#142 W ciemność - Anna Bolava

#142 W ciemność - Anna Bolava

#143 W ciemność - Anna Bolava - recenzja - czy warto przeczytać?
Lubimy żyć według z góry ustalonych prawideł. Od dziecka wikła się nas w plany dnia, plany zajęć. Każde odstępstwo od rytmu, według którego żyjemy powoduje niepokój. Tacy jesteśmy. Nastawieni na zadaniowość, odhaczamy punkty z listy nawet jeśli istnieje ona tylko w wyobrażeniu. Kiedy odpoczywamy, to też dzieje się to według jakiegoś cyklu.

Anna Bartákova zbiera zioła i co wtorek objuczona workami pełnymi darów matki natury udaje się do skupu. Wszystko jest tam ważone i wyceniane. Bohaterka doskonale zna wszystkich pracowników skupu, wie kto i jak oszukuje, kto zaniża wagę zbiorów, by wypłacić niższe wynagrodzenie. Całe jej życie wyznacza pora zbiorów ziół. Przemierza wioskę na starym rowerze lub z wózkiem, wie gdzie jaka roślina rośnie i potrafi oszacować ile może jej w danym miejscu zebrać. Przemyka drogami starając się być niezauważoną. Anna o ziołach wie wszystko. Gorzej jednak jest z jej współżyciem z innymi ludźmi. Jest też tłumaczką i raz na jakiś czas wybiera się pociągiem do pracodawcy i to zajęcie - tak normalne i budzące jakiś cichy podziw, z punktu widzenia wszystkich obserwujących ją sąsiadów - umożliwia jej w miarę spokojne życie, pozbawione karcących, wyniosłych spojrzeń. Pozbawione zainteresowania.

"Przedstawiłam dowód, że zaliczam się do porządnych, odpowiedzialnych, dorosłych ludzi. Płynnie wtopiłam się w nurt obowiązującej przeciętności, wpasowałam się w jeden z szablonów".

Narracja przebiega w osobie pierwszej, przez co, nie tylko podglądamy życie kobiety, ale stajemy się nią. Godzina po godzinie, dzień po dniu, jak mroczny pasażer Anny, widzimy świat takim, jakim ona go widzi. Wiele z jej obserwacji i spostrzeżeń było mi bardzo bliskich. Bohaterka to introwertyczka. Prowadzi bogate życie wewnętrzne, dostrzega piękno i prostotę życia, i celnie puentuje mijanych ludzi oraz zdarzenia, które dzieją się obok. Ale nigdy nie zabiera głosu. Ale... tak naprawdę - Anny jest coraz mniej w Annie. Bóle głowy, zasinienia, fosforyzacje i szelesty. 

"Strych żyje własnym życiem, sam decyduje, co oddać, a co pochłonąć. To podstępne miejsce, które oddycha i tchnie żarem, a kiedy zacznie się ruszać, straszliwie szeleści..."

Piękno opisywanych letnich dni na wsi i roślin, sugestywność dająca się poczuć zmysłowo (ciepło słońca, zapachy ziół) kontrastuje z mrokiem, który powoli wypełnia bohaterkę. Rzuca się w oczy obojętność bliskich jej osób na to, co się z nią dzieje - jednak trzeba pamiętać, że to czego doświadczamy dzieje się we wnętrzu kobiety, a to, co ona opisuje - jako widziane, niekoniecznie jest rzeczywiste. Zdarzenia, w których uczestniczyła z każdym kolejnym rozdziałem zdają się mieć zupełnie inny przebieg niż ten, który został przez Annę zarejestrowany.

"Zostawiam za sobą rozpaczliwe ślady, może w cichej nadziei, że pójdzie po nich ktoś, kto mnie ocali".

Nie da się nie wspomnieć o pięknym, lirycznym języku narracji i pracy tłumaczki Agaty Wróbel. Wrażliwość na naturę, postrzeganie zmysłowe i słowa, płynie tu niczym wartka rzeka. Tę książkę się czuje i po przeczytaniu, często będzie się do niej wracać myślami. Cienka jest granica między poukładanym życiem i obraniem sobie celu, a popadnięciem w obłęd.
"W ciemność" można czytać na wielu płaszczyznach. Żywot roślin zadziwiająco przypomina ludzki. Wyrwanie lub obcięcie, wysuszenie z życiodajnych soków potęguje podatność na złamania. Człowiek jest częścią przyrody, a nie jej panem. Posiadanie kontroli nad wszystkim jest jedynie złudzeniem.
Zaskoczyło mnie to, że można o zwykłej codzienności - polegającej na zbieraniu roślin i cichym mijaniu sąsiadów, pisać w tak zajmujący sposób. Kiedy dotarłam do ostatnich słów tej opowieści to, na moich rękach pojawiła się tzw. gęsia skórka. Ludzki umysł jest niestety bardzo kruchy, a emocje, z których się składamy bywają obezwładniające.
Polecam czytelnikom wrażliwym na piękno opisów, języka, na nietuzinkowość, ale mającym w sobie dostatecznie dużo realizmu, mocno zakorzenionym w rzeczywistości, ponieważ ze świata Anny Bartákovej trudno jest w pełni wrócić.


Wydawnictwo: Książkowe klimaty

Data wydania: 20. września 2017
Liczba stron: 300
Kategoria: literatura piękna
Tłumaczenie: Agata Wróbel

Recenzja napisana dla portalu bookhunter.pl





#142 Opowieści wigilijne. Nawiedzony dom - Charles Dickens

#142 Opowieści wigilijne. Nawiedzony dom - Charles Dickens

 #142 Opowieści wigilijne. Nawiedzony dom - Charles Dickens - recenzja - czy warto przeczytać?
Nie ma chyba na świecie osoby, która nie kojarzyłaby "Opowieści wigilijnej" Charlesa Dickensa. Wielokrotnie ekranizowana, a dla niektórych czytelników jej lektura w okresie przedświątecznym - jest wręcz obowiązkowa.
Ale Charles Dickens napisał wiele innych historii.
Część z nich jest wydawana przez wydawnictwo Zysk i S-ka w formie serii pod wspólnym tytułem "Opowieści wigilijne", które łączy właśnie ich bożonarodzeniowy charakter.
W tym roku, a dokładnie 19. listopada do sprzedaży trafiła kolejna część o podtytule "Nawiedzony dom".
Cała seria jest pięknie wydana - twarda oprawa, ilustracje niczym ryciny, każdy tekst otwiera inicjał z wkomponowanym ornamentem.
Różni się ona jednak od pozostałych. Opowieści były pisane wraz z innymi pisarzami i były publikowane w dwóch czasopismach "Household Words" oraz "All the Year Round" - a ze świętami Bożego Narodzenia łączy je okres wydania 
numeru czasopisma. 
Przed każdym z tekstów znajdziemy krótkie wprowadzenie - rok powstania, w którym z dwóch czasopism wyszły i kto był współautorem - pozostałych tekstów.

