Na śniadanie tort szpinakowy — Kamila Mitek

Na śniadanie tort szpinakowy — Kamila Mitek

Zdjęcie książki „Na śniadanie tort szpinakowy” — Kamila Mitek

 

29 września 2021 roku na rynek wydawniczy trafiło wznowienie debiutu Kamili Mitek „Na śniadanie tort szpinakowy”, które ukazało się pod patronatem m.in. bloga podlasemczytane.pl.

Na śniadanie tort szpinakowy — Kamila Mitek


Główną bohaterką „tortu” jest Joanna Lisek, kobieta przed czterdziestką, rozwiedziona, wychowująca siedmioletniego syna, Filipa. W pracy Joanna przemyka jak cień, gdzie powoli zostaje zastępowana (jak się jej wydaje) przez koleżankę — Katarzynę. Relacje kobiet są napięte, nie tylko z powodu różnic temperamentów, ale i mocno splątanych ścieżek życia osobistego.
Joanna i jej były mąż choć zdają się ze sobą dogadywać (dla dobra dziecka), to kiedy mają okazję dać upust złośliwości, czynią to oboje, z ochotą.
Bohaterka codziennie jedynie stara się przetrwać do następnego dnia, a łatwo nie jest.
Stare myśli rodzą nowe, konflikty kwitną w najlepsze, auto postanawia się zepsuć, a do tego wszystkiego utwardzacz do kleju nie sprawdza się jako kosmetyk stylizujący włosy. Nic nie zapowiada końca ery chaosu. Impreza, na którą bohaterka musi pójść z osobą towarzyszącą, zbliża się wielkimi krokami.

To trzecia (no dobra, przyznam się żebyście mogli mi zazdrościć :), czwarta) książka Kamili Mitek, którą przeczytałam i śmiałam się najczęściej i najgłośniej...
Kamila ponownie (wg chronologii po raz pierwszy) w lekkiej (pozornie) powieści zamieszcza głęboką treść. Widzimy, że wiemy o ludziach tylko tyle, ile nam sami powiedzą; jak nauczeni ciszy zapominamy nie tylko jak pytać, ale i jak mówić o tym, co dla nas ważne. Niewypowiedziane słowa bolą i dźgają w najmniej spodziewanych momentach. Kontrola, którą sprawujemy nad emocjami, jest pozorna.

Zdjęcie książki „Na śniadanie tort szpinakowy” — Kamila Mitek


Motywem przewodnim dla mnie było wydawanie sądów bez materiału dowodowego, po pozorach, wyglądzie, zachowaniu, które nijak mają się do prawdy. Są jak przypadkowe zdania, z których nie da się zbudować pełnej opowieści.

Kamila Mitek zauważa jak dziedziczymy skłonność do przemilczania i jak wpojone poczucie winy pęta, często na lata.
Uważni czytelnicy/czytelniczki zauważą również odniesienia dla konkretnych twórców, literatury, którzy, jak mniemam, są dla autorki ważni.

„Na śniadanie tort szpinakowy” to otulająca jak miękki kocyk powieść na szare, deszczowe dni, w której rodzicielska czułość, humor i miłość do drugiego człowieka, przeplatając się z codziennymi problemami, przypominają, że żebyśmy docenili słońce, musimy przetrwać pochmurne dni.



Wydawnictwo: Dragon
Data wydania: 29.09.2021 r.
Liczba stron: 320
Kategoria: literatura obyczajowa
Projekt Hail  Mary — Andy Weir

Projekt Hail Mary — Andy Weir

Projekt Hail  Mary — Andy Weir

    Kilka lat temu obejrzałam film „Marsjanin” w reżyserii Ridleya Scotta z Mattem Damonem w roli głównej i bardzo mi się podobał. Nie miałam jednak potrzeby sprawdzania literackiego pierwowzoru. Tak naprawdę robię to niezwykle rzadko. Życie jest krótkie, a historie do poznania mnożą się... w nieskończoność. Kiedy pojawiły się pierwsze zapowiedzi „Projektu Hail Mary” i wzmianki o ekranizacji, pomyślałam, że zrobię jak poprzednio. Poczekam na film. Ale kolejne recenzje, dość entuzjastyczne, mocno motywowały do przeczytania „Projektu Hail Mary”. Poprosiłam koleżankę, żeby mi pożyczyła swój egzemplarz. Niestety z nim wiąże się pewna historia... Niestety, gdyż to historia zalania. Zalania książki. Takie rzeczy się u mnie nie dzieją, zatem „Projekt...” jest wyjątkowy. 
    Coraz rzadziej piszę o przeczytanych książkach z uwagi na czas. Dlatego staram się wybierać najciekawsze (dla mnie), spośród tych wszystkich, które czytam, a czytam dużo. Nie chcę też pisać źle, bo szkoda mi na to czasu (znowu ten czas!), ale umiałabym się powyzłośliwiać, sarkazm mam we krwi. Jednak nie jest to zdrowe poczucie humoru i trzymam je w ryzach. 
Zatem do brzegu.

Kosmiczny lipiec


    W lipcu, na Instagramie, Diana z @bardziejlubieksiazki organizuje #kosmicznylipiec. To ciekawa akcja, nie tylko książkowa. Można bawiąc się w programie graficznym przedstawić swoje wizje dotyczące kosmosu. Jednak najwięcej wzmianek dotyczy kosmicznych książek. Ja wybrałam dwie, jak czas pozwoli to będą trzy, a może i wpadnie kosmiczny obrazek?, zobaczę. 

