Między mną a czereśnią — Paola Peretti

Między mną a czereśnią — Paola Peretti

    
Między mną a czereśnią — Paola Peretti

    Odkąd skończyłam trzy i pół roku, czyli upłynęło już wiele, wiele lat, noszę okulary. Niewiele pomagają, jeżeli chodzi o ostrość, ale dzięki nim moje widzenie się nie pogarsza. Mam wadę wzroku w lewym oku, niedowidzę.
Gdy byłam dzieckiem zasłaniano prawe, żeby lewe patrzyło tam, gdzie trzeba. Nie chciało. Kształty, które widziałam nie przypominały niczego. Nie mogłam wyjść na zewnątrz, nie umiałam ocenić odległości i potykałam się, wywracałam. Obraz, który widziałam i widzę tym okiem jest podobny do tego zza szyby zlanej deszczem, konkretną ulewą. Ale mam szczęście. Prawe oko widzi doskonale, nadal, pomimo wieku i zmęczenia. Zdarza się, że dostrzegam dziwne rzeczy; niby-widma, niby-rzeczywistość. To znak, że prawe oko musi odpocząć. Mój mózg nauczył się uzupełniać obraz, w taki sposób, że obrazy 3D widzę prawidłowo, mimo jednooczności.
    Okulary, które nosiłam jako dziecko nie były ładne, oprawki były brzydkie, ordynarne i przysłaniały pół twarzy. Jedne pamiętam doskonale; były przezroczysto-czarne, a po bokach miały namalowane wielkie, czerwone serca. Miałam wtedy sześć lat i moim najlepszym przyjacielem był kot, czarny jak smoła, z kilkoma białym kłaczkami pod łebkiem.
Kiedy wracałam z „zerówki” czekał na mnie w bramie osiedla i prowadził do domu. Przed wejściem do środka musiałam na chwilę z nim przysiąść na ławce, łasił się intensywnie, aż zdzierał kolor z oprawek okularów, mruczał przy tym jak traktor. Fajny był z niego kompan. Często go wspominam. Miał na imię Filemon i sypiał m.in. w wózku dla lalek.

Miedzy mną a czereśnią — Paola Peretti


    Mafalda ma niecałe dziesięć lat i choruje na zespół Stargardta (tak jak Paola Peretti), traci wzrok. Mgła przysłania jej widzenie centralne. Jest wrażliwą dziewczynką, uważną i wie, że „pogrąży się w ciemności”. „Ciemność w oczach jest szybsza niż to, jak rosnę”.
Robi listę rzeczy, na których jej bardzo zależy, ale nie będzie ich mogła już robić przez tę rosnącą ciemność. Dziewczynka ma kota (Ottima Turacareta), którego znalazła na czereśni, w której mieszka jej babcia i gigant. Kot, jak to przyjaciel, przychodzi po nią do szkoły. Kiedy przesuwa dłonią po miękkej sierść, robi się jej lżej. Jej ulubioną książką jest „Baron Drzewołaz” Itala Calvina, często zwraca się do głównego bohatera, on ją rozumie. Rodzice próbują pomóc Mafaldzie w przystosowaniu się do życia w ciemności, czasem trochę zapominając o córce. Wszystko dla niej, ale trochę bez niej. Peretti ukazuje jak cichy smutek dorosłych wpływa na dziecko indukując poczucie winy. Widzimy jak w Mafladzie kiełkuje strach i wstyd.
Między mną a czereśnią — Paola Peretii

    Żałuję trochę niewykorzystanego potencjału relacji Mafaldy z babcią, która zapowiadała emocjonalną bombę, rysując coś przypominającego związek babci i wnuka w „Strasznie głośno, niesamowicie blisko” Johnathana Safrana Foera, ale niestety się rozmyła. 
    Jest jednak inna bohaterka, która pomaga Mafaldzie, mądra wojowniczka, choć i tu przydałoby się więcej emocji. 
    Są momenty, które oddziałują na ośrodki empatii, jednak wydaje mi się, można było bardziej, mocniej zaznaczyć, emocje byłyby wtedy świdrujące, a rozchodzą się w zaledwie letnich, podsumowujących zdaniach, w które czasem było trudno mi uwierzyć, skoro bohaterka nie jest dorosła.
    Podoba mi się w jaki sposób Paola Peretti ukazuje jak Mafalda odbiera zachowania innych. Nauczona, że niektórych rzeczy się nie mówi, aby nikogo nie urazić, gdy napotyka pytania zadane wprost, broni się. Strach, niepewność, niezrozumienie odsuwa nas od siebie, zakładamy najgorsze. Tymczasem intencje rozmówcy często nie są złe.
    Pojawiają się odczucia zmysłowe, Mafalda próbuje poruszać się w ciemności, uczy się tego poprzez słuch, dotyk i zapach, i to są wspaniałe fragmenty; czucie muzyki, zapach emocji. 

