, ale jednak. Zdarza się, że zabawię gdzieś dłużej, ale na pewno nie zgłoszę chęci stałego pobytu. Przyczyny upatruję w wyborach, których dokonałam lata temu, a które nie były moimi, uczyłam się tego, co nie za specjalnie mnie interesowało. Podobnie było z pracą. Jakby ktoś zmusił mnie do założenia co prawda ładnych butów, ale w za małym rozmiarze. Nie mam żalu. Jedynie czasem ogarnie mnie minismuteczek (taki jeszcze mniejszy od smuteczku :)), kiedy ktoś olśniewa wiedzą, której mogę już nie sięgnąć. To mija, ponieważ szkoda... CZASU.
Nie ma co stać w miejscu. Szlajam się zatem po katalogach książek poznając różne punkty widzenia, infekując się nimi. Czasem zadzieram wysoko głowę, ale potem daję szyi odpocząć i czytam rozrywkowo.

Tym razem zajrzałam bardzo wysoko i czytam „Pierścienie Saturna. Angielska pielgrzymka” W.G. Sebalda (czyli Winfried Georg Sebald, swoje imiona uważała za nazistowskie dlatego podpisywał się inicjałami), który jest uznawany za jednego z największych pisarzy niemieckich XX wieku.
Gdyby nie przedwczesna śmierć, to zapewne zostałby uhonorowany literacką Nagrodą Nobla.
Wydawnictwo Osselineum wydaje nową serię dzieł Sebalda, na razie ukazały się wspominane „Pierścienie...” i „Austerlitz”.

„Pierścienie Saturna. Angielska pielgrzymka” W.G. Sebald


We wstępie wspomniałam o CZASIE nie bez przyczyny. To on jest głównym bohaterem „Pierścieni...”. Narrator, za którego uważamy Autora, spaceruje po Anglii i opowiada (używając skojarzeń) o historii świata. Miesza prawdę z fikcją, wędruje myślami poprzez granice czasu. Łączy ze sobą wydarzenia w nieoczywisty sposób, snując przy tym filozoficzne rozważania.

Nie znam się na literaturze. Dla mnie to powieść (po trosze dziennik podróży) z fragmentami eseistycznymi.

Język jest piękny, tak że mogłabym uczyć się tych zdań na pamięć, jak wierszy. Nie wiem czy czytałam kiedykolwiek tak ładne konstrukcje zdaniowe...
Nie ma znaczenia, czy czytam o Niebiańskim królu, czy o jaśniejących ciałach ryb, wszystko to widzę będąc naznaczoną wrażliwością Sebalda.
Historie, które opowiada nie są optymistyczne, to robaczywe karty historii ludzkości poprzetykane symbolami i wyobrażeniami Autora. Tak po prawdzie kompletnie nie porywające, ale i tak urzekające. Co jakiś czas pojawiają się zdjęcia, ryciny, obrazy, które utwierdzają nas w przekonaniu, że czytamy prawdę, która pływa w melancholii.
Przejęzyczyłam się i nazwałam „Pierścienie Saturna” - „Pieśnią Saturna” i bardzo ta omyłka mi teraz pasuje - jak pieśń czasu, wszak Saturn to m.in. bóg czasu.

Fraza Sebalda jest niezwykle melodyjna, doskonała, arcymistrzowska, a powtarzalność motywów sprawia, że dostrzega się wzór. Wzór doskonały, choć ulotny i trudny do zdefiniowania. Nie przeszkadza to jednak w emocjonalnym odbiorze dzieła.

„Pierścienie Saturna” są bardzo metaforyczne, a czytanie wymaga skupienia i analizowania, ale jest również wielce satysfakcjonujące.

#czytnikoweczytanie

Data wydania: 1 listopada 2020
Liczba stron: 360

Kategoria: literatura piękna

LEGIMI

Podmiejski na koniec świata - Katarzyna Kowalewska

Podmiejski na koniec świata - Katarzyna Kowalewska

W zeszłym roku, również w marcu, pisałam o debiucie obyczajowym Katarzyny Kowalewskiej o „Pudełku z pamiątkami”. Była to, a tak właściwie to jest - nadal można tę powieść kupić, ciepła historia o kobiecej przyjaźni. „Pudełko z pamiątkami” ukazało się pod patronatem m. in. mojego bloga i zawsze będzie miało dla mnie szczególne znaczenie.

Niebawem, bo już jutro, 16 marca 2021 roku, do księgarń trafi „Podmiejski na koniec świata” - druga powieść obyczajowa tej autorki, a trzecia wydana. Ta również ukaże się pod patronatem www.podlasemczytane.pl.

Podmiejski na koniec świata - Katarzyna Kowalewska

Podmiejski na koniec świata  - Katarzyna Kowalewska

Główną bohaterką „Podmiejskiego...” jest 32-letnia Alicja (mistrzyni organizacji), która ma prawdziwy dar do ratowania ludzi z opresji. Ona pomoże nie bacząc na liczbę związanych ze sprawą nowych obowiązków! Dla każdego problemu znajdzie rozwiązanie i zawsze podpowie, co można by jeszcze poprawić - nie tylko w pracy, ale również w życiu.
Alicja nie widzi problemów... Alicja widzi szansę na rozwój.
Co z tego, że... czyjś.