Projekt Hail  Mary — Andy Weir


    Akcja „Projektu Hail Mary” toczy się w głównej mierze w kosmosie, na trasie z Ziemi do Tau Ceti. Tau Ceti to gwiazda oddalona od naszego układu słonecznego o 12 lat świetlnych. Dużo starsza od naszego Słońca. Krążą wokół niej planety. Szanse na to, że jest na nich życie są niewielkie, współczynnik podobieństwa jest taki sam, jak w przypadku „naszego” Marsa. Oczywiście w dużym skrócie i uproszczeniu.  Piszę o tym dlatego, że to bardzo interesujące. Przynajmniej dla mnie. 
    Sama konstrukcja opowieści Rylanda Grace'a (głównego bohatera i narratora, to pierwszoosobowa narracja) przypomina mi właśnie „Marsjanina”. Jeden człowiek i zadanie do wykonania. Z kart powieści przebija przeogromna wiedza z fizyki. To jak autor tłumaczy na czym polega dylatacja czasu jest wprost niezwykłe. Każdy zrozumie. Naprawdę. Chociaż pojawiają się terminy, których raczej w codziennych rozmowach nie używamy, to nie trzeba sobie nad nimi łamać głowy. Narracja płynie. Bywa zabawnie, jest lekko i przyjemnie. Podejrzewam, że film wyrwie mnie z kapci, albo srogo rozczaruje :).
    Zapytacie po co czytać science fiction Weira? Odpowiem, że dla funu, dla zdobycia wiedzy, która podana obrazowo raczej prędko z was nie wybędzie, i dla opowieści o... człowieczeństwie.
    To jest tak piękna historia o nietypowej przyjaźni, o rodzącej się powoli odwadze i olbrzymim poświeceniu dla tej przyjaźni. Napisałabym dla drugiego człowieka, ale jak wspomniałam człowiek jest jeden.
    Andy Weir pokazuje jak dogadać się kiedy nadawca i odbiorca nie dysponują tym samym kodem. Jak szacunek i chęć zrozumienia pozwalają na połączenie interesów różnych kultur, choć miejsce akcji umiejscowione jest poza naszą planetą, przekaz jest jasny. To znaczy taką mam nadzieję. 
    Jeżeli kiedykolwiek zastanawialiście się dlaczego nie podróżujemy po bezkresach kosmosu, albo oczywistym jest dla was dlaczego tego nie robimy, to rozwiązanie, które proponuje autor „Projektu Hail Mary” powinno was usatysfakcjonować. Trochę irytuje, no dobra bardzo mnie irytuje, gdy czytelnicy piszą o szczegółach odbierając tym samym przyjemność z czytania i powiedzenia sobie: Weir ty szczwany lisie! Tak to wymyśliłeś! Szacun!
W tym miejscu jeszcze dodam, że jeżeli przeczytacie i się wam spodoba, albo czytaliście i się wam podobała, a z jakiegoś powodu boicie się książek Stephena Hawkinga to śmiało możecie je czytać, albo słuchać. W szkole bałam się fizyki, wbijano mi do głowy jakieś wzory, których nie tłumaczono. Zraziłam się. Czułam się zbyt głupia, by zrozumieć i nie chciałam próbować. Nie będę oczywiście fizykiem, ale sposób w jaki Stephen Hawking opowiadał w swoich książkach o Wszechświecie i nie tylko o nim, jest przystępny i jest dla wszystkich. 
    Najnowsza książka Weira to bardzo dobre SF, które pod naukową nomenklaturą i historią lotu kosmicznego przemyca to, co w człowieku najlepsze. Tak napisaną literaturę rozrywkową mogłabym czytać zawsze. Bawi, uczy i łaskocze ośrodki empatii.
    W jednym z „Opowiadań bizzarnych” Olgi Tokarczuk pada stwierdzenie, że boimy się tego, co nieznane i próbujemy z tym walczyć, np. gdy z pośród takich samych twarzy wyłania się inna, być może w innym kolorze, z większym nosem niż przywykliśmy oglądać, albo z mimiką, której nie potrafimy zdekodować. Zwykle strach rodzi w nas chęć ucieczki, a w skrajnych przypadkach agresji. Andy Weir krok po kroku przedstawia poznanie nastawione na zrozumienie, napisane zdrową ciekawością i ogromnym szacunkiem do innej kultury. 
Sama końcówka może zbyt ckliwa, ale w końcu to literatura amerykańska. 




Wydawnictwo: Akurat
Data wydania: 05.05.2021
Liczba stron: 512
Kategoria: science fiction
Przekład: Radosław Madejski
Spokój, tylko spokój nas uratuje — kwadratowy oddech, nerw błędny.

Spokój, tylko spokój nas uratuje — kwadratowy oddech, nerw błędny.

Spokój, tylko spokój nas uratuje — kwadratowy oddech, nerw błędny.
   
    Liść ani drgnie.
Skup na nim wzrok. Bierz powoli oddech, do brzucha. Ten musi wypełnić się powietrzem. Licz w tym czasie do pięciu. Możesz użyć palców do odmierzania równych odstępów czasu. Trzymaj nabrane powietrze, przez kolejne pięć sekund. Wypuszczaj powoli i odmierzaj znowu pięć sekund. Już? Nie bierz oddechu przez kolejne pięć.
Przyjmijmy, że to był obwód. 
Powtórz go pięć razy. 
Gratuluję! Aktywowałaś/eś nerw błędny za pomocą tzw. kwadratowego oddechu

Wdech. 
Zatrzymanie. 
Wydech. 
Zatrzymanie.

Nie przewracaj oczami. 
Tę technikę zwą również samavriti pranayama. Możesz ją znać z jogi. 
Nie od dziś wiadomo, że „jako w niebie, taki na ziemi”, czyli, jak w środku, tak zewnątrz, a i tak często kpiąco podchodzimy nie tylko do jogi, ale i do czegoś tak zwyczajnego jak oddech.
    Wszyscy doświadczamy stresu. Takie czasy. Pośpiech, konieczność posiadania wszystkiego, bycia „naj” w wielu dziedzinach, najlepiej wszystkich i to od dziś.. Plus to, co siedzi w nas od lat. Nienazwane. Niewypowiedziane. To męczy.
Nie mów sobie, że inni mają gorzej, albo, że nie masz powodów do stresu. Chyba że ci to pomaga. Jest nawet taka technika radzenia sobie ze złymi myślami, w której wizualizujesz najgorszy możliwy scenariusz, ale tylko przez chwilę.
    Stres to reakcja organizmu na nieprzyjemne doświadczenie. Stres jest dobry, ale nie ten długotrwały. Podciągamy barki do uszu, napinamy mięśnie, chronimy w ten sposób organy wewnętrzne. Zaciskamy pięści, szczęki. Oddychamy klatką piersiową, szybko, płytko. Pocimy się, oczy nam łzawią. Robi się nam gorąco, a czasem zimno, np. w palce. Ciało przygotowuje się do walki. Brzmi znajomo? Pojawiają się też ataki paniki.
Czujesz, że się udusisz, serce wali jak szalone. Nie umiesz nic powiedzieć, jesteś bezradny/a. Być może płaczesz i nie umiesz tego powstrzymać.
Spokojnie.
Nie umierasz. 
Oddychaj. 
    Nerw błędny to taki kabel, światłowód. Biegnie od mózgu, przez kręgosłup, do organów wewnętrznych. Ma wiele rożnych funkcji, np. odpowiada za zdolność przełykania, mówienia, spowalnia pracę serca, „mówi” mózgowi kiedy jesteśmy najedzeni, odpowiada za odruch wymiotny, bierze udział w tworzeniu pamięci, ma zadanie nas wyciszyć, uspokoić. To tak w duuuużym uproszczeniu.
    Gdy stres jest ciągły, organizm zalewa kortyzol, zwany hormonem stresu, który sam w sobie też jest dobry, np. pomaga nam rano rześko wstać, kiedy wszystko w naszym organizmie jest okej. Znowu upraszczam, ale mniej więcej tak to działa. Kiedy kortyzolu jest za dużo jesteśmy rozdrażnieni, nękają nas stany lękowe. 
U zestresowanych osób często pojawiają się m.in.: problemy trawienne, kłopoty ze snem, szumy uszne, problemy z mową, odczuwaniem ciepła. Jesteśmy wtedy słabi, bolą nas mięśnie. 
Jednak osoby, które mają aktywny nerw błędny lepiej znoszą rekonwalescencję pourazową i... stresowe sytuacje. Czytałam, że dysfunkcje tego kabelka mogą mieć również wpływ na choroby autoimmunologiczne, takie jak np. RZS. 
    Latami tracimy, a często już straciliśmy (ale nie bezpowrotnie, a więc luzik), świadomość ciała. Leczymy objawy, skutki, bóle, powtarzając błędne wzorce ruchowe, zapomnieliśmy jak oddychać. Przecież organizm robi to sam. Nad czym tu myśleć. Robi. Odtwarza to, do czego musiał się zaadaptować.
Przypomnij mu, że to Ty rządzisz, Ty to kontrolujesz
Spróbuj oddechu kwadratowego. 
To nie boli, nic nie kosztuje, niczego do tego nie potrzebujesz, nie zrobisz sobie świadomym oddychaniem krzywdy. 
Nie wierzysz, że coś takiego jak kontrolowany oddech może działać i uspokajać ciało? Też wątpiłam. Przeprowadziłam test stresu kontrolowanego, czyli zimny prysznic. Po umyciu się w ciepłej wodzie, odkręciłam zimną i polałam nogi (zaczynaj od nóg; lepiej znoszą zimno) i oddychałam (wdech, zatrzymanie, wydech, zatrzymanie) licząc w trakcie, do pięciu. Oblałam się cała i byłam spokojna, praktycznie zrelaksowana. A nie lubię zimna.
    