Między mną a czereśnią — Paola Peretti

    Wiele w niej innych książek, wspomnianego wcześniej „Barona Drzewołaza”, znanego wszystkim „Małego księcia”, ale i co sprawiło mi najwięcej... radości? Niech to będzie radość, pojawia się wspomnienie książki Edmunda de Amicisa — „Serce”, którą czytałam w wieku Mafaldy, i nad którą wylałam morze łez, a o niej zapomniałam. Mam nadzieję, że bardzo nie zdrewniałam od tego czasu. 
    Podsumowując, to dobra książka, mądra, ucząca współodczuwania, patrzenia na drugiego człowieka nie pod kątem dziwności, a zrozumienia, oswajająca m.in. uczucie strachu. Ukazująca wyrażanie emocji jako coś, czego wstydzić się nie powinniśmy, bo to nie słabość, a coś co czyni nas ludźmi.
    Za książkę dziękuję nieocenionej Dorocie
Polecam tekst Ani z zaczytasy.blogspot.com — Paola Peretti, Między mną a czereśnią.

Między mną a czereśnią — Paola Peretti

„Między mną a czereśnią”
Paola Peretti
Wydawnictwo: Świat Książki
Tłumaczenie: Paweł Bravo
Liczba stron: 222
Data wydania: 15 kwietnia 2020 r.

Słowo to siła — dokument o Margaret Atwood

Słowo to siła — dokument o Margaret Atwood


    Jakiś czas temu obejrzałam "Słowo to siła", tak się zwie dokument o Margaret Atwood, na HBO GO i w sumie... to dawno nic tak inspirującego, ciepłego, zabawnego i mądrego nie oglądałam. Przeważnie z takich produkcji sączy się choć kilka kropli smutku, żalu, świadomości, że rzeczywistość jest pogrążona w mroku. Tu, choć twórczość Margaret Atwood nie jest pokrzepiająca, bo nie taka ma być, to jest wiele światła, nadziei, zwykłej radości z życia i możliwości tworzenia. Wypowiada się sama Atwood i bliscy jej ludzie, krewni, przyjaciele, współpracownicy. Nie widać w tym obrazie ani grama nadęcia, poczucia wyższości, jest za to świadoma tego, co potrafi mądra i sympatyczna kobieta. Opowiada o historii, o codzienności, która zamykała jej drzwi, jako kobieta nie mogła korzystać z biblioteki przeznaczonej dla poetów, a była i jest przecież poetką, ale robi to z uśmiechem na twarzy i lekko, bo jak twierdzi jest już: „stara i jej wolno".
    Margaret "Peggy" Atwood dorasta na ekranie, staje się nie tylko dobrą pisarką (co było jej marzeniem), ale również pisarką znaną i nagradzaną. Jest wokół niej aura natchnienia i wcale nie chodzi o pisarstwo, taka ogólna, że masz ochotę podczas oglądania i po nim, coś ze sobą zrobić. Zaglądamy za kulisy produkcji "Opowieści podręcznej", gdzie możemy zobaczyć próby policzkowania Elizabeth Moss i posłuchać jak otwarta na propozycje zmian w tej historii jest Atwood oraz jak traktuje inne twórczynie i twórców. Wiecie dlaczego zza drzwi jej gabinetu słychać śmiech?
Nie? To Wam nie napiszę 😅

Nie trzeba znać jej twórczości, ani nawet lubić, żeby z przyjemnością ten obraz obejrzeć.
Codzienne historie...

Codzienne historie...

 

