O początkach Ameryki - „Pionierzy. Ludzie, którzy zbudowali Amerykę” - David McCullough

O początkach Ameryki - „Pionierzy. Ludzie, którzy zbudowali Amerykę” - David McCullough


O początkach Ameryki - „Pionierzy. Ludzie, którzy zbudowali Amerykę” - David McCullough
Im bardziej coś jest nam odległe, niemożliwe do zobaczenia, czy to z uwagi na upływ czasu czy odległość, tym bardziej nas ciekawi.
Zdaje się, że dziś najbardziej interesuje nas kosmos, jednak zdarza się nam jeszcze na Ziemi odkryć coś, o czym nie mieliśmy do tej pory pojęcia.
Taki „niby” związek z czymś co nam, obecnie żyjącym, nieznane.

Mam tak za każdym razem kiedy czytam książkę historyczną!

Wydaje się nam, że to co było nie ma już znaczenia, żyjemy teraz, no i chcemy żyć jutro, więc co nas obchodzi to, co było?

Każde życie, nawet ogólnie pojęte - zbiorowe, jest jak drzewo, które gdy było młode z jakiegoś powodu zaczęło rosnąć w jakimś kierunku.
Czynnik atmosferyczne, ukształtowanie terenu i wiele innych składowych ma wpływ na to, jak będzie wyglądało w przyszłości. Od korzeni - podstawy, przez pień, konary, gałęzie i liście.
Choć umiejscowienia korzeni nie da się zmienić, ani nie da się ich rozplątać tak, żeby nic nie uszkodzić, to można zrozumieć kierunek, w którym drzewo rośnie i sprawić, by liście były zdrowe.

Nie da się w pełni zrozumieć tego, co się dziś dzieje w Stanach Zjednoczonych, a co za tym idzie i na świecie, bez znajomości historii, bo tak to już jest, że wszystko jest systemem naczyń połączonych.
Jest jeszcze jeden powód dla którego warto historię poznawać i jest on znaczący dla wszystkich książkoholików, ale wspomnę o nim później.

W zeszłym roku zaczytywałam się w publikacji „W poszukiwaniu granic Ameryki. Wyprawa Lewisa i Clarka” Stephena E. Ambros'a wydanej przez Wydawnictwo Poznańskie, którą nadal polecam, a parę dni temu skończyłam „Pionierów. Ludzi, którzy zbudowali Amerykę” Davida McCullough'a - dwukrotnego laureata Nagrody Pulitzera.
Swoją drogą Autor wspomina w „Pionierach...” Wyprawę Lewisa i Clarka.

„Pionierzy. Ludzie, którzy zbudowali Amerykę” dzielą się na trzy części, obejmujące lata 1787-1863.
3 grudnia 1787 roku pierwsi osadnicy wyruszyli „Do Ohio” trasą liczącą 1130 km, przechodzącą częściowo przez góry zachodniej Pensylwanii, pragnąc stworzyć pośrodku głuszy „nową Nową Anglię”. Powstało tam miasto Marietta.
Ta opowieść ma kilku bohaterów, ponieważ McCullough pisze o po prostu o ludziach, koncentrując się na ich poszczególnych historiach, które razem dają czytelnikowi pogląd na to, jak wyglądał sam proces osiedlania się, jakie nastroje społeczno-polityczne im towarzyszyły i co faktycznie eksploracja odległych terenów dała i czym była okupiona.
Nie zapomina zarówno o Indianach, i wydaje mi się, że zrobił to w dość obiektywny sposób, nie pominął żadnej ze stron tego medalu, jak i akcentuje podjętą wtedy próbę zniesienia niewolnictwa.

Głównym bohaterem, jak mogę tak tę postać nazwać, jest pastor Mannaseh Cutler, niejako inicjator wyprawy, człowiek zaangażowany w wojnę o niepodległości Stanów Zjednoczonych, zdecydowany zwolennik zniesienia niewolnictwa, któremu przypisuje się autorstwo stosownego zapisu w Rozporządzeniu Północno-Zachodnim, do którego uchwalenia przekonał Kongres praktycznie sam. Jego losy są jakby osią opisywanych wydarzeń. Ten człowiek, choć zapominany na lata, powraca do życia dzięki Davidowi McCollough'owi i bardzo ciekawi. Samych postaci jest znaczenie więcej, jak choćby Generał Rufus Putnam - przywódca ekspedycji, czy syn wielebnego Cutlera - sędzia Ephraim.

