#162 Przełęcz Diatłowa. Tajemnica Dziewięciorga - Anna Matwiejewa

#162 Przełęcz Diatłowa. Tajemnica Dziewięciorga - Anna Matwiejewa

Historia tragedii na Przełęczy Diatłowa nie jest mi tematem kompletnie obcym.
Co jakiś czas wracam do niej myślami.

"Przyciąga nas to, co dręczy nasze sumienie".

Powstały produkcje dokumentalne, fabularne i napisano wiele słów - próbując zrekonstruować przebieg tych dramatycznych wydarzeń, a w niektórych dreszczowcach, jak chociażby w "Strachu" Jozefa Kariki, znajdziemy do nich odniesienia.

Anna Matwiejewa, rosyjska pisarka, opisuje tę sprawę w inny, ale w moim odczuciu, bardzo przystępny sposób. Książkę rozpoczynają dwa wstępy. Jeden napisany przez Aleksieja Iwanowa i drugi od samej Autorki. Dowiemy się, już z nich, dlaczego Pani Matwiejewa wybrała formę powieści, a nie reportażu i dlaczego, właśnie ten zabieg, jest tak istotny.

W styczniu 1959 roku grupa turystów, będących głównie studentami Uralskiego Instytutu Politechnicznego, wyruszyła na północny Ural. Mieli zamiar zdobyć dwa szczyty: Otorten i Ojka-Czakur.
1 lutego 1959 roku rozbili namiot, na zboczu góry Chołatczachl, w którym chcieli, zapewne, przeczekać bardzo niekorzystne warunki atmosferyczne i oczywiście odpocząć.

Co się wtedy wydarzyło, jak doszło do tego, że nikt nie wrócił z tej wyprawy żywy?

Cała tajemnicza otoczka, wokół tej niewyobrażalnej tragedii, powoduje powstawanie przeróżnych hipotez, niektórych rodem z horroru, który jak wiemy charakteryzuje się występowaniem zjawisk nadprzyrodzonych.

Bohaterką powieści "Przełęcz Diatłowa. Tajemnica Dziewięciorga" jest Anna, podobnie jak Autorka, również pisarka. Wokół niej zaczynają się dziać dziwne rzeczy. Wszystko zdaje się kierować jej myśli ku sprawie dziewięciorga tragicznie zmarłych turystów, od teczki, którą otrzymuje, przez sny jakich doświadcza, po konkurs, którego staje się laureatką i za którego sprawą poznaje pewną kobietę.
Ta, jest zaangażowana w odkrycie prawdy o "diatłowcach" i poszukuje, kogoś kto by tę sprawę opisał.
Sama fabuła dotycząca pisarki wydaje się trochę zamglona, nijaka. Anna żyje jakby we śnie. Kontrastem do jej świata są oryginalne dokumenty dotyczące śledztwa dotyczącego wydarzeń, które miały miejsce na zboczu góry
Chołatczachl, przedstawione z zachowaniem oryginalnej pisowni, obfitującej w błędy i nieścisłości. 

Anna dokładnie przedstawia materiały, do których udało się jej dotrzeć. Omawia wszystkie osoby dramatu. Nie pomija żadnej z hipotez, które z biegiem lat powstawały jak grzyby po deszczu, ale miały niewiele wspólnego z próbą wyjaśnienia śmierci młodych, wykształconych i bardzo sprawnych fizycznie ludzi. Na tę sprawę nadal patrzy się jak na coś mistycznego i tajemniczego, doszukując się podwalin pod coraz bardziej absurdalne teorie.
Zagłębiamy się w treść raportów, telegramów, rozmów, poznajemy - czasem bardzo odważne, jak na tamte czasy, wnioski rodzin ofiar - i wracamy z Anną do 1999 roku, do jej życia. Zabieg ten pozwala czytelnikowi odsunąć się na chwilę od tematu i... chyba lepiej go zrozumieć.
Przestajemy być zimnym obserwatorem, który studiuje daty, przebieg trasy, czy  zagląda w czyjś pamiętnik. Za to rodzi się w nas realne współczucie.

