Sny o pociągach — Denis Johnson

Sny o pociągach — Denis Johnson

 

Zdjęcie książki Denisa Johnsona — Sny o pociągach. Książka leży na pomalowanych na biało deskach. Obok stoi kwiat doniczkowy, monstera, a za książką leży bukiet ususzonej hortensji. W tle jest bokeh z lampek choinkowych.


„Świat był szaro-biało-czarny i cuchnął spalenizną, nie było w nim ani jednego żywego zwierzęcia czy rośliny — już nie płonął, lecz wciąż miał w sobie gorąco i żywe pożogi”.

Sny o pociągach — Denis Johnson


„Sny o pociągach” Denisa Johnsona nazywa się małym arcydziełem i trudno się z tym określeniem nie zgodzić. Krótka, bo licząca zaledwie 112 stron nowela jest przesycona atmosferą górzystych rejonów Idaho. Robert Grainer, główny bohater, wysiadł z pociągu na stacji w miasteczku Fry, gdy miał sześć bądź siedem lat. Podobno mówił wtedy po francusku. Nie pamiętał skąd przybył, ani jak utracił rodziców. Udało mu się ustalić, że najprawdopodobniej urodził się w 1886 roku. Dorosły Robert to robotnik i drwal lubiący swoją pracę i zwyczajne, niespieszne życie, któremu rytm nadają pory roku. Los go nie oszczędza i spokojna egzystencja w zgodzie z naturą zostaje zachwiana, przez rodzinną tragedię. Od jej czasu bohater żyje w samotności, z której okazyjnie wyrywają go niezwykle ludzkie wilki.

„Tak to się zieje tak właśnie mówią: nie ma wilka, co by nie umiał sobie człowieka oswoić”.

Grainer niczym Henry David Thoreau egzystuje w zgodzie z przyrodą, łowiąc ryby w rzece czasu. W tej krótkiej i gęstej opowieści można się zatracić, nasłuchując ech twórców literackich z różnych epok. I tak „Walden, czyli życie w lesie” i jego filozoficzna oś przeplata się z surowymi spostrzeżeniami przypominającymi odrobinę pióro Cormaca McCarthy-ego, postacie, choć z Północy Stanów Zjednoczonych, to ocierające się w kreacji o groteskę — Flannery O’Connor, a realizm magiczny skojarzył mi się z rzeczywistością z czytanego w zeszłym roku „Dotyku” Alexiego Zentera. 
W książkach piękne jest to jak myśli różnych ludzi znajdują wiele punktów wspólnych, za nic mając czas i miejsce.

„To jednak były tylko nikczemne rojenia ludzi z nadmiarem wolnego czasu — gdy przyszedł czas wyborów ich uwagę zwabiły demony parytetu srebra i wywłaszczeń gruntów pod linie kolejowe, więc na jakiś czas tajemnice wzgórz Moyee poszły w zapomnienie”. 

Historia Denisa Johnosona to być może mało optymistyczne studium dysonansu ludzkiego życia, które może być wszystkim i jednocześnie nic nie znaczyć. Świadomość tego, czym ono jest dla nas i kim jesteśmy my, zdecydowanie je ułatwia. Punkt widzenia, zależy od punktu siedzenia, ale i tego czy nam, na siedzisku wygodnie. 

„Sny o pociągach” Denisa Johnsona to mała — wielka literatura.

Wydawnictwo: Czarne
Data wydania: 10.02.2021 r.
Liczba stron: 112
Kategoria: literatura piękna
Tłumacz: Tomasz S. Gałązka
Nazywam się. Moja historia - Chanel Miller

Nazywam się. Moja historia - Chanel Miller

 

Zdjęcie przedstawiające książkę „Nazywam się. Moja historia” Chanel Miller leżącą na innych książkach, których okładek nie widać. Wszystkie leżą na deskach, pomalowanych na szaro. Na pierwszym planie stoi kwiat doniczkowy tworząc głębię ostrości. Obok książek stoi zapalona świeczka.

„Nazywam się. Moja historia” Chanel Miller to trudna książka, choć napisana lekko
i z odpowiednią dozą humoru, który działa jak wentyl bezpieczeństwa.

Chanel Miller padła ofiarą napaści seksualnej. Nie mogąc pogodzić się z prawnym „zakończeniem” dramatu, napisała oświadczenie, które udostępnione w Internecie stało się viralem. Ogrom wiadomości jakie wtedy otrzymała sprawił, że postanowiła spisać swoje wspomnienia na tyle szczegółowo, na ile zdoła i wydać.

Nazywam się. Moja historia — Chanel Miller


Wita nas, czytelniczki i czytelników, we wstępie tłumacząc czym jest prawda.
Prawda nigdy nie jest pełna, jest zależna od narratora i tego, jak co zapamiętał. Jesteśmy ludźmi, nie komputerami, więc nasze wspomnienia są ukształtowane przez emocje.

Wspomnienia Miller oddziałują bardzo emocjonalnie, nie tylko z powodu dokładnego przedstawienia materiału dowodowego, ale i z powodu olbrzymiej drobiazgowości
w opisach zajęć jakich się podejmowała po napaści i uczuć, które się w niej wtedy ścierały. Poznajemy również relację bliskich ofiary.


To nie tylko zapis postępowania sądowego, emocji i prób odnalezienia nowej drogi, drogi bez piętna ofiary, to również zapis codzienności wszystkich kobiet, który przeraża równie mocno jak dysfunkcyjność wymiaru sprawiedliwości i ludzka obojętność, która
z kolei żonglując określeniami kwestionuje wagę czynu.

Jednak wydźwięk publikacji nie ma jedynie negatywnego charakteru.
Historia Chanel Miller jest również świadectwem bezinteresowności, jedności
i współczucia często kompletnie obcych sobie ludzi.


Po lekturze autobiografii Chanel Miller warto sięgnąć po eseje Rebecci Solnit (która odnosi się do wydarzenia, które Chanel Miller także wspomina), Mary Beard , Emily Pine, czy po reportaż Lindy Scott, traktujący również o Polsce, we wstępie.

Wydawnictwo: Marginesy
Data wydania: 01.03.2021 r.
Liczba stron: 400
Kategoria: autobiografia
Tłumacz: Kamila Slawinski


Brulion —  Malwina Ferenz

Brulion — Malwina Ferenz

Zdjęcie książki Malwiny Ferenz - Brulion. Książka leży na drewnianym stole, na rycinie ze starym Wrocławiem. Wokół stoją stare książki, leżą gadżety jesienne; suszone kwiaty. Zdjęcie ma żółtą poświatę.

