„Droga” Cormaca McCarthy’ego po latach. O tym, co w człowieku dobre.

„Droga” Cormaca McCarthy’ego po latach. O tym, co w człowieku dobre.

Zdjęcie przedstawia książkę Droga Cormaca McCarthy’ego.


Ponowne czytanie „Drogi” Cormaca McCarthy'ego było dla mnie spotkaniem ze znajomym, z którym ponad dekadę coś przeżyłam, a nasze wspomnienia różnią się tak, jakbyśmy doświadczyli czegoś zupełnie innego.

Sam pomysł na fabułę jest dość prosty. Świat chyli się ku upadkowi. Ludzkość jest na wymarciu. Nie ma zwierząt. Nie ma żywności. Ci, co pozostali, są niebezpieczni i głodni. Krajobrazy są szare, bure. Niebo martwe. Ojciec z synem po prostu idą. A ojciec stara się za wszelką cenę utrzymać syna przy życiu.

„Droga” Cormaca McCarthy’ego – świat bez wartości

„Droga” była dla mnie mocną opowieścią o świecie, w którym nie ma wartości. Gdzie życie zostało zredukowane do stania się czyimś posiłkiem. Nie ma wspólnoty, chyba że na chwilę, przy polowaniu, mordowaniu, plądrowaniu. O świecie, który stworzył warunki, by stali się tym, czym się stali. Hordami niosącymi śmierć tym, którzy byli albo zbyt słabi, żeby się przeciwstawić, albo zbyt prawi, żeby ulec.

Co „Droga” mówi o człowieku?

Dziś „Droga” jest dla mnie opowieścią o tym, co w człowieku dobre. O tym, co niesiesz w sobie, pomimo albo przeciwko temu, co oglądasz i z czym się mierzysz. O chronieniu tego, co czyste, ludzkie i warte ochrony. Okoliczności nie zmieniają człowieka, dają warunki do zaistnienia tego, co w nim jest.


Dlaczego „Droga” boli bardziej przy ponownym czytaniu

?„Droga” boli na różnych poziomach świadomości i w różnym stopniu. Wiele zależy od tego, co samemu się przeżyło i kim się jest. Jednych wzruszy i szybko o niej zapomną, zostanie jedynie powidok załzawionych oczu albo kłucia w plecach. Innym wedrze się we wspomnienia, jakby sami tego dramatu doświadczyli. A jeszcze innym nie zrobi absolutnie nic. McCarthy pisze oszczędnie. Absolutnie żadnych wypełniaczy, żadnych ozdobników. Powtarzające się jak refren: „tatusiu” wbijało się w moje stawy, jak zardzewiała śruba. Bo jak nie chronić najmłodszych, to kogo?

„Triumf owiec” – jeszcze więcej owiec, trochę kóz i odrobinę grozy

„Triumf owiec” – jeszcze więcej owiec, trochę kóz i odrobinę grozy


„Triumf owiec” Leonie Swann, kontynuacja „Sprawiedliwości owiec”, okazał się jeszcze zabawniejszy. A to za sprawą zwiększonej liczebności parzystokopytnych. Poznane w pierwszej części stado owiec wraz z pasterką Rebeką zimuje niedaleko starego zamku i chcąc nie chcąc zacieśnia relacje ze stadkiem kóz. A jak wszyscy wiedzą – kozy przecież śmierdzą.

Pierwsze, co rzuca się w oczy, to zmiana atmosfery opowieści. Konwencja zagadki ze zwłokami zostaje, ale tym razem nie zdradzę, kto poniósł śmierć.

Owce nadal punktują ludzi za ich przywary i często pokręcone, mało logiczne zachowania, przy wtórze podobnie gadatliwych kóz. Jednak nad fabułą unosi się gęsta mgła mrocznej, lokalnej historii.

W okolicy, w której Rebeka i jej nakręcona wróżeniem i alkoholem matka postanowiły się zatrzymać, podobno grasuje garou. I bynajmniej nie jest to wokalista, a wilkołak.

