#155 Sabo się zatrzymał - Oto Horvat

#155 Sabo się zatrzymał - Oto Horvat



Żyjemy z dnia na dzień. Czas wypełniają nam codzienne obowiązki, codzienne małe i większe problemy. Przejmujemy się rzeczami, które nie mają tak naprawdę większego znaczenia. Banałami, o których prędzej czy później zapomnimy.
"Sabo się zatrzymał" to zbiór miniesejów traktujących o próbie przetrwania po śmierci bliskiej sercu osoby, o próbie życia, kiedy Ziemia się dla nas zatrzymała.
Jak żyć kiedy świat się dla nas skończył. Kiedy się okazuje, że nic już nie istnieje, a nasze dalsze życie przypomina otwartą, zaropiałą ranę, którą ktoś zasypał solą. Kiedy czujemy się jak obserwator bezwartościowego filmu, który oglądamy przez śnieżący ekran i tylko chcemy, żeby ktoś odłączył prąd.

"Kiedy jesteś już gotów, żeby udawać siebie, zatrzymujesz się na chwilę przed niby-lustrem i przyglądasz się atrapie swojej twarzy, która w miarę jak para znika ze szkła, staje się coraz lepiej widoczna. Jesteś kopią kopii. I tkwisz tu bez ruchu. Czy właśnie to tak bardzo boli?"

Oto Horvat w poetycki sposób pisze o codzienności, która stała się trwaniem w ciągłym i stale narastającym poczuciu winy. Winy tego, który został. Tego, który musi dalej żyć sam.

W piękny sposób wspomina zmarłą żonę, pisze o miłości do niej w sposób niezwykły - o miłości wyrażającej się w uwielbieniu do gestów, czy przyzwyczajeń.

"Później latem obserwowałem ją, jak schodzi stromą ścieżką na dziką plażę, gdzie czekałem na nią niecierpliwie. Miała na sobie czerwony dwuczęściowy strój kąpielowy, w jednej ręce niosła klapki, w drugiej - książkę zawiniętą w ręcznik. Co rusz zasłaniały ją szerokie pnie sosen, ale zaraz się wyłaniała i znów ją widziałem. Chciałem, żeby czym prędzej znalazła się przy mnie, a jednocześnie, żeby zwolniła kroku i szła, ciągle szła, abym mógł nadal patrzeć, jak ostrożnie stąpa po kamieniach pokrytych igłami, podziwiać słońce na jej skórze i gęstych blond włosach. Pragnienie chwili i pragnienie wieczności mieszały się ze sobą jak fale pod skałami kilka metrów ode mnie".

To też studium żalu, ogromnego i namacalnego bólu. Słowa pełne emocji, które zalewają wrażliwego i świadomego czytelnika. To niezwykle intymny pamiętnik uczuć, próby zdefiniowania ich za pomocą zdań.
W niektórych momentach czułam się jakbym stała obok, cierpiała razem z nim.
Na ten zbiór trzeba być przygotowanym, bo nie jest on łatwy w odbiorze. 
Oto Horvat przewrotnie pisze również o życiu. O jego małych przyjemnościach, których z reguły nie dostrzegamy. O poczuciu bliskości z drugim człowiekiem, które znaleźć nawet we wspólnym milczeniu. O odczuwaniu zmysłowym. O prostocie życia, małych przyjemnościach.
Na uznanie zasługuje również przekład pana Miłosza Waligórskiego. Zachowanie rytmu, tonu wypowiedzi w tak trudnej formie wypowiedzi jaką jest esej - nie jest łatwą sztuką - a czytanie było wielką przyjemnością, choć obfitującą w łzy.

Polecam czytelnikowi dojrzałemu, dojrzałemu emocjonalnie, gotowemu przejrzeć się w czyichś trudnych doświadczeniach i podjąć się próby zrozumieniu ich.
Empatia jest bardzo cenną, choć dziś rzadką cechą - warto ją w sobie pielęgnować.


Wydawnictwo: BIBLIOTEKA SŁÓW
Data wydania: 15 grudnia 2019
Liczba stron: 160
Kategoria: literatura piękna
Przekład: Miłosz Waligórski
#154 Ktoś kogo znamy - Shari Lapena

#154 Ktoś kogo znamy - Shari Lapena

Od pewnego czasu odnoszę wrażenie, że ktoś podmienia mi strony w czytanych przeze mnie książkach. Mam tę samą okładkę, ale chyba inną treść.
Kiedy mi coś przypada do gustu, kiedy znajduję w książce coś, co chcę docenić, to w innych opiniach czytam, że to dziwna i mało zajmująca książka.
Natomiast kiedy spotykam się z ogromem entuzjazmu u innych czytelników, to nie potrafię zauważyć tego, co oni dostrzegli.

"Ktoś kogo znamy" Shari Lapeny to czwarta książka wydana w naszym kraju przez Wydawnictwo Zysk i S-ka. To thriller, który porywa czytelników i wskazuje co może się wydarzyć, kiedy zbyt intensywnie zainteresujemy się sąsiadami.
Ze skrzydełek książki krzyczą do nas informacje jak piekielnie dobrze jest to napisana książka, jak ważną problematykę porusza, jak buduje napięcie...