Okładka „Brulionu” Malwiny Ferenz kłamie zapowiadając jedynie trzepot motylich skrzydeł, tych co ponoć miłość lokalizują w brzuchu. Dlatego też pewnie powoduje rozczarowania u czytelniczek nastawionych na romans z „jakimś tam” tłem historycznym. Na szczęście są i czytelniczki, które lubią takie rozczarowania, 
jak ja.

Brulion — Malwina Ferenz 


Głównym bohaterem, jak również nie do końca słusznie, informuje zarys fabuły umieszczony na ostatniej stronie okładki jest Moritz Stille, który przyjeżdża do Breslau w marcu 1936 roku jako korespondent szwajcarskiej gazety.
Stille wcale nie jest „stille”. Moritz to człowiek zaznaczający swoją obecność, doskonały obserwator i... gaduła-uwodziciel. Wpada mu w oko Ingrid Beaucourt, sekretarka zastępcy wrocławskiego gestapo. Piękna i tajemnicza. Mamy zatem parę i mamy uczucie. Jednak wątek romansowy stanowi jedynie pretekst, możliwość, do opowiedzenia historii w założony sposób. Tak naprawdę Malwina Ferenz stworzyła opowieść, której głównym bohaterem jest... miasto. Wrocław chrzęści nam pod stopami, w uszach dźwięczy muzyka w akompaniamencie gwaru rozmów.
Breslau smakuje i pachnie. Ale nie jest jedynie ładną, trójwymiarową pocztówką.
Spowija je mgła, która im bliżej wybuchu II wojny światowej, tym gęstsza.
Wychodzi z niej wszystko co nieludzkie.
Malwina Ferenz konstruuje bardzo plastyczne opisy, kilkoma zdaniami potrafi przedstawić zdarzenie w taki sposób, że się je zobaczy, usłyszy i poczuje za sprawą znakomitych, głębokich metafor.

„Na Neue Schweidnitzerstrasse po obu stronach ulicy kłębił się dziki tłum. Ludzie stali przyklejeni do siebie, falowali jak powierzchnia jeziora, gięli się jak delikatne trawy pod wpływem wiatru i krzyczeli. Wrzask był ogłuszający. Wydawało się, że podmuch powietrza z taką siłą wypychanego z płuc dociera do rozwieszonych flag Trzeciej Rzeszy i dodatkowo je porusza, przez co powiewały jeszcze mocniej. Każdy, od najmniejszego gnojka, po leciwego staruszka trzymał sztywno wyciągniętą w górę rękę, co sprawiało wrażenie, jakby Führer przejeżdżał między szpalerem żywych mieczy”.

Szczególną uwagę autorka kładzie na listopad 1938 roku i być może dlatego książka czytana w rocznicę Nocy kryształowej (noc z 9 na 10 listopada 1938 roku) wypada
tak głośno i przejmująco. Być może, ponieważ ciężar wydarzeń czerpie swą moc
z warsztatu pisarki.
„Brulion” to także zapis konfrontacji cwaniackiej młodości z miażdżącą machiną nazizmu, z rodzącym się poczuciem bezradności i strachu.
Puenty dotyczące rzeczywistości bohaterów powieści można przenieść do naszej.
Do cichej obojętności, do odwracania się plecami do sytuacji politycznej z nadzieją,
że może wszystko ucichnie. W tym zakresie „Brulion” jest lustrem dzisiaj i dlatego kłuje podczas czytania mocniej.
Praca, którą wykonała autorka zbierając materiał źródłowy jest również godna uznania. Ponadto konstrukcja powieści, wykorzystanie motywu pamiętnika, by móc pokazać więcej w zakresie emocji, odczuwania wydarzeń z punktu widzenia jednego człowieka, jest w tym przypadku bardzo dobrym wyborem. Nadaje faktom historycznym ludzkiego wymiaru i sprawia, że trafia do czytelnika głębiej, o ile ten mu na to pozwoli.

Wydawnictwo: Filia
Data wydania: 07.04.2021 r.
Liczba stron: 426
Kategoria: powieść historyczna
Na śniadanie tort szpinakowy — Kamila Mitek

Na śniadanie tort szpinakowy — Kamila Mitek

Zdjęcie książki „Na śniadanie tort szpinakowy” — Kamila Mitek

 

29 września 2021 roku na rynek wydawniczy trafiło wznowienie debiutu Kamili Mitek „Na śniadanie tort szpinakowy”, które ukazało się pod patronatem m.in. bloga podlasemczytane.pl.

Na śniadanie tort szpinakowy — Kamila Mitek


Główną bohaterką „tortu” jest Joanna Lisek, kobieta przed czterdziestką, rozwiedziona, wychowująca siedmioletniego syna, Filipa. W pracy Joanna przemyka jak cień, gdzie powoli zostaje zastępowana (jak się jej wydaje) przez koleżankę — Katarzynę. Relacje kobiet są napięte, nie tylko z powodu różnic temperamentów, ale i mocno splątanych ścieżek życia osobistego.
Joanna i jej były mąż choć zdają się ze sobą dogadywać (dla dobra dziecka), to kiedy mają okazję dać upust złośliwości, czynią to oboje, z ochotą.
Bohaterka codziennie jedynie stara się przetrwać do następnego dnia, a łatwo nie jest.
Stare myśli rodzą nowe, konflikty kwitną w najlepsze, auto postanawia się zepsuć, a do tego wszystkiego utwardzacz do kleju nie sprawdza się jako kosmetyk stylizujący włosy. Nic nie zapowiada końca ery chaosu. Impreza, na którą bohaterka musi pójść z osobą towarzyszącą, zbliża się wielkimi krokami.

To trzecia (no dobra, przyznam się żebyście mogli mi zazdrościć :), czwarta) książka Kamili Mitek, którą przeczytałam i śmiałam się najczęściej i najgłośniej...
Kamila ponownie (wg chronologii po raz pierwszy) w lekkiej (pozornie) powieści zamieszcza głęboką treść. Widzimy, że wiemy o ludziach tylko tyle, ile nam sami powiedzą; jak nauczeni ciszy zapominamy nie tylko jak pytać, ale i jak mówić o tym, co dla nas ważne. Niewypowiedziane słowa bolą i dźgają w najmniej spodziewanych momentach. Kontrola, którą sprawujemy nad emocjami, jest pozorna.

Zdjęcie książki „Na śniadanie tort szpinakowy” — Kamila Mitek


Motywem przewodnim dla mnie było wydawanie sądów bez materiału dowodowego, po pozorach, wyglądzie, zachowaniu, które nijak mają się do prawdy. Są jak przypadkowe zdania, z których nie da się zbudować pełnej opowieści.