Zbiór składa się z siedmiu opowiadań. 
"Wrak Złotej Mary" - o kapitanie statku, nad którym ciążyła klątwa, a z pokładu którego udało się uratować pasażerów.
"Katusze gromadki angielskich jeńców" - gdzie czytamy o kobietach porwanych przez piratów w czasie rebelii - w brytyjskiej kolonii w Ameryce Środkowej. "Nawiedzony dom" - siedem osób spędza czas w domu, w którym podobno straszy...
"Wieść z morza" - historia o pewnej wiadomości - list w butelce, i jej konsekwencjach.
"Bezimienny bagaż" - opowieść o porzuconym, pełnym tajemnic bagażu.
"Ziemia Toma Tiddlera" - nawiązanie do gry dla dzieci, opowieść o samotniku - pustelniku, który odcina się od społeczeństwa.
"Bezdroże" - historia z przytułkiem w tle i pomyłką, która bardzo zmienia życie kilku osób.

Styl, którym są pisane wszystkie historie - jest mocno barokowy; bogaty w metafory i długie zdania z niespotykanym już szykiem wyrazów. W niektórych miejscach jest archaiczny, przez co, czytanie może być utrudnione i dłuższe niż można się spodziewać, gdyż wymaga większego skupienia.
Charles Dickens był doskonałym obserwatorem ludzkich zachowań. Prawdziwym malarzem ludzkiej natury. Dostrzegał ile w nas smutku i zgorzknienia, ale równocześnie widział receptę na samoleczenie. Kiedy głęboko się nad sobą zastanowimy odnajdziemy w sobie siłę do wybaczenia, zrozumienia i w końcu zmiany naszego losu, bo przecież to jak żyjemy zależy od nas samych.

"Rok umierał wcześnie, liście opadały szybko, dzień był surowy i zimny, gdy obejmowaliśmy dom w posiadanie, dlatego też jego posępność była jeszcze bardziej przygnębiająca. "

Wszystkie przedstawione w tym zbiorze opowieści są niezwykle uniwersalne, przekaz nie zestarzał się w ogóle, mimo wielu lat, które upłynęły od ich napisania.
Najbardziej spodobały mi się: "Wrak Złotej Mary" - być może dlatego, że mam w sobie jakiś sentyment do wszelkich historii z tonącym statkiem w roli głównej. Historia matki i jej córki była bardzo przejmująca. A zapis spostrzeżeń z obserwacji pozostałych rozbitków, kiedy w momencie zagrożenia wychodzą z nas najgłębiej ukrywane demony - boleśnie prawdziwy.
I najdłuższa opowieść, którą przeczytałam paradoksalnie najszybciej: "Bezdroże", która jest napisana w formie sztuki teatralnej. Zaskakujące jest to, jak jedno niedopatrzenie, może zmienić życie wielu ludzi. Piękna definicja miłości i zadośćuczynienia zza grobu. Sprawiedliwość w końcu dochodzi do głosu, wystarczy być tylko dobrym człowiekiem?
Odwieczna walka dobra ze złem, która odbywa się głównie w nas, w naszych myślach, a co za tym idzie i czynach. 

Odniosłam wrażenie, że wydźwięk każdej zawartych w "Nawiedzonym domu" opowieści - jest bliski filozofii jaka powinna towarzyszyć nam w czasie świąt Bożego Narodzenia. Powinniśmy mieć w sobie wiele zrozumienia, umieć przebaczać, otworzyć domy i serca na błądzących. Czy nie o to właśnie, w tym czasie chodzi?

Po klasykę zawsze warto sięgać, aby wiedzieć o czyich utworach, tak często, piszą współcześni pisarze i co sprawia, że zdania zapisane przez Charlesa Dickensa - żyć będą wiecznie. Po prostu warto wiedzieć, a opinię opierać na doświadczeniu, a nie zasłyszeniu. Czytajcie Dickensa.

Za swój egzemplarz dziękuję wydawnictwu Zysk i S-ka.


Wydawnictwo: Zysk i S-ka
Data wydania: 19. listopada 2019
Liczba stron: 562

Kategoria: literatura klasyczna
Tłumaczenie: Jerzy Łoziński

#141 Gulu. Pamiętne lato - Julius Throne

#141 Gulu. Pamiętne lato - Julius Throne


#140 Gulu. Pamiętne lato - Julius Throne - recenzja - czy warto przeczytać?

"Gulu. Pamiętne lato" autorstwa tajemniczego Juliusa Throne'a dotarło do mnie już jakiś czas temu i co ciekawe i nawet z nadawcy paczki nie dowiedziałam się kim ów tajemniczy pisarz jest.
Nie jest żadną tajemnicą, że lubię się z prozą Stephena Kinga i Dana Simmonsa, więc nie mogłam polubić się i z opasłym tomiszczem, skrywającym trochę podobną historię do tych jakie serwują swoim czytelnikom wspomnieni przeze mnie znani autorzy. 
"Gulu. Pamiętne lato" jest debiutem polskiego pisarza ukrywającego się pod pseudonimem Julius Throne i jak na debiut - jest pokaźnych rozmiarów historią - 794 strony, która nie została skończona, liczę więc na to, że wydawnictwo Novae Res wyda kontynuację.

