Cudne manowce - Ewelina Matuszkiewicz

Cudne manowce - Ewelina Matuszkiewicz

Cudne manowce - Ewelina Matuszkiewicz
Ponownie wybrałam się do Kozienic. Lubię to miasto, choć nigdy w nim nie byłam. Lubię jego mieszkańców i dobrze ich znam, mimo że nie istnieją.
Nie wiem jak Ewelina Matuszkiewicz, że pomimo stale przyrastającej liczbie bohaterów, ciągle pojawiających się nowych niciach powiązań, czytelnik, choćby chciał, to nie ma możliwości się pogubić.


 

Cudne manowce - Ewelina Matuszkiewicz

 
„Cudne manowce” to trzecia część o mieszkańcach tego małego miasta. Czytałam je w dużych odstępach czasu, jednak kiedy zaczynam kolejną część to czuję się jakbym właśnie skończyła poprzednią (tym razem akcja trwa od 25 kwietnia do 4 maja).

Cudne manowce - Ewelina Matuszkiewicz

W mieście jest nowy burmistrz, ale jest nam ta postać już dobrze znana (o ile czytaliśmy poprzednie części), i stara się ulepszyć to, co zastał. Jednak w Kozienicach nic nie jest pewne. Ktoś włamuje się do magazynów elektrowni i kradnie coś, co sprowadzi niebezpieczeństwo nie tylko na... maturzystów.
Wydaje się, że na ulicach szerzy się ekoterroryzm (pojawiają się na ścianach budynków napisy wzywające do zmian myślenia) i emerytowany policjant, ojciec Basi, znanej głównie z „Białego latawca”, będzie chciał tę sprawę wyjaśnić.
Jednocześnie Irmina, siostra jednego z maturzystów, przeżywa kryzys. Traci poczucie sensu. Chce ratować rodzinny biznes, a zatraca się w czytanej powieści. Czy rzeczywiście jest tak analitycznym umysłem? 
Wrócimy też do Mai i Maria. Pojawi się Krzysztof i sprawa poruszona w „Nocy Komety”. Powstaną nowe wątki, stare się rozrosną i powiążą z nowymi. 
Te książki można czytać osobno, Autorka tak prowadzi narrację, że ten kto nie czytał poprzednich części nie odczuje, że czegoś nie wie, a ten kto zna je wszystkie nie odniesie wrażenia powtarzalności.
Czyta się lekko i z zaciekawieniem, wszyscy mamy podobne problemy, to zwykli ludzie, bez wydumanych tragedii i niezrozumiałych potrzeb. Czasem po prostu zdarza się im zapomnieć, że najprostszą formą rozwiązywania konfliktów jest dialog.


Podczas czytania czuję się jakbym wszystkich tych ludzi znała, jakbym niektórych kojarzyła z ulicy, zakupów, czy zza płotu. 
Autorka tworzy coś na kształt sagi, ale sagi o mieszkańcach małego miasta. Bohaterowie są dla czytelnika jak rodzina, z przyjemnością się do nich wraca.

Zdarza mi się czytać powieści obyczajowe, ale nigdy do tej pory nie spotkałam się tak dużą plejadą postaci, rozrastającą się z każdą częścią, i to bez wrażenia chaosu.

Jak w przypadku poprzednich części, mamy w „Cudnych manowcach” cytaty z polskich piosenek (na końcu jest ich spis), a rozdziały to znowu kartki z kalendarza, i bardzo mi się ta forma podoba.
Wspomnę jeszcze o szacie graficznej, która również do mnie trafia. Każda z okładek jest pełna ulic, budynków i elementów znaczących dla fabuły - gratuluję takiej dbałości o szczegóły!

W przygotowaniu jest „Wieża samotności”, którą na pewno przeczytam.


Data wydania: 27 marca 2020
Liczba stron: 352
Kategoria: literatura obyczajowa
Piromani - Emilia Teofila Nowak

Piromani - Emilia Teofila Nowak

Przeczytałam „Piromanów” Emilii T. Nowak z całym spektrum emocji, od kompletnego niezrozumienia - takiego „pfff” i przewracania oczami, do całkowitego utożsamienia. Wiem, że to może brzmieć kompletnie bezsensu. Bo jak można jednocześnie coś rozumieć i nie rozumieć?
Można kiedy patrzy się z perspektywy upływającego czasu na własne życie.

Kiedy jesteśmy dziećmi, nie ma dla nas rzeczy niemożliwych. Pragniemy poznawać świat, stoi on przecież dla nas otworem, jest taki piękny i nieograniczony, jak nasze możliwości rozwoju. Możemy być kim chcemy, to przecież oczywiste. 
A co z możliwościami finansowymi, pochodzeniem społecznym, nie jesteśmy tak równi jak chcemy wierzyć. 
A co z rodzicami? Chcą nam przecież przekazać wszystko co powinniśmy wiedzieć i wszystko to, co pozwoli nam żyć w pełnym świetlistych promieni uparcie nienadchodzącym lepszym jutrze.
Dziś mówimy o wysoko wrażliwych, akceptujemy, wspieramy, jednocześnie nie dopuszczając możliwości, że to nie jest żadna akceptacja tylko nauka zachowań. Jesteśmy różni. Jedni z nas będą wiecznie głodni, głodni na to czego sami nie rozumieją. Poszukujący czegoś, czego nie potrafią nazwać.