Kamila Mitek zauważa jak dziedziczymy skłonność do przemilczania i jak wpojone poczucie winy pęta, często na lata.
Uważni czytelnicy/czytelniczki zauważą również odniesienia dla konkretnych twórców, literatury, którzy, jak mniemam, są dla autorki ważni.

„Na śniadanie tort szpinakowy” to otulająca jak miękki kocyk powieść na szare, deszczowe dni, w której rodzicielska czułość, humor i miłość do drugiego człowieka, przeplatając się z codziennymi problemami, przypominają, że żebyśmy docenili słońce, musimy przetrwać pochmurne dni.



Wydawnictwo: Dragon
Data wydania: 29.09.2021 r.
Liczba stron: 320
Kategoria: literatura obyczajowa
Projekt Hail  Mary — Andy Weir

Projekt Hail Mary — Andy Weir

Projekt Hail  Mary — Andy Weir

    Kilka lat temu obejrzałam film „Marsjanin” w reżyserii Ridleya Scotta z Mattem Damonem w roli głównej i bardzo mi się podobał. Nie miałam jednak potrzeby sprawdzania literackiego pierwowzoru. Tak naprawdę robię to niezwykle rzadko. Życie jest krótkie, a historie do poznania mnożą się... w nieskończoność. Kiedy pojawiły się pierwsze zapowiedzi „Projektu Hail Mary” i wzmianki o ekranizacji, pomyślałam, że zrobię jak poprzednio. Poczekam na film. Ale kolejne recenzje, dość entuzjastyczne, mocno motywowały do przeczytania „Projektu Hail Mary”. Poprosiłam koleżankę, żeby mi pożyczyła swój egzemplarz. Niestety z nim wiąże się pewna historia... Niestety, gdyż to historia zalania. Zalania książki. Takie rzeczy się u mnie nie dzieją, zatem „Projekt...” jest wyjątkowy. 
    Coraz rzadziej piszę o przeczytanych książkach z uwagi na czas. Dlatego staram się wybierać najciekawsze (dla mnie), spośród tych wszystkich, które czytam, a czytam dużo. Nie chcę też pisać źle, bo szkoda mi na to czasu (znowu ten czas!), ale umiałabym się powyzłośliwiać, sarkazm mam we krwi. Jednak nie jest to zdrowe poczucie humoru i trzymam je w ryzach. 
Zatem do brzegu.

Kosmiczny lipiec


    W lipcu, na Instagramie, Diana z @bardziejlubieksiazki organizuje #kosmicznylipiec. To ciekawa akcja, nie tylko książkowa. Można bawiąc się w programie graficznym przedstawić swoje wizje dotyczące kosmosu. Jednak najwięcej wzmianek dotyczy kosmicznych książek. Ja wybrałam dwie, jak czas pozwoli to będą trzy, a może i wpadnie kosmiczny obrazek?, zobaczę. 

Projekt Hail  Mary — Andy Weir


    Akcja „Projektu Hail Mary” toczy się w głównej mierze w kosmosie, na trasie z Ziemi do Tau Ceti. Tau Ceti to gwiazda oddalona od naszego układu słonecznego o 12 lat świetlnych. Dużo starsza od naszego Słońca. Krążą wokół niej planety. Szanse na to, że jest na nich życie są niewielkie, współczynnik podobieństwa jest taki sam, jak w przypadku „naszego” Marsa. Oczywiście w dużym skrócie i uproszczeniu.  Piszę o tym dlatego, że to bardzo interesujące. Przynajmniej dla mnie. 
    Sama konstrukcja opowieści Rylanda Grace'a (głównego bohatera i narratora, to pierwszoosobowa narracja) przypomina mi właśnie „Marsjanina”. Jeden człowiek i zadanie do wykonania. Z kart powieści przebija przeogromna wiedza z fizyki. To jak autor tłumaczy na czym polega dylatacja czasu jest wprost niezwykłe. Każdy zrozumie. Naprawdę. Chociaż pojawiają się terminy, których raczej w codziennych rozmowach nie używamy, to nie trzeba sobie nad nimi łamać głowy. Narracja płynie. Bywa zabawnie, jest lekko i przyjemnie. Podejrzewam, że film wyrwie mnie z kapci, albo srogo rozczaruje :).
    Zapytacie po co czytać science fiction Weira? Odpowiem, że dla funu, dla zdobycia wiedzy, która podana obrazowo raczej prędko z was nie wybędzie, i dla opowieści o... człowieczeństwie.
    To jest tak piękna historia o nietypowej przyjaźni, o rodzącej się powoli odwadze i olbrzymim poświeceniu dla tej przyjaźni. Napisałabym dla drugiego człowieka, ale jak wspomniałam człowiek jest jeden.
    Andy Weir pokazuje jak dogadać się kiedy nadawca i odbiorca nie dysponują tym samym kodem. Jak szacunek i chęć zrozumienia pozwalają na połączenie interesów różnych kultur, choć miejsce akcji umiejscowione jest poza naszą planetą, przekaz jest jasny. To znaczy taką mam nadzieję. 
    Jeżeli kiedykolwiek zastanawialiście się dlaczego nie podróżujemy po bezkresach kosmosu, albo oczywistym jest dla was dlaczego tego nie robimy, to rozwiązanie, które proponuje autor „Projektu Hail Mary” powinno was usatysfakcjonować. Trochę irytuje, no dobra bardzo mnie irytuje, gdy czytelnicy piszą o szczegółach odbierając tym samym przyjemność z czytania i powiedzenia sobie: Weir ty szczwany lisie! Tak to wymyśliłeś! Szacun!
W tym miejscu jeszcze dodam, że jeżeli przeczytacie i się wam spodoba, albo czytaliście i się wam podobała, a z jakiegoś powodu boicie się książek Stephena Hawkinga to śmiało możecie je czytać, albo słuchać. W szkole bałam się fizyki, wbijano mi do głowy jakieś wzory, których nie tłumaczono. Zraziłam się. Czułam się zbyt głupia, by zrozumieć i nie chciałam próbować. Nie będę oczywiście fizykiem, ale sposób w jaki Stephen Hawking opowiadał w swoich książkach o Wszechświecie i nie tylko o nim, jest przystępny i jest dla wszystkich. 
    Najnowsza książka Weira to bardzo dobre SF, które pod naukową nomenklaturą i historią lotu kosmicznego przemyca to, co w człowieku najlepsze. Tak napisaną literaturę rozrywkową mogłabym czytać zawsze. Bawi, uczy i łaskocze ośrodki empatii.
    W jednym z „Opowiadań bizzarnych” Olgi Tokarczuk pada stwierdzenie, że boimy się tego, co nieznane i próbujemy z tym walczyć, np. gdy z pośród takich samych twarzy wyłania się inna, być może w innym kolorze, z większym nosem niż przywykliśmy oglądać, albo z mimiką, której nie potrafimy zdekodować. Zwykle strach rodzi w nas chęć ucieczki, a w skrajnych przypadkach agresji. Andy Weir krok po kroku przedstawia poznanie nastawione na zrozumienie, napisane zdrową ciekawością i ogromnym szacunkiem do innej kultury. 
Sama końcówka może zbyt ckliwa, ale w końcu to literatura amerykańska. 