Głównym bohaterem powieści jest Jim Stanford - czternastolatek, zmagający się z prześladowaniem, z uwagi na nadwagę i nieśmiałość. Prześladowanie przybiera coraz większe formy, to nie tylko psychiczne znęcanie się nad chłopcem, ale i jawna eskalacja przemocy. Jim jest obiektem drwin: ze strony szkolnych bandytów, bo to, co mu robią to nie jest zwykła łobuzerka, ale i ze strony nauczyciela kultury (?) fizycznej, czy też dyrektora szkoły. Mimo to Jim znajduje kolegów, bo jest chłopcem niezwykle kreatywnym - m. in. składa modele samolotów z II wojny światowej, a jego ojciec to typowy szalony wynalazca. Znajduje też koleżankę, która nie może pozostać obojętna na bohaterstwo, którym chłopiec wielokrotnie się odznacza.
Jak to w przypadku sadystów, kiedy chłopiec się nie poddaje i stale podnosi głowę, po każdorazowym akcie przemocy - powoduje to w nich coraz większą agresję. Podczas jednego z ich ataków, ktoś - lub coś; bo nie wiemy czym owa istota jest - mu pomaga. I tak ilekroć ktoś, kto nastaje na spokój Jima - zostaje ukarany i to brutalnie. 
Cała akcja toczy się w 1981 roku w mały miasteczku na wschodzie USA - Belmont Bay.

Jestem pod wrażeniem - nie tylko rozmachu całej powieści, ale i osadzeniem jej w ramach czasowych, doskonałym odwzorowaniu ich klimatu, a nawet utworów muzycznych, które wtedy można było usłyszeć. Modele, które chłopiec składa odpowiadają rzeczywistym modelom samolotów z II wojny światowej. Nie wiem - przyznaję się do tego, czy postać Gulu to nie jest po prostu nawiązanie do twórczości samego H.P. Lovecrafta.
Jestem też pod wrażeniem zabawy formą - znajdziemy tu zapisy surrealistycznych snów, poetykę - za pomocą, której Gulu wygłasza swe proroctwa, objawienia.
Autor podaje na swojej stronie, że budowa tej powieści odpowiada strukturze szesnastominutowego utworu "Again" zespołu Archive i tak rzeczywiście jest (tutaj - można znaleźć wyjaśnienie autora).

Przyjrzymy się przemianie bohatera, bo jak można się domyślić już z opisu - nie podda się on biernie krzywdzie jakiej doświadcza i na nią odpowie. 
Podobało mi się zarówno, wprowadzenie do powołania do życia tytułowej postaci - opis tego, co chłopiec musiał przeżyć, by chwycić się czegoś na kształt paktu z samym diabłem, jak i to, co działo się kiedy sprawiedliwość, przekroczyła wszelkie granice i wkroczyła brutalność - uważaj, czego sobie życzysz...

Książka dzieli się na dwie części ROK 1981 - PRZED i ROK 1981 - PO - i oczywiście odnosi się to - do wezwania emanacji zła, a może nadania mu po prostu innego kierunku, bo ono już tam było.

Rozumiem, że nie wszystkim czytelnikom obszerne opisy prześladowań, zakorzenione w wspomnieniu Stanów Zjednoczonych lat osiemdziesiątych przypadną do gustu, ale myślę, że warto dać Autorowi szansę, bo to naprawdę ciekawy i bardzo przemyślany debiut.
7/10.

Autorze Juliusie Throne - dziękuję za egzemplarz, bawiłam się wyśmienicie :)



Wydawnictwo: Novae Res
Data wydania: 29. października 2019
Liczba stron: 794
Kategoria: kryminał/sensacja/thriller

#140 Arthur Conan Doyle i sprawa morderstwa. Prawdziwe śledztwo twórcy Sherlocka  Holmesa-  Margalit Fox

#140 Arthur Conan Doyle i sprawa morderstwa. Prawdziwe śledztwo twórcy Sherlocka Holmesa- Margalit Fox

Margalit Fox w książce "Arthur Conan Doyle i sprawa morderstwa" opisuje zbrodnię, do której doszło w 1908 roku, krótko przed Świętami Bożego Narodzenia. Marion Gilchrist została zamordowana we własnym mieszkaniu w Glasgow, a motywem zbrodni miał być rabunek. Broszka, która zaginęła stała się punktem zaczepienia dla policji. Ową broszkę miał zastawić w lombardzie niejaki - Oscar Slater, a następnie próbować zbiec na pokładzie "Lusitanii" do Ameryki. Został jednak doprowadzony przed wymiar sprawiedliwości i skazany na śmierć. Na nic zdały się potwierdzone (przez samą policję) informacje, że to nie była poszukiwana broszka, że ta którą zastawił należała do niego. Slater był na celowniku policji dużo wcześniej - z powodu pochodzenia żydowskiego oraz trybu życia jaki wiódł. Nie stronił od hazardu, lubił towarzystwo kobiet, był podejrzewany o stręczycielstwo.
Wyrok z skazujący na śmierć zamieniono na dożywotnie więzienie, z którego udało mu się wyjść po osiemnastu latach, czterech miesiącach i sześciu dniach - z pomocą twórcy Sherlocka Holmesa.

Zastanawiam się jak opowiedzieć o tej książce, by nie przeładować tekstu zbyt dużą ilością wątków, informacji. Głównych bohaterów, pomijając ofiarę bestialskiej zbrodni, jest trzech. Są to: Oscar Slater, sir Arthur Conan Doyle i... Sherlock Holmes. Znajdziemy tu wszystko to, co może zainteresować zarówno entuzjastów początków kryminologii i kryminalistyki, epoki wiktoriańskiej, sądownictwa, najbardziej znanego detektywa w historii literatury i jego Twórcy, ale i antysemityzmu.

Choć sam styl autorki może nie jest zbyt porywający, ale sposób w jaki tę historię opowiada jest na tyle przystępny, że nie mamy możliwości ani się pogubić, ani tym bardziej znudzić.
Opisuje nam jak wyglądał podział społeczeństwa tamtych czasów, jak emigranci wzbudzali strach i jak obwiniano ich o wzrost przestępczości - brzmi dość znajomo?
Znajdziemy tutaj opisy narodzin nowych dziedzin badania przestępstw i samych przestępców - próbowano udowodnić, że skłonność do popełniania czynów prawnie zabronionych mamy nie tylko zapisaną w genach - pochodzeniu, ale i można ją wyczytać z naszych twarzy.