„Piromani” to książka o wchodzeniu w dorosłość, w pierwsze „miłości”, w pierwsze rozczarowania i w pierwsze samodzielne doświadczenie życia.
Świat, który miał przyjąć nas z otwartymi ramionami okazuje się niezbyt na to chętny. Każdy coś od nas chce. Okazuje się, że nie wystarczy mieć marzeń, trzeba umieć je realizować. Czasem się rozepchnąć, czasem udawać i zagrać jakąś rolę. To nie rzeczywistość dopasowuje się do nas, a my do niej. I się spalamy. Tkwimy pomiędzy tym, co miało być, a co jest.
Główna bohaterka Lidia, chce być pisarką, studiuje polonistykę, która przecież jest bardzo łatwa (:)), imprezuje i się „zakochuje”. Poznajemy ją najbliżej, choć bohaterów w powieści Emilii Teofili Nowak nie brakuje.
Każdy ma tu swój własny „ból” i własny ogień - wszyscy krążą wokół siebie stale go podsycając i karmiąc się nim. Każdy wyniósł też coś z domu, bo nic nas tak nie określa jak wczesne lata dziecięce - wydaje mi się, że bohaterowie stworzeni przez Panią Nowak to po prostu symbole, bolączek wszelakich pojawiających się we wczesnej dorosłości. Jakby było im mało problemów codzienności, to na Ukrainie wrze, a to implikuje wizje o mającej za chwilę wybuchnąć wojnie w Polsce.
A Lidia musi napisać książkę, musi zaliczyć sesję, musi, musi, musi.
Ogniem można się sparzyć, ale i można od niego spłonąć.

Nie wierzyłam Lidii, że jest taka wyluzowana, że lubi taka być, że kocha. Nie wierzyłam, że wszyscy są tacy fajni i wyluzowani.

To moje zwątpienie bierze się chyba z racji mojego wieku, dawno już studentką nie jestem i wiele rzeczy mam już za sobą.

Autorka porusza temat kruchej ludzkiej psychiki, kompletnego nie przygotowania do bycia dorosłym. Ubrania depresji w pijackie zabawy, wchodzenia w złe relacje w celu poczucia namiastki bliskości. Udawania. Widzimy jak bohaterka płonie, a nie jest przecież sama. Widzimy jak postrzega obecnie świat, jak widzi koleżanki z roku, jak „wymyśla” sobie problemy. 

To nie jest łatwa i przyjemna książka, pomimo lekkiego i mocno sarkastycznego (pojawiają się również wulgaryzmy) stylu Pisarki.
Pani Nowak zwinnie wprowadza czytelnika do kolejnego rozdziału, stosując różnego rodzaju cytaty, powołuje się również wielokrotnie w treści na wielu znanych pisarzy. Nie znam Autorki, jednak czuję, że wiele w tej książce motywów, mogła zaczerpnąć ze swojego życia. 

Sądzę, że „Piromanów”, każdy czytelnik odbierze zgoła inaczej.
Jeden zrozumie główną bohaterkę, czy konflikt wewnętrzny spalający innego bohatera, drugi wykpi znudzonych studentów, którzy nic o życiu nie wiedzą, a ktoś dopatrzy się stereotypowego postrzegania świata i ludzi.

Na koniec muszę wspomnieć jednak o niezbyt dokładnej korekcie. Tak jak wszelkie literówki pozostawiam bez komentarzy, tak błędy ortograficzne niestety mnie bolą. Książki powinny trafiać do czytelnika poprawne językowo, czytanie utrwala pisownie.

O jakich bohaterach i po co Emilia Teofila Nowak pisze, można przeczytać tutaj:


Wydawnictwo: SORUS
Data wydania: 9 kwietnia 2015
Liczba stron: 248
Kategoria: literatura piękna
Twierdza - F. Paul Wilson

Twierdza - F. Paul Wilson

Twierdza - F. Paul Wilson
Dziś wypowiem się krótko. Nawet bardzo. Mam nadzieję, że nadrabiam zdjęciem :)
Wydaje mi się, że jeżeli wie się o fabule „Twierdzy” F. Paula Wilsona niewiele, to lepiej się człowiek bawi podczas czytania, no i o tej książce napisano już chyba wszystko....
Wyobraźcie sobie transylwańskie Karpaty - ciemne kształty kłujące jasne niebo i zbudowaną tam twierdzę przyozdobioną zwielokrotnionym wzorem krzyża. Już? Dołóżcie do tego oddziały hitlerowskie, bo trwa przecież II wojna światowa, ich mundury, trupie główki i przyzwolenie na szerzenie krzywdy, bólu, znęcania się nad drugim człowiekiem. Wrzućcie do tego, jeszcze trochę kart tarota, rumuńskiego folkloru, i odwiecznego kryzysu wiary. A i jeszcze trochę romansu, ale takiego z przymrużeniem oka. Wymieszajcie. I macie zarys „Twierdzy” F. Paula Wilsona. 

Mogłabym jeszcze dorzucić trochę motywów, czy symboli, bo Autor ma rozmach i nawiązuje do wielu znanych już utworów literackich (czy postaci), a do których jeżelibyście je przeoczyli - to znajdziecie w posłowiu napisanym przed Grady-ego Hendrixa, więc nie będę ich tu przytaczać, skoro ktoś zrobił to w lepszym stylu. 

