Krzywda w rytmie El guatecano - Pamięć zapisana w listach - Emma Reyes

Krzywda w rytmie El guatecano - Pamięć zapisana w listach - Emma Reyes



Żyjemy doświadczając, uczymy się próbując. Zapamiętujemy zdarzenia jak i uczucia, które nam towarzyszyły.
Często równie mocno boimy się utraty wspomnień, jak mocno pragniemy coś zapomnieć. Jednak pewne jest to, że bez wspomnień nie wiedzielibyśmy kim jesteśmy.

zdjęcie: www.penguinrandomhouse.ca

Emma Reyes to malarka i, na pewno można ją tak nazwać, pisarka kolumbijska. W 1969 roku napisała list do swojego przyjaciela Germána Arciniegasa, w którym wracała pamięcią do swojego dzieciństwa. Ten był tak bardzo nim poruszony, że poprosił by nadal pisała. Powstały 23 listy opisujące najmłodsze lata Reyes. Listy pełne błędów ortograficznych, gramatycznych i zapożyczeń z francuskiego, „królewska” Emma była analfabetką do osiemnastego roku życia. Listami zachwycił się sam Gabriel García Márquez i dzięki temu, korespondencja trwała do 1997 roku. Emma Reyes zgodziła się na jej wydanie, jednak miało to, zgodnie z jej życzeniem, nastąpić dopiero po jej śmierci.
Dlaczego tak postanowiła dowiecie się z treści listów, wstępu i bogatego posłowia. Emma Reyes jest (była, ponieważ zmarła w 2003 roku) postacią niezwykłą. Na jednej z wystaw jej prac był obecny Pablo Picasso.

 

Pamięć zapisana w listach - Emma Reyes


Przeczytałam, że kiedy nie zna się historii tej Artystki można zlekceważyć jej obrazy i zgadzam się z tym stwierdzeniem.
Reyes w 23 listach, z dziecięcą wrażliwością i bezkompromisowością, opisuje swoje dzieciństwo, w sposób niezwykle surowy i prawdziwy. Zachowała płynność narracji, pomimo tego, że listy dzielą lata.
Miała, określę to dosadnie, gówniane życie, zarówno w sensie metaforycznym jak i, niestety, dosłownym. Zajmowała się nią, i jej siostrą, jakaś kobieta nazywana przez nie: panienką María, która wzorem matki nie była. Z dziewczynkami, na początku był też chłopiec, którego imienia nawet nie znały.
Z każdym kolejnym rokiem życie sióstr Reyes było coraz trudniejsze. Opiekunka je porzuciła i trafiły do klasztoru, a siostry zakonne również nie były pełne współczucia i miłości.
Na okładce jest zdanie sugerujące, że to historia „pióra Dickensa”, zapewne z powodu tego, co zwykle spotykało jego dziecięcych bohaterów, myślę jednak, że to, co spotkało kolumbijską malarkę przerasta możliwości fikcji, choć wyobrazić sobie możemy wszystko.

„Kiedy zmęczyło ją bicie pantoflem, załapała nas za warkocze i zaczęła uderzać naszymi głowami o ścianę, krew tryskała i ściekała nam na ręce i nogi”.

Emma Reyes to kobieta, która urodziła się by opowiadać, ale raczej nie miała świadomości tej zdolności. Opowiada o swoim życiu bez grama żalu, bez środków stylistycznych, które miałyby wywołać współczucie. Narratorką jest dziewczynka i ta, raczej nieświadoma, kreacja językowa jest tak prawdziwa, że się ją po prostu czuje. Świat wspomnień Emmy jest głośny, pełen przykrych, często bolesnych, również fizycznie, doświadczeń.
Udało się jej to, do czego chyba każdy zawodowy pisarz dąży, realizm.
Nie wiem jak bardzo to, co pamięta jest zmienione przez czas, który upłynął, a jednak nie czuć możliwych przekłamań w tekście.
Szukałam historii, którą będę tak chłonęła, że wszystko co wokół mnie się dzieje ucichnie i tak się stało.
Byłam z chudą, brzydką, zezowatą i głodną Emmą, której nikt nie uczył czytać i pisać, za to kazał bać się „Diabła” i stale przypominał, że jest nikim.

„I nie besztaj mnie, bo chociaż Ty uważasz, że wystarczy myśleć, powiem Ci, że jeżeli człowiek nie umie zapisać swoich myśli tak, aby były zrozumiałe, to na jedno by wyszło, gdyby nie miał ich wcale".

Na końcu książki jest przedruk oryginalnych listów Autorki oraz informacja, że dochody z jej sprzedaży są przeznaczone na Fundację Domu św. Maurycego, instytucji zapewniającej ognisko rodzinne, miłość, edukację i przyszłość nowym pokoleniom kolumbijskich dzieci, a czy to rzeczywiście coś daje, również się z posłowia dowiecie.

Kupiłam tę książkę używaną, z brudną okładką. Okładkę wyczyściłam, wygląda jak nowa. Na pewno zostanie na regale na stałe, bo, z całą pewnością, do niej wrócę.
Emma Reyes to Artystka, która „pisała obrazy, malując łzami”.