Poznamy blisko samego Arthura Conan Doyla, który był postacią niezwykłą - o głęboko zakorzenionym poczuciu sprawiedliwości; będącą - ponad wszelkimi uprzedzaniami. Jednak jak nie zgadzał się z czymś zdaniem na swój temat potrafił użyć na przykład parasola i przywołać delikwenta do porządku, czyli cechowało Go też coś na kształt podwójnej moralności.
Dowiemy się jak wiele Jego cech ma najbardziej znany detektyw wszech czasów. Co jest potwierdzeniem tezy, że tworząc postać fikcyjną, autor i tak obdarza ją cechami, które albo sam posiada, albo bardzo dobrze zna. Na pewno każdy kojarzy jak Sherlock Holmes potrafił opisać człowieka patrząc na niego zaledwie przez chwilę - taki był właśnie jego Twórca. Miał niesamowity zmysł obserwacji i dostrzegania rzeczy pominiętych przez innych (przeanalizujemy je m. in.  na podstawie fragmentów jednego z opowiadań, które udało mi się już wcześniej poznać - mowa tu o występującym pod kilkoma tytułami "Niebieskim karbunkule" z 1892 roku).
Dowiemy się też, kto był najprawdopodobniej pierwowzorem wielkiego detektywa i kim z zawodu był pisarz. Jakie korzyści finansowe czerpał ze stworzonej przez siebie postaci, której to szczerze... nie znosił. Kierując się poczuciem sprawiedliwości pomagał innym niesłusznie oskarżonym, nie czerpiąc z tego korzyści materialnych.

Poznamy i samego Oscara Slatera - ofiarę uprzedzeń, zaniedbań ze strony policji, mataczenia, manipulowania materiałem dowodowym, wymuszania zeznań.  Zapoznamy się z faktami - z treścią dokumentów sądowych, będziemy w uczestniczyć również w procesie (bardzo lubię batalie sądowe), odczytamy stenogramy i dowiemy się jak wyglądała sala, której ważyło się życie oskarżonego - można było wtedy robić zdjęcia.  Będziemy również odbywać z Oscarem Slaterem karę i czytać korespondencję między nim, a jego rodziną. Dowiemy się czy rzeczywiście był takim, jakim go widziano.

Wstęp składa się z noty autorki, wprowadzenia i prologu. Książka jest podzielona cztery księgi, a te na rozdziały, które kojarzą mi się trochę ze stylem samego Conan Doyle'a. Na końcu znajdziemy epilog, dramatis personae oraz ogrom przypisów. Treść jest pełna cytatów z Sherlocka Holmesa i bardzo zachęca do sięgnięcia po jego literackie przygody.

To ciekawa pozycja dla fanów sir Arthura Conana Doyla i stworzonych przez niego bohaterów, fascynatów prawdziwych zbrodni, początków powstawania dziedzin nauki służących do sprawniejszego ujmowania wszelakiej maści przestępców, ale i miłośników odkrywania kart ludzkiej historii. Czas postępuje, nauki się rozwijają, powstają autonomiczne samochody, dążymy do tego by jak najwięcej procesów podlegało pełnej automatyzacji - tylko jedna rzecz się nie zmienia... My. Od wiek wieków kierujemy się uprzedzeniami, oceniamy powierzchownie i wydajemy wyroki bez procesu.

Ja - polecam, Wy - musicie sprawdzić sami.




Data wydania: 2. października 2019
Liczba stron: 360
Kategoria: literatura faktu
Tłumaczenie: Maciej Miłkowski

Recenzja napisana dla portalu bookhunter.pl



#139 Charlie zmienia się w kurczaka -  Sam Copeland, Sarah Horne

#139 Charlie zmienia się w kurczaka - Sam Copeland, Sarah Horne

#139 Charlie zmienia się w kurczaka -  Sam Copeland, Sarah Horne - recenzja - czy warto przeczytać?
Od czasu do czasu czytam książki przeznaczone dla dzieci. Z reguły podczas czytania świetnie się bawię i zdarza mi się wzruszyć. Za każdym razem dziwię się ogromowi treści jaką kryją te - jakby się mogło wydawać - proste historyjki.

Charlie McGuffin - główny bohater debiutanckiej historii Sama Copelanda wydaje się niczym nie wyróżniać. Właśnie - wydaje się. Charlie ma niezwykłą moc - potrafi zmieniać się w zwierzęta. Dzieje się tak, kiedy chłopiec jest wyjątkowo czymś przejęty, zestresowany.
A Charlie ma naprawdę wiele powodów do smutku i zdenerwowania. Jego brat jest chory i leży w szpitalu, chłopiec nie wie - co rzeczywiście bratu dolega, ani czy wróci do domu, po którym to, z kolei, snują się przygnębieni rodzice.
Bohater chodzi do szkoły, w której ma zarówno przyjaciół, jak i prześladowcę, któremu wszystko uchodzi płazem.
Nie bez znaczenia dla historii są zwierzęta, w które Charlie się przeistacza i co wtedy robi. Bywa pająkiem, który demoluje pokój, uciekającym gołębiem, gryzącą pchłą, wężem wandalem, czy nosorożcem, w którego przemiana wiąże się z kolejnymi zniszczeniami i nie tylko tym...:)
Ale przyjaciele nie pozwolą by Charlie został z tym problemem sam i zrobią wszystko - by mu pomóc i uratować przedstawienie, w którym gra jedną z głównych ról.

Jaka to jest przemyślana i niezwykle kreatywna historia. Tu jest tak dużo treści, że ciężko ją w pełni opisać. Autor w zabawny sposób, za pomocą dużej ilości anegdot o bąkach, kupie i wszelakich brzydkich zapachach - które nie tylko bawią, ale są w stanie zainteresować dzieci, opowiada o tym, co jest w życiu ważne.

Dorośli często uważają, że dziecko jest zbyt małe by wszystko zrozumieć i nie tłumaczą mu nic, albo używają słów, które są wieloznaczne. Dzieci, które nie znają kontekstu wypowiedzi - nie rozumieją tego, co rodzic chce im przekazać. A wystarczyłoby powiedzieć wprost to, co mamy na myśli. A tak - rodzi się frustracja i... stres.
Bo to stres zamienia Charliego w zwierzę. I jako zwierzę Charlie wszystko niszczy. Kiedy uczy się radzić sobie z nerwami, za pomocą oddychania (technik relaksacji) i kiedy się śmieje, cały proces zostaje powstrzymany i chłopiec jest znowu sobą.

Autor porusza ogrom problemów; od pomijania wyjaśniania dziecku - dlaczego brat jest w szpitalu, przez prześladowanie, kręcenie wszystkiego telefonem i udostępniania tego w sieci, po rodziców mówiących jedynie, że są rozczarowani zachowaniem dziecka. Żadne z nich nie szuka przyczyny zmiany zachowania chłopca.