Ta książka ma mroczny, duszący klimat. Nie mogłam jej odłożyć. Zastanawiałam się nawet: ile w tym moim zainteresowaniu jest zwykłej ludzkiej ciekawości - odnośnie samej sprawy, a ile samego kunsztu pisarskiego rosyjskiej Autorki.
Dziś, klika dni po lekturze, już wiem, że to zasługa Pani Matwiejewej i tłumaczenia Magdy Dolińskiej-Rydzek, ponieważ nadal mam w sobie ten niepokój, który towarzyszył mi, gdy bohaterka odkrywała szczegóły sprawy.

To, co działo się wokół prób wyjaśnienia, czy prób niewyjaśnienia tragedii wyprawy Grupy Diatłowa, jest przerażające. Dziwne zbiegi okoliczności, ciągle podsycana aura niewiadomej, nadawanie jej mistycznego charakteru - nadal odsuwa nas od samej prawdy.
Kiedy spojrzy się całość zebranego przez nią materiału, oczami Anny - bohaterki powieści, to można tę prawdę dostrzec, ale nie dotyczy ona jedynie dramatu przedwcześnie zmarłych młodych ludzi, bo jest to prawda o świecie, o kraju na terenie, którego doszło do tragicznej w skutkach wyprawy i prawda o... człowieku.

"Życie jest pomysłowe, strasznie pomysłowe, 
a czasami po prostu straszne".



Wydawnictwo: MOVA
Data wydania: 26 lutego 2020 
Tłumaczenie: Magda Dolińska-Rydzek
Liczba stron: 302

#161 Czarne Miasto - Marta Knopik

#161 Czarne Miasto - Marta Knopik

"Czarne Miasto" to debiut literacki Marty Knopik i początek cyklu opowieści z Czarnego Miasta.
Lubię treści nieoczywiste, mroczne, duszące i przytłaczające, przez które zdaje się przedzierać zaledwie kilka promieni światła.
Uwielbiam ćmy, bo choć żyją w mroku wiedzą, że światło jest istotne, zawsze zmierzają w jego kierunku. Nawet niewielka jego ilość zmienia postrzeganie, tego na co się patrzy.
To książka dla mnie, ale czy jest dla Ciebie, tego niestety nie wiem, ale postaram się przybliżyć trochę jej treść, charakter i styl, którym przemawia Marta Knopik.

To literatura piękna, a określenie tego gatunku literackiego wywodzi się z języka francuskiego, powstało przez analogię do określenia sztuki piękne. Jednak w przypadku tej pozycji nie chodzi tylko o ładny język.

Głównymi bohaterkami "Czarnego miasta" są siostry BeBe - Belinda i Bianka oraz ich matka Wanda - która zagubiła się pośród wspomnień, w przepastnych labiryntach miasta, które spowija wieczny pył, a nieustające wstrząsy bezpowrotnie je niszczą. W Roku Zaćmienia straciła męża i smutek, żałoba - uwięziły ją w samotności, a ukochane córki wyjechały do Białego Miasta.
Przez całą historię kobiety próbują się odnaleźć - w rzeczywistości jak i w wymiarze duchowym. Poznajemy przeszłość śląskiej rodziny za pomocą opowieści brzmiących jak legendy i wspomnień opisanych jak kadry z filmu, lub malowane obrazy - jedna z sióstr jest artystką.


"Jeśli chodzi o okresy prawdziwego spania, nie udawanego, lecz takiego ze snami, to Belinda, jak każdy, ma swój stały, powtarzający się w snach motyw. Najczęściej znajduje się w jakimś niepokojącym domu, gdzie porusza się wśród korytarzy, pokoi, przejść, odkrywając kolejne drzwi i kolejne. Biegnie schodami w górę i w dół. Błądzi, próbując coś znaleźć lub starając się wyjść, uciec. Są w tych snach wydłużające się w nieskończoność tunele i przedpokoje, tak że nie sposób dojść do ich końca. Są amfilady drzwi, ciągną się jedne za drugimi i każde otwierają się z trudem, bo albo zamek się zacina, albo klamka zostaje w dłoni, albo są tak ciężkie, że trzeba się z nimi mocować. Za drzwiami ktoś jest, porusza klamką. Nie wiadomo kto, ale w Belindzie budzi się zwierzęcy strach i coraz gwałtowniej szarpie się z kolejnymi drzwiami, jej serce łomocze coraz bardziej, aż w końcu budzi się zlana potem i roztrzęsiona".