Autorka osadziła akcję swojej powieści w dusznym miasteczku niedaleko Nowego Jorku. Ktoś włamuje się do domów i przegląda zawartość komputerów, przez co najprawdopodobniej poznaje najbardziej skrywane tajemnice ich właścicieli.
Dodatkowo odnaleziono zwłoki kobiety, która niedawno zaginęła, a do jej domu również miał się zakraść rzeczony włamywacz. Niepokój w mieszkańcach narasta. Do tego ktoś pisze anonimowe listy z przeprosinami do ofiar włamywacza...

Książkę rozpoczyna prolog, który nie jest bajką dla dzieci.
Potem przechodzimy do rozdziałów, w których poznamy poszczególnych mieszkańców. Wszystko będzie się toczyć w okół Olivii Sharpe i jej nastoletniego syna Raleigha. Będziemy odkrywać sąsiedzkie powiązania, przemilczane konflikty. I patrzeć jak członkowie rodzin są sobie obcy. Jak żona nie wie nic o mężu i odwrotnie. Jak rodzice nie rejestrują tego, co dzieje się z ich dziećmi.

Autorka wdzięcznie miesza czytelnikowi w głowie, zwodzi. I choć samym rozwiązaniem byłam zawiedziona, bo jest bardzo schematyczne, to zakończenie samej powieści oceniam na plus.
I dla mnie to jest wszystko co mogę dobrego o tej książce napisać.

Postaci są jak zrobione przez kalkę. Wszystkie identyczne i kompletnie bezbarwne. Nudne. A ich wzajemne relacje określiłabym na wzór pewnej opery mydlanej opowiadającej o wielkim świecie mody. I nie tylko ich relacje. Narracja i dialogi mówią o tym samym, po wielokroć.
Rozumiem, że miała to być łatwo przyswajalna historia z gatunku tych, które nie prowokują czytelnika do nadmiernego wysiłku, ale naprawdę nie trzeba nam stale powtarzać tego samego...
Miałam wrażenie, że jak otworzę tę książkę na losowej stronie, to z jej treści dowiem się i tak tego, co się do tego momentu w fabule wydarzyło.
Przeczytać ją można z prędkością światła, ale nie dlatego, że jest taka zajmująca. Napięcia niestety żadnego nie odnotowałam.
Przewracałam oczami i wzdychałam. Czułam się jakby wpadł mi do gardła gorący kartofel i prędzej go połknę niż wypluję. 

Autorka chciała przedstawić małe, zamknięte środowisko, które zatracając się w ciągłych kłamstwach i życiu na pokaz nie wie już komu może ufać. Nikt o sobie nic nie wie, nawet najbliżsi.
To mogła być zajmująco napisana historia, nawet jak w ogólnie przyjętym schemacie. Mogła, ale dla mnie nie była. 


Wydawnictwo: Zysk i S-ka
Data wydania: 29. stycznia 2019
Liczba stron: 336

Kategoria: thriller

Tłumaczenie: Piotr Kuś

#153 Schronisko dla ludzi - Wojciech Szlęzak

#153 Schronisko dla ludzi - Wojciech Szlęzak


Przyzwyczailiśmy się do tego, że literaturę trzeba zaszeregować. Wybieramy lektury według kategorii, którym ktoś ją przypisał. Nie chodzi nam już o cechy powieści, które pozwoliły ją przyporządkować do konkretnej grupy, a o konkretną formę. Pisarze tworzą historię jak z przepisu na ciasto, które raz wyrośnie, a raz wyjdzie z niego zakalec, pomimo użycia tych samych składników.
"Schronisko dla ludzi" Wojciecha Szlęzaka to nie jest powieść, której spodziewamy się kiedy czytamy określenie - chyba najlepiej sprzedające książki - "thriller psychologiczny".
Pozwólcie mi powróżyć - zapewne spodziewamy się: ogromu zwrotów akcji, zwichrowanych postaci, krwi, najlepiej fruwających wnętrzności, narastającego uczucia lęku, za którym czai się zwykle czarny charakter czy jakaś choroba psychiczna. 

Wojciech Szlęzak opowiada swoją historię w kompletnie inny sposób i mam pewne obawy o to, jak zostanie ona odebrana i czy po prostu nie znudzi nastawionego na ciągłe bodźce czytelnika.
Tu akcja nie pędzi, napięcie nie skacze jak wahające się ostatnio ciśnienie atmosferyczne. Choć ta książka mieści się w definicji szeroko pojętych thrillerów, to zdecydowanie bliżej jej do literatury obyczajowej.


Wędrujemy do górskiego schroniska razem z szóstką kompletnie obcych sobie ludzi. Prezentują różne grupy społeczne. Dyrektor firmy, nastolatka lubiąca ryzykowne życie, alkoholik, kobieta żyjąca pod dyktando męża, hazardzista i tajemniczy gospodarz. Zdaje się nam, że nic ich nie łączy. Spędzą ze sobą czas - w odciętej od cywilizacji chatce, w otoczeniu niebezpiecznej i mrocznej przyrody. Szybko zapadający zmrok, świszczący wiatr, gęste zadrzewienie i skrzypiący od mrozu śnieg. Poczucie odosobnienia, brak zrozumienia i wzajemne punktowanie się za życiowe niepowodzenia - to towarzyszy naszym bohaterom.