   Kiedy oddech przyspiesza. Boli cię brzuch. Serce wali. I wiesz, że to przez nerwy, bo albo czeka cię coś, czego się boisz, albo już miało to miejsce, to weź głęboki oddech, do brzucha. Trzymaj. Wypuść powoli. Trzymaj. Powtarzaj. Możesz skorzystać z zegarka, palców, chodnika po którym idziesz, czegokolwiek co pomoże w miarę równo odliczać czas i aktywuj nerw błędny. Przecież nie umierasz. Nikt, ani nic cię nie atakuje. Powiedz to ciału. Podziękuje ci. 
Nie budź śpiących psów — Grozdana Olujić

Nie budź śpiących psów — Grozdana Olujić

Nie budź śpiących psów — Grozdana Olujić

    Często zaglądam do internetowych antykwariatów, szukam konkretnych książek, a kiedy już je znajdę, to zdarza się, że zamawiam jedną lub dwie spoza listy. I tak było w przypadku „Nie budź śpiących psów”. Skusił mnie tytuł.

    Grozdana Olujić to serbska pisarka i tłumaczka, choć mój egzemplarz krzyczy, że jugłosławiańska, to wydanie z 1968 roku. Pisarka zmarła w 2019 roku. Studiowała literaturę angielską na Uniwersytecie Belgradzkim. Kilka z jej powieści zostało zekranizowanych, a ich przekłady ukazały się w Anglii, Francji, Niemczech, USA, Danii, Norwegii, Holandii i ówczesnej Czechosłowacji.
W języku polskim wydano dwie; „Bajki wiatru południowego” i oczywiście „Nie budź śpiących psów”. 

Nie budź śpiących psów — Grozdana Olujić

    Powieść Olujić nie jest moim pierwszym spotkaniem z serbskim pisarstwem, jakiś czas temu czytałam „I Sabo się zatrzymał” Oty Horvata i jest coś, co łączy te dwie publikacje. Wrażliwość.
Wrażliwość na emocje, na to, co dzieje się we wnętrzu człowieka i wrażliwość językowa.

    Mam zwyczaj zaglądania do książki od razu po zakupie i czytania pierwszego akapitu, czasem całej strony. Po przeczytaniu pierwszych zdań z „Nie budź śpiących psów” położyłam tę książkę na widoku, bo wiedziałam, że to jest coś, co chcę przeczytać w miarę szybko. 
Powieść zaczyna się tak:

„ — Zabiłeś?
— Zabiłem.
    Zabiłem! Siedem głosek, tylko siedem głosek, a oznaczają koniec wszystkiego.
    Źrenice obrońcy godzą we mnie jak sztylety, a przy zbliżeniu jego twarz staje się gąbczasta jak w filmie. To już nie twarz — to zespół komórek. To symbol zbawcy. A w istocie — cóż go to, do diabła, obchodzi!
    — Chcę cię uratować, zrozum! — Opierając się niemal o moją poduszkę powtarza, że bajeczka o podwójnym samobójstwie jest nieprzekonywająca. A on chce mnie przecież uratować. Nic więcej. Uratować — mnie?”

    Raszo Vukota jest dwudziestopięcioletnim bezrobotnym, który zamordował swoją dziewiętnastoletnią kochankę Svetislavę Jablan. Miał ją zastrzelić, ciało ukryć w szafie, a potem próbować popełnić samobójstwo.
To właśnie jego chce ratować rozmówca z początku powieści. Bohater jest przekonany, że zbrodni dokonał, ale... jest jeden problem. Nie pamięta tego.
Fabuła płynie przez wspomnienia mężczyzny, który rekonstruuje w ten sposób przebieg zdarzeń.

Nie budź śpiących psów — Grozdana Olujić
    „Nie budź śpiących psów” to powieść głęboko psychologiczna. Retrospekcje, to tak naprawdę introspekcje. Raszo, główny bohater i narrator (tak, powieść jest napisana z perspektywy mężczyzny) patrzy na wydarzenia takimi, jakim je pamięta. Próbuje analizować. Czasem łapie się na tym, że to, co widział, nie mogło takim być, gdyż np. pora roku wykluczałaby jego odczucia.

Jednocześnie nie jest w stanie zauważyć, że i zdarzenia mogły mieć inny przebieg. Relacje międzyludzkie są złożone. Pamiętamy co ktoś powiedział, zrobił, ale rzadko wiemy dlaczego, a i czasem nie jesteśmy świadomi co siedzi w nas samych. Autorka doskonale o tym wie i ukazuje wielobarwne postaci, którym, mimo zwinności językowej w przedstawianiu stanów emocjonalnych, pozostawia luki. Nikt nie wie wszystkiego. 

    Vukota to pokręcony człowiek, który jest pewien tylko tego, że nie może zawieść matki i musi wiele osiągnąć. Nie bardzo wie jak. Ima się różnych profesji, chce być wykształcony, chce mieć dobrze płatną i szanowaną przez społeczeństwo pracę. Chce, a chcieć to móc. Jednak wyobrażenie to nie rzeczywistość. Bohater popada w relacje, które miast się rozejść w zapomnieniu, stają się jego cieniem. I tak np. wikła się w związek, który kończy małżeństwem, a gdy poznaje kobietę, w której, jak sądzi, szczerze się zakochuje, nie może po prostu od żony odejść. Trwa pomiędzy jedną, a drugą kobietą, żadnej nie znając i nie próbując poznać. Żona powtarza „będzie, będzie”, a kochanka mówi o spostrzeganiu zdarzeń i ludzi takimi, jakimi są. Czekać, a jak tak, to na co? Czy może akceptować to jak jest? Ciekawym symbolem jest tu biblioteka, przez którą, Vukota przechodzi, niejako z jednego stanu w drugi. W końcu cień jest tak duży, że przysłania światło.

Nie budź śpiących psów — Grozdana Olujić
    Kochanka głównego bohatera, Svetislava, w skrócie Tisa, to młodziutka dziewczyna z mroczną przeszłością i pokaźną liczbą byłych partnerów. Ona i Raszo pasują do siebie, uzupełniają się i darzą głębokim uczuciem.
A może to ich wyobrażenie?
Czy egoista jest w stanie zauważyć coś poza sobą?
Czy niezadawanie pytań jest równoznaczne z akceptacją drugiego człowieka i zrozumieniem?

    Wszystkie postaci w „Nie budź śpiących psów” często wydają się skoncentrowane na sobie. Budzą emocje. Całe ich spektrum. Zaznaczam wydają się, gdyż powieść Olujić wymaga uważnego czytania i analizowania wraz z Vukotą. Dostrzegania niuansów, które po części wybrzmią, choćby przed sądem.

    Grozdana Olujić była wrażliwą obserwatorką ludzi. Wszystko ma przyczynę, nierzadko tkwiącą w podświadomości. Dostrzegała, że widzimy innych, ale prawie nigdy nie wiemy czegoś ponad to, co pozwolą nam zobaczyć. Znamy rytm dobowy sąsiada, rozpoznajemy stany emocjonalne wnioskując z natężenia i barwy głosu, ale to nie jest pełen obraz człowieka. 