      Kogo nie wystraszyłam wczoraj, wystraszę dziś. Blog jest bezosobowy. Są na nim teksty i zdjęcia książek, ja gdzieś pomiędzy. To dziś wyglądam i z obrazka.     Każda powieść powinna zaczynać się od zapowiedzi zmiany, zmiany w życiu bohatera. W ten sposób autor składa obietnicę czytelnikowi, że to, co mu opowie, będzie na tyle interesujące i wartościowe, że ten poświęci mu swój czas.
I pieniądze. Książki nie są tanie.
Zatem trzeba walnąć z grubej rury! Oczywiście to walnięcie musi być adekwatne do opowieści, aby powstały pożar nie spalił historii... bo tylko „rękopisy nie płoną”.
   Zmiany są potrzebne. Ja też ich potrzebuję i jednocześnie się ich boję. Strach jest tym większy, im zmiana roślejsza. Dlatego wybieram drobnostki, coby nie spłonąć, przynajmniej od razu. Staram się również pamiętać, że wszystko jest opowieścią.
Cztery lata hodowałam włosy. Nacierałam, wcierałam, olejowałam, aloesowałam.
Rosły.
Jak wściekłe.
Bywało, że nocami wędrowały po pościeli, ściągając ze mnie kołdrę i oplątując szyję. Budziłam się z kaszlem, kiedy wchodziły mi do ust, albo łapałam powietrze jak ryba wyjęta z wody, kiedy mnie dusiły.
To zdecydowanie była trudna miłość.
    W końcu zrozumiały, że tak łatwo się nie poddam i zaczęły się plątać. Okropnie. Czesanie bolało, a wcierki, nacierki, dwufazki... nic nie dawały.
Co rano wyglądałam jakbym przyjęła wyładowania atmosferyczne, z co najmniej kilku powiatów.
    Podjęłam decyzję: „jeśli coś kochasz, puść to wolno”, ale nie mogłam jej zrealizować z uwagi na ciągłe lockdowny. Wiadomym jest, że wirus też lubi zmiany, więc przyczaił się u fryzjerów, gdzie mógł stale zmieniać image. Farbowany lis.
Nadszedł mój czas. Salony się otwarły, ale włosy zmieniły podejście. Szeptały: „że się zmienią”, „że one tak tylko żartowały”, „że one tak z miłości, a miłość boli”, „że łobuz kocha najbardziej”.
Zaczęły się układać i miękko opadać, kaskadami. Na wietrze muskały mi twarz, przyjemnie łaskotały i błyszczały. Nie uległam.     M. umówił mnie do fryzjera, ja milczałam. Przemknęłam przez Czerwone Miasto cichcem, obserwując odnawiane elewacje, że taki niby-spacer.
Nic nie podejrzewały.
Obcięłam, jakieś 30 cm, ale nie umiałam się z nimi rozstać. Trudna miłość, ale i trwała. Przyniosłam je zaplecione w warkocz i schowałam w szufladzie. Oficjalnie służą jako gadżet do zdjęć, do fotomontaży, a nieoficjalnie... bałam i boję się je wyrzucić. Gdyż... nadal słyszę szepty, np.: „To co jest martwe nie może umrzeć, lecz odradza się twardsze i silniejsze.”.
     Jak to „twardsze i silniejsze”? A tak to. Srebrne zaczęły rosnąć na potęgę i sterczeć jak anteny nasłuchujące sygnałów z kosmosu.
„Farbuj! Boś zaniedbana!”. Przyznaję, tym razem prawie uległam.
Spojrzałam w lustro. Siwe zaczęły tworzyć pasma.
„A gdyby je tak ujarzmić i zostawić? Może stworzyłyby grzywkę à la Susan Sontag? Chytrze!”.
Spójrzmy prawdzie w oczy... Choćbym czytała i dwie książki dziennie to nie będę jak ona.
    Na HBO GO jest dokument z 2014 roku „W sprawie Susan Sontag”, nie jest tak inspirujący jak inny, o którym wspomnę za jakiś czas, ale i tak dobrze się go ogląda. Przypomina trochę formułę „Myśl to forma odczuwania”, jednak jest bliższy odbiorcy, bo ruchomy i wypowiadają się bliscy Sontag. 



    Czy polecam „Zestaw do śmierci”, za którym się chowam?
Czytanie zawsze jest lepszą opcją niż nieczytanie, ale nie jest to porywająca powieść. Jest interesująca w formie, oniryczna, pełna wskazówek co do zrozumienia tego, co się dzieje z głównym bohaterem. Wymaga uwagi i analitycznego podejścia, jeżeli chce się jak najwięcej zrozumieć, bo można przeczytać i zapomnieć, jak wszystko inne. Można tę powieść znaleźć w antykwariatach, na allegro, ja wybrałam bibliotekę.


*cytaty
„rękopisy nie płoną” — Michaił Bułhakow „jeśli coś kochasz, puść to wolno” — Antoine de Saint-Exupéry
„To co jest martwe nie może umrzeć, lecz odradza się twardsze i silniejsze.” — George R. R. Martin

 
Sto tysięcy jednakowych...

Sto tysięcy jednakowych...