Autor mówi czym jest potęga wyobraźni i że to nic złego rozumieć lub wyobrażać sobie coś inaczej niż pozostali. Porusza aspekt poczucia inności i jej akceptacji. Tłumaczy również z czego może wynikać to, że ktoś jest łobuzem (bo zło nie bierze się znikąd), uczy więc po prostu - zrozumienia. 

Znajdziemy tu odwołania do Hulka, czy Iron Mana, pojawi się Playstation i X-box.
Ale pojawi się też wersja Romea i Julii, w formie przedstawienia szkolnego i warzywnych gangów.
Całość zdobią świetne ilustracje, które wykonała Sarah Horne. Okłada jest złota i przyciąga wzrok zachęcając tym samym do czytania.
Znajdzie się tu też sporo treści o królestwie zwierząt - o okazach, których kształty przybiera bohater.

Podobał mi się jakby podwójny zapis niektórych wypowiedzi - kiedy chłopiec o czymś myśli i to potem wypowiada - dorośli tak nie robią, zdarza się nam pomijać któryś z punktów...

Duża czcionka umożliwia wspólne czytanie, do którego bardzo zachęcam, bo wbrew pozorom my - dorośli tę opowieść zrozumiemy jeszcze głębiej.

"Przykrości każdemu się zdarzają, Charlie. Postaraj się je zaakceptować. O wartości człowieka nie decydują rzeczy, które go spotykają, tylko sposób, w jaki sobie z nimi radzi". 


#139 Charlie zmienia się w kurczaka -  Sam Copeland, Sarah Horne - recenzja

Za swój egzemplarz dziękuję Wydawnictwu Media Rodzina.
8/10.
Wydawnictwo: Media Rodzina
Data wydania: 2. października 2019
Liczba stron: 264

Kategoria: literatura dziecięca
Tłumaczenie: Maciej Potulny
#138 Na szlaku szczęścia - Graeme Simsion, Anne Buist

#138 Na szlaku szczęścia - Graeme Simsion, Anne Buist

"Na szlaku szczęścia" to powieść spod pióra duetu pisarskiego - Graemea Simsiona i Anne Buist, na co dzień małżeństwa.
Graeme Simsion może być znany niektórym czytelnikom z bestsellera Projekt "Rosie"a Anne Buist z kolei; pisze thrillery o specjalistce psychiatrii sądowej. 
Książka jest kolejną pozycją w Serii Gorzka Czekolada wydawnictwa - Media Rodzina. Cechą tej serii jest - jak podaje jej opis - bycie "mocną w tematyce, lekką w odbiorze" - i myślę, że mogę to w przypadku tej pozycji potwierdzić. 

Po ostatnich niezbyt udanych przygodach z powieścią obyczajową obawiałam się trochę tego tytułu, który brzmi, dla mnie, prozaicznie.
Głównymi bohaterami tej powieści jest para nieznajomych.
Zoe, która przyleciała do Francji z Kalifornii jest niespełnioną artystką, a Martin, który dotarł w to samo miejsce - co Zoe, pochodzi z Yorkshire i jest inżynierem. Każde z nich ma za cel przejść szlak zwany "Drogą św. Jakuba" , który wiedzie od Cluny do Camino i w zależności od wybranej trasy może mieć aż 2200 km, które pokonuje się - tak - pieszo.
To pielgrzymka, która podobno zmienia człowieka i pomaga znaleźć drogę, kiedy się ją zgubi. Każdym z bohaterów kierują inne pobudki, ale oboje mają za sobą bagaż przykrych doświadczeń, które zaprzątają im głowę.
Każde z nich wyrusza w trasę inaczej przygotowane (Zoe nie ma na początku nawet plecaka, a Martin testuje wózek), każde chce się niejako rozliczyć ze swoja przeszłością i przemyśleć wszystko to, co ich w życiu spotkało.

Bo komu nie zdarza się czasem pomyśleć - a gdyby tak to wszystko rzucić i pojechać w...

Oboje mają rodzinę, a co za tym idzie - kolejne mniejsze i większe problemy, które nie pozwalają im na kompletne odcięcie się od dotychczasowego życia.
Po drodze spotkają różnych ludzi. Od jednych uzyskają pomoc, a inni będą dalecy od kierowania się w życiu życzliwością.
To książka drogi. Bohaterowie próbują rozmyślać nad swoim dotychczasowym życiem, ale jak się okazuje nie jest to wcale takie proste... Kiedy idzie się nieznaną sobie drogą - trzeba stale być czujnym, aby przypadkiem nie zejść ze szlaku i się nie zgubić.
Narracja jest prowadzona w osobie pierwszej z perspektywy Zoe i Martina, naprzemiennie. Spojrzymy na te same wydarzenia z dwóch różnych punktów widzenia i dowiemy się jakie dramaty ich w życiu spotkały.
Na samym początku trasy Zoe słyszy stwierdzenie, że na szlaku znajdzie to, co straciła... Tylko czy Zoe wie czego tak naprawdę szuka?
Nie będę oczywiście streszczać całej historii, ale ta powieść to nie tylko historia dwojga ludzi, którzy wyruszyli by zmienić swoje życie. Można ją czytać jako metaforę życia. Spotykamy w nim różnych ludzi, pomagamy im, a oni nam i szkodzimy sobie wzajemnie. Dorastamy - niezależnie od tego ile mamy lat i często zmienia się nasz cel, na różne sprawy patrzymy z innej perspektywy i uczymy się, że nie wszystko jest takim na jakie na początku wygląda.
Czasem, aby przetrwać trzeba poprosić kogoś o pomoc, czasem trzeba oferowaną pomoc przyjąć, a czasem zrozumieć, że ciężar jest lżejszy - jeżeli nie dźwiga się go w pojedynkę.

Czyta się bardzo przyjemnie. Autorzy zabierają nas na szlak pełen pięknych widoków, których opisów nam nie szczędzą, ale robią to w wyważony sposób.
Dodam, że Oni sami ten szlak przemierzyli i to dwukrotnie, więc każdy kto był na tej trasie może niektóre z opisywanych miejsc rozpoznać.

