Szajka - Lajos Grendel

Szajka - Lajos Grendel

Szajka - Lajos Grendel

Lajos Grendel (1948-2018) to węgierski pisarz, eseista, literaturoznawca. Absolwent studiów hungarystyki i anglistyki na Wydziale Filozoficznym Uniwersytetu Komeńskiego, na którym (w
Katedrze Języka i Literatury Węgierskiej) później wykładał historię literatury węgierskiej. Pracował jako redaktor w wydawnictwie Madách, w latach 1990-1992 był redaktorem naczelnym miesięcznika literackiego „Irodalmi Szemle”, a do września 1997 roku pełnił tę samą funkcję w czasopiśmie „Kalligram”.
To autor wielu powieści, opowiadań, esejów jak również prac naukowych i historii literatury węgierskiej. Laureat wielu nagród. W Polsce znany z „Poświęcenia hetmana” (2014), „Dzwonów Einsteina” (2016) i „Życia w cztery tygodnie” (2018). W tym roku do tego grona dołączyła „Szajka” wydana przez Bibliotekę Słów (również w tłumaczeniu Miłosza Waligórskiego).

Szajka - Lajos Grendel


„Wówczas stało się dla mnie jasne, że wolność oglądana z prawa wygląda inaczej niż wolność oglądana z lewa, od tyłu, z przodu, od spodu lub z góry. Potem wolność oddała mi się prawie jak panienka spod latarni”.

Postaci w „Szajce” są prawie nie do odróżnienia i na początku zdają się ze sobą niepowiązane. Wszystkich napędza wizja przyjemnego, niemęczącego czymkolwiek!, życia, a możliwość wyboru, czyli tę wolność, której podobno wszyscy pragniemy, chętnie zamieniają na jakieś przyjemności; kulinarne bądź cielesne.
Największe znaczenie w tej powieści ma miejsce akcji, czyli słowacko-węgierskie pogranicze, po czechosłowackiej stronie, którego mieszkańcom obojętne jest kim są, bo mogą być każdym, kiedy zajdzie taka potrzeba.
Kto by się zresztą w tym połapał? Kompletny chaos. Złodziejstwo, oszustwa i próżność zatopione w absurdzie, grotesce, ironii i do tego z wątkiem kryminalnym w tle.
Ta niemoralna prowincja to istny panoptykon, to za sprawą nadrzędnego narratora czujemy się jak strażnicy-obserwatorzy „ofiar” czasów, które im się zdarzyły.
 
Szajka - Lajos Grendel

Bohaterowie nie wiedzą czym są najważniejsze wartości i pojęcia w życiu każdego człowieka - czyli takie jak np. „wolność”, „naród”, czy po prostu „miłość”, za które inni ginęli i giną.
Postaci w „Szajce” się przystosowują, adaptują do świata, w którym żyją, czyli mogłoby się wydawać, że wykazują się nad wyraz wysokim poziomem inteligencji...

<„Wiedza to namiętność - mawiał - i jak wszystko, co autentyczne, ona również stanowi cel sam w sobie. Świata nią nie zmienisz, ani nawet siebie. Jest prztyczkiem w nos śmierci, kpiną z niebytu, mimo że one i tak w końcu okażą się silniejsze. Wiedza to zgoda na wykluczenie, marginalizację i wreszcie absolutną samotność”.>

Jedyną drogą ucieczki z tego więzienia jest podróż w zaświaty. Przyzwyczajenia są cementem, który spaja cały ten kram. A każdy kto do niego wchodzi, szybko czuje się jak u siebie. Tak jakby wszyscy siedzieli na tej samej karuzeli. Taka wariacja na temat perpetuum mobile.

Śmiałam się podczas czytania... w głos. Lubię dobre porównania, lubię absurdalność, surrealizm i lubię takie poczucie humoru, które to z kolei przywiodło mi na myśl „Wtedy w Loszoncu” Petera Balki, nawet miejsce akcji - słowacko-węgierskie pogranicze - się zgadza, a i w samym tekście pojawia się Łuczeniec, czyli Loszonc. Wiele cech wspólnych ma „Szajka” również z „Rivers of Babylon” Petera Pištanka. To te same pragnienia, te same motywacje napędzają bohaterów.

Dzisiaj sądzimy, że żyjemy w wolności, otwartości. Może jutro nie obudzimy się w świecie oficjalnego dyktatu, choć wszystko wskazuje na to, że kiedyś i do tego wrócimy, ale nadal jesteśmy ofiarami manipulacji, manipulacji za pomocą polityki. Z wywalczonej wolności nie potrafimy korzystać. Również nadal nie chcemy przyznać, że jednostka ludzka jest najważniejsza, a nie grupa. Różnorodność to i owszem, ale nie jednostkowa.

„Kto polega na ideałach, czyli sprawach abstrakcyjnych i nieuchwytnych, działa na swoją szkodę i skłonny jest w ich imieniu dopuścić się najgorszego świństwa. Natura ma nas w głębokim poważaniu i wszystko jest dziełem przypadku, to on określa nasze życie”.

W „Szajce” widać jak lata płyną, a ludzie płyną z prądem. Przemija tylko czas. Postęp technologiczny odbywa się w obojętności na wielkie ideały, których definicję modyfikuje potrzeba. Z reguły... potrzeba wygody.



Data wydania: 2 grudnia 2020
Liczba stron: 204
Kategoria: literatura piękna 
 Przekład: Miłosz Waligórski

Dania: mały kraj - wielka literatura

Dania: mały kraj - wielka literatura

Jak coś ma się zepsuć, to zepsuje się mi. Jak ktoś ma doświadczyć czegoś nieprzyjemnego, a na jego szczęście - ja kroczę gdzieś w pobliżu, to na pewno ja tego doświadczę. Przyzwyczaiłam się już do tego i nie za specjalnie mnie to rusza. Dotyczy to każdej dziedziny mojego życia. Tej instagramowo-blogerskiej również. 
Obecnie nie jestem w stanie zrobić zdjęcia, w którym punkt ostrości jest wyraźnie określony. Kiedy zadręczam aparat pytaniami w stylu „dlaczego mi to robisz?” ten odpowiada mi tym samym: bo mogę.
Poniżej są zdjęcia, na których lepiej widać co to za stos prezentuję w świątecznym anturażu. Obiektyw chyba zażył Rutinoscorbin.