Wiele się w „Twierdzy” dzieje i to od samego początku. Jednak niczego nie jest za dużo, wszystko do siebie pasuje i tworzy wciągającą opowieść, która jest oczywiście horrorem, ale ma czterdzieści lat i raczej nikogo nie wystraszy, za to dostarczy wiele czytelniczej frajdy.
Wilson fajnie odkrywa informacje, podaje je jedna po drugiej, potem kwestionuje, by zastąpić je innymi. Podobnie robi niestety z wątkami, kiedy jakiś się zapędza, to podaje na tacy rozwiązanie, środek zaradczy. Można oczywiście upatrywać w tym zabiegu wady, ale ma to być czytelnicza sjesta i taka właśnie jest. Czyta się ją tak jak się je się mało zdrowy posiłek, ze smakiem i ale ze świadomością tego, że są to jedynie kalorie.
Można oczywiście rozwarstwiać treść na poszczególne wątki, odniesienia i dorabiać do nich różne ideologie, powieść daje też taką możliwość, jak się ktoś uprze.
„Twierdza” ma wszystkie te motywy, które lubię.
Zawsze fascynowały mnie wszelakie tajemnicze runy, prastare języki, postaci z Wołoszczyzny, istota zła i jego koegzystencja z tą dobrą, podobno jasną stroną.
Wszystko to dostałam osadzone w konwencji przypominającej powieść przygodową i bawiłam się wyśmienicie, słuchając muzyki pochodzącej z jej ekranizacji, której to nie dałam rady obejrzeć i raczej nie podejmę już takiej próby.

Jak zawsze w przypadku publikacji przygotowanej przez Wydawnictwo Vesper, muszę wspomnieć o ilustracjach, które przygotował tym razem Mariusz Gandzel, i które chorobliwe pragnę kolorować... jak i o twardej oprawie, której grafika świetnie oddaje treść i klimat powieści. 
Po cichu liczę na to, że ta historia zostanie na tyle dobrze przyjęta, że doczekamy się pozostałych części cyklu i to w tak dobrym wydaniu. 



Wydawnictwo: VESPER
Data wydania: 15 kwietnia 2020
Ilość stron: 308
Tłumaczenie: Marek Król
Ilustracje: Mariusz Gandzel
Trzydzieści kopert - Ewa Mielczarek

Trzydzieści kopert - Ewa Mielczarek

„Trzydzieści kopert” to debiut literacki Ewy Mielczarek, animatorki kultury, spełniającej się, jak sama przyznaje, w bibliotece. Jest to także zrealizowane marzenie Autorki.

Główną bohaterką „Trzydziestu kopert” jest Hanna Mika, pracująca w krytej pływalni, będąca w przededniu trzydziestych urodzin. Hania uparcie twierdzi, że nic się jej w życiu nie udało. Czuje się samotna, żałuje wielu niepodjętych tematów, niezrealizowanych marzeń. Wtedy, z samonapędzającego się koła umartwień, ratuje ją przyjaciel - Robert, zwany ROBC. Wymyśla jako prezent noworoczny pudełko pełne kopert. W sprawę zaangażowana jest i kuzynka Roberta, przyjaciółka Hani - Michalina. Ja możemy się domyślać te koperty wpłyną na życie wszystkich bohaterów.

To dość krótka, bo zaledwie 222 stronicowa powieść, na jedno popołudnie lub wieczór.  Ciepła, a momentami i zabawna (motyw z Florence and The Machine bardzo mnie rozbawił) historia o poszukiwaniu szczęścia i miłości oraz emocjonalnym dorastaniu. Główna postać jest słodko naiwna, ale nie irytuje, wierzy ludziom i nie chce nikomu sprawiać przykrości. Jest tak skoncentrowana na codzienności, że nie zauważa tego, co się wokół niej odbywa, ani tego, jakie kto ma zamiary. Autorka poprzez to, co kryje się w tajemniczej „korespondencji” pokazuje jak (niektóre) prozaiczne dla nas czynności, mogą być dla innych ludzi czymś, z czym muszą się zmierzyć. Widać, że Pisarka śledzi jak kształtuje się nasza rzeczywistość, ponieważ ukazuje jak łatwo stać się „gwiazdą” memów i czym jest ruch #metoo. W fajny sposób nawiązuje do innej książki wydanej przez Fabrykę Dygresji, a mianowicie do: 10 zwykłych pytań do 100 niezwykłych ludzi - Emi Jakk.

Opowieść porusza tematy zarówno: późnego i zbyt wczesnego dorastania. Jak i związane z tym konsekwencje: nieprzemyślane, przypadkowe macierzyństwo, czy utknięcie w niezdrowej rodzinnej relacji, która prowadzi do niskiego poczucia własnej wartości, a co za tym idzie przytłacza i uniemożliwia samodzielne życie.
Znajdziemy tu również wątek dotyczący akceptacji osób w związkach tej samej płci.

Autorka na niewielu stronach skumulowała wiele tematów, ale dobrze je ze sobą połączyła. Przenikają się, uzupełniają i nie odnosi się wrażenia przesycenia treścią.
Brakuje mi jednak równowagi pomiędzy tym, co postać sama mówi (dialogi są bardzo realistyczne i jest ich wiele), a tym o czym opowiada trzecioosobowy narrator. Większej płynności w podawaniu informacji i przechodzeniu z rozdziału do rozdziału. Podobały mi się zabiegi z wstawianiem rozmów z sms-ów, budowało to więź między czytelnikiem a bohaterami, ponieważ to tak jakbyśmy zaglądali komuś, po prostu, przez ramię.


Mam nadzieję, że zajrzę jeszcze do Cukierniczki, która poniekąd przypomniała mi Piwnicę pod Liliowym Kapeluszem z książek Joanny M. Chmielewskiej
Sądzę, że Ewa Mielczarek ma potencjał do pisania historii poprawiających nastrój, umilających czas. Myślę, że jest to poniekąd dar płynący z Jej usposobienia, choć się nie znamy. Z przyjemnością sprawdzę, jak rozwija się jej warsztat.