Baśń, która nie straszy

„Triumf owiec” buduje opowieść przypominającą odrobinę konstrukcję baśni. Niby znana, zwyczajna rzeczywistość, a jakby kryła pod spodem coś nierzeczywistego, mrocznego.

Ale spokojnie. Choć pojawia się groza, jest ona miękka jak kocyk w jesienny wieczór i bardziej łechcze ciekawość, niż budzi lęk.

I chyba właśnie ta atmosfera podobała mi się w tej części najbardziej. W pierwszej części autorka położyła większy nacisk na samą zagadkę i humor wynikający z obserwowania bohaterów oczami owiec. Tutaj pod powierzchnią zaczyna się coś lekko niepokojącego. Stare historie, zamek, garou, lokalne wierzenia – wszystko to sprawia, że zwyczajny świat stada zaczyna wyglądać trochę inaczej.

Nie jest to jednak groza, która ma zamiar człowieka niepokoić przez pół nocy. Raczej taka, która każe zerknąć w ciemny kąt i pomyśleć: a może jednak warto mieć przy sobie srebro?

Owce, kozy i stereotypy

Owce po raz kolejny pokazują, jak ważne jest tworzenie społeczności, a także dlaczego warto otwierać się na nowe, czasem śmierdzące znajomości.

Bo ten, kogo oceniamy przez pryzmat stereotypów, może okazać się do nas podobny. Bardziej, niż chcielibyśmy przyznać.


Wpółpraca reklamowa z Wydawnictwem Relacja.



„Grona gniewu” po 28 latach. John Steinbeck, lęk i świat, który przestał istnieć

„Grona gniewu” po 28 latach. John Steinbeck, lęk i świat, który przestał istnieć




Czuję pod palcami płótno. Faktura jest wyraźna, drapie mnie po opuszku. Dzień jest gorący. Są wakacje i mam trzynaście lat. Siedzę na brudnej wykładzinie, dywanowej, przy regale z „S”.

Biblioteka. Stara. Mała. Klaustrofobiczna.

Promienie słońca walczą w oknie ze smugami, żeby osiąść na gęstych pajęczynach.

Czytam „Grona gniewu”. Jak każdą wybraną książkę i tę napoczynam na miejscu.

W środku czuję łaskotanie, ale nie ma ono nic wspólnego z przyjemnością. Wstaję i proszę o wypożyczenie.

Tyle – mniej więcej – pamiętam.

Nie treść.
Nie zachwyt.
Lęk.

Czytanie, które zostaje we mnie

Z tym moim czytaniem jest tak, że ono trwa dłużej we mnie niż rzeczywiście obcuję z tekstem w kontekście: ja kontra litery. Czytam, jakbym próbowała nawlec nić na igłę. A ona nie chce być jedną. Wciąż się rozdziela.

To też trochę jak okulary VR – rozszerzam tekst o to, co już znam. A jak książka pozwala, to rozszerzanie trwa i trwa.

Do „Gron gniewu” wróciłam po wielu latach.

Jako dziecko nie wiedziałam, czego się boję. Nie umiałam tego nazwać. Bo on narastał. Ten lęk.

Początkowy wziął się z jednej sceny.

Sceny, która nadal jest dla mnie żywa. Ponieważ taką przeżyłam jako dziecko. I to dziecko we mnie znowu jej doświadczyło. Tym razem jednak umiałam to przeżyć i się uziemić. Lęki dziecka są nadal lękami dorosłego.

A potem pojawił się rozpad.

Świata.
Ludzi.
Porządku.


Klęska wyziera z oczu tych ludzi. Z oczu tych zgłodniałych wyziera rosnący gniew. W sercu ich wzbierają i dojrzewają grona gniewu - zapowiedź przyszłego winobrania.”


Joadowie i droga, z której nie można zawrócić

Droga, którą podążają Joadowie, ma w sobie coś znajomego.