Obrazy Emmy Reyes można zobaczyć na stronie internetowej:
https://www.emma-reyes.com/

Wydawnictwo: Czarna Owca
Data wydania: 12 października 2016
Liczba stron: 256

literatura piękna
Tłumaczenie: Maria Mróz

Do króliczej nory - Alicja - Christina Henry

Do króliczej nory - Alicja - Christina Henry

Do króliczej nory - Alicja - Christina Henry
Lubię „Alicję w Krainie Czarów” (cóż za wyznanie...:)). Zdarzało mi się robić mniej lub bardziej udane „grafiki” inspirowane tą postacią.

*Jedna z moich „Alicji” - inspirowana postaciami Tima Burtona

Lewis Carroll, jak wszyscy doskonale wiemy, stworzył dwa w jednym, opowieść dla dzieci i tych „trochę” starszych, do której nadal nawiązują przeróżni twórcy.
Christina Henry opowiada tę historię inaczej. 
 

Alicja - Christina Henry


Alicja jest dorosła, przebywa w zakładzie psychiatrycznym i nie bardzo wie dlaczego.
Część wspomnień wyparła, a część wypaczają brane przez nią leki. Pamięta kawałek tortu, plasterek sera, herbatkę i... błękitnozielone oczy oraz długie porośnięte futrem uszy.
W szpitalu wybucha pożar i dziewczyna ucieka wraz z pacjentem z sąsiedniej celi - Topornikiem, w skrócie zwanym Topi. Jednak szpital więził COŚ jeszcze... i to COŚ też korzysta z okazji i czmycha wraz z nimi.

Do trzech razy sztuka.

No nie, zdecydowanie nie.

Alicja i Topornik szli, i szli. Mieli jakieś tam przygody, które mnie kompletnie nie interesowały. Oni oboje też nie. Minęły trzy dni i już prawie nic z tej opowieści nie pamiętam (notatki ❤️). Zastanawiałam się czy nie dać się zahipnotyzować, żeby co nie co sobie przypomnieć, ale taniej i pewniej byłoby przeczytać jeszcze raz książkę, ale tego sobie nie zrobię, chyba że pojawi się bezsenność.

Zasnęłam podczas lektury trzykrotnie.

Przyznaję Autorka naprawdę dobrze, fajnie i logicznie nawiązuje do historii napisanej przez Lewisa Carrolla, upycha tam sporo symboli, próbuje również w niektórych momentach mówić między wierszami. Próbuje.
Ja to naprawdę rozumiem, ja lubię symbolikę, ale kiedy muszę jej poszukać, a nie kiedy przypomina mi ona słup ogłoszeniowy (jest tam tego naprawdę sporo).
To literatura rozrywkowa, więc szukałam tego, co mnie miało ubawić, albo utrzymać w napięciu. Nic takiego nie znalazłam. Od czasu do czasu pojawiają się epizody brutalności, jednak coś ewidentnie jest nie tak z moją wrażliwością, bo nic to we mnie nie wywołało. Chociaż... ziewałam - może to empatia, a nie znudzenie.
Całość jest napisana w sposób, którego nie lubię, nazywam ten styl wypowiedzi wypranym z emocji. 

„-Ty też zabiłaś wielu ludzi? - spytał Topornik.
- Nie wiem - odparła Alicja. - Być może.
- Nic nie szkodzi, jeśli to zrobiłaś - zapewnił ją Topornik. - Rozumiem to”.


Postaci powtarzają po sobie kwestie, jakby sprawdzając czy nie zapomniałam o czym była mowa. Cały ten klimat przywodził mi na myśli opery mydlane i tylko przewracałam oczami w momentach, których nie spałam, albo nie tropiłam brakujących, czy też przestawionych liter. To ta psychodelia?
Książka jest podzielona na rozdziały, których zakończenia miały zachęcać do przeczytania kolejnego i kolejnego, ale, w moim przypadku, tylko miały.

Co z tym „do trzech razy sztuka”? Jak widać trójka dość często pojawia się w tym moim wywodzie. To trzeci (nie licząc „Abominacji” Dana Simmonsa) współcześnie napisany horror, wydany przez wydawnictwo Vesper, który niestety do mnie nie trafia. Chyba jednak rozrywkę pojmuję trochę, albo też zgoła inaczej. Więcej już sobie tego nie zrobię.

Do króliczej nory - Alicja - Christina Henry


Wydawnictwo: VESPER
Data wydania: 15 lipca 2020
Ilość stron: 312
Tłumaczenie: Janusz Ochab

Rodzina? - Mur duchów - Sarah Moss

Rodzina? - Mur duchów - Sarah Moss

Sarah Moss to angielska pisarka i nauczycielka akademicka. Była nominowana do Women’s Prize for Fiction, RSL Ondaatje Prize czy Wellcome Book Prize. Jest autorką siedmiu powieści, m. in. „Nocnego czuwania” i „Między falami”, które również przeczytałam.