„W powietrzu było dużo wilgoci i asfalt był czarny i lśniący jak grzbiet wynurzającego się z morza wieloryba. Odbijały się w nim pomarańczowe prostokąty okien. Twarze ludzkie rozpływały się jakby w wilgoci, a wokół latarni i lamp drgał żółtawy krążek mgły”.

    Ulice Belgradu u Olujić są smoliste, powietrze jest lepkie od ludzkiego potu, który od czasu do czasu zmywa mgła przesycona zapachem prania. Ponad jazgotem miasta niesie się śpiew ptaków, tropionych przez myśliwych. Świat się zmienia, ale nie ustajemy w wojnach z nim. 

    W „Nie budź śpiących psów” pojawia się wątek eksperymentów na zwierzętach. Wolność w zadawaniu bólu w imię nauki. Jest obrazowy, bolesny, służy przedstawieniu głębi relacji i ich konsekwencji. Nie odbierałabym go dosłownie. Podobnie jak w przypadku Poparzonego dziecka” Stiga Dagermana. Są w tej powieści traumy wzrastające w obojętności, w milczeniu. Nienazwane krzywdy bolą dużo bardziej, a utracone poczucie bezpieczeństwa nie wraca samo. Nie tylko wątek znęcania się nad zwierzętami jest podobny do wspominanego „Poparzonego dziecka”, ale i relacji dziecko-rodzic. Najbardziej wybija się relacja syn-ojciec, córka-ojciec i to, w jaki sposób, w zależność od płci dziecka, wpływa ona na dorosłe życie.

Wtedy krzyknąłem zdławionym głosem, żeby nie wspominał przy mnie o psach. Kiedyś powiedział (a może to powiedziała Tisa), że każdy człowiek hoduje w sobie psy miłości i psy nienawiści, psy tworzenia i psy niszczenia. — Nie budzić śpiących psów! — przestrzegał mnie wtedy”.

    Wszystkie uczucia są ważne, wszystkie emocje są potrzebne, bez nich nie ma równowagi, homeostazy, a to jej brak powoduje wszelkie zawirowania.

    Autorka znakomicie żongluje zeznaniami, ukazuje jak wydajemy sądy bez prób zgłębienia tematu, żądając zadośćuczynienia krzywd, często wyobrażonych. Jak rozciągamy pojęcie moralności nie dostrzegając tego, kim się staliśmy.

    Mogłabym tak długo pisać i pisać... Jednak czy Raszo jest winny, wedle majestatu prawa, oraz co i dlaczego się wydarzyło, dowiecie się z treści, bardzo dobrej, choć nie nowej, powieści Grozdany Olujić.


Nie budź śpiących psów — Grozdana Olujić

Wydawnictwo: Państwowy Instytut Wydawniczy
Data wydania: 1968
Liczba stron: 205
Kategoria: literatura piękna
Przekład: Maria Krukowska
Olejek z drzewa herbacianego

Olejek z drzewa herbacianego

Olejek z drzewa herbacianego


Olejek  z drzewa herbacianego


    Wróciłam do swojego starego hobby, jakim było sporządzanie roztworów, hydrolatów, maceratów i mazideł wszelakich. Lubię zbierać rośliny i wykorzystywać je na wiele sposobów. Suszę, gotuję, wyciskam. Jem, piję, wcieram. Lubię również olejki, najbardziej te eteryczne. 

    Olejek z drzewa herbacianego (Tea Tree Oil) to kombajn wśród olejków eterycznych, jednak zanim spróbujcie z niego korzystać, proponuję wykonać próbę uczuleniową, ponieważ może podrażniać skórę (kroplę nałożyć np. na nadgarstek). 

    Drzewo herbaciane (Melaleuca alternifolia) naturalnie rośnie sobie pod niebem Australii, a olejek uzyskuje się przez przeprowadzenie destylacji liści. To silny antyseptyk. Wykazuje działanie przeciwbakteryjne, przeciwwirusowe i przeciwgrzybiczne. Mogłabym wypisać wszystkie nazwane związki chemiczne (wszystko jest chemią), jakie występują w składzie, ale co one nam powiedzą? Nam, zwykłym zjadaczom chleba? Pewnie nic.
    Napiszę zatem (krótko) jak można go wykorzystywać, pomijając wiele z możliwości, gdyż jest ich ogrom.


Aromatyczne kąpiele


    Dodaję około 10 kropli olejku do kąpieli. Pachnie intensywnie, przywodząc mi na myśl leśne zapachy, ale wzbogacone cytrusami, wyczuwam ich lekką woń.
To zapach, który się rozwija. Skupienie się na nim umożliwia spokojny oddech. Łagodzi nerwobóle i bóle mięśniowe. Pomaga w walce z dolegliwościami związanymi z łojotokowym zapaleniem skóry, w walce z łupieżem. 
Podobno ratuje pękające pięty.

Kosmetyki


    Olejek można dodawać do gotowych kosmetyków, oczywiście uważając z ilością, gdyż można przesadzić, fundując sobie podrażnienie. Można go dodawać do maseczek, np. z glinek, jak i stosować punktowo. Nie miałam okazji przetestować go w tej materii, ponieważ zmiany skórne mnie opuściły. Podejrzewam, że może mieć na to wpływ sposób odżywania, coraz skuteczniejsze próby odnajdywania równowagi psychicznej i zmniejszenie liczby, jak i częstotliwości używanych kosmetyków kolorowych; używam ich bardzo rzadko.
Dodaję kilka kropli tego olejku do hydrolatu (wykonanego samodzielnie), którym spryskuję twarz i czasem skórę głowy oraz włosy.
Olejek z drzewa herbacianego
Podobno radzi sobie również z nadmiernym poceniem.

Dezynfekcja


    Czyli coś na czasie. Olejek z drzewa herbacianego nadaje się do dezynfekcji nie tylko rąk. Można go dodawać do środków czyszczących, albo zwyczajnie, do wody.
Używam go do czyszczenia szczotki do zębów; daję kilka kropli na szklankę wody i zanurzam w niej szczotkę na kilka godzin. Czasem na całą noc, bo zwyczajnie o niej zapominam :)
Sprawdzi się również do dezynfekcji szczotek do ciała, włosów, grzebieni, pędzli i czego tam jeszcze do pielęgnacji ciała używamy.

Aromaterapia


    Mieszaninę olejków eterycznych, których używam do relaksacji układu nerwowego (po prostu używam kominka do olejków) wzbogacam o kilka kropli olejku z drzewa herbacianego. Zapach pięknie łączy się choćby z lawendą, cytryną, sosną, świerkiem, itd. Przy okazji odstrasza nieproszonych, w okresie letnim, gości... czyli komary.

Środek na ukąszenia

    Jak już wspominam o komarach i innych kąsających, to muszę napisać, że nadaje się zarówno do mieszanek odstraszających owady, jak i jako środek zmniejszający dyskomfort po ukąszeniu, a nawet opuchliznę. Sprawdziłam. Kiedy coś mnie ugryzie, puchnę, po posmarowaniu tego miejsca na noc, rano wstaję bez obrzęku i swędzenia. Daję kroplę na palec i wsmarowuję. Nie mam alergii na olejek.

Przeziębienia

    Olejek z drzewa herbacianego stosuje się w płukankach do gardła, ale! oczywiście w rozcieńczeniu i trzeba pamiętać, że nie wolno go połykać. Niektóre źródła podają, że walczy z kamieniem nazębnym i nieświeżym oddechem.
Sądzę, że sam jego zapach może działać na drogi oddechowe.


