Między mną a czereśnią — Paola Peretti

Między mną a czereśnią — Paola Peretti

    
Między mną a czereśnią — Paola Peretti

    Odkąd skończyłam trzy i pół roku, czyli upłynęło już wiele, wiele lat, noszę okulary. Niewiele pomagają, jeżeli chodzi o ostrość, ale dzięki nim moje widzenie się nie pogarsza. Mam wadę wzroku w lewym oku, niedowidzę.
Gdy byłam dzieckiem zasłaniano prawe, żeby lewe patrzyło tam, gdzie trzeba. Nie chciało. Kształty, które widziałam nie przypominały niczego. Nie mogłam wyjść na zewnątrz, nie umiałam ocenić odległości i potykałam się, wywracałam. Obraz, który widziałam i widzę tym okiem jest podobny do tego zza szyby zlanej deszczem, konkretną ulewą. Ale mam szczęście. Prawe oko widzi doskonale, nadal, pomimo wieku i zmęczenia. Zdarza się, że dostrzegam dziwne rzeczy; niby-widma, niby-rzeczywistość. To znak, że prawe oko musi odpocząć. Mój mózg nauczył się uzupełniać obraz, w taki sposób, że obrazy 3D widzę prawidłowo, mimo jednooczności.
    Okulary, które nosiłam jako dziecko nie były ładne, oprawki były brzydkie, ordynarne i przysłaniały pół twarzy. Jedne pamiętam doskonale; były przezroczysto-czarne, a po bokach miały namalowane wielkie, czerwone serca. Miałam wtedy sześć lat i moim najlepszym przyjacielem był kot, czarny jak smoła, z kilkoma białym kłaczkami pod łebkiem.
Kiedy wracałam z „zerówki” czekał na mnie w bramie osiedla i prowadził do domu. Przed wejściem do środka musiałam na chwilę z nim przysiąść na ławce, łasił się intensywnie, aż zdzierał kolor z oprawek okularów, mruczał przy tym jak traktor. Fajny był z niego kompan. Często go wspominam. Miał na imię Filemon i sypiał m.in. w wózku dla lalek.

Miedzy mną a czereśnią — Paola Peretti


    Mafalda ma niecałe dziesięć lat i choruje na zespół Stargardta (tak jak Paola Peretti), traci wzrok. Mgła przysłania jej widzenie centralne. Jest wrażliwą dziewczynką, uważną i wie, że „pogrąży się w ciemności”. „Ciemność w oczach jest szybsza niż to, jak rosnę”.
Robi listę rzeczy, na których jej bardzo zależy, ale nie będzie ich mogła już robić przez tę rosnącą ciemność. Dziewczynka ma kota (Ottima Turacareta), którego znalazła na czereśni, w której mieszka jej babcia i gigant. Kot, jak to przyjaciel, przychodzi po nią do szkoły. Kiedy przesuwa dłonią po miękkej sierść, robi się jej lżej. Jej ulubioną książką jest „Baron Drzewołaz” Itala Calvina, często zwraca się do głównego bohatera, on ją rozumie. Rodzice próbują pomóc Mafaldzie w przystosowaniu się do życia w ciemności, czasem trochę zapominając o córce. Wszystko dla niej, ale trochę bez niej. Peretti ukazuje jak cichy smutek dorosłych wpływa na dziecko indukując poczucie winy. Widzimy jak w Mafladzie kiełkuje strach i wstyd.
Między mną a czereśnią — Paola Peretii

    Żałuję trochę niewykorzystanego potencjału relacji Mafaldy z babcią, która zapowiadała emocjonalną bombę, rysując coś przypominającego związek babci i wnuka w „Strasznie głośno, niesamowicie blisko” Johnathana Safrana Foera, ale niestety się rozmyła. 
    Jest jednak inna bohaterka, która pomaga Mafaldzie, mądra wojowniczka, choć i tu przydałoby się więcej emocji. 
    Są momenty, które oddziałują na ośrodki empatii, jednak wydaje mi się, można było bardziej, mocniej zaznaczyć, emocje byłyby wtedy świdrujące, a rozchodzą się w zaledwie letnich, podsumowujących zdaniach, w które czasem było trudno mi uwierzyć, skoro bohaterka nie jest dorosła.
    Podoba mi się w jaki sposób Paola Peretti ukazuje jak Mafalda odbiera zachowania innych. Nauczona, że niektórych rzeczy się nie mówi, aby nikogo nie urazić, gdy napotyka pytania zadane wprost, broni się. Strach, niepewność, niezrozumienie odsuwa nas od siebie, zakładamy najgorsze. Tymczasem intencje rozmówcy często nie są złe.
    Pojawiają się odczucia zmysłowe, Mafalda próbuje poruszać się w ciemności, uczy się tego poprzez słuch, dotyk i zapach, i to są wspaniałe fragmenty; czucie muzyki, zapach emocji. 

Między mną a czereśnią — Paola Peretti

    Wiele w niej innych książek, wspomnianego wcześniej „Barona Drzewołaza”, znanego wszystkim „Małego księcia”, ale i co sprawiło mi najwięcej... radości? Niech to będzie radość, pojawia się wspomnienie książki Edmunda de Amicisa — „Serce”, którą czytałam w wieku Mafaldy, i nad którą wylałam morze łez, a o niej zapomniałam. Mam nadzieję, że bardzo nie zdrewniałam od tego czasu. 
    Podsumowując, to dobra książka, mądra, ucząca współodczuwania, patrzenia na drugiego człowieka nie pod kątem dziwności, a zrozumienia, oswajająca m.in. uczucie strachu. Ukazująca wyrażanie emocji jako coś, czego wstydzić się nie powinniśmy, bo to nie słabość, a coś co czyni nas ludźmi.
    Za książkę dziękuję nieocenionej Dorocie
Polecam tekst Ani z zaczytasy.blogspot.com — Paola Peretti, Między mną a czereśnią.

Między mną a czereśnią — Paola Peretti

„Między mną a czereśnią”
Paola Peretti
Wydawnictwo: Świat Książki
Tłumaczenie: Paweł Bravo
Liczba stron: 222
Data wydania: 15 kwietnia 2020 r.