Pisarka, w tych trzech powieściach (w „Murze duchów” również), bierze na tapet rodzinę, wskazuje w niej przypisany podział ról rodziców (z uwagi na płeć), przedstawia rodzicielstwo z wszystkimi jego blaskami i cieniami. „Nocne czuwanie” to codzienność widziana oczami matki, która próbuje być aktywna zawodowo i jednocześnie zajmować się dziećmi, kiedy mąż zdaje się nie zwracać uwagi na przytłaczające kobietę obowiązki. „Między falami” to z kolei rodzina widziana oczami ojca chorej dziewczynki, który zajmuje się domem, a żona oddaje się pracy zawodowej, treść pełna „niewypowiadanego” niepokoju.
Obie te powieści (poniekąd) ze sobą korespondują, uzupełniają się, postaci nawet się powtarzają, ale jako tło do roztaczanej opowieści. Książki pełne są nawiązań do historii, ponieważ każda z głównych postaci pisze pracę naukową.
Widzimy jak to, co było wpływa na obecne pokolenie i jak nadal nas kształtuje, bo choć staramy się być nowocześni i otwarci, to niektóre ze stereotypów są tak głęboko zakorzenione w naszej kulturze, że chyba nie da się ich w pełni wyplenić.
 
Mur duchów - Sarah Moss


Mur duchów - Sarah Moss


Powieści Sarah Moss wyróżniają się dość „senną” narracją. Pisarka nie szokuje zwrotami akcji, przemianą bohaterów czy nietypowymi zdarzeniami. Opisywane przez nią dni, zwykle, nie różnią się niczym od naszych. Jej bohaterowie są złożeni przede wszystkim z emocji, które będziemy z nimi współdzielić w zależności od tego, jak bliska nam jest przedstawiana sytuacja.

„Mur duchów” to najnowsza i najmniejsza objętościowo powieść z trzech przeze mnie wymienionych. Tym razem przedstawiana rodzina już nie tylko boryka się z krzywdzącym podziałem ról, który ją uwiera - tę rodzinę trawi choroba, choroba zwaną przemocą domową.

Silvie nosząca imię po starożytnej bogini brytyjskiej (Suleviae), jest główną bohaterką tej mikropowieści, a miejscem wydarzeń staje się obóz antropologiczny, który ma symulować życie w epoce żelaza, a na który rodzina trafia z powodu zainteresowań ojca. Uczestnicy próbują zasmakować życia bez luksusów, próbują żyć jak mieszkańcy Nortumbrii.
Z naukowego eksperymentu, który można by było potraktować jako zabawę, wyłania się jednak obraz domu, w którym dwie kobiety są podległe brutalnemu w słowie i czynie samcowi, a pozostali uczestnicy obozu chyba nie chcą widzieć tego, co tak naprawdę ma miejsce. Najważniejszy jest rytuał, choćby miał kogoś kosztować życie.

Autorka ponownie łączy współczesną opowieść z przeszłością, z historią ludzkości, ale w inny sposób, który, według mnie, nadaje jej większej płynności.

Z trzech książek Sarah Moss, które przeczytałam ta trafia do mnie najbardziej. Nie bez znaczenia są moje doświadczenia, również te zawodowe.
Ta krótka powieść przedstawia obraz przemocy wszelakiej i wszelakich uprzedzeń (!). Widzimy jak ofiary przywiązane do ojca sadysty potrafią wytłumaczyć każde z jego zachowań i obwinić siebie.
Ja rozumiem. Rozumiem to ciągłe wypowiadanie słowa „przepraszam”, zupełnie jak odruch bezwarunkowy.

„Zimny nurt obmywał mi nogi, spłukując częściowo ból. Wyobrażałam sobie, że wstyd odpływa niczym krew, najpierw strużką wśród roślinności, zwijając się i migocząc jak dym, ale po chwili rozpuszcza się i blednie, aż wreszcie przestaje być widoczny, choć wiesz, że nigdy nie zniknieƒ”.

Pisarka wiele mówi również niedopowiedzeniami, umowną ciszą, kiedy matka pragnie tylko „usiąść”, czy powtarzanym przez jednego z bohaterów „eeee”. To „eeee” to z jednej strony przerywnik, który mówi o tym, że coś jest niewłaściwe, a jednocześnie jest cichym przyzwoleniem na dominację i znęcanie się nad rodziną.

„Mur duchów” ma zaledwie 158 stron, a jednak czuję, że zostawił mnie z przemyśleniami na długo. Wiele jest w nim symboliki, jak choćby kruk, który pojawił się również w „Między falami”. Widzimy jak powrót do minionych czasów nie przybliża nas do natury, a jedynie obnaża skłonność do przemocy i poniżania słabszego, i jak wiele w nas jeszcze niemej akceptacji na jej przejawy.
Kilka dni po lekturze nadal mnie jakoś wewnętrznie drapie. Fikcja, która często bywa codziennością, zbyt często.