Napisałam najdłuższy z tekstów, które wypełniają ten blog, nie wiem czy się komuś tym przysłużę, ale wbrew wszelakim emanacjom zła - niedającym się policzyć blogspotowym błędom i omdleniom mojego dostawcy internetu, sprawiło mi to przyjemność.
Zatem, drogi Czytelniku!, przygotuj sobie coś smacznego i ruszaj ze mną na dość długą wędrówkę po zawiłych korytarzach mojej pamięci i po długich oraz miękkich dywanach planów, podczas której nie tylko coś przeczytasz, ale usłyszysz i zobaczysz!

Dania jest najmniejszym z krajów nordyckich, ale jedynie pod względem powierzchni. Pod innymi względami... Raczej nie jestem władna jej oceniać, a liczby mówią same za siebie, no i Wikipedia... Nie mam wielkiego doświadczenia w obcowaniu z duńską kulturą. W sumie tak naprawdę niewiele o Duńczykach wiem.
Słyszałam coś o wysokich podatkach, które podobno z niczego się nie wzięły, a mieszkańcy tego kraju nie są z tego powodu zagubieni i smutni, a wręcz przeciwnie. Przecież nie tak dawno próbowano nas przekonać do życia w stylu hygge, które głównie odnosi się do uzyskania stanu wewnętrznej równowagi, ale nie wiem czy nam, obywatelkom i obywatelom Polski, żyjącym w poczuciu krzywdy, dane będzie wejście w taki poziom świadomości własnego wnętrza... na stałe.
Ale i samo próbowanie może być przyjemne.

Podkręćcie głośność - Agnes Obel


Zanim przejdę do moich wspomnień, tak jestem sentymentalna, ale... wyważyłam ton, więc chyba nikogo tym tekstem nie wzruszę, to chciałabym napomknąć o muzycznej stronie tego odnoszącego się do Danii tekstu, bo ja, wberw pozorom, nie tylko czytaniem żyję.
Zatem! polecam wyszukanie czy to na youtube, czy spotify, czy jaką tam macie możliwość, Pani - Agnes Obel.
Agnes to duńska piosenkarka, pianistka i autorka piosenek. Jej utwory mogliście usłyszeć m.in. w serialach „Chirurdzy”, „Dark” i „Euphoria”.
Kiedy gra i śpiewa wokół słuchających roztacza się mgła utkana z niedopowiedzeń i świata baśni.

https://commons.wikimedia.org/wiki/File:Agnes_Obel_by_Eric_VALLET.jpg
 zdjęcie pochodzi z: https://commons.wikimedia.org/wiki/File:Agnes_Obel_by_Eric_VALLET.jpg


Hans Christian Andersen

A kiedy już wspominałam o baśni, to nie mogę nie wspomnieć o Hansie Christianie Andersenie. Wiem, że nie pisał jedynie dla najmłodszych, jednak to przez pryzmat głównie tej twórczości go znam.
Baśnie Hansa Christiana Andersena dostałam w dzieciństwie, na Święta Bożego Narodzenia, i zanim zasiedliśmy do kolacji wigilijnej, to przeczytałam więcej niż połowę opowieści z tego zbioru. Najbardziej w pamięć zapadł mi „Imbryk”, wzruszył mnie wtedy, i w sumie nadal to robi, tak że się popłakałam. Nie ma co walczyć z sentymentalnością, to wbrew temu co mówią, dobre uczucie.


Dania: Mały kraj - wielka literatura

Jussi Adler-Olsen

Od świata baśni zrobię mały zwrot akcji i odbiję w stronę filmowo-serialową. Bardzo lubię filmy oparte na cyklu książek Jussiego Adler-Olsena, który dotyczy Departamentu Q. To kryminały, w których historia opowiadana jest dwutorowo. Niespieszna akcja, klimat, fajne kadrowanie, i przekonująca gra - Nikolaja Lie Kaasa i Faresa Faresa.

Dania: Mały kraj - wielka literatura

Książek nie czytałam i nie odczuwam takiej potrzeby, więc jak wolicie sprawdzić obraz, to ten cykl jest dobry.

Most nad Sundem


Jak już jesteśmy przy obrazie, to wspomnę o tekście, który wyrecytuję obudzona w środku nocy, a jest to: „Saga Norén länskrim Malmö”. Jest to zdanie z serialu, produkcji duńsko-szwedzko-niemieckiej, a jego polski tytuł to „Most nad Sundem”. Zacytowane zdanie pada w nim wielokrotnie, w każdym odcinku, wypowiada je oczywiście Saga Norén, grana, wprost genialnie, przez Sofię Helin, i nie wiem czy ta rola nie zrobiła tej aktorce krzywdy?.
To nie tylko klimat, zagadki, obyczajowość, historia, nawet polityka, to przede wszystkim dobrze zagrane postaci, których, kiedy serial się kończy, zaczyna zwyczajnie brakować.

Peter Høeg


Myśli Sagi podróżują po rejonach, w których mało kto z nas by się nie zagubił. Ona łączy wątki, które nie są oczywiste i jest niebywale inteligentna, ale nie radzi sobie z relacjami międzyludzkimi i emocjami. ? Nie bez powodu trwam w wątku Sagi Norén, gdyż chcę wspomnieć o książce Petera Høega „Efekt Susan”, którą czytałam jakiś czas temu. Tam, niektóre z myśli głównej bohaterki przypominały mi właśnie Sagę, tyle że o wiele bardziej chaotyczną. Byłam pod wrażeniem pomysłu i ciągu zdarzeń, ale styl, którym pisze Peter Høeg działa na mnie jak najlepszy lek na bezsenność.

Dania: Mały kraj - wielka literatura

 
Skoro już przeszukuję zasoby swojej pamięci to jeszcze przypomnę komiks o życiu Marii Skłodowskiej-Curie, który całkiem niedawno miałam okazję przeczytać, a dwie z jego autorek są Dunkami. To „Maria Skłodowska-Curie. Światło w ciemności” - Frances Andreasen Østerfelt, Anja Cetti Andersen i Anna Błaszczyk.




Dania: mały kraj - wielka literatura


Chyba? skończyłam wspominać, zatem przechodzimy do mojego minizbioru książek z kręgu literatury duńskiej, które zamierzam w najbliższym czasie przeczytać.

Z duńskich pisarek najbardziej wpadła mi w oko i siedzi tam już jakiś czas, Janina Katz (1939-2013). Miałam okazję kiedyś czytać tomik poezji „Powrót do Jabłek” i jak widzicie, bo jest na zdjęciu, planuję go sobie przypomnieć.
„Powrót do jabłek” to wybór z jedenastu tomów duńskich wierszy, którego dokonała tłumaczka Bogusława Sochańska, mając na celu ukazanie wątków przejawiających się w twórczości Janiny Katz.