Słowo to siła — dokument o Margaret Atwood

Słowo to siła — dokument o Margaret Atwood


    Jakiś czas temu obejrzałam "Słowo to siła", tak się zwie dokument o Margaret Atwood, na HBO GO i w sumie... to dawno nic tak inspirującego, ciepłego, zabawnego i mądrego nie oglądałam. Przeważnie z takich produkcji sączy się choć kilka kropli smutku, żalu, świadomości, że rzeczywistość jest pogrążona w mroku. Tu, choć twórczość Margaret Atwood nie jest pokrzepiająca, bo nie taka ma być, to jest wiele światła, nadziei, zwykłej radości z życia i możliwości tworzenia. Wypowiada się sama Atwood i bliscy jej ludzie, krewni, przyjaciele, współpracownicy. Nie widać w tym obrazie ani grama nadęcia, poczucia wyższości, jest za to świadoma tego, co potrafi mądra i sympatyczna kobieta. Opowiada o historii, o codzienności, która zamykała jej drzwi, jako kobieta nie mogła korzystać z biblioteki przeznaczonej dla poetów, a była i jest przecież poetką, ale robi to z uśmiechem na twarzy i lekko, bo jak twierdzi jest już: „stara i jej wolno".
    Margaret "Peggy" Atwood dorasta na ekranie, staje się nie tylko dobrą pisarką (co było jej marzeniem), ale również pisarką znaną i nagradzaną. Jest wokół niej aura natchnienia i wcale nie chodzi o pisarstwo, taka ogólna, że masz ochotę podczas oglądania i po nim, coś ze sobą zrobić. Zaglądamy za kulisy produkcji "Opowieści podręcznej", gdzie możemy zobaczyć próby policzkowania Elizabeth Moss i posłuchać jak otwarta na propozycje zmian w tej historii jest Atwood oraz jak traktuje inne twórczynie i twórców. Wiecie dlaczego zza drzwi jej gabinetu słychać śmiech?
Nie? To Wam nie napiszę 😅

Nie trzeba znać jej twórczości, ani nawet lubić, żeby z przyjemnością ten obraz obejrzeć.
Codzienne historie...

Codzienne historie...

 

      Kogo nie wystraszyłam wczoraj, wystraszę dziś. Blog jest bezosobowy. Są na nim teksty i zdjęcia książek, ja gdzieś pomiędzy. To dziś wyglądam i z obrazka.     Każda powieść powinna zaczynać się od zapowiedzi zmiany, zmiany w życiu bohatera. W ten sposób autor składa obietnicę czytelnikowi, że to, co mu opowie, będzie na tyle interesujące i wartościowe, że ten poświęci mu swój czas.
I pieniądze. Książki nie są tanie.
Zatem trzeba walnąć z grubej rury! Oczywiście to walnięcie musi być adekwatne do opowieści, aby powstały pożar nie spalił historii... bo tylko „rękopisy nie płoną”.
   Zmiany są potrzebne. Ja też ich potrzebuję i jednocześnie się ich boję. Strach jest tym większy, im zmiana roślejsza. Dlatego wybieram drobnostki, coby nie spłonąć, przynajmniej od razu. Staram się również pamiętać, że wszystko jest opowieścią.
Cztery lata hodowałam włosy. Nacierałam, wcierałam, olejowałam, aloesowałam.
Rosły.
Jak wściekłe.
Bywało, że nocami wędrowały po pościeli, ściągając ze mnie kołdrę i oplątując szyję. Budziłam się z kaszlem, kiedy wchodziły mi do ust, albo łapałam powietrze jak ryba wyjęta z wody, kiedy mnie dusiły.
To zdecydowanie była trudna miłość.
    W końcu zrozumiały, że tak łatwo się nie poddam i zaczęły się plątać. Okropnie. Czesanie bolało, a wcierki, nacierki, dwufazki... nic nie dawały.
Co rano wyglądałam jakbym przyjęła wyładowania atmosferyczne, z co najmniej kilku powiatów.
    Podjęłam decyzję: „jeśli coś kochasz, puść to wolno”, ale nie mogłam jej zrealizować z uwagi na ciągłe lockdowny. Wiadomym jest, że wirus też lubi zmiany, więc przyczaił się u fryzjerów, gdzie mógł stale zmieniać image. Farbowany lis.
Nadszedł mój czas. Salony się otwarły, ale włosy zmieniły podejście. Szeptały: „że się zmienią”, „że one tak tylko żartowały”, „że one tak z miłości, a miłość boli”, „że łobuz kocha najbardziej”.
Zaczęły się układać i miękko opadać, kaskadami. Na wietrze muskały mi twarz, przyjemnie łaskotały i błyszczały. Nie uległam.     M. umówił mnie do fryzjera, ja milczałam. Przemknęłam przez Czerwone Miasto cichcem, obserwując odnawiane elewacje, że taki niby-spacer.
Nic nie podejrzewały.
Obcięłam, jakieś 30 cm, ale nie umiałam się z nimi rozstać. Trudna miłość, ale i trwała. Przyniosłam je zaplecione w warkocz i schowałam w szufladzie. Oficjalnie służą jako gadżet do zdjęć, do fotomontaży, a nieoficjalnie... bałam i boję się je wyrzucić. Gdyż... nadal słyszę szepty, np.: „To co jest martwe nie może umrzeć, lecz odradza się twardsze i silniejsze.”.
     Jak to „twardsze i silniejsze”? A tak to. Srebrne zaczęły rosnąć na potęgę i sterczeć jak anteny nasłuchujące sygnałów z kosmosu.
„Farbuj! Boś zaniedbana!”. Przyznaję, tym razem prawie uległam.
Spojrzałam w lustro. Siwe zaczęły tworzyć pasma.
„A gdyby je tak ujarzmić i zostawić? Może stworzyłyby grzywkę à la Susan Sontag? Chytrze!”.
Spójrzmy prawdzie w oczy... Choćbym czytała i dwie książki dziennie to nie będę jak ona.
    Na HBO GO jest dokument z 2014 roku „W sprawie Susan Sontag”, nie jest tak inspirujący jak inny, o którym wspomnę za jakiś czas, ale i tak dobrze się go ogląda. Przypomina trochę formułę „Myśl to forma odczuwania”, jednak jest bliższy odbiorcy, bo ruchomy i wypowiadają się bliscy Sontag. 