Wszystko w  tej powieści ma niezwykle metaforyczny charakter, każdy kolor, każde opisywane pnącze. Książka obfituje w bardzo bogate opisy, które budują czytelnikowi przed oczami świat widziany oczami Autorki. Choć obrazy, które przedstawia są jak wyjęte z powieści fantastycznych, to opisują realne miejsca i realne wydarzenia. Wbrew pozorom nie trzeba być mieszkańcem Śląska, by zobaczyć to, co kryje się pod rozpadającym się miastem.

To emocjonalna opowieść o poszukiwaniu tożsamości, o odkrywaniu kart z przeszłości, które jawią się jak wymieszane przypadkowe zdjęcia obcych sobie ludzi. Bohaterki próbują odnaleźć się w nowej sytuacji. Zmierzają po trudnej drodze do zaakceptowania starty. Czasem trzeba zawrócić by znowu zacząć żyć. Marta Knopik pisze o miłości, która mimo bariery niezrozumienia nigdy nie straciła swojej mocy. Domyśliłam się do czego cała historia zmierza, jednak to jak Autorka maluje słowem pozwoliło mi czerpać przyjemność z czytania.

W moim odczuciu to bardzo dobry debiut. Trudna treść ukryta we mgle duszącej, ponurej atmosfery. Jednak nie każdy czytelnik odnajdzie się w labiryncie, który zbudowała Autorka i wyjdzie z niego z poczuciem satysfakcji z lektury.
To opowieść dla tych którzy
lubią się zastanawiać nad tym - dlaczego coś jest w takim, a nie innym kolorze i co to może oznaczać, a wyobraźnię mają wolną od ograniczeń.

Używanie techniki opowieści jak z literatury fantastycznej, jeżeli tak to mogę nazwać, by opowiadać o codzienności - przypominało mi trochę zabiegi z "Labiryntu Fauna" książkowej adaptacji filmu Guillerma del Toro - której to podjęła się Cornelia Funke, a marzenie senne - były dla mnie jak mroczne kadry z filmu "Cela" z 2000 roku. Natomiast samo Czarne Miasto przypomina mi trochę Tymczasowe Miasto z filmu "Franklyn" z 2008 roku.
Takie mam skojarzenia, może one pozwolą Wam zdecydować czy jesteście gotowi, by odwiedzić ulice Czarnego Miasta.




Wydawnictwo: Lira
Data wydania: 19 lutego 2020
Liczba stron: 320
Kategoria: literatura piękna

#160 Tanie czytanie - zakupy w księgarni oczytani.pl

#160 Tanie czytanie - zakupy w księgarni oczytani.pl


Dziś trochę inny tekst, ale oczywiście o książkach. A dokładnie o zakupach.
Książki są drogie, nie będę udawała, że tego nie wiem.
Jest kilka opcji żeby ta przyjemność była trochę tańsza i bardziej dostępna. 
Tym razem o - książkach papierowych, bo z czasem napiszę również o Legimi i ich abonamentach, ale bez zbędnych peanów, bo nie jest to aż tak wspaniałe jak piszą, czy mówią.

Mam względnie dobry dostęp do nowości książkowych w ramach "współpracy" z niektórymi wydawnictwami, ale z większości z nich rezygnuję lub już zrezygnowałam, a dlaczego to wyjaśnię w innym poście. 

Kocham czytać, czytam nie po to by szukać w książkach błędów edytorskich czy autorskich.
Kiedy się dużo czyta nie tylko pięknie rozwija się wyobraźnia, poprawia się również słownictwo. Zdania zdają się same tworzyć, a znalezienie porównania, odpowiedniej metafory pojawia się zaskakująco szybko. Nie piszę i nie mówię idealnie, ale jest o wiele lepiej niż było kiedykolwiek. Strumień oświecenia spływa na mnie dość wolno.

Tanie czytanie


Czytam około stu książek rocznie, choć poprzedni rok zamknęłam z przeszło dwusetką.
Spotykam się z teoriami, które mówią, że niemożliwymi jest czytanie takiej ilości książek ze zrozumieniem, chyba, że... czyta się książki, których treść daleka jest od wywodów filozoficznych. 