Mur duchów - Sarah Moss


Data wydania: 29 lipca 2020
Liczba stron: 158

literatura piękna
Tłumaczenie: Paulina Surniak

Na pewno tylko dla dzieci? Zwariowane opowieści - Gudule

Na pewno tylko dla dzieci? Zwariowane opowieści - Gudule

Zdarza mi się czytać książki dla dzieci. Podczas ich lektury pośmieję się, czasem wzruszę i zawsze zastanowię się nad tym, jak te z pozoru proste opowieści, uczą zarówno młodych jak i starszych o tym, co jest w życiu najważniejsze.
 Na pewno tylko dla dzieci? Zwariowane opowieści - Gudule


Zwariowane opowieści - Gudule


Gudule to jeden z pseudonimów Anne Duguël, nieżyjącej już, belgijskiej pisarki, a „Zwariowane opowieści”, które wspaniale zilustrował Claude K. Dubois, to bardzo ciekawe i kompletnie niebanalne historyjki.
To 128 stronicowa książeczka, która zawiera aż 13 opowieści, które głównie uczą one tolerancji i zrozumienia, nie osądzania przez pryzmat nietypowego, niż dotąd znany dziecku, wyglądu.
Mówią o współczuciu dla drugiego człowieka. Nawet o wyborach, które trzeba podejmować, że każdy ma prawo do własnych, nawet tych kompletnie różnych od rodziców - np. „Zęby Omera”, bajka w której chłopiec ma pójść w ślady ojca i udać się wojować, dodatkowo znajdziemy tu wyjaśnienie dlaczego należy... myć zęby.
Są niebywale zabawne, a i potrafią wzruszyć... dorosłego.

Na pewno tylko dla dzieci? Zwariowane opowieści - Gudule

Niektóre z nich już, jako dorośli, znamy, jak np. historia przemiany żaby w księcia za pomocą pocałunku, jednak Gudule puszcza tę taśmę od końca i kompletnie zmienia jej wydźwięk.
Jest książę Wczoleoczko, który wyśmiewany przez innych, spotyka na swej drodze księżniczkę Trzypatrzysię i razem tworzą parę z odpowiednią ilością oczu. Opowiadają również o różnych obliczach miłości, że kocha się kogoś razem z jego wadami - niesamowita historyjka Królewny Łajnony - skojarzenie z... łajnem, jak najbardziej słuszne.
Opowiadają o poszukiwaniu własnej drogi w życiu, o  tym, że czasem trzeba przegrać - odpuścić by coś zyskać, a  nawet o niezwykle istotnym znaczeniu posiadania wyobraźni.

„- Dzieci potrzebują baśni, tak jak kwiaty potrzebują wody - powiedziała Elfina, wywołując natychmiast oburzenie pozostałych.
- Jeśli pozbawimy je marzeń - ciągnęła nieporuszona tą reakcją - wyschną jak stare suchary”.

Na pewno tylko dla dzieci? Zwariowane opowieści - Gudule

„Zwariowane opowieści” to nietypowe bajki, dostosowane do naszej codzienności, do naszej rzeczywistości, gwarantuję, że uśmieją się również dorośli. Font jest dość duży, ilustracje pięknie korespondują z treścią i wyróżniają się fajną kreską. Dlatego sugerowałabym ich czytanie dzieciom nieco starszym, około 6. roku życia, albo po prostu sobie, bo na naukę tego, jak być lepszym człowiekiem nigdy nie jest za późno.
Wydawnictwo: Media Rodzina
Data wydania: 6 marca 2020
Liczba stron: 128

Kategoria: literatura dziecięca
Tłumaczenie: Małgorzata Hesko-Kołodzińska

W rytmie rock'n'rolla - Daisy Jones & The Six - Taylor Jenkins Reid

W rytmie rock'n'rolla - Daisy Jones & The Six - Taylor Jenkins Reid

Taylor Jenkins Reid kojarzę od czasu kampanii promocyjnej „Siedmiu mężów Evelyn Hugo”, której nie czytałam, ponieważ nie wydawała mi się lekturą odpowiednią dla mnie. Do sięgnięcia po „Daisy Jones & The Six” skłonił mnie głównie obiecany muzyczny klimat lat siedemdziesiątych, a nie wszechobecne zachwyty, jestem na nie odporna. 
 
W rytmie rock'n'rolla - Daisy Jones & The Six - Taylor Jenkins Reid


Daisy Jones & The Six - Taylor Jenkins Reid


Dziś, będąc już po lekturze biografii fikcyjnego zespołu, stwierdzam, że poprzednia książka tej Autorki, jest jednak dla mnie.

Daisy Jones to wokalistka zespołu The Six, z którym najpierw wystąpiła gościnnie, a potem zasiliła jego szeregi. Poznajemy ją najbliżej, mimo że bohaterów, czy też „antybohaterów” (z uwagi na ich tryb życia), tej powieści jest więcej.
To wielogłos, napisany w formie wywiadu, który czyta się jakby oglądało się świetnie zrealizowany film. Odnosiłam wrażenie, że przy stole zasiadają poszczególni członkowie zespołu i pozostałe osoby, czy to członkowie rodzin, znajomi czy menadżerowie, i rozpoczynają swoją opowieść. A potem na ekranie pojawiają się kadry. Był obraz i był dźwięk.