Kariera Ali jakiś czas temu stanęła w miejscu, a związek... okazał się inny, niż wyobrażenia. Tymon, druga połowa Ali, to przesadnie dbający o siebie architekt, lubujący się w rozrywkowym życiu. Alicja natomiast lubi w ciszy i spokoju poczytać książkę. Para zdaje się przeczyć powiedzeniu o przyciąganiu przeciwieństw. Żyją w „laboratorium” Tymona razem, a jednak osobno.
Można mieć „wszystko” jednocześnie nie mając nic wartościowego.

Ryszard Miłkowski, prezes Fashion of Warsaw i szef Alicji, zleca jej nowe zadanie. W związku z tym kobieta trafia do nowego miejsca, gdzie będzie miała szansę pokazać co umie i być może coś zyskać.
Krótko po przyjeździe na „koniec świata” Ala poznaje kilku ciekawych ludzi, mierzy się z brakiem... wygód :) oraz zaprzyjaźnia się, również z kilkoma, czworonożnymi.
Jednak jak to zwykle w życiu bywa, droga na szczyt nie jest jedynie przyjemnym spacerem i nasza bohaterka będzie musiała zmierzyć się z ludzką nieżyczliwością, interesownością i... zakłamaniem.

„Podmiejski na koniec świata” to powieść napisana w innym klimacie niż wspominane „Pudełko z pamiątkami”, a sama Alicja bardzo różni się od „pudełkowej” Asi, jednak gdyby obie panie spotkały się w realnym życiu, na pewno znalazłyby wspólny język, a Maciek z „Pijanego skryby” nie pozwoliłby się tej dwójce nudzić.

Chociaż Katarzyna Kowalewska w swojej najnowszej powieści porusza poważne tematy, to i tak pojawia się odpowiednia dawka humoru. Wszystko się znakomicie uzupełnia.
Postaci, które tworzy są bardzo charakterystyczne i wielowymiarowe. Tu nie ma makiet, są prawdziwi ludzie, nawet ci, którzy wzbogacają tło.

Kiedy na scenę wkracza czarny charakter, to możemy być pewni, że zaprezentuje się wiarygodnie. U Kasi Kowalewskiej nikt nie jest w jednym odcieniu.

Akcja ponownie toczy się głównie w Grodzisku Mazowieckim i wierzcie mi, chciałabym tam pojechać i skonfrontować to, co widziałam oczami wyobraźni z rzeczywistością. Czułam się jakbym chodziła po tym mieście!

Kowalewska również bardzo dobrze osadza tę historię w czasie - czytamy o rzeczach, które znamy nie tylko z dzisiaj, ale i sprzed wielu lat. Tymi zabiegami tworzy więź między czytelnikiem, a postaciami, bo one dzięki obrazowo użytym dekoracjom ożywają.

Jedną z pasji głównej bohaterki jest czytanie, więc nie zdziwcie się, gdy okaże się, że powieści, które poleca nowej znajomej, dobrze znacie.
Ale to nie jej jedyne hobby, na pewno nie będziecie się z Alicją nudzić.
Subtelnie zarysowany wątek romansowy jeszcze wzbogaca tę historię.

To powieść o odnajdywaniu własnej drogi, o zmianach, których nie należy się bać, o odwadze bez której szczęście może nam przejść koło nosa.
Historia Alicji jest świadectwem tego, że i „koniec świata” może być tym, czego pragnęliśmy najbardziej. Warto się w życiu rozglądać, a pojawiające się okazje sprawdzać, żeby nie żałować, że się ich nie wykorzystało.

„Podmiejski na koniec świata” przeczytałam „na raz” i trochę żałuję, że czyta się szybciej niż pisze... ale jestem cierpliwa i wytrwale czekam na kolejną powieść Katarzyny Kowalewskiej.



Dziękuję Katarzynie Kowalewskiej i wydawnictwu Zysk i S-ka za możliwość objęcia powieście patronatem medialnym. 
"Podmiejski na koniec świata" trafi do sprzedaży 16 marca 2021 roku.


Wydawnictwo: Zysk i S-ka
Data wydania: 16 marca 2021
Liczba stron: 228

Kategoria: literatura obyczajowa
Trzynasta opowieść - Diane Setterfield

Trzynasta opowieść - Diane Setterfield

        W zeszłym roku zachwycałam się powieścią „Była sobie rzeka”, która miała w sobie „prawdziwą magię”. Jej niezwykły klimat otulił mnie i przeniósł w świat Diane Setterfield na dwa dni, bo tylko tyle potrzebowałam, żeby tę książkę przeczytać. Wiedziałam, że prędzej czy później poznam i inne historie tej brytyjskiej pisarki.
Wydawnictwo Albatros wznowiło „Trzynastą opowieść”
, debiut Setterfield, w nowej szacie graficznej i w nowym tłumaczeniu Magdaleny Słysz.

