Projekt Hail  Mary — Andy Weir

Projekt Hail Mary — Andy Weir

Projekt Hail  Mary — Andy Weir

    Kilka lat temu obejrzałam film „Marsjanin” w reżyserii Ridleya Scotta z Mattem Damonem w roli głównej i bardzo mi się podobał. Nie miałam jednak potrzeby sprawdzania literackiego pierwowzoru. Tak naprawdę robię to niezwykle rzadko. Życie jest krótkie, a historie do poznania mnożą się... w nieskończoność. Kiedy pojawiły się pierwsze zapowiedzi „Projektu Hail Mary” i wzmianki o ekranizacji, pomyślałam, że zrobię jak poprzednio. Poczekam na film. Ale kolejne recenzje, dość entuzjastyczne, mocno motywowały do przeczytania „Projektu Hail Mary”. Poprosiłam koleżankę, żeby mi pożyczyła swój egzemplarz. Niestety z nim wiąże się pewna historia... Niestety, gdyż to historia zalania. Zalania książki. Takie rzeczy się u mnie nie dzieją, zatem „Projekt...” jest wyjątkowy. 
    Coraz rzadziej piszę o przeczytanych książkach z uwagi na czas. Dlatego staram się wybierać najciekawsze (dla mnie), spośród tych wszystkich, które czytam, a czytam dużo. Nie chcę też pisać źle, bo szkoda mi na to czasu (znowu ten czas!), ale umiałabym się powyzłośliwiać, sarkazm mam we krwi. Jednak nie jest to zdrowe poczucie humoru i trzymam je w ryzach. 
Zatem do brzegu.

Kosmiczny lipiec


    W lipcu, na Instagramie, Diana z @bardziejlubieksiazki organizuje #kosmicznylipiec. To ciekawa akcja, nie tylko książkowa. Można bawiąc się w programie graficznym przedstawić swoje wizje dotyczące kosmosu. Jednak najwięcej wzmianek dotyczy kosmicznych książek. Ja wybrałam dwie, jak czas pozwoli to będą trzy, a może i wpadnie kosmiczny obrazek?, zobaczę. 

Projekt Hail  Mary — Andy Weir


    Akcja „Projektu Hail Mary” toczy się w głównej mierze w kosmosie, na trasie z Ziemi do Tau Ceti. Tau Ceti to gwiazda oddalona od naszego układu słonecznego o 12 lat świetlnych. Dużo starsza od naszego Słońca. Krążą wokół niej planety. Szanse na to, że jest na nich życie są niewielkie, współczynnik podobieństwa jest taki sam, jak w przypadku „naszego” Marsa. Oczywiście w dużym skrócie i uproszczeniu.  Piszę o tym dlatego, że to bardzo interesujące. Przynajmniej dla mnie. 
    Sama konstrukcja opowieści Rylanda Grace'a (głównego bohatera i narratora, to pierwszoosobowa narracja) przypomina mi właśnie „Marsjanina”. Jeden człowiek i zadanie do wykonania. Z kart powieści przebija przeogromna wiedza z fizyki. To jak autor tłumaczy na czym polega dylatacja czasu jest wprost niezwykłe. Każdy zrozumie. Naprawdę. Chociaż pojawiają się terminy, których raczej w codziennych rozmowach nie używamy, to nie trzeba sobie nad nimi łamać głowy. Narracja płynie. Bywa zabawnie, jest lekko i przyjemnie. Podejrzewam, że film wyrwie mnie z kapci, albo srogo rozczaruje :).
    Zapytacie po co czytać science fiction Weira? Odpowiem, że dla funu, dla zdobycia wiedzy, która podana obrazowo raczej prędko z was nie wybędzie, i dla opowieści o... człowieczeństwie.
    To jest tak piękna historia o nietypowej przyjaźni, o rodzącej się powoli odwadze i olbrzymim poświeceniu dla tej przyjaźni. Napisałabym dla drugiego człowieka, ale jak wspomniałam człowiek jest jeden.
    Andy Weir pokazuje jak dogadać się kiedy nadawca i odbiorca nie dysponują tym samym kodem. Jak szacunek i chęć zrozumienia pozwalają na połączenie interesów różnych kultur, choć miejsce akcji umiejscowione jest poza naszą planetą, przekaz jest jasny. To znaczy taką mam nadzieję. 
    Jeżeli kiedykolwiek zastanawialiście się dlaczego nie podróżujemy po bezkresach kosmosu, albo oczywistym jest dla was dlaczego tego nie robimy, to rozwiązanie, które proponuje autor „Projektu Hail Mary” powinno was usatysfakcjonować. Trochę irytuje, no dobra bardzo mnie irytuje, gdy czytelnicy piszą o szczegółach odbierając tym samym przyjemność z czytania i powiedzenia sobie: Weir ty szczwany lisie! Tak to wymyśliłeś! Szacun!
W tym miejscu jeszcze dodam, że jeżeli przeczytacie i się wam spodoba, albo czytaliście i się wam podobała, a z jakiegoś powodu boicie się książek Stephena Hawkinga to śmiało możecie je czytać, albo słuchać. W szkole bałam się fizyki, wbijano mi do głowy jakieś wzory, których nie tłumaczono. Zraziłam się. Czułam się zbyt głupia, by zrozumieć i nie chciałam próbować. Nie będę oczywiście fizykiem, ale sposób w jaki Stephen Hawking opowiadał w swoich książkach o Wszechświecie i nie tylko o nim, jest przystępny i jest dla wszystkich. 
    Najnowsza książka Weira to bardzo dobre SF, które pod naukową nomenklaturą i historią lotu kosmicznego przemyca to, co w człowieku najlepsze. Tak napisaną literaturę rozrywkową mogłabym czytać zawsze. Bawi, uczy i łaskocze ośrodki empatii.
    W jednym z „Opowiadań bizzarnych” Olgi Tokarczuk pada stwierdzenie, że boimy się tego, co nieznane i próbujemy z tym walczyć, np. gdy z pośród takich samych twarzy wyłania się inna, być może w innym kolorze, z większym nosem niż przywykliśmy oglądać, albo z mimiką, której nie potrafimy zdekodować. Zwykle strach rodzi w nas chęć ucieczki, a w skrajnych przypadkach agresji. Andy Weir krok po kroku przedstawia poznanie nastawione na zrozumienie, napisane zdrową ciekawością i ogromnym szacunkiem do innej kultury. 
Sama końcówka może zbyt ckliwa, ale w końcu to literatura amerykańska. 




Wydawnictwo: Akurat
Data wydania: 05.05.2021
Liczba stron: 512
Kategoria: science fiction
Przekład: Radosław Madejski
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...