Powieść jest przesiąknięta klimatem lat 70., wszechobecnej źle pojmowanej wolności, objawiającej się frywolnością i zażywaniem wszelakiej maści poprawiaczy nastroju; narkotyki i lejący się strumieniami alkohol. Daisy jest świadoma swojej seksualności i manifestuje ją strojami. Do tego ma niebywały głos - w mojej głowie śpiewała jak Stevie Nicks (kiedy dotarłam do słowa od Autorki uśmiechnęłam się pod nosem - dlaczego sprawdźcie sami). To kolorowy ptak, który poszukuje siebie, artystka.

Znamy podobne historie, znamy podobne zespoły i to czyni tę książkę niezwykle wiarygodną.

Każdy z bohaterów, ma własną opowieść. Choć łączy ich podobny sposób bycia, w końcu są gwiazdami, to są kompletnie różni. Mają inne oczekiwania, inne marzenia i plany.

Co jest takiego urzekającego w tej historii?

To opowieść o szukaniu bratniej duszy. O miłości, która jest na wyciągnięcie ręki, ale... nic nie jest w życiu proste, jednoznaczne. W najbardziej niedorzecznych historiach gwiazd, zawsze szukamy prawdy, ich ludzkiego oblicza - potwierdzenia, że moglibyśmy nimi być. I to się Taylor Jenkins Reid świetnie udało - wszyscy są bardzo prawdziwi. Opowiadają o sobie nawzajem z lekkim dystansem, wiedzą już co do czego ich doprowadziło.

Za pomocą różnych bohaterów Autorka opisuje to samo zdarzenie i widzimy jak różny był ich punkt widzenia, jak różnie zostało przez nich zapamiętane.

Zabieg z wprowadzeniem od „Autorki” i ze zdradzeniem pewnej tajemnicy potęgował uczucie intymności, jakbyśmy dowiedzieli się czegoś, czego nikt przed nami nie wiedział.

Taylor Jenkins Reid mocno sugestywnie opisuje brzmienie The Six i wokal Daisy Jones. Poznajemy nie tylko teksty, których spis znajduje się na końcu książki, ale i uczucia towarzyszące muzykom kiedy je komponowali i wykonywali.

To taka książka, którą się odczuwa wszystkimi zmysłami. Zapewnia kilka godzin niesamowitej rozrywki, jak dobry koncert. Spodziewałam się większego „bum” w zakończeniu, jednak jego dość emocjonalny wydźwięk mi to zrekompensował.

Bawiłam się bardzo dobrze, zasmakowałam życia gwiazdy bez następstw jej nałogów.

*Na Spotify są listy przebojów, które świetnie zarysowują klimat tej powieści, bardzo zachęcam do ich przesłuchania.



Wydawnictwo: Czwarta Strona
Data wydania: 15 lipca 2020
Liczba stron: 424

literatura obyczajowa
Tłumaczenie: Agnieszka Kalus

Dlaczego? Wiwisekcja zbrodni - Andrzej Janikowski

Dlaczego? Wiwisekcja zbrodni - Andrzej Janikowski

Swego czasu czytałam praktycznie same kryminały przeplatane dreszczowcami i tak czytałam, że straciłam do nich zapał, bo ile można czytać podobnych fabuł? No... stale się nie da.Dziś czytam je zdecydowanie rzadziej i w sumie to nie wiem czy się w nich odnajduję, ale próbuję. 
 
Wiwisekcja zbrodni - Andrzej Janikowski

Wiwisekcja zbrodni - Andrzej Janikowski


„Wiwisekcja zbrodni” Andrzeja Janikowskiego może odstraszać objętością, bo choć lubimy czuć w ręce ciężar nowej książki, to najlepiej by miała ona około 350 stron, a tutaj mamy ich aż 576.

Głównym bohaterem jest Roman Sadowski - podkomisarz wrocławskiego wydziału do walki z terrorem kryminalnym. Sam podkomisarz jest już dość w swoim, typowym dla bohatera kryminału obciążeniu doświadczeniem, nietypowy. Tak, tak nietypowy.
Zanim znalazł się w szeregach policji próbował różnych opcji i jedna z nich była mocno „uduchowiona”. To człowiek wrażliwy i wykształcony wysławia się więc o wiele lepiej niż znani nam literaccy policjanci. Przyznaję, że to ciekawy pomysł i konsekwentnie realizowany na kartach „Wiwisekcji zbrodni”.

Sadowy ma pomocnika jest nim sierżant Jerzy Madrygałkiewicz. Para świetnie się uzupełnia w pracy i w dialogach.
Jest więcej postaci, które lubią sobie „pofilozofować”.

We Wrocławiu zaczynają się pojawiać okaleczone zwłoki, które na początku zdają się sugerować religijnego fanatyka, ale im więcej zwłok i poszlak tym, mniej zdaje się do siebie pasować.
Pojawiają się różne wątki, które w miarę jak akcja się rozwija uzupełniają się. Jest ich bardzo dużo.
Autor lubi się z historią powszechną i historią chrześcijaństwa, jest też fascynatem szachów i takie cechy posiada Roman Sadowski i takimi m. in. wątkami jest naszpikowana fabuła, która w niektórych momentach idzie pod rękę z sensacją.