Trzynasta opowieść - Diane Setterfield
    Główną bohaterką „Trzynastej opowieści” jest Margaret Lea, córka antykwariusza i miłośniczka książek. Lea jest zafascynowana historiami nieżyjących już pisarzy, więc niespecjalnie ciągnie ją do współczesnych powieści. Do czasu, gdy dostaje list od tajemniczej Vidy Winter.
      Pani Winter to wielkie nazwisko w panteonie bestsellerowych pisarek. Margaret zaintrygowana zaproszeniem do napisania biografii, czyta jedną ze starszych publikacji Vidy, w której czegoś istotnego brakuje...
Zaczynają mnożyć się tajemnice, a wraz z nimi pojawia się mgła utkana z motywów znanych powieści ery wiktoriańskiej.
        Dla mnie jest tymi motywami nawet odrobinę przepełniona...
Miejscami byłam tak przesycona, że książkę odkładałam. Brakowało mi jakieś przeciwwagi, lekkości, takiego światła, które sprawiłoby, że debiutancka powieści Setterfield byłaby lżejsza w odbiorze. Trochę mniej szczegółów i wydaje mi się, że „Trzynasta opowieść” by tylko zyskała. Lubię koronkową robotę, ale misterny wzór prezentuje się najlepiej właśnie dzięki pustej przestrzeni.
        Ale nie mogę tylko narzekać :)
Historia, którą opowiada Vida Winter jest ciekawa, czuć w niej początki gawędziarskiego stylu, który tak mnie urzekł w „Była sobie rzeka”.
Margaret Lea niczym Sherlock Holmes próbuje rozwikłać zagadkę znanej i uwielbianej pisarki, a przy okazji odkrywa swoją... Ale nie tylko...
Razem z główną bohaterką błądzimy po wspomnieniach, podziwiamy wrzosowiska i sycimy oczy ruinami. Na plecach czujemy nieprzyjemne mrowienie, jakbyśmy zostali nawiedzeni przez ducha. Czas ucieka, wilk ostrzy kły, a my stale wiemy zbyt mało. Znajdziemy w tej powieści nasyconą niemal mistycyzmem więź sióstr bliźniaczek oraz nietypowy język, którym się porozumiewają.
        Mniej więcej od połowy czytałam już z pełnym zaangażowaniem i cieszyłam się nawiązaniami m. in. do powieści sióstr Brontë.
      Domyślałam się, dokąd zmierza akcja, ale i tak udało się Autorce mnie zaskoczyć.
        Piękna jest w tej powieści miłość do książek; to jak została przedstawiona.
Jak twierdzi sama Vida Winter w „Trzynastej opowieści” mamy początek, środek i zakończenie, właśnie w takiej kolejności (jak w każdej książce :)), to czytelnicy lubujący się w różnych osiach czasu, i sztuce pisania listów, powinni być zadowoleni.
      W 2013 roku światło dzienne ujrzała ekranizacja z Olivią Colman jako Margaret Lea, w której treść została rozplątana, ale w zbyt nachalny sposób i gdzieś po drodze, klimat niepokoju uleciał. Film da się obejrzeć, kadry są ładne, ale jeżeli miałabym komuś sugerować wybór... to lepszą opcją zdecydowanie jest powieść.
      „Trzynasta opowieść” to historia o miłości naznaczonej szaleństwem, o czasie, który płynie, ale nie leczy.




Wydawnictwo: Albatros
Data wydania: 10 lutego 2021
Liczba stron: 448
Kategoria: literatura piękna
Tłumaczenie: Magdalena Słysz
Homo sapiens i jego geny - Johannes Krause, Thomas Trappe

Homo sapiens i jego geny - Johannes Krause, Thomas Trappe

Zwykle piszę o książkach beletrystycznych, ale zdarza mi się czytać reportaże, chociaż rzadziej, i oczywiście książki popularyzujące naukę, które najczęściej przyswajam w charakterze audiobooków. Ale tym razem jest inaczej, bo nie dość, że „Homo sapiens i jego geny” - Johannesa Krause, Thomasa Trappe przeczytałam, to i objęłam patronatem medialnym.
*Jeżeli zdarzy się Wam
kupić tę książkę  w wersji papierowej, to próżno szukać na niej szukać mojego logotypu. Niestety ktoś popełnił błąd i okładki zostały wydrukowane z pominięciem wszelkich logotypów.

Homo sapiens i jego geny - Johannes Krause, Thomas Trappe

Homo sapiens i jego geny - Johannes Krause, Thomas Trappe

Johaness Krause to niemiecki biochemik, który zajmuje się historycznymi chorobami zakaźnymi i ewolucją człowieka. Jest profesorem archeologii i paleogenetyki na Uniwesytecie w Tybindze. W 2014 roku Krause został mianowany współdyrektorem nowego Instytutu Historii Człowieka im. Maxa Plancka w Jenie. Krause koncentruje się na analizie genetycznej z wykorzystaniem sekwencjonowania DNA. Jego zainteresowania badawcze obejmują ewolucję człowieka oraz historyczne patogeny i epidemie. W publikacji „Homo sapiens i jego geny” wraz z dziennikarzem Thomasem Trappe (który spisał opowieść naukowca, zebrał ją w zwięzłą historię i osadził „we współczesnych ramach” oraz w „aktualanych debatach politycznych”, sam zabiera głos jedynie we wstępie) opowiadają, co na temat przeszłości gatunku ludzkiego zdradzają nasze geny.

Johannes Krause za pomocą pierwszoosobowej narracji otwiera przed nami, laikami, świat archeogenetyki.