Janina Katz to tak naprawdę polsko-duńska pisarka, którą w Polsce znamy m.in. z powieści „Moje życie barbarzyńcy”, „Pucka” i „Opowieści dla Abrama” - które to próbuję kupić, już jakiś czas, w internetowym antykwariacie skupszop.pl, ale ilekroć dodam książkę do koszyka, ktoś w dokonaniu zakupu jest szybszy, ale... kiedyś się uda.
Janina Katz tłumaczyła literaturę polską na duński. Po polsku również pisała poezję.

15 grudnia miała miejsce premiera „Chłopca z tamtych lat”, książka ukazała się nakładem Wydawnictwa Driada, której przekładu dokonała Bogusława Sochańska, podobnie jak wszystkich pozostałych publikacji Janiny Katz.

Dania: Mały kraj - wielka literatura

Chłopiec z tamtych lat - Janina Katz


Chłopiec z tamtych lat, długo oczekiwana przez miłośników twórczości Janiny Katz jej czwarta z kolei powieść. Opowiada o dwojgu polsko-żydowskich emigrantach, którzy próbują układać sobie życie w Danii po opuszczeniu Polski w rezultacie pomarcowej nagonki.

Narratorka Ania spędziła dzieciństwo w Krakowie w nieświadomości tego, co  wydarzyło się w czasie wojny. Wychowująca ją ciotka nie chce mówić o losie rodziny ani o tym, jak obie jako Żydówki przeżyły wojnę.

W 1969 roku Ania osiada w Kopenhadze, dokąd zaprasza ją Joachim, tytułowy przyjaciel z młodzieńczych lat. Joachim też jest sierotą. Ożenił się z Dunką, radykalnie odcina się od swoich kulturowych korzeni i na siłę próbuje stać się Duńczykiem. Ania - przeciwnie, świadomie pozostaje outsiderką, niejako przez szybę obserwując duńską rzeczywistość, a doświadczenie fiaska życiowego Joachima utwierdza ją w poczuciu, że będąc emigrantem, zawsze pozostaje się outsiderem.

W miarę upływu czasu Ania odczuwa coraz intensywniejszą potrzebę znalezienia odpowiedzi na dręczące ją  pytania o przeszłość własną i jej wymordowanej podczas Zagłady rodziny.

*opis pochodzi od Wydawcy.

Lusterko, ramię, kierunkowskaz - Dorthe Nors

Pokusiłam się również na „Lusterko, ramię, kierunkowskaz” Dorthe Nors, którą w 2018 roku, w Polsce, wydało wydawnictwo Czarna Owca, w przekładzie Elżbiety Frątczak-Nowotny. Za „Lusterko, ramię, kierunkowskaz” autorka została nominowana do prestiżowej nagrody Man Booker International Prize.
Zanim Dorthe Nors zaczęła publikować książki pod własnym nazwiskiem, tłumaczyła szwedzkie kryminały.
Ta książka robi na mnie wrażenie nieoczywistej, zatem z przyjemnością sprawdzę czy taka jest.

Sonia jest gotowa zacząć wszystko od nowa. Właśnie przekroczyła czterdziestkę, a szwedzkie kryminały, które tłumaczy, zupełnie przestały ją interesować. Póki co regularnie odwiedza masażystkę, próbuje odnowić relacje z siostrą i nareszcie zdobyć prawo jazdy. Apodyktyczny instruktor sprawia jednak, że zmiana biegów staje się wyzwaniem przekraczającym możliwości Sonii. Na dodatek uporczywe zawroty głowy powracają w najmniej odpowiednich momentach…

Wiele lat temu Sonia marzyła, by sielskie krajobrazy rodzinnej Jutlandii zobaczyć już tylko we wstecznym lusterku. Teraz, kiedy samotnie kroczy kopenhaskimi ulicami, odkrywa w sobie tęsknotę za obrazami z dzieciństwa: łabędziami krzykliwymi, bezkresnym niebem i polami żyta. Ale w jaki sposób można powrócić do miejsca, którego już nawet się nie rozpoznaje? I czy tak naprawdę chodzi o powrót, czy o ucieczkę?

Lusterko, ramię, sygnał to cierpki i błyskotliwy portret kobiety wyruszającej w podróż, choć nie ma wokół absolutnie nikogo, kto mógłby wskazać kierunek.
 
*opis pochodzi od Wydawcy.

Żywica - Ane Riel

Planuję również przeczytać wydaną na początku tego roku „Żywicę” Ane Riel, w tłumaczeniu Joanny Cymbrykiewicz, która to z kolei ukazała się nakładem wydawnictwa Zysk i S-ka.
Ta powieść jawi mi się jako niezwykle mroczna, a to za sprawą wszystkich opinii, które, na jej temat, miałam okazję przeczytać.
 

Co się dzieje, jeśli kochasz kogoś tak bardzo, że chcesz go zatrzymać przy sobie za wszelką cenę, w bezpiecznym miejscu?

Rodzina Haarder mieszka na odosobnionej, porośniętej świerkami małej wysepce i z rzadka kontaktuje się z obcymi. Mieszkańcy sąsiedniej wyspy uważają ich za dziwnych, ale nie wtrącają się w ich życie. Gdy ojciec zgłasza śmierć 9-letniej córki, szanują ich żałobę i coraz mniej się interesują tym, co się dzieje w odosobnionym domostwie.

Żywica to wstrząsająca i zarazem wzruszająca kronika stopniowego upadku i szaleństwa, do którego może doprowadzić ludzi lęk przez kolejną utratą i traumą.

*opis pochodzi od Wydawcy.

Mam nadzieję, że znaleźliście w tym słownym tasiemcu coś, co Was rzeczywiście zainteresowało i się Wam przyda. Starałam się wybrać niekoniecznie oczywiste książki, jak np. „Pożegnanie z Afryką” Karen Blixen, czy wydane w tym roku przez Wydawnictwo Poznańskie „Życie Sus” Jonasa T. Bengttsona. Znam również twórczość Jensa Henrika Jensena, jak szukacie złożonych historii kryminalnych to jego cykl „Oxen” będzie dobrym wyborem.

Te cztery książki, które zaprezentowałam, jak również inne, można znaleźć m.in. w zasobach Księgarni duńskiej.

Akcja „Dania: mały kraj - wielka literatura” działa przy wsparciu Duńskiego Instytutu Kultury.