Wydawnictwo: Akurat
Data wydania: 05.05.2021
Liczba stron: 512
Kategoria: science fiction
Przekład: Radosław Madejski
Spokój, tylko spokój nas uratuje — kwadratowy oddech, nerw błędny.

Spokój, tylko spokój nas uratuje — kwadratowy oddech, nerw błędny.

Spokój, tylko spokój nas uratuje — kwadratowy oddech, nerw błędny.
   
    Liść ani drgnie.
Skup na nim wzrok. Bierz powoli oddech, do brzucha. Ten musi wypełnić się powietrzem. Licz w tym czasie do pięciu. Możesz użyć palców do odmierzania równych odstępów czasu. Trzymaj nabrane powietrze, przez kolejne pięć sekund. Wypuszczaj powoli i odmierzaj znowu pięć sekund. Już? Nie bierz oddechu przez kolejne pięć.
Przyjmijmy, że to był obwód. 
Powtórz go pięć razy. 
Gratuluję! Aktywowałaś/eś nerw błędny za pomocą tzw. kwadratowego oddechu

Wdech. 
Zatrzymanie. 
Wydech. 
Zatrzymanie.

Nie przewracaj oczami. 
Tę technikę zwą również samavriti pranayama. Możesz ją znać z jogi. 
Nie od dziś wiadomo, że „jako w niebie, taki na ziemi”, czyli, jak w środku, tak zewnątrz, a i tak często kpiąco podchodzimy nie tylko do jogi, ale i do czegoś tak zwyczajnego jak oddech.
    Wszyscy doświadczamy stresu. Takie czasy. Pośpiech, konieczność posiadania wszystkiego, bycia „naj” w wielu dziedzinach, najlepiej wszystkich i to od dziś.. Plus to, co siedzi w nas od lat. Nienazwane. Niewypowiedziane. To męczy.
Nie mów sobie, że inni mają gorzej, albo, że nie masz powodów do stresu. Chyba że ci to pomaga. Jest nawet taka technika radzenia sobie ze złymi myślami, w której wizualizujesz najgorszy możliwy scenariusz, ale tylko przez chwilę.
    Stres to reakcja organizmu na nieprzyjemne doświadczenie. Stres jest dobry, ale nie ten długotrwały. Podciągamy barki do uszu, napinamy mięśnie, chronimy w ten sposób organy wewnętrzne. Zaciskamy pięści, szczęki. Oddychamy klatką piersiową, szybko, płytko. Pocimy się, oczy nam łzawią. Robi się nam gorąco, a czasem zimno, np. w palce. Ciało przygotowuje się do walki. Brzmi znajomo? Pojawiają się też ataki paniki.
Czujesz, że się udusisz, serce wali jak szalone. Nie umiesz nic powiedzieć, jesteś bezradny/a. Być może płaczesz i nie umiesz tego powstrzymać.
Spokojnie.
Nie umierasz. 
Oddychaj. 
    Nerw błędny to taki kabel, światłowód. Biegnie od mózgu, przez kręgosłup, do organów wewnętrznych. Ma wiele rożnych funkcji, np. odpowiada za zdolność przełykania, mówienia, spowalnia pracę serca, „mówi” mózgowi kiedy jesteśmy najedzeni, odpowiada za odruch wymiotny, bierze udział w tworzeniu pamięci, ma zadanie nas wyciszyć, uspokoić. To tak w duuuużym uproszczeniu.
    Gdy stres jest ciągły, organizm zalewa kortyzol, zwany hormonem stresu, który sam w sobie też jest dobry, np. pomaga nam rano rześko wstać, kiedy wszystko w naszym organizmie jest okej. Znowu upraszczam, ale mniej więcej tak to działa. Kiedy kortyzolu jest za dużo jesteśmy rozdrażnieni, nękają nas stany lękowe. 
U zestresowanych osób często pojawiają się m.in.: problemy trawienne, kłopoty ze snem, szumy uszne, problemy z mową, odczuwaniem ciepła. Jesteśmy wtedy słabi, bolą nas mięśnie. 
Jednak osoby, które mają aktywny nerw błędny lepiej znoszą rekonwalescencję pourazową i... stresowe sytuacje. Czytałam, że dysfunkcje tego kabelka mogą mieć również wpływ na choroby autoimmunologiczne, takie jak np. RZS. 
    Latami tracimy, a często już straciliśmy (ale nie bezpowrotnie, a więc luzik), świadomość ciała. Leczymy objawy, skutki, bóle, powtarzając błędne wzorce ruchowe, zapomnieliśmy jak oddychać. Przecież organizm robi to sam. Nad czym tu myśleć. Robi. Odtwarza to, do czego musiał się zaadaptować.
Przypomnij mu, że to Ty rządzisz, Ty to kontrolujesz
Spróbuj oddechu kwadratowego. 
To nie boli, nic nie kosztuje, niczego do tego nie potrzebujesz, nie zrobisz sobie świadomym oddychaniem krzywdy. 
Nie wierzysz, że coś takiego jak kontrolowany oddech może działać i uspokajać ciało? Też wątpiłam. Przeprowadziłam test stresu kontrolowanego, czyli zimny prysznic. Po umyciu się w ciepłej wodzie, odkręciłam zimną i polałam nogi (zaczynaj od nóg; lepiej znoszą zimno) i oddychałam (wdech, zatrzymanie, wydech, zatrzymanie) licząc w trakcie, do pięciu. Oblałam się cała i byłam spokojna, praktycznie zrelaksowana. A nie lubię zimna.
    