Autor rozrzuca na stół części układanki, które będziemy próbować do siebie dopasować i zobaczyć obraz jaki chce nam pokazać. Wydarzenia się przeplatają. Raz będziemy w odciętej od świata chatce, a raz zajrzymy do przeszłości opisywanej szóstki. Każdy coś ukrywa.

To opowieść o człowieku. O naszych słabościach i łatwo rodzącej się agresji.
O relacjach międzyludzkich. O cząstkowym widzeniu innych, bez względu na to jak wysoko w życiu nie zaszliśmy i ile pieniędzy nie zarobiliśmy. Kiedy mamy władzę, jak zauważa jedna z bohaterek, przestajemy zwracać uwagę na to, co dla nas nieistotne - na innych ludzi. Często widzimy to, co chcemy widzieć, a nie to, co jest prawdą, bo prawdę każdy ma przecież własną. Jesteśmy podatni na sugestie i wszelkie manipulacje - wystarczy nam odrobinę pograć na emocjach.
Tutaj niepokój nie objawia się w zdarzeniach, a w poczuciu tego, że każdy z nas jest zdolny do przekroczenia wszystkich przyjętych wartości i obudzenia w sobie tego, czego nie spodziewał się w sobie mieć.
Jesteśmy jak Doktor Jekyll i pan Hyde tyle, że bez magicznych eliksirów. 

Pisarz wdzięcznie kreśli portrety swoich bohaterów, którymi moglibyśmy się stać i my. Czuć, że jednym z jego zainteresowań jest psychologia i na tym się w tej powieści skupia.
Często jesteśmy niemal zakorzenieni w przeszłości i wszystko co w życiu robimy, czy to jak się czujemy ma swój początek właśnie w niej.
Kształtuje nas środowisko, w którym żyjemy. Staramy się niczym szczególnym nie wyróżniać lub chciwie zagarniamy wszystko, co uda się nam sięgnąć, wyzbywając się wyrzutów sumienia.

Niektóre z naszych decyzji mogą sprawić, że zostaniemy sami na zaśnieżonej ścieżce, pośród setek drzew, spomiędzy których nie uda się nam już bezpiecznie wyjść.

Wojciech Szlęzak nie skorzystał z powszechnie dostępnego przepisu na dreszczowiec. Napisał własny i już tylko od czytelnika zależy czy się w nim rozsmakuje. Dla mnie to była dobra historia, sprawnie napisana, którą czytałam z przyjemnością mimo, że była kompletnie inna niż na początku zakładałam.






Wydawnictwo: Lira
Data wydania: 22. stycznia 2020
Liczba stron: 352
Kategoria: kryminał, sensacja, thriller

#152 River of Babylon - Peter Pišťanek

#152 River of Babylon - Peter Pišťanek

#152 River of Babylon - Peter Pišťanek - recenzja - czy warto przeczytać?
"Rivers of Babylon" to debiut Petera Pišťanka z 1991 roku, ale dopiero dzisiaj możemy go w Polsce przeczytać dzięki wydawnictwu Książkowe Klimaty. Wcześniej, czego dowiedziałam się za sprawą umieszczonego na końcu powieści "Słowa od tłumaczki" - Olgi Stawińskiej, można było czytać w Polsce zaledwie jej fragmenty - drukowane w czasopiśmie "Erotyka w Życiu i Literaturze", w której obok zdjęć i ilustracji pornograficznych umieszczano przekłady z literatury światowej.
Tak, tak... w "Rivers of Babylon"... szczegółowych opisów uciech cielesnych nie brakuje. 

Wszyscy bohaterowie tej powieści ucieleśniają najgorsze ludzkie cechy. Każdy chce mieć jak najwięcej pieniędzy, ale pracować nie chce nikt. Każdy żyje tylko po to - by gromadzić i wydawać, ale tylko na przyjemności. Nikt z nikim się nie liczy.
Główną postacią jest Rácz. Prosty chłop, który ma zaledwie kilka zwierząt gospodarskich. Złupiony przez krewnych, marzy o ożenku z Eržiką. Wyjeżdża do miasta w poszukiwaniu  pracy, którą dość szybko, mimo nie posiadania żadnych kwalifikacji, znajduje.
Staje się palaczem w hotelu "Ambassador" i staje się prawdziwym "szefem szefów". Bardzo szybko pnie się po szczeblach "kariery", nawet sam dyrektor hotelu staje się mu podległy. Wszyscy znoszą mu przeróżnego rodzaju fanty, byleby tylko pozwolił płynąć ciepłu w hotelowych grzejnikach.
Pieniądze gromadzi w walizce, nie dba o nie, ma ich nieograniczoną ilość.
Praca zapewnia mu wikt i opierunek. Rośnie w siłę z dnia na dzień, bo kto chciałby marznąć? Kobiety chętnie oddają mu ciało, a Adonis z niego żaden, ale ma przecież władzę.
Z czasem przebiera się w najlepsze garnitury, pija drogi alkohol - tylko dlatego, że jest drogi.
Wszelkie seksualne żądze od razu zaspokaja i nie tylko z kobietami lekkich obyczajów. Z łatwością się adaptuje do każdych warunków jakie zastaje.