Demian - Hermann Hesse

Demian - Hermann Hesse

 

 
„Możemy zrozumieć się nawzajem; lecz wyjaśnić samego siebie każdy może tylko sam”.
 
Nie wiem czy w ogóle powinnam próbować pisać o książkach Hermanna Hessego, bo to pisarstwo tak wielkie i tak wyjątkowe, że czaruje, urzeka, zniewala, kompletnie onieśmiela. Hesse pisał dla określonego kogoś, dla Ciebie, dla mnie.
Mówi o sobie, ale w to Nim dostrzegasz siebie. Filozofia tat twam asi (ty jesteś owym) bije z każdego zdania, z każdego jednego wniosku.
Mówi się, że Hesse pisał dla samotników, dla ludzi, którzy nie dążą do stadnego życia, ale każdy człowiek, niezależnie od tego jaką drogę wybrał, czy tę prowadzącą do życia w społeczeństwie zglobalizowanym, czy tę prowadzącą do życia na uboczu, może być tak prawdziwie sobą, tylko wtedy, kiedy jest sam.
Nie chodzi o to, że całe życie udajemy przed innymi, bo i przed sobą potrafimy, ale o to, że kiedy wiesz, czego w życiu chcesz i co jest ważne, to nie szukasz na siłę czyichś myśli i nie sprzątasz czyjegoś podwórka, bo najbardziej liczy się twoje własne. A kiedy w sąsiedzie widzisz siebie, tego zdrowego, to nie masz potrzeby karmienia się złymi emocjami. W innych widzimy to, co mamy w sobie.
To nie jest wiedza tajemna, ani też nic niemożliwego do realizacji, a mimo to, tak bardzo nauczyliśmy się żyć poza sobą, że nie potrafimy do siebie wrócić.

Demian - Hermann Hesse

 

„Demian” został wydany w 1919 roku pod pseudonimem Emil Sinclair, tak też nazywa się narrator tej powieści. Hermann Hesse nie czuł się wtedy sobą, a to jak był ówcześnie nazywany „łotrem, który zmienia poglądy” nie działało na niego pokrzepiająco - tutaj wszelkich wyjaśnień dokona Volker Michels w posłowiu.

Młody Emil żyje w dwóch światach, w domu rodzinnym, który otacza go opieką i chroni, i poza nim, gdzie doświadcza pierwszy raz czegoś złego.
Nadal chce być tym nieskażonym, czystym dzieckiem swoich rodziców, gra zatem tę rolę dopuszczając się czynów, których nie akceptuje i których się wstydzi.
Z pomocą przychodzi Maks Demian i odcina źródło zła. Tylko czy skażona dusza może wrócić do poprzedniego stanu?
Emil zna obraz Boga, który akceptuje jedynie dobre uczynki, który stawia granicę moralności tam gdzie przemawiający jego głosem uznał za stosowne. Miota się, pije, często przekracza tę granicę, której przekroczenie w czasach dzieciństwa napawało go lękiem, a jednocześnie pragnie wrócić do tych czasów, kiedy czuł się bezpiecznie, gdy odcięty od świata zewnętrznego był czysty. 
Do jego życia wraca Demian, w towarzystwie matki, który ukazuje czym są rozterki Emila.

„Demian” jest przesiąknięty myślą
Carla Gustava Junga i jego psychoanalizą, od interpretacji snów aż do powrotu jednostki do świata zewnętrznego.
Hesse wspomina Johanna Wolfganga von Goethego, Friedricha Nietzschego, nawiązuje do Najwyższego Bóstwa w mitologii perskiej i gnostyckiej:

"Ptak wykluwa się z jajka. Jajkiem jest świat.

Kto chce się urodzić, musi świat zniszczyć.

Ptak leci do Boga. A imię Boga Abraxas”,

do którego również odnosił się Jung. Abraxas stał się dla chrześcijan demonem, ponieważ jednoczył wszystkie oblicza świata, te złe również. Ale nim nie był.

Abraxas to symbol m.in. siedmiu stopni oświecenia człowieka. Dobro i zło istnieją, i zawsze będą ze sobą nierozerwalne. A Abraxas jest po prostu jednością.

„Demian” to zapis połączenia wnętrza człowieka, jego rozdwojonej duszy, w jedność, po to, aby mógł stać się częścią zdrowego społeczeństwa.

Czytanie Hermanna Hessego jest jak obcowanie z istotą wyższą, nie wszystko od razu się rozumie, a może i nie da się w pełni zrozumieć, wszak słowa nigdy nie są jednoznaczne, ale czuje się taką wewnętrzną przyjemność, spokój. 

<(...) Widzę, że myślisz więcej, niż potrafisz powiedzieć. Jeśli jednak tak jest, to wiesz także, że nigdy w pełni nie przeżyłeś wszystkiego, co pomyślałeś, a to niedobrze. Wartość posiada bowiem tylko takie myślenie, które przeżywamy. A ty wiedziałeś, że twój „dozwolony świat” był jedynie połową świata i usiłowałeś zakamuflować tę drugą połowę przed samym sobą, tak jak to robią księża i nauczyciele. To ci się nie uda! Nie udaje się bowiem nikomu, z chwilą gdy zaczął już myśleć.>

 
Wydawnictwo: Media Rodzina
Data wydania (tego ze zdjęcia): 30 października 2017
Liczba stron: 256
Tłumaczenie: Maria Kurecka
Posłowie:Volker Michels, Przyjaciołom: Hermann Hesse
(tłumaczenie: Anna Urban)
Gorzko, Gorzko - Joanna Bator

Gorzko, Gorzko - Joanna Bator

 

Gorzko, Gorzko - Joanna Bator
Zastanawiałam się kilka dni jak napisać o jednej z moich ostatnich lektur, aby jednocześnie było to wystarczające, podsumowujące treść i moje odczucia oraz w jakiś sposób zachęcające, ale bez narzucania mojego toku myślenia. Żeby każdy kto przeczyta to, co napisałam, mógł ocenić czy ta książka jest dla niego. Od osób piszących na temat okołoksiążkowe wymaga się jakiejś uniwersalności, zapominając gdzieś po drodze, że my tu zwykle o gustach piszemy, własnych, a nie cudzych. 
 

Gorzko, Gorzko - Joanna Bator

 
Pisarstwo Joanny Bator znałam do tej pory jedynie z „Piaskowej Góry”, po której miałam czytać „Chmurdalię”, ale rzuciłam się na opasłe tomiszcze jakim jest „Gorzko, gorzko”.
To czteropokoleniowa saga rodzinna, której porwane losy spaja bohaterka i narratorka - Kalina, której JA otwiera i zamyka tę powieść.