    Zastosowań można szukać na bieżąco przeglądając Internet, próbując połączeń, ale zawsze trzeba uważać z ilością, bo w nadmiarze wszystko szkodzi (nawet pieniądze :)) i cieszyć się z multifunkcyjnego środka za grosze. Można go mieć już za całe 5 zł. 

*tam gdzie użyłam stwierdzenia „podobno” nie jestem w stanie sprawdzić jego skuteczności, gdyż nie zmagam się z takimi dolegliwościami.


Olejek z drzewa herbacianego

Moje greckie lato — Kamila Mitek

Moje greckie lato — Kamila Mitek

Moje greckie lato — Kamila Mitek

Kaliméra drodzy czytelnicy!

Słowem wstępu

    Z Instagramem łączy mnie trudny związek. Stałam się jego ofiarą, ponieważ dopadło mnie uzależnienie. Telefon przyrósł mi do ręki. Codziennie pojawiały się kolejne błędy aplikacji, przez które chęć bycia na bieżąco przerodziła się we frustrację. Ograniczyłam bytowanie w sieci, co jak sądzę, wychodzi mi na dobre. Ale! Nie zrezygnowałam całkowicie z tej formy komunikacji. Poznałam i poznaję za sprawą mediów społecznościowych wielu ludzi. To jest ogromna korzyść — relacje międzyludzkie, które są pod powierzchnią nieustannej transmisji z odgrywania siebie w Internecie. One są najważniejsze.
    Również w ten sposób poznałam Kamilę Mitek, autorkę „Mojego greckiego lata”, które ukazało się pod patronatem m. in. mojego bloga. Kamila to niezwykła osoba. Mądra, ciepła, sympatyczna, służąca pomocą (dziękuję za wszystko!) i, jak dla mnie, ogromnie zorganizowana. Gdy dopada mnie zniechęcenie do tego co robię lub staram się robić, myślę o niej. Każdy kolejny krok, choć najmniejszy, przybliża mnie (nas) do celu

    „Moje greckie lato” jako pierwsze trafiło na rynek ogólnopolski, ale jestem pewna, że poprzednie książki Kamili Mitek też na niego trafią. To powieści obyczajowe, lekkie w formie, podlane humorem, dotykające codziennych problemów, ukazujące ich przyczyny. Kamila Mitek jest absolwentką psychologii i lingwistyki stosowanej. Obie profesje są obecne w jej pisarstwie. 

Moje greckie lato — Kamila Mitek


Moje greckie lato — Kamila Mitek
    Główną bohaterką „Mojego greckiego lata” jest Agata, która utknęła w poczuciu obowiązku wobec prowadzącego pasożytniczy tryb życia męża. Ucieka w pracę, przekierowuje myśli na problemy klientów, którym gotuje i chcąc nie chcąc przygląda się, a nawet radzi. Otrzymuje propozycję dwumiesięcznego wyjazdu na grecką wyspę, Kefalonię, do rezydencji swoich klientów, gdzie ma zająć się kuchnią. W myśl zasady, że czasem przerwa jest potrzebna, w wieloletnim związku również, zgadza się i trafia do... raju. Ale nawet w nim prześladuje ją dziwny sen. Na wyspie adaptuje się od razu, pomagają jej w tym gruzińskie korzenie, bywa brana za Greczynkę. 


    „Moje greckie lato” ma kolory nieba, mieni się w greckim słońcu i odsłania to, co kryje się w cieniu. Morska bryza pozwala na leniwy spacer po rozgrzanym piasku, a serwowane dania (tu muszę zgłosić zażalenie!, do książki powinna być dołączana deska serów, albo osiem!) powodują narastający głód.
    Stworzone przez pisarkę postacie są żywe, mają różne oblicza. Powoli ukazują to, co pod bogactwem i (pozorną) pewnością siebie. Chęć wzbudzenia zainteresowania, błędy i ich konsekwencje, obojętność i skoncentrowanie na sobie sukcesywnie niszczą ich relacje. Kiedy fasada, pod wpływem działań głównej bohaterki, kruszeje dostrzegamy, że to zwyczajni ludzie. Choć bohaterów jest wielu, są tak ze sobą powiązani i tak przedstawieni, że po lekturze wydaje się, że zyskaliśmy nowych znajomych.
    Agata dobrze radzi innym, ale sama walczy z poczuciem obowiązku i winy, stawiając po drugiej stronie szczęście, którego definicję, jak się jej wydaje zna. Tylko jakoś nie umie jej wprowadzić w życie.


   W „Moim greckim lecie” znajdziemy wiele językowych smaczków (!), jak również odniesień do historii i greckiej kultury. Autorka zabiera nas w piękne miejsca, które obrazowo przedstawia i przemyca fakty, tworząc tym samym złudzenie prawdziwości. Powieść pachnie, smakuje, a nawet gra grecką muzyką. 
    Najnowsza powieść Kamili Mitek zaserwowała mi kilkugodzinne wakacje, oderwanie się od polskiego nie-lata i pełną smaków opowieść o tym, że światła w życiu trzeba poszukać.
„Czasem trzeba o sobie zapomnieć, a czasem to właśnie o sobie pamiętać”.


    Na zakończenie pozostaje mi życzyć dobrej lektury i... Kali oreksi!


Dziękuję Kamili Mitek i wydawnictwu Dragon za możliwość objęcia powieści patronatem medialnym. 

„Moje greckie lato” trafiło do sprzedaży dzisiaj, tj. 2 czerwca 2021 roku.



Wydawnictwo: Wydawnictwo Dragon
Data wydania: 2 czerwca 2021
Liczba stron: 320

Kategoria: literatura obyczajowa, romans

Między mną a czereśnią — Paola Peretti

Między mną a czereśnią — Paola Peretti

    
Między mną a czereśnią — Paola Peretti

    Odkąd skończyłam trzy i pół roku, czyli upłynęło już wiele, wiele lat, noszę okulary. Niewiele pomagają, jeżeli chodzi o ostrość, ale dzięki nim moje widzenie się nie pogarsza. Mam wadę wzroku w lewym oku, niedowidzę.
Gdy byłam dzieckiem zasłaniano prawe, żeby lewe patrzyło tam, gdzie trzeba. Nie chciało. Kształty, które widziałam nie przypominały niczego. Nie mogłam wyjść na zewnątrz, nie umiałam ocenić odległości i potykałam się, wywracałam. Obraz, który widziałam i widzę tym okiem jest podobny do tego zza szyby zlanej deszczem, konkretną ulewą. Ale mam szczęście. Prawe oko widzi doskonale, nadal, pomimo wieku i zmęczenia. Zdarza się, że dostrzegam dziwne rzeczy; niby-widma, niby-rzeczywistość. To znak, że prawe oko musi odpocząć. Mój mózg nauczył się uzupełniać obraz, w taki sposób, że obrazy 3D widzę prawidłowo, mimo jednooczności.
    Okulary, które nosiłam jako dziecko nie były ładne, oprawki były brzydkie, ordynarne i przysłaniały pół twarzy. Jedne pamiętam doskonale; były przezroczysto-czarne, a po bokach miały namalowane wielkie, czerwone serca. Miałam wtedy sześć lat i moim najlepszym przyjacielem był kot, czarny jak smoła, z kilkoma białym kłaczkami pod łebkiem.
Kiedy wracałam z „zerówki” czekał na mnie w bramie osiedla i prowadził do domu. Przed wejściem do środka musiałam na chwilę z nim przysiąść na ławce, łasił się intensywnie, aż zdzierał kolor z oprawek okularów, mruczał przy tym jak traktor. Fajny był z niego kompan. Często go wspominam. Miał na imię Filemon i sypiał m.in. w wózku dla lalek.