    Czy polecam „Zestaw do śmierci”, za którym się chowam?
Czytanie zawsze jest lepszą opcją niż nieczytanie, ale nie jest to porywająca powieść. Jest interesująca w formie, oniryczna, pełna wskazówek co do zrozumienia tego, co się dzieje z głównym bohaterem. Wymaga uwagi i analitycznego podejścia, jeżeli chce się jak najwięcej zrozumieć, bo można przeczytać i zapomnieć, jak wszystko inne. Można tę powieść znaleźć w antykwariatach, na allegro, ja wybrałam bibliotekę.


*cytaty
„rękopisy nie płoną” — Michaił Bułhakow „jeśli coś kochasz, puść to wolno” — Antoine de Saint-Exupéry
„To co jest martwe nie może umrzeć, lecz odradza się twardsze i silniejsze.” — George R. R. Martin

 
Sto tysięcy jednakowych...

Sto tysięcy jednakowych...

   
    Kilka, prawie kilkanaście, dni temu rozpoczął się maj. Miesiąc, w którym kończy się ważność domeny podlasemczytane.pl i przychodzi faktura pro forma. A wraz z nią chęć (nie)zapłacenia. Oczywiście, że w tym roku jest podobnie, w tej kwestii jestem niereformowalna.
Kiedy zakładałam profil na Instagramie i blog, to nie miałam jakichś oczekiwań, czy tam celów do zrealizowania. To była potrzeba chwili, „bo może ktoś mi przyśle książkę” i coś o niej napiszę, a pisać lubiłam i nadal lubię.
Zrezygnowałam z przywileju otrzymywania książek, nawet poprosiłam kilka wydawnictw, ażeby usunęły mnie z listy mailingowej. Dzielenie recenzentów/recenzentek, że tak nas nazwę, na lepszych, czyli tych, którym wyślemy jakiś niepotrzebny gadżet, albo zaproponujemy książkę „z wyższej półki” i resztę zaczęło mnie męczyć już dawno, aż w końcu się wypisałam. Nikt mnie przecież nie zmusza. Może nie mam w sobie tej „pasji”, o której się tak często wspomina, kiedy przychodzi zwątpienie w sens działań w mediach społecznościowych.
*Komuś coś kiedyś obiecałam, patronat medialny, słowa oczywiście dotrzymam, choć twierdzę, że żadna ze mnie blogerka, więc jaka ze mnie może być patronka medialna...
    Zastanawiam się czy dobrze zrobiłam, z tym wypisaniem się, skoro niektórym marzy się utrzymywanie ceny okładkowej książki przez rok od wydania? Może to pomysł na biznes? Napiszę opinię na podstawie innych i opisu, a potem fotka i wrzutka na allegro. Ostatnio widziałam tam nawet egzemplarze recenzenckie, te przed korektą, za prawie 30 zł, taka ta „pasja” wypaczona.
Z jednej strony rozumiem, bo to książka Ali Smith z wydawnictwa W.A.B., czyli tego, które takimi szczotkami nas raczy, a z drugiej pytam siebie, czy to właściwe? I sobie odpowiadam: produkt jest wart tyle, ile ktoś chce za niego zapłacić, i wyłączam przeglądarkę. Czytam również posty w tonie pełnym żalu, że ktoś nie będzie mógł sobie pozwolić na zakup tylu nowości, ile do tej pory. Rozumiem. Ja nie mogę sobie na nie pozwolić nawet teraz. Kupuję książki z outletów, używańce, co jakiś czas korzystam z Legimi, i uwaga!: chodzę do biblioteki. Czy czytam nowości? Bardzo rzadko. 
Wychodzi ich tyle, że nie jestem w stanie nawet ogarnąć tytułów i może przesadzę, ale często nie wiem dlaczego zostały wydane (no dla zysku, ogarnij się!).
    Próbowałam ostatnio czytać jedną z takich nowości. Romans, z założenia cykl o braciach, ale po pierwszej zmęczonej części porzuciłam ten pomysł, nie dlatego, że był to romans, a dlatego, że to książka pełna opisów swetrów, dekoltów, zarostów i grzywek, pełna kalek językowych, od których puchły mi oczy. Po polsku się tak nie mówi, nie pisze. A postaci są tam tak prawdziwe, jak codzienne życie przedstawiane w polskich serialowych tasiemcach. Jestem ciekawska i zaglądam w różne miejsca, skoro drzwi stoją otworem i często potem żałuję, ale taka jest cena tej mojej ciekawości. 
Dziś określenie „książka” dotyczy wszystkiego, co wydane, tak to (chyba, jeżeli się mylę proszę o poprawkę) podsumowuje Dubravka Ugrešić w „Lisie”.
Nie chodzi o gusta i guściki, które często przykrywamy stwierdzeniem, że o nich się nie dyskutuje (wręcz przeciwnie, to o nich w głównej mierze piszemy, rozmawiamy), a o kulawy warsztat pisarski. Niedawno gdzieś spotkałam się ze stwierdzeniem: „postaci papierowe, ale warsztat pisarski godny pozazdroszczenia”, czy jakoś tak. No nie. Jedno wyklucza drugie. 
Jak już jestem przy gustach, to widzę również trend o wyższości czyjegoś gustu nad czyimś. Przypomina mi się wtedy mistrzyni krótkiej formy (wg mnie): Flannery O'Connor w esejach „Misterium i maniery. Pisma przygodne”, w których pada stwierdzenie, że dziś kto żyw, musi wypowiedzieć się na tematy dotyczące literatury, czytać umie, a cóż więcej, do oceny potrzeba?
    Tak sobie płynę nie wiadomo dokąd, bo nadal nie wiem po co mi ten blog, albo insta... 
Może żeby istnieć? 
Każdy chce uwagi, choćby drobnej, każdy chce należeć do jakiejś grupy, taka pozostałość po czasach, kiedy przetrwać można było dzięki niej, ale czy trzeba się ujednolicać? 
Może by tak wbrew założeniom ewolucji?
Nie wiem. 
W każdym razie domena zostaje, zajrzałam w statystki, sto tysięcy mnie przekonuje. 
Dzięki!
Ktoś tu zagląda częściej niż ja!
Chluśniem, bo uśniem, ale kawy, takiej oszukanej, to zbożówka. 
Na zdrowie!