Nie sądzę, aby tak było. Zdarza mi się czytać książki o prostej formie i prostej treści, w ramach rozrywki, wolę to niż ogłupiające treści bijące z niebieskich ekranów.
Zapamiętuję więcej niż bym chciała. Jak cytat mnie w jakiś sposób ujmuje, to zostanie ze mną na stałe, mimo że przeczytałam go raz.
Tak już mam, jak Rain Man.

Znowu się rozpisałam... Przechodzę do zakupów. 
 

Zakupy w księgarni oczytani.pl

Istnieją księgarnie oferujące książki, które nie zostały sprzedane i zalegają na półkach. Niektóre są uszkodzone - ale z reguły jest taka informacja już w ich opisie.
Do księgarni oczytani.pl trafiłam przez post niekulturalnie.pl.
Postanowiłam sprawdzić jak to faktycznie wygląda, zwłaszcza, że znalazłam tam książki, które kojarzyłam już wcześniej.  
Złożyłam zamówienie w piątek tj. 14 lutego, a paczka została do mnie nadana już w poniedziałek, a dziś jest już u mnie.
Koszt dostawy wyniósł mnie 8,50 zł, ponieważ wartość zamówienia przekroczyła 100 zł. 

Pod tym linkiem: KOSZT DOSTAWY, możecie sprawdzić koszt dostawy w zależności od wartości zamówienia, czy sposobu płatności. 

Książek jest 12. Przyszły w kartonie, zabezpieczone folią bąbelkową, o byciu eko nie będę truła, jest jak jest. Folię i tak wykorzystam do wysyłek, których trochę robię.


Poniżej pokażę co wybrałam, możecie zobaczyć w jakim stanie są książki, sprawdzić opis (wystarczy kliknąć w aktywny link i zostaniecie przeniesieni na stronę księgarni - może komuś coś przypadnie do gustu, oraz cenę.

1."Patrick Melrose. Tom 1. Nic takiego. Złe wieści. Jakaś nadzieja" - Edward St Aubyn

Czaiłam się na tę pozycję, już jakiś czas. Ceny może nie są jakieś zaporowe, ale wiecie - im więcej zostaje w kieszeni tym lepiej.
Zawsze można dołożyć do kolejnej książki, albo bochenka chleba... Kiedyś pójdę z torbami, naprawdę.
To jedna z dwóch droższych książek. Koszt 11,95 zł.
Jak widać wygląda bardzo dobrze.



2."Wojna i terpentyna" - Stefan Hertmans
Ma trochę "zmęczony" grzbiet, ale akceptowalny, zdarza się, że książki kupione po cenie okładkowej mają je w gorszym stanie. Widać to na pierwszym zdjęciu u góry. Koszt 9,85 zł.


3."Strasznie głośno, niesamowicie blisko" - Jonathan Safran Foer
Stan bez zarzutu. Książka została zekranizowana, stąd możecie kojarzyć tytuł.
Koszt 9,95 zł.
 

4."Miejsce na ziemi" - Umi Sinha
Stan bez zarzutu. Skusiła mnie piękną okładką, opisem. Widziałam ją u znajomej na instagramie i jak zobaczyłam jej cenę 9,55 zł, to nie mogłam nie wziąć.
 

5."Tragedia Lusitanii" - Erik Larson
Ma drobne uszkodzenia na okładce, których nie widać nawet na tym zdjęciu, ale są. 
Pewnie małe zaskoczenie, że taka tematyka? Interesuję się statkami w historii, ich katastrofami. Woda i jej ogrom, stalowy kolos i mali ludzie.
Nic głębszego w tym nie ma. Koszt 9,95 zł.


6."Wyspa dusz" - Johanna Holmström 
Tutaj skusił mnie opis, jakby co, to jest w linku.
Stan bez zarzutu. Koszt 8,85 zł.
 

7."Sonata Gustava" - Rose Tremain
Tak, tak tu też opis i okładka miały znaczenie.
Stan bez zarzutu. Koszt 9,95 zł.


8."Zapadła dziura Bone Gap" - Laura Ruby
Tak, jest ze mnie sroka okładkowa, lubię takie okładki.
Stan bez zarzutu. Koszt 8,95 zł.
 

9."Dwie niedźwiedzice" - Meir Shalev
Skusił mnie opis, jest w linku.
Stan bez zarzutu. Koszt 9,95 zł.