Miedzy mną a czereśnią — Paola Peretti


    Mafalda ma niecałe dziesięć lat i choruje na zespół Stargardta (tak jak Paola Peretti), traci wzrok. Mgła przysłania jej widzenie centralne. Jest wrażliwą dziewczynką, uważną i wie, że „pogrąży się w ciemności”. „Ciemność w oczach jest szybsza niż to, jak rosnę”.
Robi listę rzeczy, na których jej bardzo zależy, ale nie będzie ich mogła już robić przez tę rosnącą ciemność. Dziewczynka ma kota (Ottima Turacareta), którego znalazła na czereśni, w której mieszka jej babcia i gigant. Kot, jak to przyjaciel, przychodzi po nią do szkoły. Kiedy przesuwa dłonią po miękkej sierść, robi się jej lżej. Jej ulubioną książką jest „Baron Drzewołaz” Itala Calvina, często zwraca się do głównego bohatera, on ją rozumie. Rodzice próbują pomóc Mafaldzie w przystosowaniu się do życia w ciemności, czasem trochę zapominając o córce. Wszystko dla niej, ale trochę bez niej. Peretti ukazuje jak cichy smutek dorosłych wpływa na dziecko indukując poczucie winy. Widzimy jak w Mafladzie kiełkuje strach i wstyd.
Między mną a czereśnią — Paola Peretii

    Żałuję trochę niewykorzystanego potencjału relacji Mafaldy z babcią, która zapowiadała emocjonalną bombę, rysując coś przypominającego związek babci i wnuka w „Strasznie głośno, niesamowicie blisko” Johnathana Safrana Foera, ale niestety się rozmyła. 
    Jest jednak inna bohaterka, która pomaga Mafaldzie, mądra wojowniczka, choć i tu przydałoby się więcej emocji. 
    Są momenty, które oddziałują na ośrodki empatii, jednak wydaje mi się, można było bardziej, mocniej zaznaczyć, emocje byłyby wtedy świdrujące, a rozchodzą się w zaledwie letnich, podsumowujących zdaniach, w które czasem było trudno mi uwierzyć, skoro bohaterka nie jest dorosła.
    Podoba mi się w jaki sposób Paola Peretti ukazuje jak Mafalda odbiera zachowania innych. Nauczona, że niektórych rzeczy się nie mówi, aby nikogo nie urazić, gdy napotyka pytania zadane wprost, broni się. Strach, niepewność, niezrozumienie odsuwa nas od siebie, zakładamy najgorsze. Tymczasem intencje rozmówcy często nie są złe.
    Pojawiają się odczucia zmysłowe, Mafalda próbuje poruszać się w ciemności, uczy się tego poprzez słuch, dotyk i zapach, i to są wspaniałe fragmenty; czucie muzyki, zapach emocji. 

Między mną a czereśnią — Paola Peretti

    Wiele w niej innych książek, wspomnianego wcześniej „Barona Drzewołaza”, znanego wszystkim „Małego księcia”, ale i co sprawiło mi najwięcej... radości? Niech to będzie radość, pojawia się wspomnienie książki Edmunda de Amicisa — „Serce”, którą czytałam w wieku Mafaldy, i nad którą wylałam morze łez, a o niej zapomniałam. Mam nadzieję, że bardzo nie zdrewniałam od tego czasu. 
    Podsumowując, to dobra książka, mądra, ucząca współodczuwania, patrzenia na drugiego człowieka nie pod kątem dziwności, a zrozumienia, oswajająca m.in. uczucie strachu. Ukazująca wyrażanie emocji jako coś, czego wstydzić się nie powinniśmy, bo to nie słabość, a coś co czyni nas ludźmi.
    Za książkę dziękuję nieocenionej Dorocie
Polecam tekst Ani z zaczytasy.blogspot.com — Paola Peretti, Między mną a czereśnią.

Między mną a czereśnią — Paola Peretti

„Między mną a czereśnią”
Paola Peretti
Wydawnictwo: Świat Książki
Tłumaczenie: Paweł Bravo
Liczba stron: 222
Data wydania: 15 kwietnia 2020 r.

Słowo to siła — dokument o Margaret Atwood

Słowo to siła — dokument o Margaret Atwood


    Jakiś czas temu obejrzałam "Słowo to siła", tak się zwie dokument o Margaret Atwood, na HBO GO i w sumie... to dawno nic tak inspirującego, ciepłego, zabawnego i mądrego nie oglądałam. Przeważnie z takich produkcji sączy się choć kilka kropli smutku, żalu, świadomości, że rzeczywistość jest pogrążona w mroku. Tu, choć twórczość Margaret Atwood nie jest pokrzepiająca, bo nie taka ma być, to jest wiele światła, nadziei, zwykłej radości z życia i możliwości tworzenia. Wypowiada się sama Atwood i bliscy jej ludzie, krewni, przyjaciele, współpracownicy. Nie widać w tym obrazie ani grama nadęcia, poczucia wyższości, jest za to świadoma tego, co potrafi mądra i sympatyczna kobieta. Opowiada o historii, o codzienności, która zamykała jej drzwi, jako kobieta nie mogła korzystać z biblioteki przeznaczonej dla poetów, a była i jest przecież poetką, ale robi to z uśmiechem na twarzy i lekko, bo jak twierdzi jest już: „stara i jej wolno".
    Margaret "Peggy" Atwood dorasta na ekranie, staje się nie tylko dobrą pisarką (co było jej marzeniem), ale również pisarką znaną i nagradzaną. Jest wokół niej aura natchnienia i wcale nie chodzi o pisarstwo, taka ogólna, że masz ochotę podczas oglądania i po nim, coś ze sobą zrobić. Zaglądamy za kulisy produkcji "Opowieści podręcznej", gdzie możemy zobaczyć próby policzkowania Elizabeth Moss i posłuchać jak otwarta na propozycje zmian w tej historii jest Atwood oraz jak traktuje inne twórczynie i twórców. Wiecie dlaczego zza drzwi jej gabinetu słychać śmiech?
Nie? To Wam nie napiszę 😅

Nie trzeba znać jej twórczości, ani nawet lubić, żeby z przyjemnością ten obraz obejrzeć.
Codzienne historie...

Codzienne historie...

 