Pierwsze ogniwo to Berta, która tak bardzo marzyła o lepszym życiu, że zaczęła to, które wiedzie spisywać, a powstałe teksty poprawiać, jakby to te poprawki je kształtowały, a z czasem zupełnie przestała dostrzegać rzeczywistości.
Potem poznajemy Barbarę, która w dorosłym życiu utraciła wszystko o czym marzyła, o co się modliła. Przyjęła zatem kolejny jego etap jako pokutę.
Jako trzecia na scenę wkracza heroina Violetta „Boże mój, wbiłeś we mnie wszystkie noże”, która całe życie pragnęła uwagi, grała zatem w teatrze, który z prawdziwym życiem wspólne miał jedynie miejsce akcji.
No i jest Kalina, która prawie nic o swojej rodzinie nie wie, jest zatem nieświadomą spadkobierczynią majątku tonącego w morzu przydasi, weków i opowieści o wilkach. A Lupus in fabula ma różne oblicza, od metaforycznych po dosłowne. Jego kły czasem pozwalają przetrwać, a czasem odbierają tę możliwość. To jak jest, zawsze jest zależne od tego jak było. Z każdej drogi można zejść, ale trzeba wiedzieć skąd wiodła.

Jeżeli nie czytaliście niczego, co napisała Joanna Bator to musicie wiedzieć, że ta pisarka to zaklinaczka języka polskiego. Wszyscy mamy dostęp do tych samych słów, ale nie u każdego one łączą się w zdania ośmiornice, będące jednocześnie opisem zdarzeń i zapisem dialogów, które tworzą piękną melodię, ale tylko wtedy gdy się chce jej słuchać.
Czas i przestrzeń są nierozerwalne i tak też jest w historiach pisanych przez Joanną Bator. W „Gorzko, gorzko” miejsca akcji są zmienne, czas zatem również. Postaci epizodyczne dają nam szczegóły, istotne  dla tła społeczno-historycznego, które wzmacniają w nas poczucie prawdziwości czytanej historii.

Od pierwszych stron „Gorzko, gorzko” urzekło mnie językiem, ale nie uwiodło prezentowaną historią. Szczątkowe informacje, były mało angażujące i czułam, że się jakoś tam mozolę, ale kiedy wszystko zaczęło się zazębiać, a historie przenikać, bo nie dość, że mamy biografię każdej z postaci, to możemy te kobiety zobaczyć oczami innych, to parafrazując Comę: obudziłam się wplątana w cudzą pościel, w cudze sny.

Magiczność w prozie Joanny Bator to wspomnienia ludzi, których już fizycznie na świecie nie ma, ale pamięć trzyma ich nadal blisko żywych, nadal kaszlą i mówią. Magiczny też jest realizm zaczynając od poczucia osamotnienia, strachu przed porzuceniem, przez
domowe wyroby mięsne, Budkę Suflera, opowieści zapewniane przez „Skandale”, wiersze Stachury i książki mające dawać wrażenie oczytania, bo o to zwykle się wszystko rozbija, o to robienie wrażenia.
Kiedy zanurzamy się w przeszłość nie odnajdujemy ponumerowanych faktów, przez co, ta ważna dla mnie, realność historii jest namacalna, nawet wtedy gdy czyny, których podejmują się bohaterki napawają mnie odrazą.

Okładka „Gorzko, gorzko” jest pięknie ukwiecona, aby wabić czytelników jak pszczoły, jednak tytuł ostrzega, że po tym nektarze miód może nie być ani słodki, ani przejrzysty.
Skończyłam tę powieść kilka dni temu i mam jakąś taką w sobie nostalgię, tęsknotę do tych historii. Bo chociaż zostały zamknięte, to ich wydźwięk zawsze pozostanie żywy.


Gorzko, Gorzko - Joanna Bator


Wydawnictwo: ZNAK
Data wydania: 25 listopada 2020
Liczba stron: 576
Kategoria: literatura piękna


Cykl „Po co czytam” - dla obrazów

Cykl „Po co czytam” - dla obrazów

 

Często trafiam na pytania dotyczące przyczyny czytania książek w liczbie, która może przyprawić o zawrót głowy. No bo po co aż tyle? A jakby ktoś pytał, to w tym roku raczej dwusetki nie przekroczę, ale jestem blisko. Zdarzają się i tacy, co stwierdzają, że to niewiele :)
Wymyśliłam sobie zatem cykl, w którym opowiem po co czytam, co mi to daje.
A może kogoś zainteresuję książkami, które czytałam.

Cykl „Po co czytam” - dla obrazów


W ten weekend przeczytałam m.in. „Świerszcza za kominem” Charlesa Dickensa i charakterystykę jednej postaci sobie szczególnie umiłowałam, to Tackleton, fabrykant zabawek. Przyjemna persona, bez wątpienia.
Fragment poniżej pochodzi z wydania z 1988 roku, Książka i Wiedza, w tłumaczeniu Krystyny Tarnowskiej.

Świerszcz za kominem - Charles Dickens

 
„Lecz dusząc się i jątrząc w niewinnym rzemiośle fabrykanta zabawek, stał się niczym strzyga straszliwa, całe życie żerująca na dzieciach, których był nieubłaganym wrogiem. Nienawidził zabawek i za nic w świecie żadnej by sobie nie kupił, tak był przewrotny, że ze szczególnym upodobaniem nadawał odpychający wyraz twarzom farmerów, co prowadzili świnie na targ, twarzom heroldów, co biciem w dzwon oznajmiali o poszukiwaniu dusz, które adwokaci diabłu zaprzedali, twarzom kiwających się staruszek, co naprawiały pończochy lub krajały ciasto; oraz twarzom innych okazów swej wytwórczości. Ohydne maski; obmierzłe, włochate, krwistookie pajace wyskakujące z pudełek; latawce podobne wampirom; wstańki, które żadną miarą nie chciały stać i wciąż się pochylały, strasznym wzrokiem budząc w dzieciach przerażenie - wszystko to było niczym miód dla jego duszy; było jego jedyną pociechą, jego klapą bezpieczeństwa. W takiej wynalazczości wznosił się na wyżyny. Wszystko, co przywodziło na myśl konia-upiora, napawało go zachwytem”.
 