Wydawnictwo: FABRYKA DYGRESJI
Data wydania: 15 kwietnia 2019
Liczba stron: 222
Kategoria: literatura obyczajowa

Chata na krańcu świata - Paul Tremblay

Chata na krańcu świata - Paul Tremblay

Chata na krańcu świata - Paul Tremblay
Najbardziej boję się dwóch rzeczy - pomijając choroby wszelakie - że ktoś obcy wtargnie do mojego domu, do mojej oazy bezpieczeństwa, i wizji osamotnienia w kompletnej, paraliżującej ciszy.
Często śni mi się, że za oknem sypialni ktoś stoi. Stoi i patrzy, i nie ma dobrych zamiarów. 

„Chata na krańcu świata” Paula Tremblaya zaczęła się, jak dla mnie, świetnie. Wen, adoptowana z chińskiego sierocińca przez Erica i Andrew, prawie ośmioletnia dziewczynka, łapie sobie pasikoniki, siedząc przed chatą, w której jej rodzina odpoczywa od codziennego zgiełku. Jej zabawę przerywa nadejście wysokiego mężczyzny, który przy drobnej budowie Wen, nie tylko przy niej zresztą, jawi się jako olbrzym. Nawiązuje z nią rozmowę, z której wynika, że obcy ludzie, z olbrzymem na czele, wtargną do jej domu i jej rodzina będzie musiała podjąć decyzję, która zaważy na losie ludzkości...
Tak, też się dzieje i Wen wraz z tatusiami zostaje zamknięta w chacie, zupełnie jak jej polne koniki w słoju.

Wstęp do historii napisanej przez Paula Trembleya, mimo że jest podany w czasie teraźniejszym (jak i cała opowieść), czego nie lubię, przekonał mnie do tego, że to będzie dobra, a może i mroczna rozrywka, przy której na pewno pojawią się jakieś emocje. Klaustrofobiczna chata, kochająca się rodzina, której spokój przerywa agresja obcych. Do tego biblijna symbolika, zagłada ludzkości, moralne dywagacje - kupuję to!

Z każdą przeczytaną stroną, kiedy rosła liczba retrospekcji i wyrazów w zdaniach kreślonych przez narratora zastanawiałam się w którą stronę Autor zmierza?
Po co to wszystko? Po co ten dysonans w wypowiedziach postaci i narratora?
Bohaterowie mówią stale to samo, czasem zdanie po zdaniu ma ten sam wydźwięk. Rozumiem, że rwana wypowiedź i powtarzanie imion bohaterów ma dawać złudzenie realizmu, strachu, jakiejś niezborności myśli, a nie jedynie przypominać czytelnikowi dramatis personae. Człowiek, kiedy się boi to nie myśli racjonalnie i zdania, które buduje dalekie są od liryzmu, czy jakiejkolwiek poprawności językowej. Jednak stawianie w kontraście do nich, długich, niekiedy barokowych zdań, jakoby manifestacji umiejętności ich budowania, wnosi jedynie chaos. Coś, co rozchodzi się w samej już budowie, po prostu mnie nudzi i żadne zabiegi z formą narracji, czy budowaniem napięcia, którego notabene nie zauważyłam, nie przyspieszą u mnie procesu czytania, nawet gdyby reszta powieści była dialogiem. Dlatego książkę czytałam kilka dni.
Ale może tak ma być i to jest właśnie to, do czego zmierza świat, według grupy która napadła na dom tej mało dziecięcej, jak dla mnie, bohaterki? I to ciągłe oglądanie telewizji...


Nie jest jednak tak że nie znajduję tu nic dobrego, poza wspomnianym początkiem. Autor doskonale wie, czego się boimy. Krwawe opisy są sugestywne, mogą wywoływać, u wrażliwszych odbiorców emocje, nie przeczę. Uważam również, że szafowanie formami wypowiedzi (np. osobą pierwszą) jest fajnym zabiegiem wprowadzającym czytelnika w stan, w którym nie wie czy to, co się w książce dzieje to jedynie zbiorowa histeria, czy może faktycznie świat zbliża się ku końcowi. Zakończenie jest idealne, przy tak prowadzonej opowieści, po prostu nie mogło być inne.


Nie interesowali mnie bohaterowie. Żaden z nich. Byli mi kompletnie obojętni tak, jak historia, którą opowiadali, a nie spodziewałam się przecież traktatu filozoficznego, czy wielkiej głębi, ani tym bardziej sensacji. Przebrnęłam przez książkę, z uwagi na niewielką liczbę stron i chęć zrozumienia fenomenu tej, przecież nagrodzonej, powieści. 

Dla mnie to przeciętna historia, oprawiona w bogatą i klimatyczną szatę graficzną przygotowaną przez niezawodnego Macieja Kamudę. Wydawnictwo Vesper przyzwyczaiło już nas, czytelników, do jakości wydań serwowanych przez nich publikacji. 


Niestety ta powieść kompletnie do mnie nie trafiła, ale i tak zachęcam do zapoznania się z nią samemu.



Wydawnictwo: VESPER
Data wydania: 15 kwietnia 2020
Ilość stron: 308
Tłumaczenie: Paweł Lipszyc
Ilustracje: Maciej Kamuda
Wartało - Marcin Kołodziejczyk

Wartało - Marcin Kołodziejczyk


Nie wiem czy powinnam w ogóle na temat książek napisanych przez Marcina Kołodziejczyka zabierać głos. Pisać cokolwiek... Może zdjęcie by wystarczyło?