Pozostałe trzy książki są tej samej autorki. Pani, którą wszyscy znamy, ale pewnie nie z pisania dla dorosłych - Tove Jannson - Pani od Muminków.

10."Córka rzeźbiarza"
Stan bez zarzutu. Koszt 8,45 zł.


11."Wiadomość"
Stan bez zarzutu. Koszt 9,95 zł.


Link do opisu.

12."Listy Tove Jansson"
Stan bez zarzutu. Koszt 11,95 zł.


Jaki jest stan książek, które w większości nie kosztowały więcej jak 10 zł, możecie ocenić sami.
Zdarzało mi się kupować książki w Empiku i przebierać jak w skrzynce jabłek, czy pomidorów - żeby znaleźć jak najmniej uszkodzony egzemplarz. 
Do zamówienia jest dołączona faktura.
Jedyne co może Was zdziwić, to koszt przesyłki doliczony do cen jednostkowych.

Tekst nie jest sponsorowany. Koszt jaki poniosłam to 127,80 zł.
12 książek, w większości w twardej lub zintegrowanej oprawie, wraz z wysyłką. Grzbiety w niektórych są trochę sfatygowane, ale jak nie jest to dla Was problem, to jak najbardziej polecam.

Dzięki niekulturalnie.pl, gdyby nie Ty nie znalazłabym tej księgarni.



#159 Wskrzesina - Artur Boratczuk

#159 Wskrzesina - Artur Boratczuk

#159 Wskrzesina - Artur Boratczuk
"Czekają na jego sygnał w swoich wieżowcowych apartamentach z widokiem na inne wieżowce, wyniosłe i święte jak megality Stonehenge, cyberdruidzi obżarci cynkiem i magnezem, kwasem hialuronowym, witaminami, wygimnastykowani, godzina jogi w środy i piątki, dumni ze swojego rozsądku i niewstydzący się swojej dzikości, partnerzy i partnerki partnerów i partnerek, rozsmakowani w ciemnych piwach z lokalnych browarów i chlebie orkiszowym z małej piekarni".

Akcja "Wskrzesiny"Artura Boratczuka, jest osadzona we Fraudencji - w nieistniejącej - istniejącej mieścinie, która dla każdego z jej mieszkańców, w zależności od ilości wiosen na karku, jest rajem, przekleństwem albo więzieniem. Starzejący się były sekretarz PZPR - Michał Serpina - pszczelarz, poszukuje kogoś chętnego na tzw. dożywotkę - ktoś otrzyma majątek w zamian za opiekę nad nim. Żona pana Michała nie żyje, a córka, która mogłaby mu pomóc zamieszkuje na plebanii u 103-letniego proboszcza Smętka - hodowcy koni, który planuje żyć tak długo, aż pewne dzieła sztuki - ujrzą światło dzienne.
W odpowiedzi na ogłoszenie - do Fraudencji przybywa Adam, a wraz z jego przybyciem rzeczywistość znana mieszkańcom miasteczka zdaje się falować. 


Fraudencja jest jak wycinek świata. Całego świata - materialnego i duchowego. Mieni się tysiącem barw, połyskuje, a czasem brzydko szarzeje. To, co widzialne i niewidzialne nakłada się na siebie i trudno jest odróżnić jedno od drugiego. Może jest tak, że to - jedno bez drugiego - po prostu nie istnieje: jak dobro bez zła, jak czystość bez brudu, jak duchowość bez cielesności.

Pszczoły są równorzędnymi bohaterkami tej powieści. Pojawiają się co chwila - dając to: pożywny miód który, być może, umożliwia prawdziwe widzenie, informując swoim stanem zdrowia o kondycji przyrody i społeczeństwa, 
są przyczynkiem do zmian, przeobrażeń.
Nie da się wyzbyć z głowy przekonania, że to jak żyją i jakie są - stanowi odbicie naszej egzystencji. 


"Na dobrą sprawę nie pamiętam swojego życia na jawie. Biorę czasem kalendarz sprzed kilku lat, otwieram na chybił trafił. Myślisz, że pamiętam, co robiłem tamtego dnia, gdzie byłem, o czym myślałem, co czułem?
Życie na jawie chowa się przed człowiekiem tak samo jak sny".