Język idealnie pasuje do treści, z którą tworzy piękny obraz - życzyłabym sobie zawsze czytać właśnie tak pisane powieści obyczajowe.
Jedyne co mi przeszkadzało - to brak tłumaczeń francuskich wyrażeń. Większości można się domyśleć, ale nie wszystkich niestety.

To nie jest tylko opowieść o długiej wędrówce z romantyczną historią zapisaną w przemierzonych kilometrach. Angażuje czytelnika - mniej lub bardziej oczywiście, w zależności od tego w jakim etapie życia, czy stanie emocjonalnym się znajduje i myślę, że może skłonić do refleksji.

Za swój egzemplarz dziękuję Wydawnictwu Media Rodzina.
7/10.
Wydawnictwo: Media Rodzina
Data wydania: 28. października 2019
Liczba stron: 432
Kategoria: literatura obyczajowa
Tłumaczenie: Maciej Potulny
#137 Miłość bez motyli - Anna Ryng

#137 Miłość bez motyli - Anna Ryng

#137 Miłość bez motyli - Anna Ryng - recenzja - czy warto przeczytać?
Anna Ryng jest konsultantką ds. przemocy w rodzinie, osobą pierwszego kontaktu dla osób pokrzywdzonych przestępstwem i kuratorem społecznym. Została uhonorowana medalem za wysiłek i zaangażowanie w pracy kuratorskiej z okazji 100-lecia Kurateli Sądowej w Polsce. 
Na 164 stronach autobiografii opowie nam o swoim dzieciństwie, czasach w których dorastała i przybliży nam swój dramat, bo Anna Ryng, jest również ofiarą przemocy domowej. 

Autorka opisuje jak potoczyło się jej życie, jakich dokonała wyborów i jak z perspektywy czasu je ocenia. Dowiemy się dlaczego wybrała właśnie taką ścieżkę zawodową - pomoc osobom skrzywdzonym przez najbliższych, mimo że sama takiej krzywdy doświadczyła. Okazuje się również, że musiała przejść dość długą drogę, by móc tej pomocy udzielać.
W tekście pojawią się artykuły jakie pisała i które były publikowane na stronie internetowej www.radomsko24.pl. Zwracała się w nich bezpośrednio do wszystkich, których dom - często nie jest oazą spokoju i nie daje poczucia bezpieczeństwa. 

Język jest dość prosty i łatwy w odbiorze, jak opowieść znajomej.
Tematy poruszane przez autorkę - bywają bardzo trudne. Pani Ryng odwołuje się do spraw, które często znamy z doniesień dziennikarskich. Prześledzimy kroki jakie można przedsięwziąć próbując uciec - bo z takich relacji się ucieka, a nie odchodzi.

Z racji pracy jaką kiedyś wykonywałam i tego, że ja sama pochodzę z dysfunkcyjnej rodziny (choć mnie nikt nie bił) - temat jest mi dobrze, niestety, znany. Chcąc nie chcąc, musiałam więc do wielu rzeczy wrócić i je przeanalizować.

Książka i opisywane sytuacje mogą szokować, kiedy dowiadujemy się na przykład, że ktoś nie wie, że kopnięcie dziecka to przemoc i nie wynika to z tego, że jest pozbawiony zdolności empatii, tylko z tego, że tak przywykł do stosowania przemocy w domu, że granica tego, co niedopuszczalne daleko się od niego odsunęła. 
Kobiety zapadają na "chorobę okienną" i tylko wypatrują kiedy wraca mąż i w jakim jest stanie. W domu musi być cicho, by mąż - ojciec się nie zdenerwował, a jak już do tego doszło, to trzeba zrobić wszystko, by nam to nasze "niewłaściwe" zachowanie wybaczył i za wszystkie siniaki wziąć odpowiedzialność, bo on przecież nie chciał tego zrobić.

"Tak jak każda osoba współuzależniona, miałam "chorobę okienną" i stojąc w oknie, wiedziałam, że właśnie patrzę na ten swój skrawek nieba, na moją samotnie. Do tego skrawka nieba płakałam, krzyczałam, bluźniłam i jednocześnie pokornie prosiłam o ratunek i szybką zmianę na lepsze".

Autorka jedynie wspomina o przemocy wobec mężczyzn -  mimo tego że ma ona miejsce - odbywa się to dużo rzadziej, a i mężczyźni nie chcą zgłaszać się po pomoc. 


Istnieje nadal jakieś ciche przyzwolenie na tzw. temperowanie charakterów i jak byśmy stanowczo teraz nie zaprzeczali, to to się dzieje. Mi samej zdarzało się słyszeć - w formie żartu - jak mówiono, że nie można pozwolić, by: żona mężowi na głowę weszła, cokolwiek by to miało znaczyć.
W książce brakowało mi głębszego rozwinięcia tematu tego, czym faktycznie rodzina jest i czym jest zdrowy związek dwojga ludzi. Do wielu małżeństw dochodzi z niewłaściwych pobudek, podobnie jak i niestety - poczęć dzieci.
Wiem, że świata z dnia na dzień
się nie zmieni, ale można zacząć od siebie i tego jego wycinka wokół nas. 

"Nie ma idealnych rodziców i nie ma idealnych dzieci. Jest za to mnóstwo idealnych momentów na bycie razem".

Z kilkoma głoszonymi przez Panią Annę poglądami się nie zgadzam, ale i tak podziwiam Ją za to, co robiła i robi, bo naprawdę takiej pomocy nadal brakuje. 
Mam nadzieję, że książka trafi do osób, którym może rzeczywiście pomóc.

Choć nam się wydaje, że wiemy czym jest przemoc, a czym wymiana poglądów - to istnieje wiele domów, w których się nie żyje, a wegetuje, szczepiąc dzieciom w głowach niewłaściwą definicję rodziny. 

Czasem wystarczy szczera rozmowa z ofiarami i sprawcami przemocy, ale nie wszyscy są na nią gotowi, więc może podarowanie tej książki pozwoli choć niektórym krzywdzonym spojrzeć na ich rzeczywistość z boku i dostrzec, że to nie jest właściwa droga.

Można dywagować nad tym, czy można było lepiej, czy można było pełniej i bardziej literacko, ja się cieszę, że jest.
Swój egzemplarz oddam do biblioteki - może będzie miał w ten sposób szansę dotrzeć do tych, którzy takiej lektury potrzebują.
Bardzo Pani dziękuję, za to, że zdecydowała się Pani zmieniać zastaną rzeczywistość.