"Koniec końców, w dzisiejszych czasach długi są najlepszą i najpewniejszą inwestycją".

 Z palacza do właściciela hotelu. 

Postaci jest bardzo dużo i próżno szukać tu kogoś, kto ma jakieś dobre cechy.
Plugawość, żądze, pieniądze. Każda z postaci ma przydomek, który wiele o niej mówi.
Różne narodowości i ich najgorsze przymioty. Cinkciarze, oszuści, osoby nadużywające władzy, prostytutki. Różne alkohole i narkotyki.
Język, którym ze sobą rozmawiają jest prostacki, wulgarny. Niestety - prawdziwy.
Styl, którym Autor się posługuje przypomina trochę scenariusz. Zdania są proste i opisują konkretne posunięcia postaci - jak scenki, które mają zostać odegrane.
Jest też wątek kryminalny, ale nie jest on tak oczywisty jak dzisiaj ma to miejsce.

Każda z postaci z "Rivers of Babylon" jest swojego rodzaju symbolem.
Główny bohater to przedstawiciel władzy, który mówi o sobie w osobie trzeciej i ma instrumenty do gnębienia społeczeństwa.

Video - Urban może być przedstawicielem mediów, które pokazują to, co ludzie chcą oglądać i za co chcą płacić, a nie to, co warte pokazania.
Potrafi się kompletnie zdystansować do tego co robi. Marionetka w rękach
Rácza.
Znajdziemy tu też prawnika, który również poddaje się w końcu prądowi i płynie tak, jak władza mu każe, bo konsekwencje opierania się mogą być opłakane. A ich przedsmaku miał okazję już doświadczyć.
Mamy również przedstawicielkę inteligencji, elity intelektualnej, która chętnie poddaje się temu, co oferuje jej prostak Rácz - byleby bywać na salonach i żyć, tak jak chce. Wszyscy pragniemy żyć wygodnie, a cena upodlenia cielesnego, czy duchowego nie jest aż tak wygórowana, jak się na początku wydaje.

To bardzo złożona powieść. Okrzyknięta kultową. Niepokojąco aktualna.
Możemy się podczas czytania śmiać tylko czy powinniśmy?
Bo kim chcielibyśmy być, a kim jesteśmy?
W cyniczny, prześmiewczy sposób obrazuje społeczeństwo postkomunistycznych przemian, powstawania gospodarki wolnorynkowej, ale odziera również nas - współcześnie żyjących, z poczucia wyjątkowości. Pokazuje, że niezależnie od tego w jakich czasach żyjemy, z jakiego narodu się wywodzimy, to zawsze jesteśmy tacy sami. Kierują nami te same popędy, a powiedzenie "jak zarobić, żeby się nie narobić" zawsze jest aktualne.
Każdą znajdującą się w niej metaforę, jak obrzydliwa by nie była, można uznać za prawdziwą i nie poddającą się upływowi czasu.
Życie jest jak rzeka, więc po co przeciwstawiać się jej nurtowi?



Wydawnictwo: Książkowe klimaty


Data wydania: 30. czerwca 2019
Liczba stron: 456
Kategoria: kryminał/sensacja/thriller
Tłumaczenie: Olga Stawińska

Recenzja napisana dla portalu bookhunter.pl

#151 Szkodliwa medycyna - Ben Goldacre

#151 Szkodliwa medycyna - Ben Goldacre

#151 Szkodliwa medycyna - Ben Goldacre
Jakiś czas temu praktykowałam czytanie kilku książek w jednym czasie.
Musiały być one kompletnie inne i często jedną z ich była książka popularnonaukowa. Zgłębiałam wiedzę w dziedzinach żywienia, czy tych około treningowych.
Kiedy zobaczyłam, że Wydawnictwo Zysk i S-ka wydaje "Szkodliwą medycynę Bena Goldacre'a nie mogłam sobie odmówić tej lektury. 

Ben Goldacre to brytyjski lekarz, pisarz i dziennikarz naukowy, który jest głównie znany z z kolumny "Bad Science" w "The Guardian". Krytykuje różne formy pseudonauki i medycyny niekonwencjonalnej.
Oryginalny tytuł "Szkodliwej medycyny" to właśnie "Bad Science".

Przyznaję, że spodziewałam się czegoś kompletnie innego. Większego udziału samej medycyny, nawet tej niekonwencjonalnej, ale nie poddawałam się i czytałam dalej. Być może za rozdziałem trzynastym coś takiego się pojawia, być może ponieważ nie byłam w stanie tej książki przeczytać.

Zgadzam się, że Autor wiedzę posiada i prawdopodobnie chce się nią dzielić, ale kiedy robi to w tak protekcjonalnym stylu jak Ben Goldacre to niestety, ale ja tego nie kupuję. 

Kiedy czytam książkę nie chcę by Autor zwracał się do mnie jak do półgłówka, żeby nie zakładał, że jestem mniej inteligenta od niego, a niestety takie wrażenie po tych kilkunastu przeczytanych rozdziałach odniosłam. 