Człowiek często nazywa wyborem drogę, z której zwyczajnie… zawrócić nie może. Bo nie ma do czego. Świat, który zostawił, przestał istnieć. A żyć trzeba. Idzie dalej, wypatrując upragnionej nagrody. Eldorado. Raju zbudowanego z wyobrażeń i złudzeń. Wiary, że po wejściu na szczyt góry musi zachwycić się widokiem.

Wędrówka u Steinbecka przypomniała mi Wyprawę Donnera (Donner Party). Obietnica drogi, która kończy się tam, gdzie kończą się zasoby i zaczyna przetrwanie. Grupa ludzi wyemigrowała ze Środkowego Zachodu, podobnie jak Joadowie, do Kalifornii. Musieli spędzić zimę w górach – kompletnie do tego nieprzygotowani.

Joadowie wielokrotnie mierzą się z brakiem żywności, pracy, perspektywy zmiany. Z czasem marzenia się rozmywają. Chodzi tylko o przeżycie. Wtedy dociera do nich, do jakiego świata teraz należą.

„Grona gniewu” i „Nomadland”

Podobny mechanizm jest w „Nomadland” – życie bez własnego miejsca opowiedziane jako wolność. Inaczej codzienność byłaby nie do zniesienia.

Dla mnie to właśnie powidoki świata Steinbecka. Kapitalizm działał tak wtedy i tak działa teraz. Zmienia się jedynie narracja.

W pewien sposób fascynuje mnie, jak Stany Zjednoczone opowiadają o sobie jako kraju wolności. O czymś, czego ja tam nie widzę. Ta wizja udziela się ludziom na całym świecie. Ogrom możliwości, wolności, niezależności. Jakby sama już Ameryka w kieszeni („Wroniec”, Jacek Dukaj) sprawiała, że nagle znajdziesz się na szczycie i korzystasz z zasobów wykorzystywanych.

Steinbeck, O’Connor i McCarthy

To moje czytanie zawsze się rozrasta. Wracam do tego, co już gdzieś poznałam. I tak jest i w tym przypadku.

Świat Steinbecka nie jest łagodniejszy niż u Flannery O’Connor. Jej Południe Stanów Zjednoczonych nie pachnie różami i nie mieni się złotem. Jednak u O’Connor jest jeszcze Bóg, choćby w słowie. U Steinbecka już go nie ma. Tu, podobnie jak u McCarthy’ego, zło nie potrzebuje sensu. Ono istnieje w człowieku.

Ostatnia scena „Gron gniewu”

Ostatnia scena „Gron gniewu” zostanie ze mną na zawsze. Też z uwagi na osobiste doświadczenie.

Dochodzi tam do przekroczenia. Przekroczenia roli matki. Tej, co daje życie.

„Grona gniewu” czytane po dwudziestu ośmiu latach nie tracą na sile oddziaływania. Dalej powodują lęk. Choć trochę inny i okiełznany już doświadczeniem, ale jednak wciąż żywy.

Człowiek może dokonać wyboru: czy przestać się oszukiwać i żyć, czy może do końca wypatrywać świata, który nie istnieje.

Wtedy, na tej brudnej wykładzinie, nie miałam złudzeń.

I może dlatego tak bardzo się bałam.



O książce „Grona gniewu” Johna Steinbecka

„Grona gniewu” to powieść Johna Steinbecka wydana w 1939 roku. Opowiada o rodzinie Joadów, która podczas Wielkiego Kryzysu opuszcza Oklahomę i wyrusza do Kalifornii w poszukiwaniu pracy i lepszego życia. Steinbeck pokazuje w niej ubóstwo, migrację, wykluczenie społeczne, trudną sytuację robotników oraz zderzenie amerykańskiego mitu wolności z rzeczywistością.