   Kiedy oddech przyspiesza. Boli cię brzuch. Serce wali. I wiesz, że to przez nerwy, bo albo czeka cię coś, czego się boisz, albo już miało to miejsce, to weź głęboki oddech, do brzucha. Trzymaj. Wypuść powoli. Trzymaj. Powtarzaj. Możesz skorzystać z zegarka, palców, chodnika po którym idziesz, czegokolwiek co pomoże w miarę równo odliczać czas i aktywuj nerw błędny. Przecież nie umierasz. Nikt, ani nic cię nie atakuje. Powiedz to ciału. Podziękuje ci. 
Nie budź śpiących psów — Grozdana Olujić

Nie budź śpiących psów — Grozdana Olujić

Nie budź śpiących psów — Grozdana Olujić

    Często zaglądam do internetowych antykwariatów, szukam konkretnych książek, a kiedy już je znajdę, to zdarza się, że zamawiam jedną lub dwie spoza listy. I tak było w przypadku „Nie budź śpiących psów”. Skusił mnie tytuł.

    Grozdana Olujić to serbska pisarka i tłumaczka, choć mój egzemplarz krzyczy, że jugłosławiańska, to wydanie z 1968 roku. Pisarka zmarła w 2019 roku. Studiowała literaturę angielską na Uniwersytecie Belgradzkim. Kilka z jej powieści zostało zekranizowanych, a ich przekłady ukazały się w Anglii, Francji, Niemczech, USA, Danii, Norwegii, Holandii i ówczesnej Czechosłowacji.
W języku polskim wydano dwie; „Bajki wiatru południowego” i oczywiście „Nie budź śpiących psów”. 

Nie budź śpiących psów — Grozdana Olujić

    Powieść Olujić nie jest moim pierwszym spotkaniem z serbskim pisarstwem, jakiś czas temu czytałam „I Sabo się zatrzymał” Oty Horvata i jest coś, co łączy te dwie publikacje. Wrażliwość.
Wrażliwość na emocje, na to, co dzieje się we wnętrzu człowieka i wrażliwość językowa.

    Mam zwyczaj zaglądania do książki od razu po zakupie i czytania pierwszego akapitu, czasem całej strony. Po przeczytaniu pierwszych zdań z „Nie budź śpiących psów” położyłam tę książkę na widoku, bo wiedziałam, że to jest coś, co chcę przeczytać w miarę szybko. 
Powieść zaczyna się tak:

„ — Zabiłeś?
— Zabiłem.
    Zabiłem! Siedem głosek, tylko siedem głosek, a oznaczają koniec wszystkiego.
    Źrenice obrońcy godzą we mnie jak sztylety, a przy zbliżeniu jego twarz staje się gąbczasta jak w filmie. To już nie twarz — to zespół komórek. To symbol zbawcy. A w istocie — cóż go to, do diabła, obchodzi!
    — Chcę cię uratować, zrozum! — Opierając się niemal o moją poduszkę powtarza, że bajeczka o podwójnym samobójstwie jest nieprzekonywająca. A on chce mnie przecież uratować. Nic więcej. Uratować — mnie?”

    Raszo Vukota jest dwudziestopięcioletnim bezrobotnym, który zamordował swoją dziewiętnastoletnią kochankę Svetislavę Jablan. Miał ją zastrzelić, ciało ukryć w szafie, a potem próbować popełnić samobójstwo.
To właśnie jego chce ratować rozmówca z początku powieści. Bohater jest przekonany, że zbrodni dokonał, ale... jest jeden problem. Nie pamięta tego.
Fabuła płynie przez wspomnienia mężczyzny, który rekonstruuje w ten sposób przebieg zdarzeń.

Nie budź śpiących psów — Grozdana Olujić
    „Nie budź śpiących psów” to powieść głęboko psychologiczna. Retrospekcje, to tak naprawdę introspekcje. Raszo, główny bohater i narrator (tak, powieść jest napisana z perspektywy mężczyzny) patrzy na wydarzenia takimi, jakim je pamięta. Próbuje analizować. Czasem łapie się na tym, że to, co widział, nie mogło takim być, gdyż np. pora roku wykluczałaby jego odczucia.

Jednocześnie nie jest w stanie zauważyć, że i zdarzenia mogły mieć inny przebieg. Relacje międzyludzkie są złożone. Pamiętamy co ktoś powiedział, zrobił, ale rzadko wiemy dlaczego, a i czasem nie jesteśmy świadomi co siedzi w nas samych. Autorka doskonale o tym wie i ukazuje wielobarwne postaci, którym, mimo zwinności językowej w przedstawianiu stanów emocjonalnych, pozostawia luki. Nikt nie wie wszystkiego. 

    Vukota to pokręcony człowiek, który jest pewien tylko tego, że nie może zawieść matki i musi wiele osiągnąć. Nie bardzo wie jak. Ima się różnych profesji, chce być wykształcony, chce mieć dobrze płatną i szanowaną przez społeczeństwo pracę. Chce, a chcieć to móc. Jednak wyobrażenie to nie rzeczywistość. Bohater popada w relacje, które miast się rozejść w zapomnieniu, stają się jego cieniem. I tak np. wikła się w związek, który kończy małżeństwem, a gdy poznaje kobietę, w której, jak sądzi, szczerze się zakochuje, nie może po prostu od żony odejść. Trwa pomiędzy jedną, a drugą kobietą, żadnej nie znając i nie próbując poznać. Żona powtarza „będzie, będzie”, a kochanka mówi o spostrzeganiu zdarzeń i ludzi takimi, jakimi są. Czekać, a jak tak, to na co? Czy może akceptować to jak jest? Ciekawym symbolem jest tu biblioteka, przez którą, Vukota przechodzi, niejako z jednego stanu w drugi. W końcu cień jest tak duży, że przysłania światło.

Nie budź śpiących psów — Grozdana Olujić
    Kochanka głównego bohatera, Svetislava, w skrócie Tisa, to młodziutka dziewczyna z mroczną przeszłością i pokaźną liczbą byłych partnerów. Ona i Raszo pasują do siebie, uzupełniają się i darzą głębokim uczuciem.
A może to ich wyobrażenie?
Czy egoista jest w stanie zauważyć coś poza sobą?
Czy niezadawanie pytań jest równoznaczne z akceptacją drugiego człowieka i zrozumieniem?

    Wszystkie postaci w „Nie budź śpiących psów” często wydają się skoncentrowane na sobie. Budzą emocje. Całe ich spektrum. Zaznaczam wydają się, gdyż powieść Olujić wymaga uważnego czytania i analizowania wraz z Vukotą. Dostrzegania niuansów, które po części wybrzmią, choćby przed sądem.