W medycynie genomy żyjących ludzi rozszyfrowujemy, abyśmy  mogli zrozumieć choroby, ich mechanizmy i opracować metody leczenia, preparaty, które w tym pomogą, a nawet sposoby ewentualnego zapobiegania im.
Nasze DNA ulega ciągłym chemicznym przemianom. Ulega uszkodzeniom, odnawia się, a kiedy coś pójdzie nie tak - mutuje.
Archeogenetyka znacząco wykracza poza wiedzę, której poszukuje i i zbiera archeologia. Dzięki pracy archeogenetyków jesteśmy w stanie precyzyjnie określić wędrówki ludów i przyjrzeć się naszej drodze ewolucyjnej, chorobom, które nas dziesiątkowały i zrozumieć jak te wszystkie procesy przebiegały, aby mieć możliwość równej walki w wojnie z patogenami.

W „Homo sapiens i jego geny" m.in. prześledzimy:
-jak to się stało, że jesteśmy dziś tak skąpo owłosieni, dlaczego mieszkańcy Europy są rasy białej (bo nie byli) i co miało z tym wspólnego zaprzestanie jedzenia mięsa i witamina D?
-skąd się wzięły nam niebieskie oczy i dlaczego Homo sapiens przetrwał, co powodowało, że chodzenie wyprostowanym dawało mu przewagę?
-dlaczego nie ma sensu szukanie swoich korzeni w „praludach”? kim jest mitochondrialna Ewa i dlaczego żyła później niż Y-chromosomalny Adam?
-kiedy miało miejsce pierwsze użycie broni biologicznej i gdzie?

Zobaczymy również jak niezwykłym darem kultury jest język, który mutuje zgodnie z tą samą zasadą co DNA. Jak wykorzystuje się go do straszenia nas imigrantami, którzy to podobno nas „infekują” nie tylko chorobami, ale i „niszczą” naszą wyjątkową kulturę - jak medyczny język staje się w ustach polityków narzędziem szerzenia strachu i agresji.

Człowiek zawsze wędrował. Nie mamy „jednolitych” genów, na podstawie, których moglibyśmy określić swoje korzenie etniczne. DNA wszystkich ludzi stale się do siebie zbliża, tak jak mamy podobne w życiu motywacje, to tak, bez względu na to, jaki kolor skóry mamy, jesteśmy do siebie podobni. Człowiek jest mieszanką DNA i pojęcie „rasy” mogłoby już spokojnie odejść do lamusa.
Pochodzenie,o którym tak głośno krzyczą wszelkie grupy określające się mianem narodowych, nie ma znaczenia.
Dziś dużo ważniejsze są czynniki zewnętrzne, w tym kulturowe. W innym wypadku nie odnotowalibyśmy tak wysokiego związku pomiędzy dochodami rodziców, a sukcesami edukacyjnymi ich dzieci.

„Homo sapiens i jego geny” jest napisane przystępnym językiem. Narrator prowadzi czytelnika za rękę przez wieki, pokazuje jak zmienialiśmy się poprzez biologiczną ewolucję, jak i kulturę. Zobaczymy nawet jak kształtował się patriarchat.

To świetna, pełna wiedzy książka, która nie tylko pokazuje co daje nam „kopanie w ziemi” i odkrywanie przeszłości, ale to jak ta przeszłość nas kształtuje. Znajdziemy w niej wiele map, na których prześledzimy ludzkie migracje, obejrzymy kształtowanie się kultury od języka poprzez sztuki wizualne.
Jeżeli zdarzy się tak, że komuś wiedzy nadal będzie mało, to poratuje go olbrzymia bibliografia.

Zdecydowanie polecam czytanie książek popularnonaukowych!
Wiedza jest dziś łatwo dostępna, zatem korzystajmy :)

 

Homo sapiens i jego geny - Johannes Krause, Thomas Trappe

 


Wydawnictwo Bez Fikcji
Data wydania: 20 stycznia 2020
Liczba stron: 273
Kategoria: popularnonaukowa
Tłumaczenie: Magdalena Kaczmarek
Chłopiec z tamtych lat, Powrót do jabłek - Janina Katz

Chłopiec z tamtych lat, Powrót do jabłek - Janina Katz

Wygląda na to, że to już ostatni tekst z cyklu Dania: mały kraj - wielka literatura i będzie dotyczył twórczości Janiny Katz. 

Chłopiec z tamtych lat, Powrót do jabłek - Janina Katz

To polsko-duńska pisarka i poetka żydowskiego pochodzenia, która pisała głównie po duńsku, tłumaczyła również polską literaturę na duński. Urodziła się w Krakowie, w 1939 roku. W 1969 roku, po antysemickiej nagonce, będącej następstwem wydarzeń marcowych z 1968 roku wyemigrowała do Danii i zamieszkała w Kopenhadze, gdzie w 2013 roku zmarła. Wszystkie dzieła Janiny Katz, które się do tej pory ukazały w Polsce możemy czytać w przekładzie Bogusławy Sochańskiej, a były to „Moje życie barbarzyńcy” (2006),
„Pucka” (2008), „Opowieść dla Abrama” (2010) oraz zbiór wierszy „Powrót do jabłek” (2011), a tym roku ukazała się przedostatnia powieść Janiny Katz „Chłopiec z tamtych lat”.