Po dwudziestu ośmiu latach wróciłam do tej książki z zupełnie innym doświadczeniem niż podczas pierwszej lektury. To nie jest klasyczna recenzja „Gron gniewu”, ale zapis tego, co powieść Steinbecka uruchomiła we mnie przy ponownym czytaniu.

Czy warto jeszcze prowadzić bloga w 2026 roku?

Czy warto jeszcze prowadzić bloga w 2026 roku?

Otwarte książki ułożone jedna na drugiej na zdjęciu w ciepłych, brązowych tonach.”


Wróciłam na Instagram. Wróciłam też do bloga. Po pięciu latach.

Przez ten czas wiele się zmieniło. Dwukrotnie zmieniłam pracę, obroniłam pracę dyplomową, wróciłam do prowadzenia samochodu i… zostałam mamą.

Zmieniło się też moje podejście do internetu.

Dlaczego wróciłam do blogowania?

Od mediów społecznościowych musiałam trochę odpocząć. Potrafią dać dużo dobrego, ale potrafią też mocno przytłoczyć. Człowiek chce nadążyć. Za trendami, nowymi treściami, kolejnymi książkami, zdjęciami, filmami, rolkami.

I chce przecież konsumować. Albo mu się tak wydaje.

Bo przecież tak się nie da.

Kilka razy próbowałam wrócić na Instagram. Jednak algorytm skutecznie studził mój zapał. A dzisiaj mam wrażenie, że po prostu przestałam się z tym medium zgrywać.

Bo co właściwie mam tam robić?

Kolejną rolkę? Karuzelę z pięcioma książkami na lato? Listę „co przeczytać w tym miesiącu”? Poradnik o tym, jak zostać recenzentem książkowym?

Dziękuję. Postoję.

Czy blogi mają jeszcze sens?

Podobno blogów już nikt nie czyta.

Być może.

Blogi nie są już tym, czym były kilkanaście lat temu. Nie są centrum Internetu, a wiele osób przeniosło się do mediów społecznościowych, newsletterów, podcastów czy krótkich filmów.

Tylko czy to oznacza, że prowadzenie bloga nie ma już sensu?

Nie jestem przekonana.

Właśnie dlatego wracam.

Nie dlatego, że wierzę w wielki powrót blogosfery. Nie dlatego, że liczę na tysiące czytelników. I nie dlatego, że chcę produkować treści zgodnie z tym, czego akurat chciałby algorytm.

Chcę mieć swoje miejsce.

Blog a Instagram

Instagram jest szybki. Blog nie musi.

Na Instagramie zdjęcie musi zatrzymać uwagę, a tekst musi być krótki. Najlepiej już na zdjęciu. Film powinien zaczynać się od haczyka, najlepiej takiego, który sprawi, że ktoś nie przewinie go po dwóch sekundach.

Blog daje mi coś zupełnie innego.

Mogę usiąść i napisać.

O książce, która coś mi dała. O fotografii. O naturze. O tym, co aktualnie mnie interesuje. O rzeczach, które niekoniecznie da się zamknąć w kilku slajdach karuzeli.

Może właśnie tego potrzebuję?

Nie kolejnego miejsca, w którym trzeba nadążać, tylko miejsca, w którym słowa mają czas.

Czy ktoś jeszcze czyta blogi?

Pewnie tak.

Może nie w taki sposób jak kiedyś, a przypadkiem, trafiając z wyszukiwarki na konkretny tekst. Może ktoś coś przeczyta i nigdy nie wróci. Może.

Po pięciu latach wracam do bloga przede wszystkim dla siebie.

Chcę sprawdzić, czy nadal lubię pisać. Czy mam jeszcze coś do powiedzenia. Czy można stworzyć w internecie własny kawałek przestrzeni bez ciągłego zastanawiania się, co spodoba się algorytmowi. I dlaczego nikt mojego zdjęcia i tekstu nie zobaczył.

Może i tu tak będzie, że brak reakcji mnie wypali. Może.

Ale na razie będę pisać dla siebie.

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...