Cykl „Po co czytam” - dla obrazów
 
I tak się podczas czytania zatrzymałam, a potem wróciłam i czytałam kilkakrotnie, żeby dokładnie tego konika zobaczyć. Jak zobaczyłam i zapamiętałam tak go zrobiłam, przy okazji umieszczając w obrazie „świąteczny klimat”.
Nie uciekam do wymyślonych światów, żeby móc znieść swój. Spotykam go tam, czasem tylko jako mignięcie, ale to mi wystarczy. Czyjeś słowa pozwalają nadać mu kształt, a jak są jeszcze do tego ładne, to co chcieć więcej?
 
Cykl „Po co czytam” - dla obrazów



Wieloświat - Anna Sokalska

Wieloświat - Anna Sokalska

Wieloświat - Anna Sokalska

Cykl „Opowieści z Wieloświata” znam dobrze. Świetnie się bawiłam podczas czytania „Wiedźmy”, naprawdę!, i to w dosłownym tego słowa znaczeniu - śmiałam się z perypetii zagubionej we współczesności wiekowej wiedźmy.
„Żertwa” urzekła mnie drugim dnem, mrokiem, wątkiem kryminalnym i zabawą formą. „Kuglarz” miał już trochę inne zadanie, ukrytą treść trzeba było wyłuskiwać, ale nadal była to powieść, w której się odnajdywałam i, mimo wielości przemyśleń w narracji, pozwalała mi czerpać przyjemność z rozpisanej przez Autorkę akcji.

 

Wieloświat - Anna Sokalska

 

Przyszedł czas na „Wieloświat”, czyli (chyba?) ostatnią część cyklu. I nie wiem co się stało, ale ja nie jestem w stanie tej książki przeczytać. Utknęłam przy ostatnim rozdziale drugiej części i dalej zwyczajnie nie dam rady. Czasy, kiedy zmuszałam się do czytania książki, po prostu minęły, i to bezpowrotnie.
Opisywana rzeczywistość, a jest to wizja jak najbardziej możliwej przyszłości, jest niezwykle drobiazgowa. Do tego dochodzą treści egzystencjalne, a potem dopiero postaci i ich losy. Postaci, liczba mnoga.
Nie czuję dynamiki, ani nie czuję powodu dla którego miałabym tę powieść chcieć przeczytać. Po każdej próbie czułam się zwyczajnie czytaniem zmęczona.
Pojawiają się fragmenty bardzo ciekawe jak np. losy Ygdril mające miejsce przed głównymi zdarzeniami.
Wątki ludzi, którzy powinni mnie interesować ginęły mi z oczu w, zdającym się nie mieć dna, morzu opisów. Lubię drobiazgowość, ale lubię mieć miejsce na własne przemyślenia. Lubię kiedy treści jest więcej między wierszami, a mniej zapisanej.
Nadal jest wiele symboliki, nadal można w niej dłubać i szukać jeszcze tam przesłania. Są nawiązania do różnych wierzeń, które ukazują różnorodność jako wspólnotę.

Można czytać tę część bez znajomości poprzednich, chociaż nawiązania się zdarzają, jednak nie powodują dezorientacji, to taki ukłon w stronę znających wcześniejsze książki cyklu.

Trochę mi żal, że nie znalazłam już w „Opowieściach z Wieloświata” tego, co było mi bliskie. A może to ja się zmieniłam? Nie wiem.




Wydawnictwo: Lira
Data wydania: 18 października 2020
Liczba stron: 576
Kategoria:fantastyka, fantasy, science fiction

pod lasem opowieści - sklep

pod lasem opowieści - sklep

pod lasem opowieści - sklep

pod lasem opowieści - sklep

Czasem czuję się jakby mnie hałda różnistych różności przysypała. Wszystkie ciążą i drapią. Dają możliwości, ale wstać by z nich skorzystać jakoś nie mam siły. Do tego tego dochodzi niski poziom jasność na zewnątrz i tylko bym spała, w oczekiwaniu na promień energii, a nuż mnie trafi i porazi jak piorun oświecenia.

W oczekiwaniu na ten promień wzięłam się za tworzenie sklepu, z plakatami.
Czasem sobie coś tam pografikuję, jak akurat nie neurotyzuję, albo nie tworzę neologizmów.

plakaty z grafik i zdjęć

Na razie jest ich tam niewiele, ale z czasem będzie więcej.
Drukiem i wysyłką zajmuje się platforma, na której sklep się mieści, więc cała kwota, która się tam wyświetla nie trafia do mojej przepastnej kieszeni.

Nigdy nie byłam dobra w autopromocji, nie jestem też przesadnie entuzjastycznie nastawiona do życia, więc pewnie jedno wynika z drugiego.
Taka szybka psychoanaliza.

Jeżeli jednak postanowisz, którąś z moich opowieści przygarnąć to będzie mi naprawdę miło.

W zakładkach bloga pojawiła się nowa nazwana SKLEP i to ona przenosi po kliknięciu bezpośrednio na stronę, na której prezentują się moje mniej lub bardziej udane „opowieści”.
Poniżej wizualizacja jednej z tych pokręconych. To taka skrzydlata pani co chroni ciemną stronę księżyca.

pod lasem opowieści - sklep
*Drobne różnice kolorystyczne są możliwe.

Zapraszam do obejrzenia galerii!


SKLEP

Dom Ciało. Home Body - Rupi Kaur

Dom Ciało. Home Body - Rupi Kaur

Dom Ciało. Home Body - Rupi Kaur

Rupi Kaur to indyjska poetka i rysowniczka, która wychowała się w Kanadzie. Podobno kiedy miała pięć lat, pod wpływem matki, zainteresowała się malarstwem. Jako źródło swoich inspiracji podaje twórczość Anaïs Nin i Virginii Woolf. Autorka czyta swoje teksty publicznie, jest performerką. Przygotowała nawet esej fotograficzny o cyklu miesięcznym kobiety.
Opowiada o wychodzeniu z traumy, o uzdrowieniu siebie.
W swojej twórczości porusza wiele tematów tabu, głównie tych dotyczących postrzegania kobiety i jej cielesności jako czegoś złego, niewłaściwego.
Pisze otwarcie o kobiecości, feminizmie, o imigracji, rasizmie, wyzysku społecznym, fałszowaniu historii.
 