    
„Gdybyśmy mieli słowo, gdybyśmy mieli język, nie potrzebowalibyśmy broni” - Ingeborg Bachmann

„Gdybyśmy mieli słowo, gdybyśmy mieli język, nie potrzebowalibyśmy broni” - Ingeborg Bachmann

Gdybyśmy mieli słowo, gdybyśmy mieli język, nie potrzebowalibyśmy broni”.
Ingeborg Bachmann

 

„Gdybyśmy mieli słowo, gdybyśmy mieli język, nie potrzebowalibyśmy broni” - Ingeborg Bachmann

Ta pani na plakacie to Ingeborg Bachmann (1926-1973): austriacka poetka, eseistka, pisarka i germanistka, z wykształcenia filozofka i psycholożka, która szczególnie umiłowała język, feministka.
Doktorat uzyskała w 1950 roku dzięki „Krytycznej recepcji filozofii
Martina Heideggera” (myśl Martina Heideggera bywa uważana za jedną z najważniejszych filozofii XX wieku).
Ojciec Bachmann należał do NSDAP, a ona do „Grupy 47”, która m.in. jednoczyła niemieckojęzycznych pisarzy odrzucających nazizm.
Mężem Ingeborg Bachmann był Max Frisch,
szwajcarski architekt, pisarz i dramaturg.
Jednak w życiu poetki szczególne miejsce zajmował poeta Paul Celan. Uważa się, że „Malina”, jedyna powieść Bachmann, to swoisty hołd właśnie dla niego.

Żebyście nie myśleli, że po nocach czytuję skorowidze niemieckojęzycznych autorów, to przyznam się, że na „Malinę” trafiłam przypadkiem, dryfując po internetowych bezkresach.
Przyciągnął mnie tytuł, tak kiedyś na mnie mówiono, więc zaczęłam tej powieści szukać. Okazało się, że wznowione, bodajże w 2011 roku, egzemplarze potrafią osiągać zaporowe, jak dla mnie, ceny. Zajrzałam zatem do katalogu
Miejskiej Biblioteki Publicznej im. Walentego Fiałka w Chełmnie i znalazłam jeden egzemplarz, po który wybrałam się objuczona niczym wielbłąd, bo z pustymi rękoma pójść nie umiałam. Przebyłam wielokilometrową odległość smagana słońcem, które od tego czasu przebywa na wakacjach, gdzieś poza kujawsko-pomorskim. Na razie wracać nie zamierza i w sumie mu się nie dziwię.

„Gdybyśmy mieli słowo, gdybyśmy mieli język, nie potrzebowalibyśmy broni” - Ingeborg Bachmann

Malina - Ingeborg Bachmann

Wracając do Ingeborg Bachmann, to wymieniłam tych trzech mężczyzn, ponieważ bohaterka „Maliny” tkwi pomiędzy trzema mężczyznami: ojcem, Ivanem i Maliną. To powieść autobiograficzna, która nie chce nią być. To ciągłe ścieranie się powinności, ról, emocji, relacji ja-ty, ja-świat i ciągłe przenikanie się form. Bachmann łączy poezję i prozę, metafory nie są łatwe, nie są oczywiste, a słowa wwiercają się do wewnątrz i tam nabierają indywidualnych znaczeń.

„Malinę” czyta się długo, każdy fragment obracając w myślach. To powieść dla każdego, kto lubi zatapiać się w emocjach, w swoich emocjach, kto lubi czuć siebie i jednocześnie lubi język; słowa, metaforyczność zdań oraz odzierać codzienność z życzeniowości.

„Nadejdzie dzień, w którym kobiety będą miały czerwono-złote oczy, czerwono-złote włosy, a poezja ich płci zostanie stworzona na nowo...”

Bachmann nawiązuje do twórczości Celana, wplata w „Malinę” metaforyczną opowieść o księżniczce, ale nie trzeba znać biografii pisarki, by móc poczuć tekst. Jednak kiedy ma się świadomość, w jak tragiczny sposób zmarła Bachmann, i połączy się tę wiedzę choćby z zakończeniem powieści, to można poczuć na karku nieprzyjemny chłód.

„Malina” to również opowieść o miłości, miłości wiodącej do szaleństwa?

„Nadejdzie dzień, w którym ludzie będą mieli czerwono-złote oczy i gwiezdne głosy, w którym ich ręce staną się zdolne do miłości, a poezja ich płci zostanie stworzona na nowo...”

Ingeborg Bachmann była bardzo mądrym człowiekiem, podobnie jak narratorka „Maliny”, która czytała filozofów, doktoryzowała się, próbowała się dopasować do roli; czekając na telefon od Ivana, zastanawiając się dlaczego nie studiowała książek kucharskich?
Nie zgadzała się z tym co się działo na świecie, z czynionym złem, obojętnością na nie, jednak była jak pozbawiona języka, skojarzyła się mi z mitologiczną Filomelą.
Uważana była za ekscentryczną, bo wymykała się definicji napisanej językiem ograniczeń.

Trudne to było czytanie, nie ze względu na zawiłość, znaczeniowość, czy co tam sobie jeszcze za przeszkodę wymyślimy, ale przez to, że jakieś takie dekonstruujące, jakby się rozsypały części w środku, wpadły inne i nie wiesz czyj w końcu ten bałagan jest?

Wrócę do „Maliny”, antykwariaty się zlitowały i stare wydania wróciły do obiegu.
Zrobiłam plakat, powieszę sobie. Księżyce i gigantyczny motyl to nawiązania do powieści, pęknięcia tła chyba tłumaczyć nie trzeba, a jeżeli przypomina odrobinę plamy z T
estu Rorschacha, to nie jest to przypadek.