   
    Kilka, prawie kilkanaście, dni temu rozpoczął się maj. Miesiąc, w którym kończy się ważność domeny podlasemczytane.pl i przychodzi faktura pro forma. A wraz z nią chęć (nie)zapłacenia. Oczywiście, że w tym roku jest podobnie, w tej kwestii jestem niereformowalna.
Kiedy zakładałam profil na Instagramie i blog, to nie miałam jakichś oczekiwań, czy tam celów do zrealizowania. To była potrzeba chwili, „bo może ktoś mi przyśle książkę” i coś o niej napiszę, a pisać lubiłam i nadal lubię.
Zrezygnowałam z przywileju otrzymywania książek, nawet poprosiłam kilka wydawnictw, ażeby usunęły mnie z listy mailingowej. Dzielenie recenzentów/recenzentek, że tak nas nazwę, na lepszych, czyli tych, którym wyślemy jakiś niepotrzebny gadżet, albo zaproponujemy książkę „z wyższej półki” i resztę zaczęło mnie męczyć już dawno, aż w końcu się wypisałam. Nikt mnie przecież nie zmusza. Może nie mam w sobie tej „pasji”, o której się tak często wspomina, kiedy przychodzi zwątpienie w sens działań w mediach społecznościowych.
*Komuś coś kiedyś obiecałam, patronat medialny, słowa oczywiście dotrzymam, choć twierdzę, że żadna ze mnie blogerka, więc jaka ze mnie może być patronka medialna...
    Zastanawiam się czy dobrze zrobiłam, z tym wypisaniem się, skoro niektórym marzy się utrzymywanie ceny okładkowej książki przez rok od wydania? Może to pomysł na biznes? Napiszę opinię na podstawie innych i opisu, a potem fotka i wrzutka na allegro. Ostatnio widziałam tam nawet egzemplarze recenzenckie, te przed korektą, za prawie 30 zł, taka ta „pasja” wypaczona.
Z jednej strony rozumiem, bo to książka Ali Smith z wydawnictwa W.A.B., czyli tego, które takimi szczotkami nas raczy, a z drugiej pytam siebie, czy to właściwe? I sobie odpowiadam: produkt jest wart tyle, ile ktoś chce za niego zapłacić, i wyłączam przeglądarkę. Czytam również posty w tonie pełnym żalu, że ktoś nie będzie mógł sobie pozwolić na zakup tylu nowości, ile do tej pory. Rozumiem. Ja nie mogę sobie na nie pozwolić nawet teraz. Kupuję książki z outletów, używańce, co jakiś czas korzystam z Legimi, i uwaga!: chodzę do biblioteki. Czy czytam nowości? Bardzo rzadko. 
Wychodzi ich tyle, że nie jestem w stanie nawet ogarnąć tytułów i może przesadzę, ale często nie wiem dlaczego zostały wydane (no dla zysku, ogarnij się!).
    Próbowałam ostatnio czytać jedną z takich nowości. Romans, z założenia cykl o braciach, ale po pierwszej zmęczonej części porzuciłam ten pomysł, nie dlatego, że był to romans, a dlatego, że to książka pełna opisów swetrów, dekoltów, zarostów i grzywek, pełna kalek językowych, od których puchły mi oczy. Po polsku się tak nie mówi, nie pisze. A postaci są tam tak prawdziwe, jak codzienne życie przedstawiane w polskich serialowych tasiemcach. Jestem ciekawska i zaglądam w różne miejsca, skoro drzwi stoją otworem i często potem żałuję, ale taka jest cena tej mojej ciekawości. 
Dziś określenie „książka” dotyczy wszystkiego, co wydane, tak to (chyba, jeżeli się mylę proszę o poprawkę) podsumowuje Dubravka Ugrešić w „Lisie”.
Nie chodzi o gusta i guściki, które często przykrywamy stwierdzeniem, że o nich się nie dyskutuje (wręcz przeciwnie, to o nich w głównej mierze piszemy, rozmawiamy), a o kulawy warsztat pisarski. Niedawno gdzieś spotkałam się ze stwierdzeniem: „postaci papierowe, ale warsztat pisarski godny pozazdroszczenia”, czy jakoś tak. No nie. Jedno wyklucza drugie. 
Jak już jestem przy gustach, to widzę również trend o wyższości czyjegoś gustu nad czyimś. Przypomina mi się wtedy mistrzyni krótkiej formy (wg mnie): Flannery O'Connor w esejach „Misterium i maniery. Pisma przygodne”, w których pada stwierdzenie, że dziś kto żyw, musi wypowiedzieć się na tematy dotyczące literatury, czytać umie, a cóż więcej, do oceny potrzeba?
    Tak sobie płynę nie wiadomo dokąd, bo nadal nie wiem po co mi ten blog, albo insta... 
Może żeby istnieć? 
Każdy chce uwagi, choćby drobnej, każdy chce należeć do jakiejś grupy, taka pozostałość po czasach, kiedy przetrwać można było dzięki niej, ale czy trzeba się ujednolicać? 
Może by tak wbrew założeniom ewolucji?
Nie wiem. 
W każdym razie domena zostaje, zajrzałam w statystki, sto tysięcy mnie przekonuje. 
Dzięki!
Ktoś tu zagląda częściej niż ja!
Chluśniem, bo uśniem, ale kawy, takiej oszukanej, to zbożówka. 
Na zdrowie!




    
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...