 
Artur Boratczuk stworzył historię nieoczywistą. Im dłużej się o niej myśli tym więcej dostrzega się nawiązań, ukrytych znaczeń, symboli. Można ją czytać na kilku płaszczyznach i za każdym razem dojść do innych wniosków.
Wiele w niej odniesień do jakości  - bylejakości - życia, do poszukiwania w nim sensu i udziału Istoty Wyższej w procesie kształtowania świata, która może nie do końca jest taka, jaką chcemy ją postrzegać.
Chcemy wierzyć, mówimy, że wierzymy. Przebieramy się i siadamy w pierwszej ławce w kościele, sądząc, że to właściwe, a tymczasem to, co myślimy nie jest tak czyste jak nasza świeżo wyprana i wyprasowana koszula.
Chcemy być dobrzy, tak mówimy, ale robimy zupełnie co innego.
Świetnie jest to pokazane na przykładzie działania aparatu władzy. Ludzie składają donosy, domagają się ukarania sąsiadów, skrzywdzenia ich, dźgnięcia ich nożem źle pojętej sprawiedliwości, jednocześnie umywając ręce od odpowiedzialności, bo nie zrobili przecież tego osobiście.

Znajdziemy tu dążenie do szybkiego wzbogacenia się, wieczne chowanie urazy bo komuś wiedzie się lepiej niż nam, zemstę, a nawet przemoc.

Wytłumaczymy sobie wszystko, czego się w życiu dopuścimy, bo musimy mieć wewnętrzne usprawiedliwienie dla swoich moralnie niewłaściwych poczynań, bo spać spokojnie przecież każdy lubi.

Język, którym operuje autor bywa liryczny, obfituje w kwieciste metafory, ale zdarzają się zachowania bohaterów, ich słowa, stosowane przez nich określenia, które są jak rysa na czymś pięknym - wzburzają, czasem zniesmaczają, ale sprawiają, że to, co zdaje się idealne staje się...  rzeczywiste.

We "Wskrzesinie", jak w życiu, liczy się uważność, a i tak zapewne przeoczymy wiele ukrytych przez Autora nawiązań. Już sama okładka książki jest niejako wprowadzeniem do jej treści.

To książka o poszukiwaniu siebie, o poszukiwaniu sensu i budzeniu się do życia. Czasem za pomocą miodu w innym kolorze niż ten, który znamy, a czasem -  jako uczestnik gry zwanej Jaźnią.
Tylko czy tego naprawdę chcemy? Chcemy być świadomi tego, co dajemy? I co z tą świadomością w końcu zrobimy?




Wydawnictwo: JANKA

Data wydania: 3. lutego 2020
Liczba stron: 294

Kategoria: literatura piękna

#158 Pod śniegiem - Petra Soukupová

#158 Pod śniegiem - Petra Soukupová


Rodzina - grupa osób powiązanych ze sobą przez pokrewieństwo, powinowactwo lub wspólne zamieszkiwanie. Podstawowa grupa społeczna, na której opiera się społeczeństwo. Tak, mniej więcej, tę instytucję definiuje Wikipedia. 

"Pod śniegiem" Petry



Wydawnictwo: AFERA

Data wydania: 22. grudnia 2016
Liczba stron: 404
Kategoria: literatura piękna
#157 Czarna, czarna toń - Martyna Szkołyk

#157 Czarna, czarna toń - Martyna Szkołyk


Czarna, czarna toń - Martyna Szkołyk
Żyję sobie pod lasem. Kocham przyrodę i ciszę przerywaną przez zwierzęta żyjące pośród drzew.  Uwielbiam wilki, zrobiłam wiele prac graficznych, w których one były w centrum.
Za dzikość, za wolność, którą tak naprawdę one są i za strach... przed ludźmi. 
Moją ulubionym cyklem z gatunku szeroko pojętej fantastyki jest "Opowieść o Alvinie Stwórcy" Orsona Scotta Carda, gdzie postaci z historii mieszają się z fikcyjnymi, a wszystko łączy się z opowieścią o zielonej krainie. O tym jak człowiek współistnieje z przyrodą, a nie nią włada. 