Za swój egzemplarz dziękuję wydawnictwu Borgis.
 




Wydawnictwo: Wydawnictwo Borgis
Liczba stron: 164
Kategoria: autobiografia

#136 Pokój motyli - Lucinda Riley

#136 Pokój motyli - Lucinda Riley

O Lucindzie Riley naczytałam się samych wzniosłych słów - jakoby malowała, czarowała słowem. Nie mogłam pozostać obojętne na peany na jej cześć, więc postanowiłam skończyć ze swoją literacką ignorancją i w końcu poznać magię, którą serwuje Pani Riley swoim czytelniczkom, wszak jestem wrażliwa na przejawy wszelkiego piękna, albo tak mi się tylko wydaje?

Główną bohaterką "Pokoju motyli" jest prawie 70-letnia Posy Montague, która zamieszkuje w swoim rodzinnym domu. Wiodła w nim piękne życie z ukochanymi rodzicami, z którymi, poniekąd, rozdzieliła ją wojna. Tata zaszczepił w niej miłość do motyli i botaniki, co miało wpływ na wybór jej drogi zawodowej.
Życie Posy nie było jednak łatwe. Straciła ojca, a matka wyjechała. Wychowywała ją babcia, a większość czasów szkolnych spędziła w internacie.
Dzieci bohaterki są już dorosłe i zmagają się z własnymi problemami, w które matka - chcąc nie chcąc - również zostanie uwikłana.
Na horyzoncie pojawi się Freddie - pierwsza miłość Posy i ponownie zamiesza w jej życiu.
To saga rodzinna nacechowana nostalgią. Bohaterowie skrywają mroczne sekrety i tajemnice, które kiedy w końcu ujrzą światło dzienne, ukazują jak zniekształcony obraz kochającej się rodziny wiedli do tej pory.

Narracja prowadzona jest dwutorowo - są retrospekcje, w których narratorką jest Posy i mamy w nich pełen przekrój jej dzieciństwa, aż do podjęcia pracy i spotkania dwóch mężczyzn jej życia. 
Współcześnie, to jest w 2006 roku, narrator jest trzecioosobowy i poznajemy dodatkowo losy bliskich głównej bohaterki; jej synów, synowej, przyszłej synowej i jeszcze paru innych osób.
Styl jest prosty, raczej niewymagający większego zaangażowania w treść, można spokojnie pędzić przez strony, na których choć sporo tekstu, to samej treści już niekoniecznie równie dużo.
Odnosiłam wrażenie takiego pisania dla pisania. Było dużo tekstu, ale w sumie niewiele się działo i w akcji i w moim skamieniałym sercu.
Rodzina jakich wiele, problemy jakie znamy, radości, smutki, dramaty - wszystko to, co powinno spowodować u mnie poczucie wspólnoty, czy też zrozumienia, ale nie spowodowało niczego, no może poza lekkim rozczarowaniem.

Rozumiem, że są na świecie nieszczęśliwe małżeństwa, które trwają w poczuciu raczej chorego obowiązku - w imię dobra dzieci. Rozumiem, że nie jest łatwo uciec ze związku, który poza spalaniem energii i wpajaniem dzieciom niezdrowego obrazu rodziny - nic ze sobą nie niesie, ale nie rozumiem, mimo podjęcia przeze mnie kilku prób, znajdowania wytłumaczenia na własną nieuczciwość wobec drugiej strony. Nie mam dzieci, ale nie potrafię sobie wyobrazić, że jakaś matka w momencie, w którym powinna podejmować decyzje dotyczące przyszłości ludzi, których sprowadziła na świat, snuje wizje rzucania się w ramiona wyśnionego księcia i zachowuje się jak nastolatka. A wszyscy wokół rozumieją... To nie mój świat.
Dla mnie to jakieś bajdurzenie... a może właśnie ja to robię?

Bohaterowie są w tej książce jacyś drewniani, mdli, płascy?
Jedynie główną bohaterkę - Posy - obdarzyłam sympatią i jej historia, opowiedziana wspomnieniami, przekonała mnie do przeczytania tej książki i tylko tę historię mogę ocenić pozytywnie, reszta jest jak doklejona z innej bajki, by stanowiła chyb jakieś tło, niestety bezbarwne.

Podobały mi się opowieści o świecie powoli niszczonym przez wojnę, gdzie tliło się niewinne i kruche jak skrzydła motyla życie dziewczynki. Opisy jej dzieciństwa, a potem dorastania wciągały mnie bez reszty, bo czułam się jakbym tam rzeczywiście była. Irytowała mnie jej matka, której też ktoś wpoił dziwne pojęcie macierzyństwa i miłości do dziecka. To doskonały przykład na to, jak miłość do dziecka nie jest bezwarunkowa. Mała Rosy Posy cierpiała, bo ona mamę kochała zawsze i ponad wszystko to, co ta kobieta wyprawiała.
W historię miłości, która przetrwała pięćdziesiąt lat - też jestem w stanie uwierzyć, nawet w motywy kierujące parą zakochanych ludzi, które spowodowały ich rozstanie. Często milczymy jakby to miało pomóc komukolwiek, w czymkolwiek, a czas umyka.
Tajemnica, która wiąże się z tytułowym pokojem, mimo że ją odkryłam dużo wcześniej niż została opisana, to i tak mną poruszyła, z uwagi na związek z tą młodą bohaterką z pierwszych stron powieści. 

"- Wszyscy mamy niewiarygodną zdolność niedostrzegania tego, czego nie chcemy widzieć, Posy".

Nie stałam się fanką pióra Lucindy Riley po przeczytaniu "Pokoju motyli", być może mam zbyt wysoki próg zgorzknienia lub też przeżywam przesyt - prostą w odbiorze literaturą obyczajową. Nie skreślam jednak autorki, bo być może inna jej książka przekona mnie do zmiany zdania, bo życie podobno polega na nieustannym myleniu się i zbieraniu doświadczeń. Spotkamy się, więc niebawem w innej historii.


Za swój egzemplarz dziękuję Wydawnictwu Albatros.