      Kogo nie wystraszyłam wczoraj, wystraszę dziś. Blog jest bezosobowy. Są na nim teksty i zdjęcia książek, ja gdzieś pomiędzy. To dziś wyglądam i z obrazka.     Każda powieść powinna zaczynać się od zapowiedzi zmiany, zmiany w życiu bohatera. W ten sposób autor składa obietnicę czytelnikowi, że to, co mu opowie, będzie na tyle interesujące i wartościowe, że ten poświęci mu swój czas.
I pieniądze. Książki nie są tanie.
Zatem trzeba walnąć z grubej rury! Oczywiście to walnięcie musi być adekwatne do opowieści, aby powstały pożar nie spalił historii... bo tylko „rękopisy nie płoną”.
   Zmiany są potrzebne. Ja też ich potrzebuję i jednocześnie się ich boję. Strach jest tym większy, im zmiana roślejsza. Dlatego wybieram drobnostki, coby nie spłonąć, przynajmniej od razu. Staram się również pamiętać, że wszystko jest opowieścią.
Cztery lata hodowałam włosy. Nacierałam, wcierałam, olejowałam, aloesowałam.
Rosły.
Jak wściekłe.
Bywało, że nocami wędrowały po pościeli, ściągając ze mnie kołdrę i oplątując szyję. Budziłam się z kaszlem, kiedy wchodziły mi do ust, albo łapałam powietrze jak ryba wyjęta z wody, kiedy mnie dusiły.
To zdecydowanie była trudna miłość.
    W końcu zrozumiały, że tak łatwo się nie poddam i zaczęły się plątać. Okropnie. Czesanie bolało, a wcierki, nacierki, dwufazki... nic nie dawały.
Co rano wyglądałam jakbym przyjęła wyładowania atmosferyczne, z co najmniej kilku powiatów.
    Podjęłam decyzję: „jeśli coś kochasz, puść to wolno”, ale nie mogłam jej zrealizować z uwagi na ciągłe lockdowny. Wiadomym jest, że wirus też lubi zmiany, więc przyczaił się u fryzjerów, gdzie mógł stale zmieniać image. Farbowany lis.
Nadszedł mój czas. Salony się otwarły, ale włosy zmieniły podejście. Szeptały: „że się zmienią”, „że one tak tylko żartowały”, „że one tak z miłości, a miłość boli”, „że łobuz kocha najbardziej”.
Zaczęły się układać i miękko opadać, kaskadami. Na wietrze muskały mi twarz, przyjemnie łaskotały i błyszczały. Nie uległam.     M. umówił mnie do fryzjera, ja milczałam. Przemknęłam przez Czerwone Miasto cichcem, obserwując odnawiane elewacje, że taki niby-spacer.
Nic nie podejrzewały.
Obcięłam, jakieś 30 cm, ale nie umiałam się z nimi rozstać. Trudna miłość, ale i trwała. Przyniosłam je zaplecione w warkocz i schowałam w szufladzie. Oficjalnie służą jako gadżet do zdjęć, do fotomontaży, a nieoficjalnie... bałam i boję się je wyrzucić. Gdyż... nadal słyszę szepty, np.: „To co jest martwe nie może umrzeć, lecz odradza się twardsze i silniejsze.”.
     Jak to „twardsze i silniejsze”? A tak to. Srebrne zaczęły rosnąć na potęgę i sterczeć jak anteny nasłuchujące sygnałów z kosmosu.
„Farbuj! Boś zaniedbana!”. Przyznaję, tym razem prawie uległam.
Spojrzałam w lustro. Siwe zaczęły tworzyć pasma.
„A gdyby je tak ujarzmić i zostawić? Może stworzyłyby grzywkę à la Susan Sontag? Chytrze!”.
Spójrzmy prawdzie w oczy... Choćbym czytała i dwie książki dziennie to nie będę jak ona.
    Na HBO GO jest dokument z 2014 roku „W sprawie Susan Sontag”, nie jest tak inspirujący jak inny, o którym wspomnę za jakiś czas, ale i tak dobrze się go ogląda. Przypomina trochę formułę „Myśl to forma odczuwania”, jednak jest bliższy odbiorcy, bo ruchomy i wypowiadają się bliscy Sontag. 



    Czy polecam „Zestaw do śmierci”, za którym się chowam?
Czytanie zawsze jest lepszą opcją niż nieczytanie, ale nie jest to porywająca powieść. Jest interesująca w formie, oniryczna, pełna wskazówek co do zrozumienia tego, co się dzieje z głównym bohaterem. Wymaga uwagi i analitycznego podejścia, jeżeli chce się jak najwięcej zrozumieć, bo można przeczytać i zapomnieć, jak wszystko inne. Można tę powieść znaleźć w antykwariatach, na allegro, ja wybrałam bibliotekę.


*cytaty
„rękopisy nie płoną” — Michaił Bułhakow „jeśli coś kochasz, puść to wolno” — Antoine de Saint-Exupéry
„To co jest martwe nie może umrzeć, lecz odradza się twardsze i silniejsze.” — George R. R. Martin

 
Sto tysięcy jednakowych...

Sto tysięcy jednakowych...

   
    Kilka, prawie kilkanaście, dni temu rozpoczął się maj. Miesiąc, w którym kończy się ważność domeny podlasemczytane.pl i przychodzi faktura pro forma. A wraz z nią chęć (nie)zapłacenia. Oczywiście, że w tym roku jest podobnie, w tej kwestii jestem niereformowalna.
Kiedy zakładałam profil na Instagramie i blog, to nie miałam jakichś oczekiwań, czy tam celów do zrealizowania. To była potrzeba chwili, „bo może ktoś mi przyśle książkę” i coś o niej napiszę, a pisać lubiłam i nadal lubię.
Zrezygnowałam z przywileju otrzymywania książek, nawet poprosiłam kilka wydawnictw, ażeby usunęły mnie z listy mailingowej. Dzielenie recenzentów/recenzentek, że tak nas nazwę, na lepszych, czyli tych, którym wyślemy jakiś niepotrzebny gadżet, albo zaproponujemy książkę „z wyższej półki” i resztę zaczęło mnie męczyć już dawno, aż w końcu się wypisałam. Nikt mnie przecież nie zmusza. Może nie mam w sobie tej „pasji”, o której się tak często wspomina, kiedy przychodzi zwątpienie w sens działań w mediach społecznościowych.
*Komuś coś kiedyś obiecałam, patronat medialny, słowa oczywiście dotrzymam, choć twierdzę, że żadna ze mnie blogerka, więc jaka ze mnie może być patronka medialna...
    Zastanawiam się czy dobrze zrobiłam, z tym wypisaniem się, skoro niektórym marzy się utrzymywanie ceny okładkowej książki przez rok od wydania? Może to pomysł na biznes? Napiszę opinię na podstawie innych i opisu, a potem fotka i wrzutka na allegro. Ostatnio widziałam tam nawet egzemplarze recenzenckie, te przed korektą, za prawie 30 zł, taka ta „pasja” wypaczona.
Z jednej strony rozumiem, bo to książka Ali Smith z wydawnictwa W.A.B., czyli tego, które takimi szczotkami nas raczy, a z drugiej pytam siebie, czy to właściwe? I sobie odpowiadam: produkt jest wart tyle, ile ktoś chce za niego zapłacić, i wyłączam przeglądarkę. Czytam również posty w tonie pełnym żalu, że ktoś nie będzie mógł sobie pozwolić na zakup tylu nowości, ile do tej pory. Rozumiem. Ja nie mogę sobie na nie pozwolić nawet teraz. Kupuję książki z outletów, używańce, co jakiś czas korzystam z Legimi, i uwaga!: chodzę do biblioteki. Czy czytam nowości? Bardzo rzadko. 
Wychodzi ich tyle, że nie jestem w stanie nawet ogarnąć tytułów i może przesadzę, ale często nie wiem dlaczego zostały wydane (no dla zysku, ogarnij się!).
    Próbowałam ostatnio czytać jedną z takich nowości. Romans, z założenia cykl o braciach, ale po pierwszej zmęczonej części porzuciłam ten pomysł, nie dlatego, że był to romans, a dlatego, że to książka pełna opisów swetrów, dekoltów, zarostów i grzywek, pełna kalek językowych, od których puchły mi oczy. Po polsku się tak nie mówi, nie pisze. A postaci są tam tak prawdziwe, jak codzienne życie przedstawiane w polskich serialowych tasiemcach. Jestem ciekawska i zaglądam w różne miejsca, skoro drzwi stoją otworem i często potem żałuję, ale taka jest cena tej mojej ciekawości. 
Dziś określenie „książka” dotyczy wszystkiego, co wydane, tak to (chyba, jeżeli się mylę proszę o poprawkę) podsumowuje Dubravka Ugrešić w „Lisie”.
Nie chodzi o gusta i guściki, które często przykrywamy stwierdzeniem, że o nich się nie dyskutuje (wręcz przeciwnie, to o nich w głównej mierze piszemy, rozmawiamy), a o kulawy warsztat pisarski. Niedawno gdzieś spotkałam się ze stwierdzeniem: „postaci papierowe, ale warsztat pisarski godny pozazdroszczenia”, czy jakoś tak. No nie. Jedno wyklucza drugie. 
Jak już jestem przy gustach, to widzę również trend o wyższości czyjegoś gustu nad czyimś. Przypomina mi się wtedy mistrzyni krótkiej formy (wg mnie): Flannery O'Connor w esejach „Misterium i maniery. Pisma przygodne”, w których pada stwierdzenie, że dziś kto żyw, musi wypowiedzieć się na tematy dotyczące literatury, czytać umie, a cóż więcej, do oceny potrzeba?
    Tak sobie płynę nie wiadomo dokąd, bo nadal nie wiem po co mi ten blog, albo insta... 
Może żeby istnieć? 
Każdy chce uwagi, choćby drobnej, każdy chce należeć do jakiejś grupy, taka pozostałość po czasach, kiedy przetrwać można było dzięki niej, ale czy trzeba się ujednolicać? 
Może by tak wbrew założeniom ewolucji?
Nie wiem. 
W każdym razie domena zostaje, zajrzałam w statystki, sto tysięcy mnie przekonuje. 
Dzięki!
Ktoś tu zagląda częściej niż ja!
Chluśniem, bo uśniem, ale kawy, takiej oszukanej, to zbożówka. 
Na zdrowie!