Pisze o dziwnych, nic wnoszących praktykach w szkołach, które mają pobudzić uczniów do koncentracji, a tak naprawdę są bezwartościowe.
Spotkamy się tu naciąganiem klienta na różnego rodzaje kuracje detoksykujące organizm.
Porusza temat oszukiwania klientów branży kosmetycznej - jakoby jakikolwiek krem mógł mieć inne właściwości niż jedynie nawilżające.
Dowiemy jak manipuluje się wynikami testów, jak dopasowuje się statystki do własnych potrzeb żeby sprzedać lek.
Jak jesteśmy podatni na wszelkie sugestie - my - bo przecież sam Autor zapewne nie jest.
Wspomina obszernie o homeopatii, że nie istnieją żadne badania, które potwierdzałyby, że ona naprawdę działa. Połykamy tylko tabletki z cukrem - efekt placebo. Ale jednocześnie ten sam Autor pisze o mocy roślin, które jak wiemy, stosuje się w homeopatii.
Obszernie rozprawia się z Gillian McKeith - amerykańską dietetyczką i osobowością telewizyjną. Dostaje się też ogólnie dietetykom.
I tak jeszcze mogłabym długo wymieniać - wiedzy w tej książce na pewno nie brakuje, choć odkrywcza również ona nie jest, a nie uważam się za przesadnie w tych dziedzinach wykształconą.

Nie brakuje też przydługich mów o tym, czego sam Autor dokonał i do jakich to dokumentów uzyskał dostęp. Superbohater.
Jednak sposób jej podania dla mnie nie jest ani pełen goryczy, ani pełen sarkazmu, a tym bardziej nie widzę tu żadnego żartu - choć do tej pory myślałam, że rozumiem brytyjskie poczucie humoru.

Mimo szczerych chęci - nie mogę zmusić się do jej przeczytania.
Zmęczyła mnie ta książka. Nie wiem ile to "zasługa" samego Autora, a ile Tłumacza - choć zakładam, że wiernie oddał to, co Goldacre chciał przekazać. 

Niedawno czytałam żartobliwe podsumowanie stopni edukacji: kiedy kończysz licencjat - myślisz, że wiesz wszystko, kiedy kończysz magistrat - myślisz, że nic nie wiesz, a kiedy kończysz doktorat - wiesz, że to inni nic nie wiedzą.
I chyba w takim tonie właśnie, jest napisana ta książka.


Nie mogę jej nikomu odradzić, ani nikomu polecić.
Ocenić też nie potrafię, bo nie dobrnęłam do końca.






Wydawnictwo: Zysk i S-ka
Data wydania: 5. listopada 2019
Liczba stron:426

Kategoria: popularnonaukowa

Tłumaczenie: Aleksander Wojciechowski

#150 Krok trzeci - Bartosz Szczygielski

#150 Krok trzeci - Bartosz Szczygielski


#150 Krok trzeci - Bartosz Szczygielski - recenzja - czy warto przeczytać?

"Lubiła kochankę męża.
 Nie miała jednak pojęcia,
 co stało się z jej ciałem."

Tyle właśnie powinien wiedzieć o fabule czytelnik, który postanowił przeczytać "Krok trzeci" Bartosza Szczygielskiego i ja nie napiszę o niej też nic więcej.
Choć historia tutaj przedstawiona jest kompletnie różna od tej, którą mieliśmy okazję poznać w cyklu o Gabrielu Bysiu, to parę cech wspólnych można w niej odnaleźć i ten charakterystyczny ciężki klimat.

Podczas czytania czułam się jakbym siedziała w zadymionym barze, w którym światło sączy się z nie całkiem sprawnego neonu. Klientela nie zachowuje się jakby była na wystawnym bankiecie.
Jest duszno, prawie ciemno, a dym gryzie w oczy i gardło. A mimo to siedzę, bo czuję dziwne poczucie związku z tymi ludźmi, którzy przestali wreszcie udawać kogoś kim nigdy nie byli. 

Czytam książki Pana Szczygielskiego tak, jakbym piła wysokoprocentowy alkohol. Otwieram i piję, to znaczy czytam. Zdecydowanie łatwiej mi się po nich budzi, ale też zdecydowanie dłużej je pamiętam. 

Świat przedstawiony w "Kroku trzecim" pozbawiony jest magii, choć Autor chyba lubi jednorożce. Taka prawdziwa beznadzieja codzienności. Na każdym rogu spotkamy kogoś, kto gotów nas opluć, choć nic o nas nie wie.
Żyjemy obok siebie, udajemy, że jest dobrze. Nie znamy swoich bliskich i nie znamy samych siebie.
Choć wydaje się, że to tylko rozrywka z gatunku tych mrocznych i brutalnych, często określanych jako męska, to jest to zdecydowanie coś więcej.

Szczygielski jest świetnym obserwatorem i to nie tylko kobiet, o których pisze w "Kroku trzecim". Wypomina nam m. in. nasz stosunek do osób starszych, czy odgrywanie ról, które nie mają nic wspólnego z tym, co czujemy. Jak pod szyldem troski skrywamy obojętność. Doskonale oddaje klimat małych miejscowości, w których wszyscy się znają jedynie z nazwisk.

Mistrz sarkastycznych metafor, które mnie i bawią... i zdają się idealnie wpasowywać w to, jak często cynicznie patrzę na rzeczywistość i tu już niekoniecznie jest mi do śmiechu.

