„Grona gniewu” po 28 latach. John Steinbeck, lęk i świat, który przestał istnieć
Czuję pod palcami płótno. Faktura jest wyraźna, drapie mnie po opuszku. Dzień jest gorący. Są wakacje i mam trzynaście lat. Siedzę na brudnej wykładzinie, dywanowej, przy regale z „S”.
Biblioteka. Stara. Mała. Klaustrofobiczna.
Promienie słońca walczą w oknie ze smugami, żeby osiąść na gęstych pajęczynach.
Czytam „Grona gniewu”. Jak każdą wybraną książkę i tę napoczynam na miejscu.
W środku czuję łaskotanie, ale nie ma ono nic wspólnego z przyjemnością. Wstaję i proszę o wypożyczenie.
Tyle – mniej więcej – pamiętam.
Nie treść.
Nie zachwyt.
Lęk.
Czytanie, które zostaje we mnie
Z tym moim czytaniem jest tak, że ono trwa dłużej we mnie niż rzeczywiście obcuję z tekstem w kontekście: ja kontra litery. Czytam, jakbym próbowała nawlec nić na igłę. A ona nie chce być jedną. Wciąż się rozdziela.
To też trochę jak okulary VR – rozszerzam tekst o to, co już znam. A jak książka pozwala, to rozszerzanie trwa i trwa.
Do „Gron gniewu” wróciłam po wielu latach.
Jako dziecko nie wiedziałam, czego się boję. Nie umiałam tego nazwać. Bo on narastał. Ten lęk.
Początkowy wziął się z jednej sceny.
Sceny, która nadal jest dla mnie żywa. Ponieważ taką przeżyłam jako dziecko. I to dziecko we mnie znowu jej doświadczyło. Tym razem jednak umiałam to przeżyć i się uziemić. Lęki dziecka są nadal lękami dorosłego.
A potem pojawił się rozpad.
Świata.
Ludzi.
Porządku.
Klęska wyziera z oczu tych ludzi. Z oczu tych zgłodniałych wyziera rosnący gniew. W sercu ich wzbierają i dojrzewają grona gniewu - zapowiedź przyszłego winobrania.”