Wydawnictwo: Albatros
Data wydania: 13. listopada 2019
Liczba stron: 528.
Kategoria: literatura obyczajowa
Tłumaczenie: Anna Esden-Tempska

#135 Grand Union. Opowieści - Zadie Smith

#135 Grand Union. Opowieści - Zadie Smith

W związku z tym, iż od pewnego czasu nie tylko czytam książki, ale i próbuję o nich pisać zdarza mi się czytać opinie czytelników o różnych dziełach literackich. Dla zaspokojenia własnej ciekawości, chęci poznania gustów, a co za tym idzie dokonania jakiejś subiektywnej oceny trendów czytelniczych.
Mówi się, że ludzie nie czytają. Nie do końca się z tym zgadzam, czytają.
Zgodnie twierdzimy, że podczas czytania odpoczywamy, relaksujemy się i... nie lubimy myśleć.
Przyznam, że to zaczyna
mnie trochę niepokoić. Nie dlatego, że czytelnik chce przy lekturze odpocząć umysłowo (ja też tak robię), a dlatego, że zaczyna oceniać czytane książki negatywnie z uwagi na to, że musiał te swoje szare komórki uruchomić, a nie chciał.

"Grand Union. Opowieści" to moje pierwsze spotkanie z Zadie Smith, o której to twórczości zdarzało mi się czytać, ale nie udało mi się do tej pory z nią zaznajomić.
To zbiór dziewiętnastu opowiadań.
Opowiadania różni prawie wszystko - od bohaterów i ich pochodzenia etnicznego, płci, sytuacji w których się znajdują, miejsc w których żyją, aż do statusu społecznego. Jednak jedna cecha łączy wszystkie postaci - życie w ciasnym gorsecie stereotypów, przekonań, przyzwyczajeń. 

"Szablony były zbiorowe, ale nie do końca; czyjś szablon służył całej grupie; istniały odpowiednie pory na szablony i miejsca, gdzie można je mieć, a zarządzanie szablonami nigdy nie spoczywało w gestii jednej osoby, bo nikt sobie nie wyobrażał, że pojedyncza świadomość byłaby w stanie przetworzyć lub ogarnąć wszystkie szablony, jakie istnieją na ziemi, bez poczucia, że są "rozrywane od wewnątrz". (Posiadanie, zombie, mówienie językami, egzorcyzmy, automaty, niesamowite doliny, porywanie ciał, panowanie diabła, hoodoo)".
                                                                
Niektóre opowiadania dotyczą zwyczajnej codzienności, gdzie bohaterem mógłby być każdy z nas, a inne bywają surrealistyczne; tak jak na przykład "Sztuczna rzeka" - w której autorka porównuje nas do niesionych prądem kukieł. Uzależnieni od schematycznego życia na pokaz, płyniemy wraz ze wszystkimi i wszystkim tym, co rzeka niesie, a nie zawsze jest to gwiezdny pył - jak się nam zdaje.

Bywamy często opętani poczuciem winy, które spala nas codziennie na nowo. Kiedy uwolnimy się z jakiejś relacji - tak jak bohaterka pierwszego z opowiadań "Dialektyka", to poszukujemy kolejnego powodu do zamęczenia się wyrzutami sumienia. Nadmienię, że w tym opowiadaniu akcja toczy się w Sopocie.
Przyzwyczajamy się do tego, że jesteśmy dyskryminowani i wszędzie widzimy jego przejawy, nawet gdy istnieją one - tylko w naszej głowie.
Być może kiedy przestaniemy być oceniani, to przestaniemy istnieć? 

Wielu ludzi uzależnia się od poczucia władzy i przejawia się to na wielu polach życia, nie tylko w odniesieniu do polityki. Wszelakie tzw. wolne związki opierają się na balansowaniu na cienkiej granicy wolności seksualnej, a poczuciu władzy nad drugim człowiekiem, to JA decyduję kiedy coś zaczynam i kiedy coś kończę.

Zadie Smith porusza też zagadnienie tożsamości, co to znaczy istnieć, żyć naprawdę. Dla jednego człowieka najlepszym potwierdzeniem bycia częścią wszechświata będzie znalezienie się w spisie nazwisk w książce telefonicznej, a dla innego poczucie indywidualnie pojmowanego szczęścia, objawiające się - na przykład głaskaniem psa i dla niego nic ponadto to uczucie nie będzie mieć znaczenia.

Zauważa też, że życie polega na ciągłym... myleniu się. To jak bardzo różnimy się pod względem poczucia tego, co jest dla nas istotne. Czasem nie da się pójść drogą na skróty, obejść czegoś, bo trzeba to po prostu przetrwać.

"W moim odczuciu, ciągnął dalej V, spokojne życie w społeczeństwie oznacza zrozumienie, że rzeczy istotne dla drugich dla ciebie mogą nic nie znaczyć i vice versa".

Może jest to zbyt duża nadinterpretacja z mojej strony, kto to wie...
Zadie Smith pisze w sposób zmuszający czytelnika do refleksji. Czerpie z własnego otoczenia i rzeczywistych wydarzeń oraz wnikliwej obserwacji ludzi.

Znajdziemy w tej antologii również odniesienia to rzeczywistej eskalacji przemocy wynikającej po prostu z... rasizmu.
Bardziej od samych połączonych w zdania słów, liczy się to, co pomiędzy tymi powstałymi zdaniami można odkryć i zinterpretować przez pryzmat własnych doświadczeń i cech charakteru.
Wszystkie zbiory opowiadań charakteryzują się pewnego rodzaju dysproporcją - jedne wikłają nas w fabułę od samego początku, inne nużą, a niektóre trzeba przerwać czytać i wrócić do nich później - tak też jest i w przypadku tej publikacji.
Nie wszystkie historie przemówiły do mnie w jednakowy sposób, ale i tak uważam, że absolutnie wszystkie niosą ze sobą głęboką treść, którą przyjemnie było analizować - czego wyrazem jest duża, jak na moje możliwości, liczba zaznaczonych fragmentów, które zostały równie bogato przeze mnie opisane.

Jak dobrnęliście do końca i jesteście gotowi na nieoczywiste opowieści to sprawdźcie sami czy czytanie z aktywnym zaangażowaniem myślowym jest faktycznie tak nieprzyjemne jak piszą i oceńcie sami czy styl autorki do Was trafia. 
7/10.

Za swój egzemplarz dziękuję wydawnictwu Znak.


Wydawnictwo: ZNAK

Data wydania: 11. listopada 2019
Liczba stron: 240
Kategoria: literatura piękna
Tłumaczenie: Maria Makuch
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...