"Czarna, czarna toń" to debiut Martyny Szkołyk znanej z bloga PARTYZANTKA. Od razu wspomnę o tym, że dochód ze sprzedaży książki Autorka przeznacza na budowę pasieki, a książkę można zakupić TUTAJ.


Książka opowiada losy Klanu Nocy, postaci, które potrafią przemieniać się w wilka. Głównym bohaterem i narratorem jest Burzowy Gniew - zwany Burym, który trafił do aresztu, wtrącony do niego przez ludzi. Jest ranny, trawi go gorączka i trawi go historia, którą w sobie nosi. Zaczyna ją opowiadać chłopcu, który jest uwięziony wraz z nim. Do zwierzeń Burego skłaniają - niebieskie oczy chłopca - Svena, które przypominają mu kogoś, o kim mu opowie. Od czasu do czasu będziemy wracać do celi i monitorować stan zdrowia Burzowego Gniewu. Opowie o nam wszystko na temat jego Klanu, jego członków i pewnych ksiąg.

Narracja, którą stosuje Martyna Szkołyk przypomina mi podania. Jakby mi ktoś opowiadał zasłyszaną gdzieś, od kogoś historię, ocierającą się o różne wierzenia, muskającą nasze słowiańskie dziedzictwo. Może przeczytał ją w jakimś zbiorze, może co nieco sam dodał.
Wszystko w tej książce jest przesiąknięte magią. Od samego lasu i Wieczna - jeziora, po postaci, które choć przemieniają się w zwierzęta, są bardziej ludzkie niż nie jeden człowiek. Mają jednak podobne do nas wady -  oceniają się przez pryzmat pochodzenia, boją się tego, czego nie znają, a na krzywdę odpowiadają krzywdą.
Autorka wspomina rusałki, czy licho, jest i szaman, pojawiają się inkwizytorzy. Jest mrocznie. Jest krwawo. Głód i przemoc zbierają swoje żniwo. Co dajesz wraca.

Mimo że sama oś fabuły jest dynamiczna, to spokojna narracja równoważy dzikość charakterów bohaterów. Las żyje, a niektóre jego miejsca budzą strach i to nawet wśród żyjących w nim istot. Jednak najbardziej niebezpieczne mogą okazać się miasta zamieszkane przez ludzi.

Jak możemy się domyślić to nie jest to tylko wymyślona opowieść o nieistniejącym miejscu. Świat przedstawiony w "Czarnej, czarnej toni" jest odbiciem naszego. Nie mówimy bliskim tego, co czujemy. Popełniamy błędy, nie za wszystkie ponosimy pełną odpowiedzialność, ale często poczucie winy wynikające z ich popełnienia, więzi nas bardziej niż stalowe kraty.
Nie umiemy poprosić o pomoc, bo zdaje się, że nią nie zasługujemy. Czasem przykrywa nas woda, a wodę lód - toniemy, i musi przyjść ktoś kto wykuje przerębel. Przebaczyć nie jest łatwo, jak i o to przebaczenie poprosić - a ludzka niechęć do nazywania emocji jest jedną z najbardziej niszczycielskich sił.
To opowieść o potędze przyjaźni, umiejętności przyznania się do błędów i przebaczeniu. Sądzę, że każdy znajdzie w tej opowieści coś innego, ponieważ czytamy filtrując tekst przez pryzmat własnych emocji i doświadczeń.

Czytałam leniwie, niespiesznie i z dużą przyjemnością, choć żałuję, że to zaledwie 196 stron opowieści ze świata magii lasu.




Martyna Szkołyk - "Czarna, czarna toń"
Liczba stron: 200
Kategoria: fantastyka/fantasy
Kup

 


#156 Kult - Łukasz Orbitowski

#156 Kult - Łukasz Orbitowski

"Kult" nie jest powieścią, którą powinno czytać się na raz. To pokaźnych rozmiarów gawęda podzielona na rozdziały, nazwane "Taśmami" i opatrzone datami. Monolog, w którym narrator Zbyszek Hausner, co jakiś czas zwraca się bezpośrednio do autora - Łukasza Orbitowskiego.
Daje to efekt rzeczywistego zapisu wywiadu, jakbyśmy stali gdzieś obok i zza drzewa podsłuchiwali. Choć narrator opowiada o objawieniach oławskich i nawiązuje do Kazimierza Domańskiego, to nie jest to powieść biograficzna, a jedynie fikcja literacka. 