    Grozdana Olujić była wrażliwą obserwatorką ludzi. Wszystko ma przyczynę, nierzadko tkwiącą w podświadomości. Dostrzegała, że widzimy innych, ale prawie nigdy nie wiemy czegoś ponad to, co pozwolą nam zobaczyć. Znamy rytm dobowy sąsiada, rozpoznajemy stany emocjonalne wnioskując z natężenia i barwy głosu, ale to nie jest pełen obraz człowieka. 

„W powietrzu było dużo wilgoci i asfalt był czarny i lśniący jak grzbiet wynurzającego się z morza wieloryba. Odbijały się w nim pomarańczowe prostokąty okien. Twarze ludzkie rozpływały się jakby w wilgoci, a wokół latarni i lamp drgał żółtawy krążek mgły”.

    Ulice Belgradu u Olujić są smoliste, powietrze jest lepkie od ludzkiego potu, który od czasu do czasu zmywa mgła przesycona zapachem prania. Ponad jazgotem miasta niesie się śpiew ptaków, tropionych przez myśliwych. Świat się zmienia, ale nie ustajemy w wojnach z nim. 

    W „Nie budź śpiących psów” pojawia się wątek eksperymentów na zwierzętach. Wolność w zadawaniu bólu w imię nauki. Jest obrazowy, bolesny, służy przedstawieniu głębi relacji i ich konsekwencji. Nie odbierałabym go dosłownie. Podobnie jak w przypadku Poparzonego dziecka” Stiga Dagermana. Są w tej powieści traumy wzrastające w obojętności, w milczeniu. Nienazwane krzywdy bolą dużo bardziej, a utracone poczucie bezpieczeństwa nie wraca samo. Nie tylko wątek znęcania się nad zwierzętami jest podobny do wspominanego „Poparzonego dziecka”, ale i relacji dziecko-rodzic. Najbardziej wybija się relacja syn-ojciec, córka-ojciec i to, w jaki sposób, w zależność od płci dziecka, wpływa ona na dorosłe życie.

Wtedy krzyknąłem zdławionym głosem, żeby nie wspominał przy mnie o psach. Kiedyś powiedział (a może to powiedziała Tisa), że każdy człowiek hoduje w sobie psy miłości i psy nienawiści, psy tworzenia i psy niszczenia. — Nie budzić śpiących psów! — przestrzegał mnie wtedy”.

    Wszystkie uczucia są ważne, wszystkie emocje są potrzebne, bez nich nie ma równowagi, homeostazy, a to jej brak powoduje wszelkie zawirowania.

    Autorka znakomicie żongluje zeznaniami, ukazuje jak wydajemy sądy bez prób zgłębienia tematu, żądając zadośćuczynienia krzywd, często wyobrażonych. Jak rozciągamy pojęcie moralności nie dostrzegając tego, kim się staliśmy.

    Mogłabym tak długo pisać i pisać... Jednak czy Raszo jest winny, wedle majestatu prawa, oraz co i dlaczego się wydarzyło, dowiecie się z treści, bardzo dobrej, choć nie nowej, powieści Grozdany Olujić.


Nie budź śpiących psów — Grozdana Olujić

Wydawnictwo: Państwowy Instytut Wydawniczy
Data wydania: 1968
Liczba stron: 205
Kategoria: literatura piękna
Przekład: Maria Krukowska
Olejek z drzewa herbacianego

Olejek z drzewa herbacianego

Olejek z drzewa herbacianego


Olejek  z drzewa herbacianego


    Wróciłam do swojego starego hobby, jakim było sporządzanie roztworów, hydrolatów, maceratów i mazideł wszelakich. Lubię zbierać rośliny i wykorzystywać je na wiele sposobów. Suszę, gotuję, wyciskam. Jem, piję, wcieram. Lubię również olejki, najbardziej te eteryczne. 

    Olejek z drzewa herbacianego (Tea Tree Oil) to kombajn wśród olejków eterycznych, jednak zanim spróbujcie z niego korzystać, proponuję wykonać próbę uczuleniową, ponieważ może podrażniać skórę (kroplę nałożyć np. na nadgarstek). 

    Drzewo herbaciane (Melaleuca alternifolia) naturalnie rośnie sobie pod niebem Australii, a olejek uzyskuje się przez przeprowadzenie destylacji liści. To silny antyseptyk. Wykazuje działanie przeciwbakteryjne, przeciwwirusowe i przeciwgrzybiczne. Mogłabym wypisać wszystkie nazwane związki chemiczne (wszystko jest chemią), jakie występują w składzie, ale co one nam powiedzą? Nam, zwykłym zjadaczom chleba? Pewnie nic.
    Napiszę zatem (krótko) jak można go wykorzystywać, pomijając wiele z możliwości, gdyż jest ich ogrom.


Aromatyczne kąpiele


    Dodaję około 10 kropli olejku do kąpieli. Pachnie intensywnie, przywodząc mi na myśl leśne zapachy, ale wzbogacone cytrusami, wyczuwam ich lekką woń.
To zapach, który się rozwija. Skupienie się na nim umożliwia spokojny oddech. Łagodzi nerwobóle i bóle mięśniowe. Pomaga w walce z dolegliwościami związanymi z łojotokowym zapaleniem skóry, w walce z łupieżem. 
Podobno ratuje pękające pięty.

Kosmetyki


    Olejek można dodawać do gotowych kosmetyków, oczywiście uważając z ilością, gdyż można przesadzić, fundując sobie podrażnienie. Można go dodawać do maseczek, np. z glinek, jak i stosować punktowo. Nie miałam okazji przetestować go w tej materii, ponieważ zmiany skórne mnie opuściły. Podejrzewam, że może mieć na to wpływ sposób odżywania, coraz skuteczniejsze próby odnajdywania równowagi psychicznej i zmniejszenie liczby, jak i częstotliwości używanych kosmetyków kolorowych; używam ich bardzo rzadko.
Dodaję kilka kropli tego olejku do hydrolatu (wykonanego samodzielnie), którym spryskuję twarz i czasem skórę głowy oraz włosy.
Olejek z drzewa herbacianego
Podobno radzi sobie również z nadmiernym poceniem.

Dezynfekcja


    Czyli coś na czasie. Olejek z drzewa herbacianego nadaje się do dezynfekcji nie tylko rąk. Można go dodawać do środków czyszczących, albo zwyczajnie, do wody.
Używam go do czyszczenia szczotki do zębów; daję kilka kropli na szklankę wody i zanurzam w niej szczotkę na kilka godzin. Czasem na całą noc, bo zwyczajnie o niej zapominam :)
Sprawdzi się również do dezynfekcji szczotek do ciała, włosów, grzebieni, pędzli i czego tam jeszcze do pielęgnacji ciała używamy.