Styl Pana Janikowskiego jest bogaty. Bohaterowie mówią dość wyszukanym słownictwem i nie ma w tym nic złego, bo rozumiem, że taki był zamysł. Wykształcenie i zainteresowania Sadowego do czegoś zobowiązują,n pozostaje w podobnym tonie. Trochę trudno mi jednak uwierzyć, że zwykli, podrzędni przestępcy stosowaliby określenia w stylu „rzutki”, mniej w tym przypadku znaczyłoby więcej - dodałoby, według mnie, realizmu.
Ogólnie cała kreacja językowa stoi w kontrze do brutalności z jaką mamy do czynienia na kartach „Wiwisekcji zbrodni”, kompletnie się tego nie spodziewałam - i w trakcie czytania zadawałam sobie pytanie: po co aż tak?, po co aż tyle? I chyba wiem...

Odniosłam wrażenie, że „Wiwisekcja zbrodni” to jest wiwisekcja każdej zbrodni.

Kiedy spotykamy się z brutalnością, z bestią w ludzkiej skórze, zawsze zadajemy sobie pytania:
- jak do tego doszło,
- dlaczego,
- skąd to się w mordercy wzięło,
a Andrzej Janikowski te możliwości nam przedstawia.
Zadaje też wiele pytań, np. o to ile jest zła w łapiącym takiego zwyrodnialca i czy da się patrzeć w otchłań, i samemu się złem nie skalać.

Dlaczego niektórzy są praktycznie predysponowani do łapania przestępców?

Wiele jest na kartach „Wiwisekcji zbrodni” rozważań o sensie życia, o tym do czego dąży człowiek i po co.

Autor zwinnie nawiązuje do bliższej i dalszej historii Polski, Wrocławia, ale nie tylko, bo i do popkultury, czy sytuacji politycznej, społeczno-ekonomicznej.
Czuć wiedzę na każdej ze stron tej powieści. Poczucie humoru Janikowskiego jest bardzo „moje”.
Znalazłam również ogrom świetnych metafor!, tylko nie wiem czy niektóre nie są za podniosłe jak na kryminał i ten ogrom okrucieństwa, który czytelnikowi serwuje - znowu to „mniej znaczy więcej”.

Czułam się jakbym oglądała serial, który pod płaszczem łatwo przyswajalnej sensacji przemyca wiele treści o historii człowieka i natury przemocy.




Wydawnictwo: Lira
Data wydania: 24 czerwca 2020
Liczba stron: 576
Kategoria: kryminał
Jak ćma - Poparzone dziecko - Stig Dagerman

Jak ćma - Poparzone dziecko - Stig Dagerman


Jak ćma - Poparzone dziecko - Stig Dagerman
 

Poparzone dziecko - Stig Dagerman

 
„Poparzone dziecko” Stiga Dagermana poprzedza przedmowa napisana przez Pera Olova Enquista, szwedzkiego pisarza, prozaika, autora sztuk teatralnych, publicystę i scenarzystę filmowego, który zmarł w tym roku. Przedmowa bardzo istotna i ważna, ponieważ pozwala przygotować się na to, co „Poparzone dziecko” przed czytelnikiem roztacza, a nie jest to lekka opowieść. Stig Dagerman tworzył krótko, został doceniony, jako pisarz, dopiero po śmierci, która była wynikiem samobójstwa.

Powieść otwiera scena pogrzebu Almy - żony Knuta i matki głównego bohatera - Bengta, a więc już w pierwszym rozdziale zostajemy wrzuceni w atmosferę smutku i przygnębienia, która w żaden sposób nie słabnie na 288 stronach.

Poznajemy mikrorodzinę, która w związku ze śmiercią żony i matki musi zmierzyć się z nową sytuacją i odnaleźć się w starych-nowych relacjach.
Bengt jest dorosły, jednak nikt wobec swoich rodziców nigdy taki nie jest. Przytłaczają go własne myśli, a obraz rodziny jaki miał w głowie ulega rozpadowi, okazuje się, że życie to pasmo złudzeń.

Nic nie jest takim jakim je widzimy. To skąd patrzymy ma największe znaczenie, a żadna prawda nie jest ostateczna.

„Dla mnie prawdy nie da się opisać w żadnej prostej formułce, tak jak było to możliwe dla matki. Czasem o tym dyskutowaliśmy, ale ona nie potrafiła zrozumieć, że stawiając granicę wokół znaczenia jakiegoś pojęcia, popełniamy olbrzymi błąd”.

Stare-nowe relacje wiją się, plączą ze sobą. Po zmarłej zostały wspomnienia i przedmioty, które po czasie nabierają innego znaczenia. Bengtowi ukazuje się inny obraz, niż ten który zapamiętał. Miłość i nienawiść zdają się być jednym, obsesyjnym uczuciem.

Narracja opisuje szczegółowo codzienność bohatera, łącząc ze sobą zdania za pomocą powtarzanych słów, jak ogniwa zaciskającego się na szyi łańcuszka.
Styl Dagermana jest rytmiczny, jakby zdaniami podawał tempo z jakim poznajemy Bengta i jego bliskich, bo choć jest mocno przygnębiająco to prowadzeni krótkim, acz dość lirycznymi zdaniami, podążamy za historią (świetne tłumaczenie).