Domyśliłam się w którą stronę akcja zmierza, ale nie wiem czy dlatego, że jestem uważna, czy dlatego, że wiele książek w tym gatunku przeczytałam i filmów obejrzałam, czy dlatego, że jestem świadoma tego, co w sobie mam.
To dobrze napisany thriller psychologiczny, z ciekawą zagadką, narastającym poczuciem niepokoju, z dobrze skrojonymi postaciami.
Znajdziecie tu drobne nawiązania do trylogii pruszkowskiej i znane z niej, charakterystyczne dla tego Autora połączenia rozdziałów za pomocą uzupełniających się zdań, czy poszczególnych słów.

Mój gust się zmienia, jak i oczekiwania. Nie zawiodłam się i nawet jak pozostawię książki z gatunku thrillera za jakiś czas za sobą, to dla Bartosza Szczygielskiego zawsze zrobię wyjątek.



Wydawnictwo: WAB
Data wydania: 29. stycznia 2020
Liczba stron: 416
Kategoria: kryminał, sensacja, thriller

 




#149 Ziemia nie do życia. Nasza planeta po globalnym ociepleniu - David Wallace-Wells

#149 Ziemia nie do życia. Nasza planeta po globalnym ociepleniu - David Wallace-Wells

#149 Ziemia nie do życia. Nasza planeta po globalnym ociepleniu - David Wallace-Wells - recenzja - czy warto przeczytać?
Wyobraźcie sobie, że jako dziecko otrzymaliście piękną lalkę. Ktoś, kto Wam ją dał nie powiedział Wam, że jest unikatowa i żebyście o nią dbali.
Poza tym - jesteście dziećmi, bawicie się nią.
Powoli niszczycie jej ubranie, potem sprawdzacie co ma w środku, a z czasem wyciągacie jej kończyny z tułowia, wydłubujecie oczy i wyrywacie włosy.
Lalka trafia do kartonika, do piwnicy i tam dalej niszczeje, zapomniana.
Jesteście dorośli i widzicie w telewizji, że ktoś taką lalkę ma, ale w stanie idealnym i jest warta miliony monet. Biegniecie po swoją - wyskubaną, przecież uda się ją jeszcze naprawić. Przeszukujecie Internet w poszukiwaniu części zamiennych, dzwonicie do kolekcjonerów, próbujecie odnaleźć producenta. Nie ma. Nie istnieje. Części nie ma. Lalki nikt nie naprawi, a kasa przeszła koło nosa, przez Wasze niedbalstwo.

Podobnie jest z Ziemią - tylko Ziemia to nie lalka. No dobra, może ta metafora nie zabrzmiała tak jak powinna. 
Zawsze kiedy widzę, że ktoś gdzieś porusza temat globalnego ocieplenia dostaję wysypki. Wszystko mnie swędzi. Stresuję się, mam alergię na naszą głupotę, ignorancję, egoizm. Kiedy czytam, albo słyszę tych mlaskaczy i prześmiewców przewracających oczami drapię się mocniej. 
Inteligenta forma życia, która rozwinęła się w sprzyjających warunkach.
Tak jak pomidor w szklarni - przy odpowiedniej wilgotności i innych parametrach, które kiedy je tylko zmienić, to z pięknego i soczystego owocu - zrobią zielone i twarde coś, albo spalą roślinę i żadnego owocu nie będzie.

David Wallace-Wells w "Ziemi nie do życia" zebrał ogrom informacji z wielu uzupełniających, przenikających się dziedzin życia i wskazał jak sukcesywnie z wielką pieczołowitością i głębokim namaszczeniem doprowadzamy do wyginięcia gatunku - HOMO SAPIENS. 
Nie ma żadnego ocieplenia klimatu - słyszę i czytam od wielu lat, to propaganda dla ciemnych mas. Ciekawe, że te same osoby, które uparcie twierdzą, że nic się nie dzieje dostrzegają jednak pewne zmiany.
Pytają co jest z tą zimą? 
Gdzie jest śnieg? 
Albo uparcie twierdzą, że na tak upalne lato czekali. 

Ale to nie o to chodzi, że się zrobiło cieplej i można ramionka i brzuszki pięknie do słonka wystawić i uzyskać brąz, też swoją drogą szkodliwy, ale ja nie o tym miałam pisać. Kiedy ten słupek na termometrze się stale podnosi to niestety nie wiemy i nie potrafimy w pełni przewidzieć o ile wzrośnie dokładnie temperatura na Ziemi i jakie REALNE konsekwencje z tego będą.
Jesteśmy siedliskiem bakterii, z których większość jest dla nas samych jedynie zagadką. Co się stanie kiedy te niekoniecznie miłe i niekoniecznie pożyteczne zwierzątka w nas żyjące się zestresują? A temperatura stresuje.

Wszystko jest ze sobą na świecie połączone, jak się wszystko uzupełnia.
Podobnie jest ze skutkami naszej działalności. Odkąd rozwija się rolnictwo, odkąd się uprzemysławiamy - idziemy po swoje - prosto w niebyt i nie ma w tym żadnej tajemnicy, żadnego spisku.
Jesteśmy egoistami odkąd przychodzimy na świat i już z pierwszym oddechem zagarniamy co nasze i ciszę przecinamy wrzaskiem.
Nie chodzi o bycie zdobywcą świata i podporządkowanie sobie przyrody, że bez przyrody nas nie będzie, ale o to, że jesteśmy egoistami w stosunku do naszego gatunku.
Płaczemy, że dzieci zwierzątek nie zobaczą, bo Australia płonie i gatunki wyginą. Wstawiamy emotki łamiących się serduszek.
Kolejne pokolenia nie zobaczą zwierząt, zapewne nic nie zobaczą, bo prostu tych kolejnych pokoleń nie będzie. 