Janina Katz otrzymała w 1996 roku nagrodę Duńskiej Akademii Literatury za całokształt twórczości, jest również laureatką nagrody Duńskiego Związku Pisarzy, a w 2002 roku przyznano jej dożywotnie stypendium twórcze państwowej Fundacji Sztuki. Otrzymała również nagrodę za działalność translatorską, a w 1997 odznakę honorową Zasłużony dla Kultury Polskiej przyznawaną przez Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego za szczególne osiągnięcia w upowszechnianiu kultury polskiej za granicą, lista otrzymanych nagród jest dłuższa.

Znam trochę twórczość Janiny Katz, zdarzyło mi się czytać wspominany wcześniej zbiór wierszy „Powrót do jabłek” wydany przez Bibliotekę Śląską, który teraz całkiem niedawno sobie odświeżyłam. Wyboru wierszy do „Powrotu do jabłek” dokonała tłumaczka Bogusława Sochańska, pochodzą one z jedenastu tomów duńskich wierszy pisarki. To taka emocjonalna wycieczka przez powtarzające się w twórczości Janiny Katz motywy. Myślę, że to doskonały sposób na poznanie jej wrażliwości. Wiersze pochodzą z różnych lat życia Katz. Zarówno w nich jak i w omawianym poniżej „Chłopcu z tamtych lat” odbija się prawdziwe życie tej polsko-duńskiej pisarki.

Chłopiec z tamtych lat - Janina Katz

„Żyję w przeszłości, próbuję zebrać ją w całość, kawałek po kawałku. Nie jest to rekonstrukcja, tylko pełna dziur mozaika poskładana z kawałków w ciemnych barwach. Teraźniejszość, na szczęście, ma niewiele do zaoferowania - w przeciwieństwie do przeszłości, która według mnie była całkiem hojna”.

Narratorką i, pomijając Chłopca z tamtych lat, główną bohaterką jest 63-letnia Ania Kon, która osiadła w Danii. To pomarcowa (marzec 1968) emigrantka, która wspomina swoje życie.
Powieść rozpoczyna prolog, w którym Anna przekonuje nas, że czytamy prawdę, mimo że chłopiec, o którym pisze, nazywał się inaczej. To głównie postać Chłopca z tamtych lat poznajemy w prologu, to taki jakby skrót tego, co czeka na nas na kolejnych stronach powieści, a w następnych rozdziałach odwiedzamy wspomnienia Anny. Zaczynamy w miejscu, w którym odkrywa, że nie jest córką kobiety, którą uważała za matkę, miała wtedy około 11-12 lat i dopiero co zamieszkała w Krakowie.

„Pisałam o Joachimie, Chłopcu z tamtych lat. Pisałam, że nie wiedział, jak znalazł się w Krakowie ani gdzie był przedtem, kiedy się urodził, kim byli jego rodzice. Joachim - tabula rasa dla siebie samego. Pisałam o dziurach. O dziurach w biografii Joachima i mojej własnej”.

Tak, jak w przypadku wcześniejszych powieści, „Chłopiec z tamtych lat” zawiera wątki autobiograficzne i jest ich całkiem sporo. Anna i Joachim są do siebie podobni, przeżyli praktycznie to samo, ale zupełnie inaczej sobie z tym radzą. Joachim odciął się od tego, co było. Odrzucił pochodzenie i żyje starając się być Duńczykiem, skupia się teraźniejszości.
Anna natomiast życiu się jedynie przygląda.

„Miasto było muzeum.
Siedzieliśmy każde w swej gablocie
- ach tak, to prawda
kochałam cię
przez brudną szybę”.
*fragment wiersza „Miasto” z zbioru „Ciepłe miejsca”

Zdecydowanie lepiej idzie jej opowiadanie wymyślonych historii o sobie, tkanych ze strzępków informacji i uzupełnianych jej bogatą wyobraźnią, niż mówienie prawdy. To wtedy kiedy mówi jak się nazywa, skąd przyjechała i jakie ma wykształcenie odczuwa coś, co kojarzy się jej ze wstydem, a wstydzić się nie ma przecież czego. Anna ucieka, przebiera się, farbuje, tyje, chudnie.
Nie osiada, stale podróżuje, nie może sobie znaleźć miejsca. Jakby to nie było możliwe, bo sama nie wie kim jest. Mówi różnymi językami, nie wie czy może któryś nazwać swoim, czuje jakby wszędzie była niechciana.

„Chłopiec z tamtych lat” to poniekąd powieść o pamięci, o tym jak uzupełnia się wspomnienia niemal automatycznie, wypełnia luki, aby mieć przeszłość. Mniej ważne staje się czyja ta przeszłość jest, bo przecież mogłaby być naszą.

„Pamięć jest duszą.
Tęsknota
- pielgrzymem,
który wędruje
od oczu
do serca,
od serca do płci,
od płci do wiersza”.
*fragment wiersza „Powrót do jabłek”

Poezja i powieściopisarstwo Janiny Katz są pełne emocji, przejmujące i prawdziwe. Styl jest liryczny, nostalgiczny, a kiedy się czyta napisane przez nią zdania, w tłumaczeniu Bogusławy Sochańskiej, to one jakoś tak, nie wiem czy dobre określenie?, drgają. Po prostu się je czuje.
Bohaterka „Chłopca z tamtych lat”, podmiot liryczny i sama pisarka zdają się poszukiwać jednej, jedynej, właściwej tożsamości, bo czy można być Polką, Żydówką i Dunką jednocześnie?
Można i to w pełnej harmonii, jak pięknie napisała w posłowiu do „Powrotu do jabłek” Bogusława Sochańska. Polecam sprawdzić samemu czy wrażliwość Janiny Katz jest Wam bliska.