Aromaterapia


    Mieszaninę olejków eterycznych, których używam do relaksacji układu nerwowego (po prostu używam kominka do olejków) wzbogacam o kilka kropli olejku z drzewa herbacianego. Zapach pięknie łączy się choćby z lawendą, cytryną, sosną, świerkiem, itd. Przy okazji odstrasza nieproszonych, w okresie letnim, gości... czyli komary.

Środek na ukąszenia

    Jak już wspominam o komarach i innych kąsających, to muszę napisać, że nadaje się zarówno do mieszanek odstraszających owady, jak i jako środek zmniejszający dyskomfort po ukąszeniu, a nawet opuchliznę. Sprawdziłam. Kiedy coś mnie ugryzie, puchnę, po posmarowaniu tego miejsca na noc, rano wstaję bez obrzęku i swędzenia. Daję kroplę na palec i wsmarowuję. Nie mam alergii na olejek.

Przeziębienia

    Olejek z drzewa herbacianego stosuje się w płukankach do gardła, ale! oczywiście w rozcieńczeniu i trzeba pamiętać, że nie wolno go połykać. Niektóre źródła podają, że walczy z kamieniem nazębnym i nieświeżym oddechem.
Sądzę, że sam jego zapach może działać na drogi oddechowe.


    Zastosowań można szukać na bieżąco przeglądając Internet, próbując połączeń, ale zawsze trzeba uważać z ilością, bo w nadmiarze wszystko szkodzi (nawet pieniądze :)) i cieszyć się z multifunkcyjnego środka za grosze. Można go mieć już za całe 5 zł. 

*tam gdzie użyłam stwierdzenia „podobno” nie jestem w stanie sprawdzić jego skuteczności, gdyż nie zmagam się z takimi dolegliwościami.


Olejek z drzewa herbacianego

Moje greckie lato — Kamila Mitek

Moje greckie lato — Kamila Mitek

Moje greckie lato — Kamila Mitek

Kaliméra drodzy czytelnicy!

Słowem wstępu

    Z Instagramem łączy mnie trudny związek. Stałam się jego ofiarą, ponieważ dopadło mnie uzależnienie. Telefon przyrósł mi do ręki. Codziennie pojawiały się kolejne błędy aplikacji, przez które chęć bycia na bieżąco przerodziła się we frustrację. Ograniczyłam bytowanie w sieci, co jak sądzę, wychodzi mi na dobre. Ale! Nie zrezygnowałam całkowicie z tej formy komunikacji. Poznałam i poznaję za sprawą mediów społecznościowych wielu ludzi. To jest ogromna korzyść — relacje międzyludzkie, które są pod powierzchnią nieustannej transmisji z odgrywania siebie w Internecie. One są najważniejsze.
    Również w ten sposób poznałam Kamilę Mitek, autorkę „Mojego greckiego lata”, które ukazało się pod patronatem m. in. mojego bloga. Kamila to niezwykła osoba. Mądra, ciepła, sympatyczna, służąca pomocą (dziękuję za wszystko!) i, jak dla mnie, ogromnie zorganizowana. Gdy dopada mnie zniechęcenie do tego co robię lub staram się robić, myślę o niej. Każdy kolejny krok, choć najmniejszy, przybliża mnie (nas) do celu

    „Moje greckie lato” jako pierwsze trafiło na rynek ogólnopolski, ale jestem pewna, że poprzednie książki Kamili Mitek też na niego trafią. To powieści obyczajowe, lekkie w formie, podlane humorem, dotykające codziennych problemów, ukazujące ich przyczyny. Kamila Mitek jest absolwentką psychologii i lingwistyki stosowanej. Obie profesje są obecne w jej pisarstwie. 

Moje greckie lato — Kamila Mitek


Moje greckie lato — Kamila Mitek
    Główną bohaterką „Mojego greckiego lata” jest Agata, która utknęła w poczuciu obowiązku wobec prowadzącego pasożytniczy tryb życia męża. Ucieka w pracę, przekierowuje myśli na problemy klientów, którym gotuje i chcąc nie chcąc przygląda się, a nawet radzi. Otrzymuje propozycję dwumiesięcznego wyjazdu na grecką wyspę, Kefalonię, do rezydencji swoich klientów, gdzie ma zająć się kuchnią. W myśl zasady, że czasem przerwa jest potrzebna, w wieloletnim związku również, zgadza się i trafia do... raju. Ale nawet w nim prześladuje ją dziwny sen. Na wyspie adaptuje się od razu, pomagają jej w tym gruzińskie korzenie, bywa brana za Greczynkę. 


    „Moje greckie lato” ma kolory nieba, mieni się w greckim słońcu i odsłania to, co kryje się w cieniu. Morska bryza pozwala na leniwy spacer po rozgrzanym piasku, a serwowane dania (tu muszę zgłosić zażalenie!, do książki powinna być dołączana deska serów, albo osiem!) powodują narastający głód.
    Stworzone przez pisarkę postacie są żywe, mają różne oblicza. Powoli ukazują to, co pod bogactwem i (pozorną) pewnością siebie. Chęć wzbudzenia zainteresowania, błędy i ich konsekwencje, obojętność i skoncentrowanie na sobie sukcesywnie niszczą ich relacje. Kiedy fasada, pod wpływem działań głównej bohaterki, kruszeje dostrzegamy, że to zwyczajni ludzie. Choć bohaterów jest wielu, są tak ze sobą powiązani i tak przedstawieni, że po lekturze wydaje się, że zyskaliśmy nowych znajomych.
    Agata dobrze radzi innym, ale sama walczy z poczuciem obowiązku i winy, stawiając po drugiej stronie szczęście, którego definicję, jak się jej wydaje zna. Tylko jakoś nie umie jej wprowadzić w życie.


   W „Moim greckim lecie” znajdziemy wiele językowych smaczków (!), jak również odniesień do historii i greckiej kultury. Autorka zabiera nas w piękne miejsca, które obrazowo przedstawia i przemyca fakty, tworząc tym samym złudzenie prawdziwości. Powieść pachnie, smakuje, a nawet gra grecką muzyką. 
    Najnowsza powieść Kamili Mitek zaserwowała mi kilkugodzinne wakacje, oderwanie się od polskiego nie-lata i pełną smaków opowieść o tym, że światła w życiu trzeba poszukać.
„Czasem trzeba o sobie zapomnieć, a czasem to właśnie o sobie pamiętać”.


    Na zakończenie pozostaje mi życzyć dobrej lektury i... Kali oreksi!