Niektórzy z nas pewnie mocno by się zdziwili - jak ogromny ma na nas wpływ stan powietrza i jak ogranicza nam procesy poznawcze.
Jak temperatura i zanieczyszczenie powietrza ma wpływ na wzrost przestępczości, na zwiększoną ilość błędów na stanowiskach pracy i spadek wydajności, mimo tego że technologie mamy przecież na wyciągnięcie ręki.

Fiksujemy się na punkcie plastiku. Plastik jest zły, ale według Autora i informacji, które zebrał - w stosunku do globalnego ocieplania to jest on jak "Paragraf 22", gdyby nie zanieczyszczenie aerozolowe powstałe z jego przyczyny to, na Ziemi już dawno byłoby dużo cieplej.
Słomki do napojów, kolejny temat zastępczy i obmiatanie sumienia z wierzchniej warstwy brudu. Tak trzeba z tym walczyć, ale to nie jest nasz jedyny problem.
Liczymy na to, że ktoś nas uratuje, że ta technologia, że postęp, że mądre głowy.
A tak w ogóle nie będziemy tak długo żyć, to po co mamy cokolwiek zmieniać?
I wracamy do egoizmu. Ale dzieci mieć chcemy i mamy.

W takim, mniej więcej, tonie Autor zwraca się do czytelnika, używa MY jakby nam rozkazywał, przy okazji nie odsuwa od siebie odpowiedzialności za to dokąd wspólnie zmierzamy. Podaje wiele informacji, które wszyscy, którzy chcą przetrwania gatunku - jak populistycznie to nie brzmi - znać.
To nie jest fatalistyczna wizja końca świata, to jest prognoza, która jeszcze daje tę, która choć głupia to - wszystkie swoje dzieci kocha - NADZIEJĘ.
To nie jest wezwanie do modlitwy i przygotowanie na boską karę.
Możemy się zmienić, ale musimy chcieć.

To jest trudna książka. Pełna danych i możliwości, które mogą stać się faktem. To dane prognostyczne - bo jak z każdą dziedziną nauki do pewnego stopnia wróży się z fusów. Sądzę, że za rok, czy dwa lata te przypuszczenia mogą być już kompletnie inne i wcale nie lepsze. Porusza problem antropomorfizacji, którą teraz kiedy Australia zmaga się z kataklizmem, widać jak na dłoni.


"Nawet doświadczając paraliżującego wpływu zmian klimatu na nasze życie, ciągle patrzymy na zwierzęta, częściowo powodowani tym, co John Ruskin nazwał "antropomorfizacją": tak się dziwacznie składa, że łatwiej może być im współczuć, być może dlatego, że wolimy nie rozliczać się z własnej odpowiedzialności, tylko choćby na chwilę poczuć ich cierpienie. Wobec burzy wywoływanej co dzień przez ludzi czujemy się najlepiej w wyuczonej pozie bezsilności".

Spory fragment tej publikacji to przypisy, które są przewodnikiem po stanie wiedzy naukowej, wszystko to, co autor napisał można jeszcze zgłębić.
Potrzeba zmiany, zmiany myślenia z JA na MY, zmiany polityki na całym świecie. Wyjścia ze sfery marzeń wiecznego życia - jak ryba w akwarium, jak dane w chmurze. Kto chce żyć nie czując nic? A wszystko staje się historią tu i teraz.

Żałuję, że tej książki nie przeczytają osoby, które powinny, bo one już teraz wiedzą lepiej co będzie, a Ziemia przecież płonie od zawsze i nic się nie dzieje.


"(...) łatwiej myślą z wyobrażeń wypaczony obraz tkać
łatwiej wierzyć jest niż wiedzieć
fałszywych nadziei smak..."
*Lipali - Ludzie 1.2



Wydawnictwo: Zysk i S-ka
Data wydania: 12. listopada 2019
Liczba stron: 344

Kategoria: popularnonaukowa

Tłumaczenie: Jacek Spólny










#148 Próba sił - T. S. Tomson

#148 Próba sił - T. S. Tomson




#148 Próba sił - T. S. Tomson - recenzja - czy warto przeczytać?
"Próba sił" T. S. Tomsona wzbudza wśród czytelników publikujących swoje opinie o książkach, na instagramie, różne emocje, choć oceny samej treści książki są i tak pozytywne, co mnie tym bardziej fascynuje.

Przeczytałam już kilka książek z wydawnictwa Novae Res.

Nie o wszystkich pisałam na instagramie, czy blogu, bo nie musiałam i czasem zwyczajnie mi się nie chciało, ale nie spotkałam ani jednej, która byłaby wolna od błędów korektorskich.


Nie wspominam o nich jeżeli nie odbiera mi to przyjemności z czytania, a jak odbiera - to nie oceniam treści książki za nie, tylko jej redakcję.