Kiedy Wydawnictwo Wielka Litera zapytało, czy jestem zainteresowana otrzymaniem nowej książki Marcina Kołodziejczyka, to zastanawiałam się tylko chwilę, choć miałam świadomość tego, jak trudna to będzie przygoda. Przeczytałam opis i zgodziłam
się , z pełną świadomością.
„Prymityw. Epopeja narodowa” jest mi znany, czytałam tę powieść z własnej, nieprzymuszonej woli, a „hurmem”, czy „Jebnie, błyśnie, w górę wypryśnie”, być może teraz, dostrzegam wyraźniej. Znam również
„Dysforię. Przypadki mieszczan polskich”, reportaż w nietypowej formie, ponieważ jest to pewnego rodzaju słowotok, co, według mnie, koreluje z faktyczną definicją terminu tytułowej dysforii.

Tutaj, zanim przejdę do „Wartało”, własnych domysłów, przemyśliwań i wdzięczne zawoalowanych peanów, na rzecz czegoś, co zrozumiałam zapewne w niewielkim stopniu, to napiszę Wam tak:
ZA NIM WEŹMIECIE SIĘ ZA CZYTANIE KSIĄŻEK TEGO AUTORA PRZECZYTAJCIE DARMOWE FRAGMENTY! (kliknijcie w linki, można je pobrać ze strony LEGIMI).

No to wartało by coś napisać.

Klaustrofobiczne miasteczko, pełne jest ludzi czynu. Czynić chcą, nie bardzo wiedzą co, ale że na tym skorzystają, to pewni są zawsze. W miasteczku ściera się stare z nowym, zupełnie jak ojciec z synem u Małochlebów (jedni z bohaterów). Niektórzy chcą przemian, ale boją się ich. Czas został zatrzymany, jak władza rozkazała. I stoi.
Stoi w w sprzętach; wszystko się łuszczy, rdzewieje, rozpęka. I w ludziach, w których tak samo wszystko
się psuje, koroduje. Oczywiście każdy tu na kogoś coś ma.
Bohaterowie to ożywione ludzkie wady, na usta ciśnie się, że narodowe, ale moja, być może kosmopolityczna, skaza każe mi twierdzić, że to wady wszystkich z nas, niezależnie od pochodzenia.
W miasteczku dzieje się wiele. Każdy tu nosi nazwisko, przydomek, które przy okazji wiele nam mówi, taka chodząca symbolika; Zabawa, Zatylny, Duszno, Ugoda, Walczak, Rodo, czy Tęcza.  Ich szeregi zasila wykształcona figura, totumfat, obserwator ternista Żuj-Jadin. W miasteczku szykuje się Nerwolucja wśród brudu, głodu i czepiających się wszystkiego (żeromskich) krukowatych. Rżałam jak Koń, albo Półtorej (dwuznaczność). 

„Zatylny obrócił głowę do proszącego. Z trudnością rozpoznał w nim syna Juliusza Damskiego, zegarmistrza. Który prowadził za Świetności zakład w uliczce przy rynku. Chłopak zapyział. Bezładne spojrzenie niedożywionego. Na głowie gar do kartofli. Żuchwy wyrobione od żucia. Nasiści stali za plecami Damskiego, gdy się wypowiadał. Gładzili drzewca sztandarów kościelnych. Czytelna hierarchia - główny pagaj i totumfaccy”.

Znajdziemy tu wszystko, od uprzedzeń wszelakich, mocno ograniczonego postrzegania, (za to) szeroko pojętej wyższości - od sytuacji finansowej przez wykształcenie i jakżeby inaczej, nabytą lub wrodzoną inteligencję. 

Lubimy słowa, zwłaszcza te trudno brzmiące, a jeszcze bardziej skrótowce, nadające poczucia wielkości i trzymające lud na dystans, jak zniszczony most sadowników. Wiecznie umęczeni, w równie wiecznym poczuciu krzywdy, oczekujący Zstąpiciela. Obleczeni w płaszcze coraz nowszych fobii, lecząco-trująco-otępiający się samopoczuciopoprawiaczem.
Dokonuje się. 
Nowa-stara władza, nowe nazwy na stare stanowiska, nowa lepsza zmiana, tylko kajak Rozuma z prądem coś wygrać nie może.

„Nabrał powietrza, łyknął spirytu, pokiwał, pokręcił głową. - Słowo człowiek - skonstatował dezaprobująco. - Ostatnio od dawna z całą pewnością chyba prawie w ogóle mi to częściowo jakoś nie brzmi.
Rodo przytaknął. Miła nabrzmiałość przedpolowaniowa ogarniała”.

„Prymityw. Epopeja narodowa” wydaje mi się w porównaniu z „Wartało” czymś na kształt raptularzu. Nie wiem, czy mogę użyć takiego porównania, ale to robię, pisać wszak mogę wszystko.

Widać, albo i słychać, bo obie powieści proszą się by je odczytywać, że Autor ma nie tylko niebywały zmysł obserwacji ale i chyba słuch absolutny. „Wartało” nie rozchodzi się już tak w wielowątkowość jak wcześniejsza powieść, jest bardziej zwarte, mimo to nadal zawstydza i poniekąd przeraża (przynajmniej mnie) ilością umieszczonej treści w wieloznaczności użytych słów i tym czego nie zapisano. 

Kiedy obedrze się tę historię z absurdalności, wyolbrzymień i dokonana dekonstrukcji symboli, kiedy słowo po słowie przetłumaczy się z „kołodziejczykowego” na ogólnopolski to (chyba?) ukaże się nam opowieść bardzo uniwersalna. 

I tu jest też ta trudność czytania Marcina Kołodziejczyka, w jego kreacji językowej. Pisze własnym językiem o charakterze polisemicznym; znajdziemy w nim rzadko używane określenia, ale i te potoczne, uprawia również słowotwórstwo, włącza w to, często zapomniane, określenia gwarowe, wychodzi poza przyjęte normy.
Tu wszystko huczy, dudni i zakłóca, fascynuje i cholernie zawstydza.
Bo jak znany nam przecież kod, nie ma granic w przekazie i zrozumieniu, to co je ma?