Czytałam wydanie z 1975 roku, wydawnictwo: Czytelnik, w tłumaczeniu: Sławomira Błauta.


 

Więzy przeznaczenia - B. M. W. Sobol

Więzy przeznaczenia - B. M. W. Sobol

Więzy przeznaczenia - B. M. W. Sobol

We wrześniu 2019 roku przeczytałam „Cudzoziemkę” B. M. W. Sobol, która przypominała historię przedstawioną w serialu „Outlander”, opierającego się z kolei na powieści „Obca” Diany Gabaldon. Książki Gabaldon nie czytałam, a serial szybko porzuciłam. „Cudzoziemka” jednak, była przyjemną rozrywką i pochłonęłam ją w weekend. Skandynawskie lasy, wikingowie, tajemnice, magia, nawiązania do mitologii, humor, romans i nuta erotyki - wszystkie te cechy sprawiły, że cały czas wyraźnie perypetie Judyty pamiętam.
Na kontynuację Autorka kazała nam „odrobinę” poczekać. Rozumiem, że pisanie nie dzieje się za sprawą magii i wymaga czasu, dlatego wytrwale wypatrywałam drugiej części.

Więzy przeznaczenia - B. M. W. Sobol

„Więzy przeznaczenia” nie odstają pod względem objętości „Cudzoziemce”; to ponad pięciuset stronicowa powieść. Egzemplarz, który otrzymałam nie był poddany korekcie, więc nie wiem czy błędy zostały poprawione, ale nie będę się nad nimi rozwodzić, gdyż na taki egzemplarz przystałam.

Powieść otwiera prolog, w narracji trzecioosobowej i opowiada perspektywę Einara wspominającego Jodridd, czyli Judytę. Jest krótki i roztacza aurę tęsknoty, nostalgii.
Po nim, w pierwszoosobowej narracji, historię zaczyna opowiadać Judyta, która po powrocie do współczesności nie może się odnaleźć. Rodzina traktuje ją jak osobę uratowaną z sekty. Wszyscy wokół niej szepczą, każą przyjmować leki. Na temat okoliczności powrotu milczą jak zaklęci, a sama Judyta ma luki w pamięci. Czuje się przez to zagubiona, a stale piętrzące się niewiadome powodują narastające uczucie rozbicia; nie wie już co jest prawdą, a co zmyśleniem.
Od czasu do czasu przenosimy się do czasów wikingów i sprawdzamy co u Einara i Dunstana. Wątki się przeplatają.

Więzy przeznaczenia - B. M. W. Sobol

Pomimo objętości i braku korekty, tę część czyta się równie sprawnie jak pierwszą, ale niestety już nie z takim zainteresowaniem.
Niektóre z obszernie opisywanych codziennych sytuacji, owszem były obrazowe, ale nic nie wnosiły do opowiadanej historii. Było co prawda kilka zaskakujących zdarzeń dotyczących przeszłości bohaterki i to ich rozwinięcia mi zabrakło; położenia na nie mocniejszego akcentu. Uparte milczenie bliskich z czasem zaczęło mnie irytować, bo ile można bawić się w „wiem, ale nie powiem”.

Mnie się wydaje, że ta powieść to taki „przystanek” przed kolejną częścią, której zapowiedź na ostatnich stronach zostawiła mnie w zawieszeniu, bo jak to tak? Tyle czytałam i nadal nic nie wiem?
Same, poruszane przez współczesnych bohaterów, kwestie są odzwierciedleniem naszej codzienności. Dla mnie odrobinę brakowało akcji-reakcji, budowania opowieści rozdział po rozdziale, narastającej tajemnicy.
Może ona w nadmiarze tekstu się rozeszła?

Kwerenda, którą Autorka musiała wykonać do napisania części o czasach wikingów jest godna podziwu, wiele w niej smaczków i zachęty do samodzielnego zgłębienia historii.
Na pochwałę zasługuje również różnicowanie języka czasów Einara i czasów Judyty. Jak wspomniałam, najbardziej podobało mi się zostawianie tropów co do tajemnicy rodzinnej; rozbudzało ciekawość i serwowało emocje.

„Więzy przeznaczenia” ukazują m.in. jak zgubne może być przemilczanie istotnych w życiu wydarzeń; jak chęć ochronienia dziecka przed (być może) „niewygodną” prawdą, napędza spiralę kłamstw i prowadzi do utraty zaufania.

Czy przeczytam kolejną część?

Oczywiście, przecież muszę się dowiedzieć co z Jodridd i Einarem!

Więzy przeznaczenia - B. M. W. Sobol

Wydawnictwo: Novae Res

Data wydania: 13 kwietnia 2021
Liczba stron: 513
Kategoria: literatura obyczajowa

 

To, co nienazwane - „Bodaj Budka” - Natałka Babina

To, co nienazwane - „Bodaj Budka” - Natałka Babina

„Bodaj Budka” - Natałka Babina
#czytnikoweczytanie

 „Bodaj Budka” - Natałka Babina

 „Tekst jest zawsze tajemnicą, czy to napisany atramentem na papierze, grzybami na ziemi czy spojrzeniami w powietrzu”.

„Czy jestestwo człowieka zmienia się w zależności od tego, jak inni nas nazywają albo jak sami siebie nazywamy? Czym ono jest? Na czym polega? (...) Gdzie się to jestestwo ukrywa? W głowie? W sercu?”

„Strach strachem, ale muszę coś zrobić, bo inaczej z mojego osobistego świata - który i tak z dnia na dzień coraz bardziej się kurczy, znika jak kamfora - zostanie tylko strach. Przestrach”.

„Czasem nie potrafiło czegoś wyrazić, ale to nic. Niedopowiedzenia dają pole do interpretacji”.

„Przyczyną nieszczęścia jest to, że wszystko nazwane straciło swoje nazwy, wszystko pamiętane zostało zapomniane”.

„Tylko ciepłem ludzkich rąk można wyłamać kraty, które powstrzymują zło”.