Dom Ciało. Home Body - Rupi Kaur

 

Trudno mi nazwać publikację „Dom Ciało. Home Body” stricte poezją. Pisarka wypowiada się w formie uproszczonej językowo, nie ma u niej miejsca na metafory, piękno języka, nie pozostawia miejsca na domysły.
Kojarzę Rupi Kaur z ładnych kwadratowych zdjęć, na których prezentowano jej poprzednie publikacje i z jej instagramowego profilu, który obserwują miliony osób, jakby na złość tym wszystkim, którzy krytykują.
„Dom Ciało. Home Body” ma formę intymnego pamiętnika, w który artystka opowiada o swoich przeżyciach, przemyśleniach i próżno w nich szukać jakiekolwiek liryczności.
Wydaje mi się, że zdecydowana większość jej tekstów brzmi lepiej w języku angielskim, po polsku niektóre stają się bardzo płaskie.
Nie mogę jednak odmówić im umiejętności skłaniania do przemyśleń. Autorka swoim otwartym pisaniem, jakby o sobie, buduje poczucie związku, wspólnoty z każdą kobietą. Jasne, że można się czepiać formy, śmiać się, zarzucać banalność, powstaje jednak pytanie po co? Jak się człowiek postara to skrytykuje wszystko i jeszcze poprze swoją tezę argumentami.
Są takie dni, kiedy zwykłe zdania, których nie trzeba interpretować, wystarczą. Dni, w które trzeba coś usłyszeć, żeby zwyczajnie poczuć się ze sobą lepiej.
Ze sobą, ponieważ u Rupi Kaur to JA jest najważniejsze. 
 
Dom Ciało. Home Body - Rupi Kaur
 
często śnię na jawie o kobiecie którą się stanę
gdy skończy się ta gonitwa
moich niespokojnych lat po dwudziestce
i po drodze zdobędę pewność siebie
nie mogę się doczekać
kiedy moje osiemnastoletnie ja zacznie mi zazdrościć
piekła jakie rozpętam
wkraczając z przytupem w trzydziestkę i czterdziestkę
z upływem lat moja dusza
zyska moc
po pięćdziesiątce usiądę ze swoimi
zmarszczkami i siwymi włosami
śmiejąc się z przygód
które razem przeżyliśmy
i będziemy rozmawiać o niezliczonych
kolejnych przygodach
czekając w następnych dekadach
jak wielkim przywilejem jest
dorosnąć do
najwspanialszej wersji siebie

starzenie się
 
Dom Ciało. Home Body - Rupi Kaur
 
Kiedy byłam dziewczynką, to osiemnaście lat było dla mnie granicą, po przekroczeniu, której miałam magicznie stać się dorosła. A dorosłość była tak odległa, że trzydziestolatkowie wydawali mi się starcami. Dzisiaj mam więcej niż ci starcy z moich wyobrażeń, a tak naprawdę to dopiero od niedawna samą siebie znoszę. A gdy próbuję przywołać we wspomnieniach siebie. choćby sprzed dziesięciu lat, to pytam: kto to był? Im mam więcej siwych włosów, których nawet już regularnie nie farbuję, tym jakoś mi lepiej w tym życiu. Akceptuję swoje ułomności, to, że nic nie muszę, a zwyczajnie mogę. Lubię zwyczajne wieczory spędzane z kubkiem naparu z ziół przy książce, filmie czy muzyce. Im mam więcej lat, tym bardziej zależy mi na poczuciu spokoju, tego świętego. Nie przerażają mnie już zmarszczki, rozstępy i inne formy zapisu upływającego czasu.
 
Dom Ciało. Home Body - Rupi Kaur

Jak widzicie utwory Rupi Kaur nie są wielce szykowne językowo, ale często właśnie tego potrzeba, żeby się zwyczajnie wewnętrznie utulić. Dni, w których „ja” nie czuje się bezpieczne w domu-ciele. Ta publikacja jest podzielona na cztery części, które mają symbolizować drogę ku lepszemu samopoczuciu, taka uproszczona droga samoleczenia. Jasne, że te utwory, stwierdzenia nie zastąpią terapii i wsparcia drugiego człowieka, ale wierzę, że mogą niektórym kobietom pomóc w lepszym traktowaniu siebie. Pozwolę sobie czasem Rupi Kaur zacytować, same zdecydujecie czy jest to coś faktycznie dla Was.  A może i ja zacznę być dla siebie milsza...

Dom Ciało. Home Body - Rupi Kaur

Wydawnictwo: Otwarte
Data wydania: 1 grudnia 2020
Liczba stron: 384
kategoria: poezja
Tłumaczenie: Anna Gralak

 

Władca much - William Golding

Władca much - William Golding

 
Władca much - William Golding
William Golding to brytyjski pisarz, poeta i laureat nie tylko Bookera, ale i literackiej Nagrody Nobla. Po spędzeniu dwóch lat na wydziale biologii przeniósł się na anglistykę. Wziął czynny udział w II wojnie światowej (m.in. uczestniczył w pościgu za niemieckim pancernikiem Bismarck i dowodził okrętem podczas operacji lądowania wojsk alianckich w Normandii). Po wojnie wrócił do nauczania i kontynuował pisanie. Początkowo odrzucany manuskrypt „Władcy much” trafił do księgarń w 1954 roku. W 1961 roku Golding był już w stanie zrezygnować z etatu nauczycielskiego, został pisarzem-rezydentem w amerykańskim Hollins College i zajmował się pracą twórczą. Pięć lat po otrzymaniu Nagrody Nobla został pasowany na rycerza i uzyskał tytuł szlachecki.
*ciekawostka
William Golding interesował się historią potwora z Loch Ness i napisał wiele artykułów na ten temat.
 

Władca much - William Golding 

 

„Władca much” to powieść paraboliczna.
(Ok. Nie lubię tego robić, bo nie chcę się wypowiadać w nauczycielskim tonie, ale postaram się wyjaśnić co to jest. Robię to głównie z uwagi na te komentarze zawodu, które dotyczą przedstawionej historii i w głównej mierze języka.)
Przykłady paraboli najłatwiej znaleźć w Biblii. To opowieść z drugim, o wiele głębszym, niż sugeruje to wierzchnia warstwa, dnem.
Postaci i opisywanie zdarzenie przedstawiają prawdy uniwersalne, pod płaszczem zwykłych ludzi, czy jak w przypadku Goldinga - dzieci.
Parabola ukazuje zatem problematykę egzystencjalną, dotyka historii świata pod płaszczem innej, jak się wydaje prostej i nieszczególnie intrygującej.