Ale do czego chcę się odnieść - od jakiegoś czasu widzę różne licytacje wśród naszych nieomylnych recenzenckich głów (mam tu na myśli również siebie - bo identyfikuję się jeszcze z recenzentami) odnoszące się do szczerości ocen i wypowiedzi.

Zwyczajnie denerwuje mnie wyliczanie jednemu Autorowi publikującemu pod skrzydłami tego wydawnictwa błędów, które wynikają z niedokładnej pracy osoby zajmującej się korektą, a w przypadku drugiego Autora nie wspominanie o tym ani słowem.

To też jest forma NIESZCZEROŚCI, bo nie wierzę, że nagle przestaliśmy te błędy dostrzegać. Nie mam nic przeciwko różnym opiniom o książkach, bo ocenia się je przez pryzmat własnego doświadczenia nie tylko czytelniczego, emocji - wrażliwości, która też nie jest w życiu człowieka stała i różnych cech charakteru.

Dobra, to przechodzę do treści książki :) 

Z notki zamieszczonej na skrzydełkach okładki wynika, że Autor lubi twórczość Stephena Kinga i Dean Koontza. Jednego i drugiego pisarza znam, obu obecnie czytam bardzo rzadko, ale obu szanuję za dorobek pisarski i umiejętność budowania klimatu - delikatnego niepokoju.
Dlaczego o tym wspominam? Bo podczas czytania "Próby sił" da się wychwycić podobny klimat. Podobny, ale nie taki sam. Nie odniosłam wrażenia, żeby T. S. Tomson chciał w swoim pisaniu być którymkolwiek z pisarzy, o których ta notka wspomina.

Akcja powieści toczy się głównie w miasteczku Tensas w Luizjanie, która to jest jedyną częścią Stanów Zjednoczonych, którą marzy mi się kiedyś odwiedzić.
Mamy czas
Świąt Bożego Narodzenia, pada śnieg, jest cicho i mroczno-magicznie.
Miasteczko oświetla latarnia zwana Migotką, która kojarzy się z latarnią morską.
T. S. Tomson nie szczędzi nam postaci i ich pokręconych historii.
Ich losy przeplatają się z koszmarami sennymi, które nie do końca tylko nimi są.
Na ulicach dostrzeżemy dziwną dziewczynkę, która jawi się jako widmo. Pojawi się równie dziwny, tańczący chłopiec.
Będziemy mieli do czynienia z szerzeniem przez człowieka przemocy - będzie gwałt, będą różne oblicza zemsty. Okaże się, że funkcja jaką się pełni niekoniecznie obliguje do bycia prawym, że niektórych rzeczy nie da się zaakceptować i nie da się o nich mówić jakby się nie wydarzyły.
Poprzez wizje i losy postaci, które choć kompletnie różne i zdające się nie mieć ze sobą nic wspólnego, została czytelnikowi opowiedziana historia dwoistości ludzkiej natury.
Objawia się to od śnieżycy i czarnych postaci, na których nie ma ani grama bieli, przez migoczącą latarnię, której spięcie wyzwala to, co w człowieku najgorsze.
Czego byśmy w życiu nie przeżyli, czego by nam nie zrobiono - to zawsze mamy wybór. Zawsze. Nikt, ani nic nie jest w stanie nas określić, liczy się tylko to - kim jesteśmy. Tymczasem będziemy świadkami wyborów bohaterów, których kolejno dokonują. Dowiemy się kim są, a za kogo się w jakiś sposób przebrali.


"(...) A we mnie samym wilki dwa
oblicze dobra, oblicze zła
walczą ze sobą nieustannie
wygrywa ten którego karmię..." 
* "Wilki dwa" - Luxtorpeda

Autor przedstawił niektóre postaci - może zbyt płasko, prosto. Jak osiłek to niezbyt inteligentny, jak ładna kobieta, to też niezbyt bystra (naprawdę nie domyślała się czym te cyfry mogą być? :D), jak stręczyciel i przestępca to musi dokonać zemsty i nie musi uciekającej przed nimi kobiety specjalnie szukać. Ale... to fikcja, a my i w rzeczywistości bywamy mało logiczni.

Fabuła jest przemyślana, nie ma tu przypadkowości. Są związki przyczynowo - skutkowe zdarzeń. Książka ma się czytać dobrze i lekko, to nie traktat filozoficzny, a horror - rozrywka, a niektórych momentach ma nam dać poczucie, że żyjemy w lepszym świecie.
Autor potrafi bawić się emocjami, opis ostatnich chwil Eddiego i Megan, i to skąd się wzięła Scar (pies) jest doskonałym przykładem.  
Obrazy m. in. snów, które opisuje są sugestywne i można je sobie dokładnie wyobrazić. Styl jest prosty i przyjemny.  
Przeczytałam parę książek w życiu, i parę horrorów też, ale znawcą gatunku nie jestem :) Bawiłam się dobrze.
Ode mnie 7/10 i nie tylko dlatego, że mamy podobny bałagan w głowie :D

Dziękuję za egzemplarz Autorowi :)

Wydawnictwo: Novae Res
Data wydania: 11. grudnia 2019
Liczba stron: 378
Kategoria: horror

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...