„Czas biegnie dziesięć razy szybciej czy w ogóle się zatrzymał? Może już wszyscy jesteśmy poza czasem? Może niebo zwinęło się w rulon? Ludzie mimo wszystko tu żyją - w złej godzinie, pod rulonem, a może nawet pod orędownictwem? Człowiek chciałby spokojnie posiedzieć, pomyśleć, ale nie ma na to czasu...”

„- Tak, zdjęliśmy krzyże. Nowa rzeczywistość wymaga nowych symboli”.

Niedzielne leżakowanie postanowiłam wypełnić czytaniem, coby nie leżeć jak kłoda, a chociaż gimnastyki umysłowej zażyć. Ale spójrzmy prawdzie w oczy, niedziela rządzi się swoimi prawami, nie szukałam lektury bardzo wymagającej... i nie wiem dlaczego założyłam, że „Bodaj Budka” - Natałki Babiny taką lekturą będzie... W każdym razie.. założenie było błędne.

„Bodaj Budka” okazała się wprost idealna do ćwiczeń z interpretacji, ale pozostawiła mnie z wieloma niewiadomymi (tu muszę znowu spojrzeć prawdzie w oczy... zaklęta w niej historia Białorusi nie jest dla mnie w pełni czytelna).

Zaczęło się sielsko, po prostu opowieścią o wiejskim życiu, chwilę później powiało kryminałem, następnie horrorem, chyba gore?, i przeszło w SF, by się wymieszać i stworzyć „nienazwane” narracyjne szaleństwo, przez które płynie się „chutko” rozszerzając oczy ze zdziwienia, jak ten fikcyjny świat realnie opisuje rzeczywistość.
Główna bohaterka jest pisarką, WŁADA słowem, stwarza.
Rzeczywiste jest to, co potrafimy zdefiniować, a jak zdefiniowane to w jakiś sposób nam podległe.
Wszystko co nienazwane nie istnieje?

Ałła Bobylowa, bo tak się nazywa protagonistka, wpada w nory i wędruje przez czas i przestrzeń, co okazuje się pomocne, kiedy najechana przez nieznane istoty Białoruś, zostaje odcięta kopułą od reszty świata. 

Brniemy do przyszłości, tworzymy nowe określenia, zapominając po drodze stare. Szum, chaos. A może by tak... trening milczenia? :)

„Bodaj Budka” może być trudną lekturą, ale w tym szaleństwie jest metoda, bo to nasz świat i pytania (jest ich wiele) o jego kondycję.
Za wiedzą i wyobraźnią Babiny idzie język, stąd tyle cytatów na początku.
Mnie się „Bodaj Budka” podobała.

PS. @nataliicodziennosc w swojej opinii napisała, że „Bodaj Budka” kojarzy się jej z „Prowadź swój pług przez kości umarłych” Olgi Tokarczuk i w pełni się tym zgadzam, widać to nie tylko w początku powieści, ale i w stawianych pytaniach.

Data wydania: 8 sierpnia 2020
Liczba stron: 304
Literatura piękna
Tłumaczenie: Anna Korzeniowska-Bihun
LEGIMI



 

Znowu ten... Hesse - „Narcyz i Złotousty” - Hermann Hesse

Znowu ten... Hesse - „Narcyz i Złotousty” - Hermann Hesse

Znowu ten... Hesse - Narcyz i Złotousty - Hermann Hesse

„Każde życie przecież dopiero przez rozdwojenie i sprzeczności bogaci się i rozkwita. Czym byłby rozsądek i trzeźwość, nieznające szału, czym byłaby rozkosz zmysłów, gdyby nie stała poza nią śmierć, i miłość bez wiecznej, na śmierć i życie, nienawiści płci?”

„Narcyz i Złotousty” - Hermann Hesse

Narcyz i Złotousty” to opowieść o dwóch przyjaciołach, będących, jak się wydaje, przeciwieństwami. Złotousty to artysta, bezdomny rzeźbiarz, który widzi świat obrazami, a Narcyz to mnich, intelektualista postrzegający świat pojęciowo: „Myślenie nie ma nic wspólnego z wyobrażeniami. Dokonywa się ono nie w obrazach, lecz w pojęciach i formułach. Właśnie tam, gdzie kończą się obrazy, zaczyna się filozofia”. Nie jest tak jak twierdzi Narcyz, ale to świat, rzeczywistość tych postaci oraz ich czas, chociaż, gdy przymkniemy oko właśnie na czas i przestrzeń, to poruszana problematyka jest uniwersalna, nawet sposób przedstawiania/postrzegania kobiet wielce się nie zmienił.

„Narcyz i Złotousty” i „Wilk stepowy”, te dwie powieści, powinny znaleźć się na jednym zdjęciu, jeżeli chciałabym zachować koncepcję dwoistości - stałą w twórczości Hessego.
Obie traktują o podobnych rozterkach, choć w zgoła odmienny sposób i nie mogę się przestać dziwić temu, jak różnie były oceniane.

Złotousty wtłoczony w ramy życia, które miało stać się pokutą za grzechy matki, czuje, że to nie jest jego miejsce i zaczyna życiową tułaczkę. Przeżywa podczas niej wiele emocji, często zażywa przyjemności, popełnia wiele karygodnych czynów, z powodu, których oczywiście ma poczucie winy. Narcyza postrzega jako ideał, czemu w trackie wędrówki daje wyraz.

Złotousty wyrządza zło i widzi zło, bo chociaż akcja toczy się w średniowieczu to nie odbiega od rzeczywistości przeżywanej przez Autora.
Żadna literatura, zwłaszcza ta pisana z wielkiej litery, nie jest wolna od poglądów człowieka, który ją stworzył, nawet politycznych i tak też jest w dziełach Hessego. Im bliżej końca historii, tym bardziej widzimy jak dzieciństwo i informacje jakie posiadał Złotousty, kształtowały go i czego całe życie szukał.

Przyjaźń tych dwóch przeciwieństw można postrzegać jako jedną, rozdartą, osobę, konflikt pomiędzy duchowością, a rozumem. Jakoby nie można było mieć w sobie dwóch przeciwstawnych natur, trzeba się zdecydować na jedną, aby się dopasować, co Jung nazwał terminem persona (maska teatralna) i co znakomicie, oczywiście w moim odczuciu, zobrazował Ingmar Bergman w filmie noszącym (nomen omen) tytuł „Persona” (poniżej zamieściłam kadr z rzeczonego filmu, gdzie połowy twarzy dwu aktorek stają się jedną).