Uczucia bohatera poznajemy poprzez listy, które pisze sam do siebie, a potem do pozostałych osób dramatu. Tworzy to opowieść pełną emocji, jednostkową i ogólną zarazem, bo każdy we wnioskach wysuwanych przez Dagermana znajdzie kilka kropel własnego smutku i każdy, tak podejrzewam, inaczej zrozumie to, o czym Dagerman pisał.

„Być może to prawda, że śmierć jest wielką, pustą dziurą i że żałoba to wiedzieć, jak bardzo pusta to dziura, ale to prawda tylko dla trzeźwego. Bo gdy ma się alkohol, można napełnić dziurę wszystkimi ładnymi słowami. Można ją napełnić aż po brzegi. A potem położyć na niej kamień”.

Jak ćma - Poparzone dziecko - Stig Dagerman

Szczególne znaczenie w „Poparzonym dziecku” ma historia psa, Hektora, która bardzo mnie bolała. Ma jednak bardzo metaforyczny charakter, który w pełni ujawnia się dopiero w zakończeniu i teraz (kilka dni po lekturze) jestem pełna podziwu jak wiele zostało przekazane czytelnikowi za pomocą jego „pieskiej” niedoli.
Związek frazeologiczny „pieskie życie” nie ma przecież pozytywnego znaczenia.

To trudna lektura, wymagająca nie tylko zaangażowania w treść, poczucia tego dramatycznego nastroju, ale i umiejętności wyjścia ze świata wrażliwości tego Autora, bez trwałych „poparzeń”.
Świat widziany oczami Stiga Dagermana wciąga i osadza się w czytelniku na stałe.

Data wydania: 15 lipca 2020
Liczba stron: 288

Seria: Seria Dzieł Pisarzy Skandynawskich
literatura piękna
Tłumaczenie: Justyna Czechowska
O początkach Ameryki - Pionierzy. Ludzie, którzy zbudowali Amerykę - David McCullough

O początkach Ameryki - Pionierzy. Ludzie, którzy zbudowali Amerykę - David McCullough

Im bardziej coś jest nam odległe, niemożliwe do zobaczenia, czy to z uwagi na upływ czasu czy odległość, tym bardziej nas ciekawi.
Zdaje się, że dziś najbardziej interesuje nas kosmos, jednak zdarza się nam jeszcze na Ziemi odkryć coś, o czym nie mieliśmy do tej pory pojęcia.
Taki „niby” związek z czymś co nam, obecnie żyjącym, nieznane.

Mam tak za każdym razem kiedy czytam książkę historyczną!

Wydaje się nam, że to co było nie ma już znaczenia, żyjemy teraz, no i chcemy żyć jutro, więc co nas obchodzi to, co było?
 
O początkach Ameryki - „Pionierzy. Ludzie, którzy zbudowali Amerykę” - David McCullough

Każde życie, nawet ogólnie pojęte - zbiorowe, jest jak drzewo, które gdy było młode z jakiegoś powodu zaczęło rosnąć w jakimś kierunku.
Czynnik atmosferyczne, ukształtowanie terenu i wiele innych składowych ma wpływ na to, jak będzie wyglądało w przyszłości. Od korzeni - podstawy, przez pień, konary, gałęzie i liście.
Choć umiejscowienia korzeni nie da się zmienić, ani nie da się ich rozplątać tak, żeby nic nie uszkodzić, to można zrozumieć kierunek, w którym drzewo rośnie i sprawić, by liście były zdrowe.

Nie da się w pełni zrozumieć tego, co się dziś dzieje w Stanach Zjednoczonych, a co za tym idzie i na świecie, bez znajomości historii, bo tak to już jest, że wszystko jest systemem naczyń połączonych.
Jest jeszcze jeden powód dla którego warto historię poznawać i jest on znaczący dla wszystkich książkoholików, ale wspomnę o nim później.
 

Pionierzy. Ludzie, którzy zbudowali Amerykę - David McCullough


W zeszłym roku zaczytywałam się w publikacji „W poszukiwaniu granic Ameryki. Wyprawa Lewisa i Clarka” Stephena E. Ambros'a wydanej przez Wydawnictwo Poznańskie, którą nadal polecam, a parę dni temu skończyłam „Pionierów. Ludzi, którzy zbudowali Amerykę” Davida McCullough'a - dwukrotnego laureata Nagrody Pulitzera.
Swoją drogą Autor wspomina w „Pionierach...” Wyprawę Lewisa i Clarka.