Świat, który przedstawia wydaje się krzywy, brzydki, fałszywy jak to znane wszystkim zwierciadło, co zniekształca. Ale jednak odbija to, co przed nim jest, wystarczy się rozejrzeć.

„Westchnął z udawanym, dużowiedzącym uśmiechem. Od dziecka był chamofobem. Bał się prymitywu, bo sam się z niego brał. Dobrze wiedział, że podrażniony oryginalnością bywa groźny”.


Czytanie zdań napisanych przez Marcina Kołodziejczyka jest dla mnie jak wchodzenie pod wysoką górę, z ciężkim plecakiem i wódką w ręce. Kiedy popiję zdaję mi się, że wszystko rozumiem, a wszystko inne jest daleko w dole. Kiedy trzeźwieję okazuje się, że niewiele przeszłam, szczyt nadal daleko, alkohol się skończył i oświecenie szlag trafił. A mimo to idę, choć sama nie wiem dokąd.

Nie powiem Wam że musicie czytać powieści Marcina Kołodziejczyka, bo zdaję sobie sprawę z trudności, jakie może nasuwać swoista kryptoanaliza Jego opowieści.
Jeżeli jesteście zainteresowani, to proszę przeczytajcie darmowe fragmenty, można się za ich sprawą zorientować, czy to jest to, co się chce rzeczywiście czytać.
Nie powiem również, że to najlepsze książki jakie czytałam, ale na pewno jedne z najtrudniejszych w odbiorze, a ja lubię wyzwania i nie czuję wstydu, kiedy im nie podołam.

*Tak jak „Wartało” rządzi się własną ortografią i interpunkcją, tak i ja za wszelkie niezrozumienia, nawiązania, mało znaczące powiązania, chaotyczny zapis, (celowe) błędy leksykalne  itd. , itp.  - przepraszam ;)


Wydawnictwo: Wielka Litera

Data wydania: 25. marca 2020
Liczba stron: 384

Kategoria: dreszczowiec psychologiczno-polityczny




10 zwykłych pytań do 100 niezwykłych ludzi - Emi Jakk

10 zwykłych pytań do 100 niezwykłych ludzi - Emi Jakk

10 zwykłych pytań do 100 niezwykłych ludzi - Emi Jakk

„10 zwykłych pytań do 100 niezwykłych ludzi” to bardzo ciekawy projekt.

Autorka Emi Jakk, z wykształcenia dr ekologii, przygotowała 10 pytań - plus jedno extra, i zadała je zwykłym-niezwykłym ludziom, całej setce, jak zdradza tytuł. Wszystkim po 11, takich samych. Swoją konstrukcją przypominają te, na które odpowiadało się w czasach świetności tzw. „Złotych myśli”.

Na samym wstępie dowiemy się skąd wziął się pomysł, dlaczego ma taką formę; kto przy nim i jak pracował.



10 zwykłych pytań do 100 niezwykłych ludzi - Emi Jakk

Strony wypełnia ten sam schemat.
Po lewej mamy, bardzo krótką charakterystykę osoby, z którą Autorka przeprowadziła wywiad, a poniżej widnieją odpowiedzi.
Natomiast po prawej stronie wyraz swojej kreatywnej twórczości dał Noriaki, streetartowiec - okrzyknięty Człowiekiem Kultury w 2018 roku.
Zaprezentowane prace korespondują z cechami postaci, której odpowiedzi właśnie poznajemy, stanowią ich, czasem bardzo zabawny, obraz.
Co jakiś czas strony są rozdzielone ciekawym cytatem.
Okazuje się, że za sprawą zadania zaledwie jedenastu pytań można się bardzo wiele o człowieku dowiedzieć. O jego przeszłości, codzienności, pracy, miłości, a nawet strachu. Sposób w jaki na nie się odpowiada, jest kolejną cechą charakteryzującą człowieka i zwykle mocno powiązaną z zawodem jaki się wykonuje.

 10 zwykłych pytań do 100 niezwykłych ludzi - Emi Jakk

Na samym końcu znajdziemy nieco szersze charakterystyki przepytanych przez Autorkę postaci i zdradzę, że niektóre z nich znamy, może nie osobiście, ale za pośrednictwem szeroko pojętych mediów.

Niebanalny projekt, niebanalnie zrealizowany. Kilka krótkich pytań, kilka jeszcze krótszych odpowiedzi, a da się odczuć jakąś intymność zwierzeń, bliskość. Śmiałam się i nie raz dziwiłam, że ktoś, kogo przecież nie znam ma takie same wspomnienia, czy lęki.
 
10 zwykłych pytań do 100 niezwykłych ludzi - Emi Jakk

Setka niezwykłych ludzi i 1100 odpowiedzi daje nam obraz współczesnego człowieka. Okazuje się, czarno na białym, jak wiele nas wszystkich łączy.
Od wspomnień z dzieciństwa, przez ulubione posiłki, stosunek do pracy, strach czy marzenia. Jak jeden wspólny organizm. Wszyscy tak dalecy, a tak bliscy, wszyscy tak różni, a tak tożsami.



Swój kwestionariusz wypełniłam :)


Mój kwestionariusz




Alina
mam ich kilka, m. in. doradca zawodowy i personalny, grafik
podobno jeszcze 34
hmm... może być... czytanie książek?



1. skoszoną trawą.
2. bo może uda się kiedyś robić coś innego.
3. filologiem, albo socjologiem.
4. świecie pełnym otwartych umysłów.
5. wszystko to, co zrobi M.
6. kompletną ciszą.
7. żywy organizm.
8. każdy, z odpowiednią ilością cukru.
9. zwątpienia.
10. gorsetów umysłowych, ciasnych ubrań.
11. napisałabym książkę.