Powieść charakteryzuje stałość. Stałość wypowiedzi, stałość wydarzeń. Linia prosta. Tu nic nie przyspiesza, ani nic nie zwalnia. Czytelnik oczekujący szybko obracającej się karuzeli zdarzeń - może poczuć się znudzony.
Styl wypowiedzi narratora jest trochę bełkotliwy. Jakbyśmy usiedli, z którymś z panów wystających na wsi pod sklepem, przy stoliku i on zacząłby opowiadać nam historię swojego życia. Papierosy, woda toaletowa "Przemysławka" i co jakiś czas przemyka łaszący się kot.

"Kult" choć nawiązuje do nieuznanych przez Kościół katolicki - objawień maryjnych - nie odkrywa przed nami żadnej tajemnicy. Tu nie ma treści, która przedstawiałaby coś czego nikt nie wie, a Łukasz Orbitowski to bardzo dobry pisarz, a nie filozof, który zajrzał Panu Bogu w scenariusz. I raczy nas boskim słowem.

Mogłabym napisać, że pokazuje obraz społeczeństwa lat PRL-u, wszechogarniającej beznadziei, bylejakości życia. Wydaje mi się jednak, że to powieść uniwersalna, bo choć zdajemy się wiedzieć już prawie wszystko, co możliwym do poznania było, to nadal topimy się w tym samym bagnie.
Zbyszek opowiada o swoim bracie - Heńku, któremu objawiła się Matka Boska (zresztą nie tylko ona) i za jego pośrednictwem przemawiała do ludu.
Każdy z nas zna te przepowiednie o narodzie wybranym po to, by mógł przetrwać Armagedon.
Henryk schorowany rencista uzdrawiał ludzi, którzy wpychali mu pieniądze do kieszeni, z którymi nie wiedział co począć i chował je po tapczanach.
Jedni kpili, drudzy być może mu wierzyli, trzeci inwigilowali, kolejni chcieli usunąć - ale wszystkich łączyła jedna cecha - nikt tak naprawdę go nie słuchał, choć przed czymś ostrzegał. Otaczali go jeremiasze i mateusze, ale i faryzeusze.

"Tylko, wie pan, życie to raczej smutna sprawa i nie ma co za bezdurno jeszcze smutków drążyć. Zmartwień się nie szuka, bo same przychodzą."

Zbyszek opowiada o wszystkim i o niczym, o szczegółach, które do samej - nazwijmy to akcją - nic nie wnoszą, ale każdy taki szczegół wiele mówi o człowieku. O każdym człowieku. 

Ponure poczucie humoru i mocno przygnębiająca opowieść, która potrafi realnie zmęczyć. Nawet kiedy mówi o gorącym i słonecznym lecie, to zdaje się, że i tak jest ciemno, a ciężkość powietrza uniemożliwia oddychanie. 

Nie ma tu chronologicznego
ciągu zdarzeń, Zbyszek czasem wtrąca coś kompletnie "od czapy", ale przez to roztacza obraz całego siebie, bo choć twierdzi, że opowiada o bracie - to opowiada o sobie, opowiada o nas wszystkich.
Wybieramy sobie z tego, co słyszymy to, co chcemy słyszeć. Lubimy udawać, że wierzymy w coś, czego nie rozumiemy, a kiedy nadarzy się okazja by samemu coś zyskać, zaraz zmienimy stronę. Pokazuje jak postrzegamy rodzinę i jak pokrętne bywa postrzeganie miłości, jakie zawiązujemy relacje, jak jeden krzyż jest bardziej święty od drugiego, jak musimy w COŚ wierzyć, a nie wierzymy w siebie.
My nie potrzebujemy nikogo do tego, by nam spieprzył ten cud, którego doświadczyliśmy, my to zrobimy sobie sami.




"Kriszna i Budda rankiem im zbiegli
Chrystusa nie zjedli, bo na krzyżu nie sięgli
Reszty proroctwa zjeść rady nie dali

 Co trochę nadgryźli - wymiotowali" 
*Lao Che - Zombi!
 

Wydawnictwo: ŚWIAT KSIĄŻKI
Data wydania: 15. maja 2019
Liczba stron: 480
Kategoria: literatura piękna




Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...