 *w kadrze widać kolaż twarzy dwu aktorek: Bibi Andersson i Liv Ullmann

Język „Narcyza i Złotoustego” jest, jak zawsze u Hermanna Hessego, piękny, kwiecisty, ale jednocześnie lekki w czytaniu, a narracja płynna (w przeciwieństwie do „Wilka stepowego”, gdzie charakteryzuje ją zmienność).
„Narcyz i Złotousty” przypomina mi stylem przypowieść biblijną.

Nastrój nostalgii, obecność sztuki i czegoś ulotnego, przyjemnego sprawia, że „Narcyza i Złotoustego” czyta się z innymi emocjami niż krytykowanego „Wilka stepowego”, choć to dzieła w tematyce zbliżone. A może dzieje się to za sprawą uczuć jakie Autor żywił do Hugona Balla, przyjaciela, który jest pierwowzorem Narcyza, a Złotousty to sam Hermann Hesse? Może ich prawdziwość sprawia, że się tę powieść czule przeżywa.

Oprócz filozofii buddyjskiej, poglądów Freuda i Junga, w twórczości Hessego widoczne są wpływy Nietzschego, o przeżywaniu myśli, albo o stawaniu się; jak ma to miejsce w „Narcyzie i Złotoustym”:

<Gdy dążąc do urzeczywistnienia siebie danymi mu od natury darami, spełnia człowiek rzecz najwyższą i jedynie rozumną, jaką spełniać może. Dlatego dawniej mawiałem do siebie często: „Nie usiłuj naśladować myślicieli ani ascetów, lecz bądź sobą, staraj się urzeczywistnić siebie!>

Twórczość Hermanna Hessego można scharakteryzować aforyzmem „Nosce te ipsum”, czyli poznaj samego siebie.


*Wszelkie niejasności, błędy, niedopowiedzenia wynikają z mojej niewiedzy, za co przepraszam. Na swoje usprawiedliwienie mogę dodać, że jestem tylko czytelniczką-pasjonatką.


Wydawnictwo: Media Rodzina
Data wydania: 25 października 2018
Liczba stron: 464
Tłumaczenie: Marceli Tarnowski
Posłowie: Volker Michels (tłumaczenie Anna Urban)

 

Włócząc się po katalogu Legimi... „Pierścienie Saturna. Angielska pielgrzymka” W.G. Sebald

Włócząc się po katalogu Legimi... „Pierścienie Saturna. Angielska pielgrzymka” W.G. Sebald


Włócząc się po katalogu Legimi... „Pierścienie Saturna. Angielska pielgrzymka” W.G. Sebald

Jestem wagabundą, jedynie w świecie książek, ale jednak. Zdarza się, że zabawię gdzieś dłużej, ale na pewno nie zgłoszę chęci stałego pobytu. Przyczyny upatruję w wyborach, których dokonałam lata temu, a które nie były moimi, uczyłam się tego, co nie za specjalnie mnie interesowało. Podobnie było z pracą. Jakby ktoś zmusił mnie do założenia co prawda ładnych butów, ale w za małym rozmiarze. Nie mam żalu. Jedynie czasem ogarnie mnie minismuteczek (taki jeszcze mniejszy od smuteczku :)), kiedy ktoś olśniewa wiedzą, której mogę już nie sięgnąć. To mija, ponieważ szkoda... CZASU.
Nie ma co stać w miejscu. Szlajam się zatem po katalogach książek poznając różne punkty widzenia, infekując się nimi. Czasem zadzieram wysoko głowę, ale potem daję szyi odpocząć i czytam rozrywkowo.

Tym razem zajrzałam bardzo wysoko i czytam „Pierścienie Saturna. Angielska pielgrzymka” W.G. Sebalda (czyli Winfried Georg Sebald, swoje imiona uważała za nazistowskie dlatego podpisywał się inicjałami), który jest uznawany za jednego z największych pisarzy niemieckich XX wieku.
Gdyby nie przedwczesna śmierć, to zapewne zostałby uhonorowany literacką Nagrodą Nobla.
Wydawnictwo Osselineum wydaje nową serię dzieł Sebalda, na razie ukazały się wspominane „Pierścienie...” i „Austerlitz”.

„Pierścienie Saturna. Angielska pielgrzymka” W.G. Sebald


We wstępie wspomniałam o CZASIE nie bez przyczyny. To on jest głównym bohaterem „Pierścieni...”. Narrator, za którego uważamy Autora, spaceruje po Anglii i opowiada (używając skojarzeń) o historii świata. Miesza prawdę z fikcją, wędruje myślami poprzez granice czasu. Łączy ze sobą wydarzenia w nieoczywisty sposób, snując przy tym filozoficzne rozważania.

Nie znam się na literaturze. Dla mnie to powieść (po trosze dziennik podróży) z fragmentami eseistycznymi.

Język jest piękny, tak że mogłabym uczyć się tych zdań na pamięć, jak wierszy. Nie wiem czy czytałam kiedykolwiek tak ładne konstrukcje zdaniowe...
Nie ma znaczenia, czy czytam o Niebiańskim królu, czy o jaśniejących ciałach ryb, wszystko to widzę będąc naznaczoną wrażliwością Sebalda.
Historie, które opowiada nie są optymistyczne, to robaczywe karty historii ludzkości poprzetykane symbolami i wyobrażeniami Autora. Tak po prawdzie kompletnie nie porywające, ale i tak urzekające. Co jakiś czas pojawiają się zdjęcia, ryciny, obrazy, które utwierdzają nas w przekonaniu, że czytamy prawdę, która pływa w melancholii.
Przejęzyczyłam się i nazwałam „Pierścienie Saturna” - „Pieśnią Saturna” i bardzo ta omyłka mi teraz pasuje - jak pieśń czasu, wszak Saturn to m.in. bóg czasu.