Wydawnictwo: FABRYKA DYGRESJI
Data wydania: 30 stycznia 2019
Liczba stron: 273
Kategoria: publicystyka literacka, eseje
Wierzyliśmy jak nikt - Rebecca Makkai

Wierzyliśmy jak nikt - Rebecca Makkai

Wierzyliśmy jak nikt - Rebecca Makkai
Kiedy zaczynałam czytać „Wierzyliśmy jak nikt” kompletnie nie spodziewałam się tego, że skończę z przekrwionymi od płaczu oczami. Nie piszę tego po to, aby kogoś przekonać o swojej nadwrażliwości, sama nadal nie mogę uwierzyć, że aż tak mnie ta fikcyjna opowieść poruszyła.
„Wierzyliśmy jak nikt” przybliża czytelnikowi czas, zanim pojawiły się leki umożliwiające spowolnienie zniszczeń w ludzkich organizmach, które niosło ze sobą zarażenie się wirusem HIV. Przyglądamy się jak „kolorowa” codzienność okazuje się ciągłą walką o akceptację, o zrozumienie i jak narasta strach przed tą śmiertelną chorobą.


Nie jest tak, że temat, który Autorka podjęła jest mi kompletnie obcy. Jakiś czas temu czytałam Somebody to love. Życie, śmierć i spuścizna Freddiego Mercury'ego” - Matta Richardsa i Marka Langthorna, które jest dość mocno osadzone w tematyce historii rozwoju HIV. Ponadto, pamiętam jeszcze doskonale „Witaj w klubie” z 2013 roku (ze świetnymi rolami Matthewa McConaughey i Jareda Leto) i wspomnianą w książce Makkai „Filadelfię” z 1993 roku (Tom Hanks, Denzel Washington, Antonio Banderas).
 

Wierzyliśmy jak nikt - Rebecca Makkai

 

Głównych bohaterów w tej powieści mamy dwoje: Yale'a i Fionę. Obie postaci łączy wspólna przeszłość - lata 80te XX wieku.Rebecca Makkai w „Wierzyliśmy jak nikt” prowadzi akcję dwutorowo.
W 1985 roku blisko poznajemy Yale Tishmana, który pracuje w galerii sztuki Uniwersytetu Northwestern, w Chicago. Za sprawą znajomej ma możliwość pozyskania nieznanej dotąd kolekcji obrazów i rysunków, znanych artystów i tego wyzwania się oczywiście podejmuje. Wszystko zdaje się układać po jego myśli. Jest młody, rozpoczyna karierę, ma szansę zabłysnąć w świecie sztuki, jest także szczęśliwie zakochany. Swoisty kontrast dla jego wyobrażeń przyszłości, stanowi szerząca się epidemia AIDS. Fiona też się w tej części pojawia.

Druga oś czasu dotyczy drugiej bohaterki - Fiony, która w 2015 roku, w Paryżu, poszukuje zaginionej córki. Kobieta zatrzymuje się w domu znajomego artysty fotografa (ze wspomnianych lat 80tych), który właśnie przygotowuje wystawę swoich prac. Wszystko to sprawia, że w kobiecie ożywają wspomnienia.

Będziemy się przyglądać jak bohaterowie w latach 80tych walczą z ludzką obojętnością, z władzą, która biernie się przygląda chorującym i umierającym. Jak próbują zmienić świat, choć tak naprawdę niewiele żądają.

Natomiast w drugiej osi zdarzeń, zobaczymy jak wydarzenia sprzed trzydziestu lat, wpłynęły na obecne życie siostry jednej z ofiar chicagowskiej epidemii.

Pisarka nie tworzy postaci monumentalnych. To zwykli ludzie, ze zwykłymi wadami.
Nawet umęczona w poświeceniu Fiona, nie jest krystaliczna. Popełniała błędy, za które, nawet 30 lat później płaci, i których konsekwencje ponosi też jej córka.
Trauma, której doświadczyła, spętała ją emocjonalnie. Strach stał się jej codziennością. Jest córką, jest matką, dlaczego więc nie umiała być lepsza?
Historia Yale'a jest niezwykle dramatyczna. Nie padają tam żadne wielkie słowa. Jest po prostu zwykłe życie, są marzenia, i jest wykluczenie powodujące poczucie wyobcowania. Widzimy społeczną negację tego, co piękne, bo zdaje się różnić, od tego co nam znane.


Rebecca Makkai nie boi się żadnych porównań, pisze m. in. tak:

„Ci wszyscy ludzie mówili to w dobrej wierze, wszyscy bez wyjątku.
Jak wytłumaczyć, że miasto zamieniło się w jeden wielki cmentarz?
Że codziennie chodzą po ulicach, które były świadkami małego holokaustu, które widziały ludobójstwo zaniechań i niechęci?
Czy naprawdę nikt nie rozumie, że nieoczekiwane zderzenie ze ścianą zimnego powietrza to spotkanie ducha, jednego z tych chłopców wyplutych przez świat?"

 

Autorka powoli wprowadza czytelnika w wykreowaną rzeczywistość, opisuje codzienność. 
Nie znajdziemy tu przerysowanych emocji, ani taniego sentymentalizmu.
W niektórych momentach czułam się jak podglądacz, a jednak przegapiłam ten moment, w którym ktoś, kto istnieje jedynie na papierze stał się po prostu... moim znajomym.