Chłopiec z tamtych lat, Powrót do jabłek - Janina Katz

Wydawnictwo: Driada
Kategoria: literatura piękna

Data wydania: 15 grudnia 2020
Liczba stron: 271
Tłumaczenie: Bogusława Sochańska

 


Lusterko, ramię, kierunkowskaz - Dorthe Nors

Lusterko, ramię, kierunkowskaz - Dorthe Nors

 Lusterko, ramię, kierunkowskaz - Dorthe Nors
Dorthe Nors to duńska pisarka, co chyba jest oczywiste skoro książkę „Lusterko, ramię, kierunkowskaz” przeczytałam w ramach akcji Dania: mały kraj - wielka literatura, która podobno zaczęła pisać w wieku 11 lat. Jej opowiadanie opublikował „The New Yorker”; jest pierwszą duńską pisarką, która została w ten sposób wyróżniona. Opowiadania Nors były publikowane również w „Harper's Magazine”, „Boston Review”, „AGNI”, i magazynie „Guernica”. W 2014 została wyróżniona Nagrodą im. Pera Olova Enquista.
„Lusterko, ramię, kierunkowskaz” znalazło się w finale
The Man Booker International Prize.

Gdybym, tak jak kiedyś, sugerowała się oceną i opiniami czytelników publikujących na portalu lubimyczytac.pl, zapewne nigdy bym powieści Dorthe Nors nie przeczytała. To, co można o tej powieści tam znaleźć w ogóle nie zachęca. A tymczasem odnoszę wrażenie jakbym przeczytała inną książkę... :)

Lusterko, ramię, kierunkowskaz - Dorthe Nors

 
Sonia jest tłumaczką krwawych kryminałów znanego szwedzkiego pisarza. Kobieta właśnie przekroczyła czterdziestkę i czuje, że dusi się w swoim życiu. Tłumaczy słowa, które trafiają do tysięcy ludzi, a kiedy chce porozmawiać z kimś kogo zna, to kompletnie nie wie co ma powiedzieć, ani napisać... Sonia pisze listy do najbliższych, których nie wysyła - umie władać słowami, ale nie swoimi.

„Jak można się schować przed kimś, kto wpada w złość, bo chce poczuć, że żyje? Tacy ludzie są wszędzie, a trudno stać się niewidocznym w świecie, który jest płaski jak naleśnik. Nerwy zjadają Sonię od środka”.

Obecnie mieszka w Kopenhadze, zostawiła za sobą jutlandzką sielskość i rodzinę; zrealizowała swój plan. Po latach zdaje sobie jednak sprawę jak bardzo jest samotna i że brakuje jej celu. Jej związek się rozpadł, co zresztą przepowiedziała wróżka, której przepowiednia popchnęła Sonię do snucia przemyśleń. Kobieta będąc pod ich działaniem zapisuje się na kurs prawa jazdy, na którym kręci kierownicą pod okiem rozgadanej Jytte - która zmienia za nią biegi, bo tego to Sonia zupełnie nie potrafi. Za to częsta wraca myślami do przeszłości. 
 
„Świadoma obecność otwiera nas na teraźniejszość. Ale trudno być obecnym w teraźniejszości”.

„Lusterko, ramię, kierunkowskaz” to opowieść o poszukiwaniu szczęścia, nie tylko o samotności. O wzięciu odpowiedzialności za życie, o odrzuceniu strachu przed podejmowaniem decyzji. Kiedy Sonia dostrzega samą siebie w białym szumie życia, kiedy powoli rozlicza się z tym, co w niej siedzi, to dostrzega, że nie miejsce, w którym żyje, nie praca i nie znajomi ją określają. 
 
„Wolność była tam, gdzie nie było ludzi, na dnie szaf, w najdalszym kącie kurnika. Prowadziła do niego ścieżka, wchodziła nawet do środka”.

To opowieść o stresie, w który sami się wpędzamy. O tym
jak latami w nas osiada; najpierw pętając ciało, a potem wnętrze. Mięśnie bolą, stajemy się sztywni, a każdy ruch boli. Potem wpadamy w stagnację i dni mijają niezauważone. Tak, to powieść metaforyczna - już samo przedstawienie życia jako nauki jazdy samochodem jest tego wyrazem. A tych metafor jest wiele więcej.

Powierzchownie to niezbyt zajmująca powieść o bardzo nudnej codzienności kobiety po czterdziestce, której życie po prostu mija. Tu się dzieje w detalach, w wątkach, które wydają się nie mieć znaczenia, które Autorka konsekwentnie przywołuje i spina.
Narracja jest prosta, opisowa, powściągliwa.