Akcja „Władcy much” toczy się podczas jakiegoś konfliktu nuklearnego. Tak, mamy tu klimat dystopii, takiej robinsonowskiej.
Grupa chłopców (od kilku do kilkunastu lat), po przeżyciu katastrofy lotniczej, trafia na bezludną wyspę. To brytyjscy uczniowie. Młodzi, niewinni, czyści. Pochodzą z tzw. dobrych domów.
Na początku wyspa wydaje im się rajem, jest ciepło, kolorowo i nie ma dorosłych. Jednak im więcej czasu na niej spędzają, im mocniej zakorzenia się w nich strach; przed tym, co być może czai się w mroku, a dodatkowo wizja ocalenia mocno się oddala, tym bardziej wyzbywają się człowieczeństwa. 
 
„- Boję się go - powiedział Prosiaczek - i dlatego wiem, co w nim siedzi. Jak człowiek się kogoś boi, to go nienawidzi, ale nie może przestać o nim myśleć. Człowiek sobie wmawia, że to w gruncie rzeczy dobry chłop, a jak znów go zobaczy... całkiem jak astma, nie można oddychać”.

Początkowe zamiary ustalenia jakiejś praworządności, wybrania przywódcy, dążenia do harmonii upadają, dając tym samym miejsce na gnębienie słabszych, infekując młode umysły „gromadomyśleniem”. Chłopcy tracą poczucie rzeczywistości, nie przyjmują do wiadomości, że ich postępowanie jest złe. Widzą i słyszą tylko to, co chcą.

U Goldinga widać jak łatwo można minąć granicę moralności, jak chęć przynależności popycha do wcześniej nieakceptowalnych zachowań.
Kiedy pojawia się możliwość posiadania władzy, to moralność udaje się na wakacje. Wystarczy włożyć maskę i już nie jest się odpowiedzialnym za swoje czyny, a kto zresztą miałby za nie nas ukarać? Spójrzmy jak, w naszej codzienności,
pod anonimowym pseudonimem bardzo łatwo niektórym przychodzi gnębienie innych.
 
„Maska przykuwała wzrok, przerażała chłopców. Zaczął tańczyć wokoło, a jego śmiech przeszedł w groźne warczenie. Dał susa w stronę Billa, a maska była jakby czymś od niego niezależnym, za którą Jack krył się uwolniony od wstydu i zarozumiałości”.

Bohaterami „Władcy much” (swoją drogą tytuł to odwołanie do hebrajskiego imienia Belzebuba) są dzieci, stąd też właśnie taki język. Niewyszukany, prosty, w niektórych miejscach balansujący na granicy infantylnego.
To powieść, której przesłanie jest widoczne wtedy, gdy się patrzy poprzez warstwy i czyta symbole, które są w tej historii często przedmiotami, których chłopcy używają na co dzień. 
Zachęcam do spróbowania powieści Williama Goldinga i otwarcia się na tę drugą, trochę ukrytą historię. Dłubanie w wieloznaczności jest satysfakcjonujące i zwyczajnie fajne.
 
„Władca much” był dwukrotnie zekranizowany w 1963 roku i 1990. Ja jak przez mgłę pamiętam tę drugą.  Może jak będzie okazja, to ją sobie odświeżę.
 
Władca much - William Golding

Zwykle nie odnoszę się do jakości wydania, ale tutaj muszę zarówno pochwalić jak i zganić wydawnictwo Zysk.
Pochwalę za oprawę graficzną. Na okładce mamy nawiązanie do głównego motywu, który wyłania się niejako z plamy atramentu, zupełnie jak w Teście Rorschacha, którego skuteczność w diagnozowaniu klinicznym dziś się podważa, z uwagi na
nieweryfikowalność. Ale za to pięknie otwiera nam drzwi do mnogości interpretacji tego, co widzimy. Tak jest i w tym przypadku.
Zganię za mnogość literówek, przepuszczono nawet błąd ortograficzny.
Ręce opadają. W książce noblisty.
Please, kill me.

*dodatek.
W książce Williama Goldinga przyglądamy się upadkowi człowieczeństwa. Wszystko to, co daje nam wychowanie w cywilizowanym świecie, w ludzkiej kulturze znika jak ślady po katastrofie samolotu na wyspie. Dżungla odradza się bardzo szybko.
Człowiek lubi nie tylko dręczyć zwierzęta, lubi dręczyć i samego siebie. Robi to od zarania dziejów. Na poziomie psychicznym, jak i fizycznym. I wcale nie mam tu na myśli konfliktów zbrojnych, a chęć poznania mechanizmów kształtujących nas jako ludzi.
W literaturze pojawia się wiele nawiązań do postaci wychowanych poza społeczeństwem, choćby Tarzan, który pozostał bardziej ludzki niż ludzie żyjący w społeczeństwie. Wiemy, że to fikcja. Kompletnie niemożliwa sprawa.
Robiono podobne rzeczy i umieszczano dzieci w dżungli celem sprawdzenia jak sobie poradzą i czy proces zdziczenia jest odwracalny. Nie jest.
Robiono też inne dziwne rzeczy, jak np. próby przystosowania szympansów do ludzkiego życia. Adoptowano zwierzę i traktowano je jak ludzkie dziecko.
Niektóre z tych eksperymentów były jeszcze bardziej pokręcone, ponieważ podejmowano się próby wychowania szympansa z dzieckiem. Traktowano oboje w jednakowy sposób.
Wyniki, co prawda, były zaskakujące, ale sama chęć prowadzenia takich doświadczeń jest zwyczajnie obrzydliwa.
Szympans rozwijał się szybciej jak ludzkie dziecko, a ludzkie dziecko uczyło się od szympansa. Gryzło, nie chciało mówić, ani chodzić. Eksperyment przerwano dla dobra ludzkiego dziecka, jednak to, jak wpłynął on na jego życie pokazuje, że taśmy cofnąć się nie da. To dziecko nigdy już nie było stabilne psychicznie i jako dorosłe popełniło samobójstwo.
Wszystko w imię nauki. Wszystko w imię udowodnienia, że nie jesteśmy promyczkiem upuszczonym na Ziemię przez Istotę Wyższą.
Człowieczeństwo i język, który wyróżnia nas na tle innych gatunków jest wynikiem wychowania w kulturze, a nie ewolucji biologicznej.
Pominęłam nazwiska, daty itd., ale jeżeli interesują Was takie tematy to na Copernicus Collage, na platformie z darmowymi kursami, pod szyldem Uniwersytetu Jagiellońskiego, można skorzystać z kursu „Ewolucja języka” i prześledzić to, czym się na tle gatunkowej złożoności wyróżniamy.


Wydawnictwo: ZYSK i S-ka
Data wydania: 10 października 2020
Liczba stron: 296
kategoria: literatura piękna
Tłumaczenie: Wacław Niepokólczycki

 

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...