Fraza Sebalda jest niezwykle melodyjna, doskonała, arcymistrzowska, a powtarzalność motywów sprawia, że dostrzega się wzór. Wzór doskonały, choć ulotny i trudny do zdefiniowania. Nie przeszkadza to jednak w emocjonalnym odbiorze dzieła.

„Pierścienie Saturna” są bardzo metaforyczne, a czytanie wymaga skupienia i analizowania, ale jest również wielce satysfakcjonujące.

#czytnikoweczytanie

Data wydania: 1 listopada 2020
Liczba stron: 360

Kategoria: literatura piękna

LEGIMI

Podmiejski na koniec świata - Katarzyna Kowalewska

Podmiejski na koniec świata - Katarzyna Kowalewska

W zeszłym roku, również w marcu, pisałam o debiucie obyczajowym Katarzyny Kowalewskiej o „Pudełku z pamiątkami”. Była to, a tak właściwie to jest - nadal można tę powieść kupić, ciepła historia o kobiecej przyjaźni. „Pudełko z pamiątkami” ukazało się pod patronatem m. in. mojego bloga i zawsze będzie miało dla mnie szczególne znaczenie.

Niebawem, bo już jutro, 16 marca 2021 roku, do księgarń trafi „Podmiejski na koniec świata” - druga powieść obyczajowa tej autorki, a trzecia wydana. Ta również ukaże się pod patronatem www.podlasemczytane.pl.

Podmiejski na koniec świata - Katarzyna Kowalewska

Podmiejski na koniec świata  - Katarzyna Kowalewska

Główną bohaterką „Podmiejskiego...” jest 32-letnia Alicja (mistrzyni organizacji), która ma prawdziwy dar do ratowania ludzi z opresji. Ona pomoże nie bacząc na liczbę związanych ze sprawą nowych obowiązków! Dla każdego problemu znajdzie rozwiązanie i zawsze podpowie, co można by jeszcze poprawić - nie tylko w pracy, ale również w życiu.
Alicja nie widzi problemów... Alicja widzi szansę na rozwój.
Co z tego, że... czyjś.

Kariera Ali jakiś czas temu stanęła w miejscu, a związek... okazał się inny, niż wyobrażenia. Tymon, druga połowa Ali, to przesadnie dbający o siebie architekt, lubujący się w rozrywkowym życiu. Alicja natomiast lubi w ciszy i spokoju poczytać książkę. Para zdaje się przeczyć powiedzeniu o przyciąganiu przeciwieństw. Żyją w „laboratorium” Tymona razem, a jednak osobno.
Można mieć „wszystko” jednocześnie nie mając nic wartościowego.

Ryszard Miłkowski, prezes Fashion of Warsaw i szef Alicji, zleca jej nowe zadanie. W związku z tym kobieta trafia do nowego miejsca, gdzie będzie miała szansę pokazać co umie i być może coś zyskać.
Krótko po przyjeździe na „koniec świata” Ala poznaje kilku ciekawych ludzi, mierzy się z brakiem... wygód :) oraz zaprzyjaźnia się, również z kilkoma, czworonożnymi.
Jednak jak to zwykle w życiu bywa, droga na szczyt nie jest jedynie przyjemnym spacerem i nasza bohaterka będzie musiała zmierzyć się z ludzką nieżyczliwością, interesownością i... zakłamaniem.

„Podmiejski na koniec świata” to powieść napisana w innym klimacie niż wspominane „Pudełko z pamiątkami”, a sama Alicja bardzo różni się od „pudełkowej” Asi, jednak gdyby obie panie spotkały się w realnym życiu, na pewno znalazłyby wspólny język, a Maciek z „Pijanego skryby” nie pozwoliłby się tej dwójce nudzić.

Chociaż Katarzyna Kowalewska w swojej najnowszej powieści porusza poważne tematy, to i tak pojawia się odpowiednia dawka humoru. Wszystko się znakomicie uzupełnia.
Postaci, które tworzy są bardzo charakterystyczne i wielowymiarowe. Tu nie ma makiet, są prawdziwi ludzie, nawet ci, którzy wzbogacają tło.

Kiedy na scenę wkracza czarny charakter, to możemy być pewni, że zaprezentuje się wiarygodnie. U Kasi Kowalewskiej nikt nie jest w jednym odcieniu.

Akcja ponownie toczy się głównie w Grodzisku Mazowieckim i wierzcie mi, chciałabym tam pojechać i skonfrontować to, co widziałam oczami wyobraźni z rzeczywistością. Czułam się jakbym chodziła po tym mieście!

Kowalewska również bardzo dobrze osadza tę historię w czasie - czytamy o rzeczach, które znamy nie tylko z dzisiaj, ale i sprzed wielu lat. Tymi zabiegami tworzy więź między czytelnikiem, a postaciami, bo one dzięki obrazowo użytym dekoracjom ożywają.

Jedną z pasji głównej bohaterki jest czytanie, więc nie zdziwcie się, gdy okaże się, że powieści, które poleca nowej znajomej, dobrze znacie.
Ale to nie jej jedyne hobby, na pewno nie będziecie się z Alicją nudzić.
Subtelnie zarysowany wątek romansowy jeszcze wzbogaca tę historię.

To powieść o odnajdywaniu własnej drogi, o zmianach, których nie należy się bać, o odwadze bez której szczęście może nam przejść koło nosa.
Historia Alicji jest świadectwem tego, że i „koniec świata” może być tym, czego pragnęliśmy najbardziej. Warto się w życiu rozglądać, a pojawiające się okazje sprawdzać, żeby nie żałować, że się ich nie wykorzystało.

„Podmiejski na koniec świata” przeczytałam „na raz” i trochę żałuję, że czyta się szybciej niż pisze... ale jestem cierpliwa i wytrwale czekam na kolejną powieść Katarzyny Kowalewskiej.



Dziękuję Katarzynie Kowalewskiej i wydawnictwu Zysk i S-ka za możliwość objęcia powieście patronatem medialnym. 
"Podmiejski na koniec świata" trafi do sprzedaży 16 marca 2021 roku.


Wydawnictwo: Zysk i S-ka
Data wydania: 16 marca 2021
Liczba stron: 228

Kategoria: literatura obyczajowa
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...