Przez charakterystykę postaci; ich pragnienia, marzenia, nadzieje stworzyła realne poczucie wspólnoty. Sposób w jaki Rebecca Makkai pisze o swoich bohaterach, jakie cechy im nadaje, na jakie emocje im pozwala, sprawia, że uwierzymy, że poczujemy tę kocią sierść Roscoe'a pod palcami.
Niezależnie od tego kiedy żyjemy i jak żyjemy, pragniemy zawsze tego samego - zrozumienia i miłości drugiego człowieka, nawet jeżeli wydaje się nam to banalne.

„- Gdybyśmy tylko mogli być na tej ziemi w tym samym czasie i tym samym miejscu co wszystkie osoby, które kochamy, gdybyśmy mogli razem się urodzić i razem umrzeć, wszystko byłoby takie proste". 

Czytam wiele książek, artykułów, wywiadów, opinii i nigdy nie przestanie mnie zadziwiać, jak bardzo szukamy prawdy w fikcji i jak bardzo nas cieszy, kiedy zdaje się nam ją dostrzegać.
Świetna powieść.





Data wydania: 15 kwietnia 2020
Liczba stron: 624
Kategoria: literatura piękna
Tłumaczenie: Sebastian Musielak


 
Czas Wagi - Aleksander Sowa

Czas Wagi - Aleksander Sowa


Czas Wagi - Aleksander Sowa

W czerwcu 1997 roku na warszawskiej Pradze, ktoś uprowadza Sarę, córkę milionera. Zamknięta w ciemnym pomieszczeniu, nie odróżnia dnia od nocy, jest tam bita i gwałcona. Zrozpaczony ojciec powiadamia policję, wynajmuje detektywa, a Sary nie ma.
Ciszę przerywa żądanie okupu, które bogacz realizuje, jednak córka nadal nie wraca do domu. Rodzina porwanej powiadamia media i wybucha afera. Pospieszne decyzje, które miały ją załagodzić przynoszą więcej szkody niż pożytku.

Grupą policyjną ma dowodzić nowa osoba, kobieta, podinspektor Maria Stefańska, wkrótce zwana przez podwładnych pieszczotliwie Marysią (skojarzenia z pewnym polskim filmem słuszne). Marysia ma tabelki, które chce wypełnić, Marysia była i jest policjantką zza biurka, Marysia ma władzę i Marysi wydaje się, że wie co robi.
Do sprawy zostaje przydzielony Emil Stompor. Policjant prawdziwy, taki który miał i nadal ma misję. Ma też cięty język, który kreśli jego myśli bez zbędnej dyplomacji. Stompor jest inteligentny, ma na wszystko odpowiedź, zawsze trafną, zawsze szczerą i rzadko miłą, no może nawet... nigdy miłą.

Fabuła jest oparta na prawdziwym i głośnym porwaniu. Ale to nie jedyna z możliwości, z których skorzystał Aleksander Sowa by nadać jego książce realizmu.
Postaci, w większości męskie, mówią surowym językiem, a wulgaryzmy pojawiają się dość często i... zawsze stanowią idealne wzmocnienie wypowiedzi. Radio gra utwory z tamtych czasów, wspominamy przez moment Anastazję P., spółkę ART B., czy wielką powódź. Nie byłam wtedy dorosła, ale gdzieś w odmętach pamięci mam zapisane znaki szczególne tego okresu i podczas czytania „Czasu Wagi” realnie przeniosłam się w czasie.

Porwana Sara wypowiada się w osobie pierwszej, można poczuć to, co ona przeżywa,
nie tylko za sprawą emocji. Autor nie pomija niczego, nawet zapachu. Daje to możliwość zżycia się z ofiarą.

Rzadko kiedy żywię jakieś uczucia do głównego bohatera, jest mi on całkowicie obojętny, interesuje mnie historia jaką ma do opowiedzenia. Jednak w przypadku Emila Stompora, sprawa ma się inaczej. Jego kąśliwe uwagi, wieczne niezadowolenie i ciągłe poczucie winy, że robi zbyt mało, sprawia, że naprawdę lubię tego człowieka i go rozumiem. Jest w tej swojej fikcyjności, mało fikcyjny. A partner Stompora, Kosar, alter ego Autora?, jeszcze bardziej ten realizm potęguje, zwłaszcza kiedy początek i koniec historii się spinają.

Aleksander Sowa przedstawia powiązania, układy, układziki. Pokazuje kto naprawdę rządził, kto decydował o tym, o czym się mówiło i jak się mówiło. Kto decydował o tym, co opinia publiczna ma wiedzieć i że zawsze chodziło o to samo - posiadanie władzy i pieniądze. Prawdziwi przestępcy, bandyci, na takich nie wyglądali, piastowali wysokie stanowiska.
Nieważne jak zasobne mamy portfele i z jakiej rodziny pochodzimy, zawsze kierują nami te same, mało szlachetne, pobudki. Zdarzają się jednostki posiadające ideę, próbujące coś zmienić, ale kijem rzeki, niestety,
się nie zawróci. 
Przeczytałam w jakiejś z opinii, że Aleksander Sowa opisuje minione czasy, i tak się zastanawiam, czy tak faktycznie jest? Chciałabym móc w to wierzyć. Ale nawet radia grają te same przeboje.

Intensywna, surowa, kryminalna rozrywka, jak dobry film. W którym wszystko słychać, choć nie ma fonii, w którym postaci są prawdziwe, choć można je sobie tylko wyobrazić.
Historia, o której człowiek myśli długo po ostatniej scenie, bo ma świadomość, że jest oparta na kanwie prawdziwych wydarzeń i że nie jest to tylko cichnąca melodia przeszłości.





Wydawnictwo: Lira 
Data wydania: 25 marca 2020 
  Liczba stron: 416
  Kategoria: kryminał
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...