Wydaje mi się, że Nors nie chodziło o to, by umożliwić czytelnikowi nawiązanie głębokiej więzi z bohaterką, a o to by dostrzec w jej problemach własne, ponieważ to, co gnębi Sonię jest uniwersalne.
Dla mnie była to bardzo dobra powieść obyczajowa, bogata w detale - koronkowa wręcz, i mało oczywista w przekazie, a tak podane historie lubię najbardziej.
 
Lusterko, ramię, kierunkowskaz - Dorthe Nors



 
 
Wydawnictwo: Czarna Owca
Kategoria: literatura piękna

Data wydania: sierpień 2018
Liczba stron: 208
Tłumaczenie: Elżbieta Frątczak-Nowotny

 


Żywica - Ane Riel

Żywica - Ane Riel

Pierwszą książką, którą wybrałam do przeczytania w ramach akcji Dania: mały kraj - wielka literatura, była „Żywica” Ane Riel. Czytałam ją w okolicach Świąt Bożego Narodzenia, nie jest to świąteczna powieść, chociaż niektóre z opisywanych wydarzeń miały miejsce właśnie w okolicach świąt.

Żywica - Ane Riel
Ane Riel to duńska pisarka. Na początku swej twórczej drogi pisała podręczniki szkolne o sztuce, później stworzyła kilka książek dla dzieci, które to ozdabiały ilustracje wykonane przez jej matkę.
Powieścią zadebiutowała w 2013 roku „Slagteren i Liseleje”(„Rzeźnik z Liseleje”), za którą otrzymała nagrodę za najlepszy debiut kryminalny. W 2015 roku światło dzienne ujrzała „Żywica”, która w 2016 roku została nominowana do dwóch nagród literackich. W tym samym roku Ane Riel otrzymała stypendium im. Nielsa Matthiasena za dotychczasowe autorstwo. „Żywica” nadal zbierała nagrody.

Żywica - Ane Riel

„Gdy tata zabijał babcię, w białym pokoju panowała ciemność. Byłam tam. Carl też, ale go nie widzieli. Był poranek wigilijny, prószył śnieg, ale tamtego roku nie było białych świąt”.

Główną bohaterką „Żywicy” jest Liv Haarader - dziewięciolatka, która mieszka wraz z rodzicami na małej wyspie zwanej Głową, która położona jest nad większą. Do Głowy droga prowadzi przez wąski przesmyk zwany Szyją. Naznaczeni tragedią sprzed kilku lat Haaraderowie nie czują potrzeby kontaktu z innymi ludźmi. Kiedy ojciec Liv zgłasza jej śmierć, wcześniej już niezbyt zainteresowani mieszkańcy sąsiedniej wyspy, definitywnie zapominają o tej rodzinie.

Narracja „Żywicy” jest prowadzona z kilku perspektyw, wiele w niej retrospekcji, zmienia się styl i forma, pojawiają się nawet listy.
Autorka balansuje na granicy znanych z thrillerów i kryminałów schematów, ale nie zapuszcza się w nie głęboko, opowiada swoją historię w inny sposób. Miałam wrażenie, że cała fabuła oparta jest na jakimś modelowym przypadku chorobowym.

Niewyjaśniona tragedia sprzed lat niszczy mieszkańców Głowy, którzy trawieni koszmarami tracą poczucie rzeczywistości i odcinają się od reszty ludzi. W snach Jensa Haaradera (ojca Liv) pojawia się woda zalewająca jedyną drogę ucieczki z tego mrocznej ziemi świerków. Mężczyzna to co było widzi wyraźniej niż to co jest, a z każdym kolejnym dniem robi się tylko posępniej.

Autorka różnicuje język, można poczuć jakby rzeczywiście kilka osób, w tym dziecko, opowiadało nam dramat mieszkańców Głowy. Fajnie rysuje całe spektrum emocji od współczucia do obrzydzenia, które można poczuć pomimo zachowania oszczędnej narracji.
Liv nie zna innego życia i innych ludzi. Świat, który rysują jej rodzice jest jedynym który zna, więc wszystko co robi tata kompletnie jej nie niepokoi. To o czym nam opowiada nie jest dla niej niczym odrażającym, to my je takim widzimy.

Akcja płynie wolno, a my skaczemy zarówno po linii czasu, jak i punktach widzenia. Zagłębiamy się w mgłę, która skrywa potwory.

„Żywicę” można czytać jako dramat obyczajowy z wątkami dreszczowca, czy kryminału, w którym izolacja od społeczeństwa powoduje coraz większe aberracje, ale można i głębiej. Jako studium przypadku choroby, kiedy wszystko co dzieje się w głowie człowieka, pozostaje przez nikogo niezauważone, a konsekwencją nawarstwiających się zaburzeń jest pożar, którego niszczycielska siła sięga daleko poza jednostkę.
Wszystko to sprawia, że „Żywica” nie jest kolejną z, nacechowanych przemocą, historii rozrywkowych, mających dać nam jedynie kilka godzin zabawy, a czymś więcej.