„Pionierzy. Ludzie, którzy zbudowali Amerykę” dzielą się na trzy części, obejmujące lata 1787-1863.
3 grudnia 1787 roku pierwsi osadnicy wyruszyli „Do Ohio” trasą liczącą 1130 km, przechodzącą częściowo przez góry zachodniej Pensylwanii, pragnąc stworzyć pośrodku głuszy „nową Nową Anglię”. Powstało tam miasto Marietta.
Ta opowieść ma kilku bohaterów, ponieważ McCullough pisze o po prostu o ludziach, koncentrując się na ich poszczególnych historiach, które razem dają czytelnikowi pogląd na to, jak wyglądał sam proces osiedlania się, jakie nastroje społeczno-polityczne im towarzyszyły i co faktycznie eksploracja odległych terenów dała i czym była okupiona.
Nie zapomina zarówno o Indianach, i wydaje mi się, że zrobił to w dość obiektywny sposób, nie pominął żadnej ze stron tego medalu, jak i akcentuje podjętą wtedy próbę zniesienia niewolnictwa.

Głównym bohaterem, jak mogę tak tę postać nazwać, jest pastor Mannaseh Cutler, niejako inicjator wyprawy, człowiek zaangażowany w wojnę o niepodległości Stanów Zjednoczonych, zdecydowany zwolennik zniesienia niewolnictwa, któremu przypisuje się autorstwo stosownego zapisu w Rozporządzeniu Północno-Zachodnim, do którego uchwalenia przekonał Kongres praktycznie sam. Jego losy są jakby osią opisywanych wydarzeń. Ten człowiek, choć zapominany na lata, powraca do życia dzięki Davidowi McCollough'owi i bardzo ciekawi. Samych postaci jest znaczenie więcej, jak choćby Generał Rufus Putnam - przywódca ekspedycji, czy syn wielebnego Cutlera - sędzia Ephraim.

Autor opisuje wydarzenia historyczne, które ukształtowały Stany Zjednoczone. Znajdziemy tu zarówno opisy krwawych walk, codzienność osadników, którym zdarzały się okresy prawdziwego głodu, przez piękno zasiedlanych terenów. Książka obfituje w odniesienia, cytaty z oryginalnych pamiętników kolonizatorów. Zebrany materiał źródłowy jest ogromny. Każdego z opisywanych „ludzi, którzy zbudowali Amerykę” można dość dobrze poznać. Karczujemy z nimi lasy, przewozimy prowiant, przeprawiamy się z przez górskie tereny, czy przyrządzamy posiłki. Mi osobiście odniesienia do ówczesnej polityki bardzo pasowały, ponieważ daje to ogląd na to, jak to wygląda dziś.
Można się też trochę rozczarować kiedy się zauważy, że nic - jako ludzie - się nie zmieniliśmy. Nadal żyjemy podobnie, choć mniej chorób nas dziesiątkuje, a masło, które z takim namaszczeniem wyrabiały osadniczki można kupić, nie trzeba robić swojego, no chyba że ktoś ma ochotę. Dostęp do wiedzy, czy szkolnictwa wyższego mamy dziś zdecydowanie łatwiejszy, a jakoś tego nie doceniamy.

David McCullough jest niezwykle wręcz drobiazgowy, przyjęta przez niego forma wypowiedzi nie jest tak porywająca jak Stephena E. Ambros'a, o którym wspomniałam na początku, ale mimo to książkę czyta się lekko jak na taką szczegółowość.

Wspomnę o jakości wydania, bo nie sposób tego nie docenić. Twarda oprawa - nawiązująca estetycznie do dwóch wcześniejszych publikacji („Mayflower. Opowieść o początkach Ameryki” Nathaniela Philbricka i „Nierozłączni. Słynni syjamscy bracia i ich spotkanie z amerykańską historią”  Yunte'a Huanga), wyklejka z mapą, wiele zdjęć, rycin czy reprodukcji akwareli z tamtych czasów naprawdę umila proces czytania.

Nie jestem znawczynią historii Ameryki, ani jakąś szczególną jej entuzjastką, a mimo to fajnie było uporządkować sobie w głowie odniesienia, które spotykałam w różnych, wcześniej czytanych, przeze mnie książkach.
Fajnie było wiele rzeczy lepiej zrozumieć, skąd się w danej książce wzięły i dlaczego.
I nie mam tu tylko na myśli cyklu o Alvinie Stwórcy Orsona Scotta Carda, o którym wspominałam w mediach społecznościowych w trakcie lektury. Cykl ten jest alternatywną historią Stanów Zjednoczonych i świata, mocno osadzoną w magii i współistnienia z pięknem przyrody, w wizji człowieka, który tworzy, a nie niszczy, jednocześnie równie mocno opartą na historycznych wydarzaniach i prawdziwych postaciach.

Kiedy choć w niewielkim stopniu zna się historię to, wiele motywów w popkulturze od razu się rozpoznaje i rozumie po co są - co wnoszą w treść utworów literackich, muzycznych czy też do kinematografii, choćby to było jedynie nazwisko.
Czytanie ze zrozumieniem tego, co chciał przekazać Autor wiąże się również z umiejętnością odnajdywania pozostawionych przez niego nawiązań.

„Jeśli można by wyrugować z naszego kraju wszelką ignorancję, wówczas nastaloby prawdziwe millenium”.
*Ephraim Cutler

Czytajcie książki historyczne, zawsze warto wiedzieć.




Data wydania: 1 lipca 2020
Liczba stron: 342
Tłumaczenie: Mariusz Gądek
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...