    
„Gdybyśmy mieli słowo, gdybyśmy mieli język, nie potrzebowalibyśmy broni” - Ingeborg Bachmann

„Gdybyśmy mieli słowo, gdybyśmy mieli język, nie potrzebowalibyśmy broni” - Ingeborg Bachmann

Gdybyśmy mieli słowo, gdybyśmy mieli język, nie potrzebowalibyśmy broni”.
Ingeborg Bachmann

 

„Gdybyśmy mieli słowo, gdybyśmy mieli język, nie potrzebowalibyśmy broni” - Ingeborg Bachmann

Ta pani na plakacie to Ingeborg Bachmann (1926-1973): austriacka poetka, eseistka, pisarka i germanistka, z wykształcenia filozofka i psycholożka, która szczególnie umiłowała język, feministka.
Doktorat uzyskała w 1950 roku dzięki „Krytycznej recepcji filozofii
Martina Heideggera” (myśl Martina Heideggera bywa uważana za jedną z najważniejszych filozofii XX wieku).
Ojciec Bachmann należał do NSDAP, a ona do „Grupy 47”, która m.in. jednoczyła niemieckojęzycznych pisarzy odrzucających nazizm.
Mężem Ingeborg Bachmann był Max Frisch,
szwajcarski architekt, pisarz i dramaturg.
Jednak w życiu poetki szczególne miejsce zajmował poeta Paul Celan. Uważa się, że „Malina”, jedyna powieść Bachmann, to swoisty hołd właśnie dla niego.

Żebyście nie myśleli, że po nocach czytuję skorowidze niemieckojęzycznych autorów, to przyznam się, że na „Malinę” trafiłam przypadkiem, dryfując po internetowych bezkresach.
Przyciągnął mnie tytuł, tak kiedyś na mnie mówiono, więc zaczęłam tej powieści szukać. Okazało się, że wznowione, bodajże w 2011 roku, egzemplarze potrafią osiągać zaporowe, jak dla mnie, ceny. Zajrzałam zatem do katalogu
Miejskiej Biblioteki Publicznej im. Walentego Fiałka w Chełmnie i znalazłam jeden egzemplarz, po który wybrałam się objuczona niczym wielbłąd, bo z pustymi rękoma pójść nie umiałam. Przebyłam wielokilometrową odległość smagana słońcem, które od tego czasu przebywa na wakacjach, gdzieś poza kujawsko-pomorskim. Na razie wracać nie zamierza i w sumie mu się nie dziwię.

„Gdybyśmy mieli słowo, gdybyśmy mieli język, nie potrzebowalibyśmy broni” - Ingeborg Bachmann

Malina - Ingeborg Bachmann

Wracając do Ingeborg Bachmann, to wymieniłam tych trzech mężczyzn, ponieważ bohaterka „Maliny” tkwi pomiędzy trzema mężczyznami: ojcem, Ivanem i Maliną. To powieść autobiograficzna, która nie chce nią być. To ciągłe ścieranie się powinności, ról, emocji, relacji ja-ty, ja-świat i ciągłe przenikanie się form. Bachmann łączy poezję i prozę, metafory nie są łatwe, nie są oczywiste, a słowa wwiercają się do wewnątrz i tam nabierają indywidualnych znaczeń.

„Malinę” czyta się długo, każdy fragment obracając w myślach. To powieść dla każdego, kto lubi zatapiać się w emocjach, w swoich emocjach, kto lubi czuć siebie i jednocześnie lubi język; słowa, metaforyczność zdań oraz odzierać codzienność z życzeniowości.

„Nadejdzie dzień, w którym kobiety będą miały czerwono-złote oczy, czerwono-złote włosy, a poezja ich płci zostanie stworzona na nowo...”

Bachmann nawiązuje do twórczości Celana, wplata w „Malinę” metaforyczną opowieść o księżniczce, ale nie trzeba znać biografii pisarki, by móc poczuć tekst. Jednak kiedy ma się świadomość, w jak tragiczny sposób zmarła Bachmann, i połączy się tę wiedzę choćby z zakończeniem powieści, to można poczuć na karku nieprzyjemny chłód.

„Malina” to również opowieść o miłości, miłości wiodącej do szaleństwa?

„Nadejdzie dzień, w którym ludzie będą mieli czerwono-złote oczy i gwiezdne głosy, w którym ich ręce staną się zdolne do miłości, a poezja ich płci zostanie stworzona na nowo...”

Ingeborg Bachmann była bardzo mądrym człowiekiem, podobnie jak narratorka „Maliny”, która czytała filozofów, doktoryzowała się, próbowała się dopasować do roli; czekając na telefon od Ivana, zastanawiając się dlaczego nie studiowała książek kucharskich?
Nie zgadzała się z tym co się działo na świecie, z czynionym złem, obojętnością na nie, jednak była jak pozbawiona języka, skojarzyła się mi z mitologiczną Filomelą.
Uważana była za ekscentryczną, bo wymykała się definicji napisanej językiem ograniczeń.

Trudne to było czytanie, nie ze względu na zawiłość, znaczeniowość, czy co tam sobie jeszcze za przeszkodę wymyślimy, ale przez to, że jakieś takie dekonstruujące, jakby się rozsypały części w środku, wpadły inne i nie wiesz czyj w końcu ten bałagan jest?

Wrócę do „Maliny”, antykwariaty się zlitowały i stare wydania wróciły do obiegu.
Zrobiłam plakat, powieszę sobie. Księżyce i gigantyczny motyl to nawiązania do powieści, pęknięcia tła chyba tłumaczyć nie trzeba, a jeżeli przypomina odrobinę plamy z T
estu Rorschacha, to nie jest to przypadek.

Czytałam wydanie z 1975 roku, wydawnictwo: Czytelnik, w tłumaczeniu: Sławomira Błauta.


 

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...