Żywica - Ane Riel


Wydawnictwo: ZYSK i S-ka
Data wydania: 21 stycznia 2020
Liczba stron: 282
Tłumaczenie: Joanna Cymbrykiewicz

 

Szajka - Lajos Grendel

Szajka - Lajos Grendel

Szajka - Lajos Grendel

Lajos Grendel (1948-2018) to węgierski pisarz, eseista, literaturoznawca. Absolwent studiów hungarystyki i anglistyki na Wydziale Filozoficznym Uniwersytetu Komeńskiego, na którym (w
Katedrze Języka i Literatury Węgierskiej) później wykładał historię literatury węgierskiej. Pracował jako redaktor w wydawnictwie Madách, w latach 1990-1992 był redaktorem naczelnym miesięcznika literackiego „Irodalmi Szemle”, a do września 1997 roku pełnił tę samą funkcję w czasopiśmie „Kalligram”.
To autor wielu powieści, opowiadań, esejów jak również prac naukowych i historii literatury węgierskiej. Laureat wielu nagród. W Polsce znany z „Poświęcenia hetmana” (2014), „Dzwonów Einsteina” (2016) i „Życia w cztery tygodnie” (2018). W tym roku do tego grona dołączyła „Szajka” wydana przez Bibliotekę Słów (również w tłumaczeniu Miłosza Waligórskiego).

Szajka - Lajos Grendel


„Wówczas stało się dla mnie jasne, że wolność oglądana z prawa wygląda inaczej niż wolność oglądana z lewa, od tyłu, z przodu, od spodu lub z góry. Potem wolność oddała mi się prawie jak panienka spod latarni”.

Postaci w „Szajce” są prawie nie do odróżnienia i na początku zdają się ze sobą niepowiązane. Wszystkich napędza wizja przyjemnego, niemęczącego czymkolwiek!, życia, a możliwość wyboru, czyli tę wolność, której podobno wszyscy pragniemy, chętnie zamieniają na jakieś przyjemności; kulinarne bądź cielesne.
Największe znaczenie w tej powieści ma miejsce akcji, czyli słowacko-węgierskie pogranicze, po czechosłowackiej stronie, którego mieszkańcom obojętne jest kim są, bo mogą być każdym, kiedy zajdzie taka potrzeba.
Kto by się zresztą w tym połapał? Kompletny chaos. Złodziejstwo, oszustwa i próżność zatopione w absurdzie, grotesce, ironii i do tego z wątkiem kryminalnym w tle.
Ta niemoralna prowincja to istny panoptykon, to za sprawą nadrzędnego narratora czujemy się jak strażnicy-obserwatorzy „ofiar” czasów, które im się zdarzyły.
 
Szajka - Lajos Grendel

Bohaterowie nie wiedzą czym są najważniejsze wartości i pojęcia w życiu każdego człowieka - czyli takie jak np. „wolność”, „naród”, czy po prostu „miłość”, za które inni ginęli i giną.
Postaci w „Szajce” się przystosowują, adaptują do świata, w którym żyją, czyli mogłoby się wydawać, że wykazują się nad wyraz wysokim poziomem inteligencji...

<„Wiedza to namiętność - mawiał - i jak wszystko, co autentyczne, ona również stanowi cel sam w sobie. Świata nią nie zmienisz, ani nawet siebie. Jest prztyczkiem w nos śmierci, kpiną z niebytu, mimo że one i tak w końcu okażą się silniejsze. Wiedza to zgoda na wykluczenie, marginalizację i wreszcie absolutną samotność”.>

Jedyną drogą ucieczki z tego więzienia jest podróż w zaświaty. Przyzwyczajenia są cementem, który spaja cały ten kram. A każdy kto do niego wchodzi, szybko czuje się jak u siebie. Tak jakby wszyscy siedzieli na tej samej karuzeli. Taka wariacja na temat perpetuum mobile.

Śmiałam się podczas czytania... w głos. Lubię dobre porównania, lubię absurdalność, surrealizm i lubię takie poczucie humoru, które to z kolei przywiodło mi na myśl „Wtedy w Loszoncu” Petera Balki, nawet miejsce akcji - słowacko-węgierskie pogranicze - się zgadza, a i w samym tekście pojawia się Łuczeniec, czyli Loszonc. Wiele cech wspólnych ma „Szajka” również z „Rivers of Babylon” Petera Pištanka. To te same pragnienia, te same motywacje napędzają bohaterów.

Dzisiaj sądzimy, że żyjemy w wolności, otwartości. Może jutro nie obudzimy się w świecie oficjalnego dyktatu, choć wszystko wskazuje na to, że kiedyś i do tego wrócimy, ale nadal jesteśmy ofiarami manipulacji, manipulacji za pomocą polityki. Z wywalczonej wolności nie potrafimy korzystać. Również nadal nie chcemy przyznać, że jednostka ludzka jest najważniejsza, a nie grupa. Różnorodność to i owszem, ale nie jednostkowa.

„Kto polega na ideałach, czyli sprawach abstrakcyjnych i nieuchwytnych, działa na swoją szkodę i skłonny jest w ich imieniu dopuścić się najgorszego świństwa. Natura ma nas w głębokim poważaniu i wszystko jest dziełem przypadku, to on określa nasze życie”.

W „Szajce” widać jak lata płyną, a ludzie płyną z prądem. Przemija tylko czas. Postęp technologiczny odbywa się w obojętności na wielkie ideały, których definicję modyfikuje potrzeba. Z reguły... potrzeba wygody.



Data wydania: 2 grudnia 2020
Liczba stron: 204
Kategoria: literatura piękna 
 Przekład: Miłosz Waligórski

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...