Dziękuję Kamili Mitek i wydawnictwu Dragon za możliwość objęcia powieści patronatem medialnym. 

„Moje greckie lato” trafiło do sprzedaży dzisiaj, tj. 2 czerwca 2021 roku.



Wydawnictwo: Wydawnictwo Dragon
Data wydania: 2 czerwca 2021
Liczba stron: 320

Kategoria: literatura obyczajowa, romans

Między mną a czereśnią — Paola Peretti

Między mną a czereśnią — Paola Peretti

    
Między mną a czereśnią — Paola Peretti

    Odkąd skończyłam trzy i pół roku, czyli upłynęło już wiele, wiele lat, noszę okulary. Niewiele pomagają, jeżeli chodzi o ostrość, ale dzięki nim moje widzenie się nie pogarsza. Mam wadę wzroku w lewym oku, niedowidzę.
Gdy byłam dzieckiem zasłaniano prawe, żeby lewe patrzyło tam, gdzie trzeba. Nie chciało. Kształty, które widziałam nie przypominały niczego. Nie mogłam wyjść na zewnątrz, nie umiałam ocenić odległości i potykałam się, wywracałam. Obraz, który widziałam i widzę tym okiem jest podobny do tego zza szyby zlanej deszczem, konkretną ulewą. Ale mam szczęście. Prawe oko widzi doskonale, nadal, pomimo wieku i zmęczenia. Zdarza się, że dostrzegam dziwne rzeczy; niby-widma, niby-rzeczywistość. To znak, że prawe oko musi odpocząć. Mój mózg nauczył się uzupełniać obraz, w taki sposób, że obrazy 3D widzę prawidłowo, mimo jednooczności.
    Okulary, które nosiłam jako dziecko nie były ładne, oprawki były brzydkie, ordynarne i przysłaniały pół twarzy. Jedne pamiętam doskonale; były przezroczysto-czarne, a po bokach miały namalowane wielkie, czerwone serca. Miałam wtedy sześć lat i moim najlepszym przyjacielem był kot, czarny jak smoła, z kilkoma białym kłaczkami pod łebkiem.
Kiedy wracałam z „zerówki” czekał na mnie w bramie osiedla i prowadził do domu. Przed wejściem do środka musiałam na chwilę z nim przysiąść na ławce, łasił się intensywnie, aż zdzierał kolor z oprawek okularów, mruczał przy tym jak traktor. Fajny był z niego kompan. Często go wspominam. Miał na imię Filemon i sypiał m.in. w wózku dla lalek.

Miedzy mną a czereśnią — Paola Peretti


    Mafalda ma niecałe dziesięć lat i choruje na zespół Stargardta (tak jak Paola Peretti), traci wzrok. Mgła przysłania jej widzenie centralne. Jest wrażliwą dziewczynką, uważną i wie, że „pogrąży się w ciemności”. „Ciemność w oczach jest szybsza niż to, jak rosnę”.
Robi listę rzeczy, na których jej bardzo zależy, ale nie będzie ich mogła już robić przez tę rosnącą ciemność. Dziewczynka ma kota (Ottima Turacareta), którego znalazła na czereśni, w której mieszka jej babcia i gigant. Kot, jak to przyjaciel, przychodzi po nią do szkoły. Kiedy przesuwa dłonią po miękkej sierść, robi się jej lżej. Jej ulubioną książką jest „Baron Drzewołaz” Itala Calvina, często zwraca się do głównego bohatera, on ją rozumie. Rodzice próbują pomóc Mafaldzie w przystosowaniu się do życia w ciemności, czasem trochę zapominając o córce. Wszystko dla niej, ale trochę bez niej. Peretti ukazuje jak cichy smutek dorosłych wpływa na dziecko indukując poczucie winy. Widzimy jak w Mafladzie kiełkuje strach i wstyd.
Między mną a czereśnią — Paola Peretii

    Żałuję trochę niewykorzystanego potencjału relacji Mafaldy z babcią, która zapowiadała emocjonalną bombę, rysując coś przypominającego związek babci i wnuka w „Strasznie głośno, niesamowicie blisko” Johnathana Safrana Foera, ale niestety się rozmyła. 
    Jest jednak inna bohaterka, która pomaga Mafaldzie, mądra wojowniczka, choć i tu przydałoby się więcej emocji. 
    Są momenty, które oddziałują na ośrodki empatii, jednak wydaje mi się, można było bardziej, mocniej zaznaczyć, emocje byłyby wtedy świdrujące, a rozchodzą się w zaledwie letnich, podsumowujących zdaniach, w które czasem było trudno mi uwierzyć, skoro bohaterka nie jest dorosła.
    Podoba mi się w jaki sposób Paola Peretti ukazuje jak Mafalda odbiera zachowania innych. Nauczona, że niektórych rzeczy się nie mówi, aby nikogo nie urazić, gdy napotyka pytania zadane wprost, broni się. Strach, niepewność, niezrozumienie odsuwa nas od siebie, zakładamy najgorsze. Tymczasem intencje rozmówcy często nie są złe.
    Pojawiają się odczucia zmysłowe, Mafalda próbuje poruszać się w ciemności, uczy się tego poprzez słuch, dotyk i zapach, i to są wspaniałe fragmenty; czucie muzyki, zapach emocji. 

Między mną a czereśnią — Paola Peretti

    Wiele w niej innych książek, wspomnianego wcześniej „Barona Drzewołaza”, znanego wszystkim „Małego księcia”, ale i co sprawiło mi najwięcej... radości? Niech to będzie radość, pojawia się wspomnienie książki Edmunda de Amicisa — „Serce”, którą czytałam w wieku Mafaldy, i nad którą wylałam morze łez, a o niej zapomniałam. Mam nadzieję, że bardzo nie zdrewniałam od tego czasu. 
    Podsumowując, to dobra książka, mądra, ucząca współodczuwania, patrzenia na drugiego człowieka nie pod kątem dziwności, a zrozumienia, oswajająca m.in. uczucie strachu. Ukazująca wyrażanie emocji jako coś, czego wstydzić się nie powinniśmy, bo to nie słabość, a coś co czyni nas ludźmi.
    Za książkę dziękuję nieocenionej Dorocie
Polecam tekst Ani z zaczytasy.blogspot.com — Paola Peretti, Między mną a czereśnią.

Między mną a czereśnią — Paola Peretti

„Między mną a czereśnią”
Paola Peretti
Wydawnictwo: Świat Książki
Tłumaczenie: Paweł Bravo
Liczba stron: 222
Data wydania: 15 kwietnia 2020 r.

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...