Autor opisuje wydarzenia historyczne, które ukształtowały Stany Zjednoczone. Znajdziemy tu zarówno opisy krwawych walk, codzienność osadników, którym zdarzały się okresy prawdziwego głodu, przez piękno zasiedlanych terenów. Książka obfituje w odniesienia, cytaty z oryginalnych pamiętników kolonizatorów. Zebrany materiał źródłowy jest ogromny. Każdego z opisywanych „ludzi, którzy zbudowali Amerykę” można dość dobrze poznać. Karczujemy z nimi lasy, przewozimy prowiant, przeprawiamy się z przez górskie tereny, czy przyrządzamy posiłki. Mi osobiście odniesienia do ówczesnej polityki bardzo pasowały, ponieważ daje to ogląd na to, jak to wygląda dziś.
Można się też trochę rozczarować kiedy się zauważy, że nic - jako ludzie - się nie zmieniliśmy. Nadal żyjemy podobnie, choć mniej chorób nas dziesiątkuje, a masło, które z takim namaszczeniem wyrabiały osadniczki można kupić, nie trzeba robić swojego, no chyba że ktoś ma ochotę. Dostęp do wiedzy, czy szkolnictwa wyższego mamy dziś zdecydowanie łatwiejszy, a jakoś tego nie doceniamy.

David McCullough jest niezwykle wręcz drobiazgowy, przyjęta przez niego forma wypowiedzi nie jest tak porywająca jak Stephena E. Ambros'a, o którym wspomniałam na początku, ale mimo to książkę czyta się lekko jak na taką szczegółowość.

Wspomnę o jakości wydania, bo nie sposób tego nie docenić. Twarda oprawa - nawiązująca estetycznie do dwóch wcześniejszych publikacji („Mayflower. Opowieść o początkach Ameryki” Nathaniela Philbricka i „Nierozłączni. Słynni syjamscy bracia i ich spotkanie z amerykańską historią”  Yunte'a Huanga), wyklejka z mapą, wiele zdjęć, rycin czy reprodukcji akwareli z tamtych czasów naprawdę umila proces czytania.

Nie jestem znawczynią historii Ameryki, ani jakąś szczególną jej entuzjastką, a mimo to fajnie było uporządkować sobie w głowie odniesienia, które spotykałam w różnych, wcześniej czytanych, przeze mnie książkach.
Fajnie było wiele rzeczy lepiej zrozumieć, skąd się w danej książce wzięły i dlaczego.
I nie mam tu tylko na myśli cyklu o Alvinie Stwórcy Orsona Scotta Carda, o którym wspominałam w mediach społecznościowych w trakcie lektury. Cykl ten jest alternatywną historią Stanów Zjednoczonych i świata, mocno osadzoną w magii i współistnienia z pięknem przyrody, w wizji człowieka, który tworzy, a nie niszczy, jednocześnie równie mocno opartą na historycznych wydarzaniach i prawdziwych postaciach.

Kiedy choć w niewielkim stopniu zna się historię to, wiele motywów w popkulturze od razu się rozpoznaje i rozumie po co są - co wnoszą w treść utworów literackich, muzycznych czy też do kinematografii, choćby to było jedynie nazwisko.
Czytanie ze zrozumieniem tego, co chciał przekazać Autor wiąże się również z umiejętnością odnajdywania pozostawionych przez niego nawiązań.

„Jeśli można by wyrugować z naszego kraju wszelką ignorancję, wówczas nastaloby prawdziwe millenium”.
*Ephraim Cutler

Czytajcie książki historyczne, zawsze warto wiedzieć.




Data wydania: 1 lipca 2020
Liczba stron: 342
Tłumaczenie: Mariusz Gądek
Co w tym wszystkim złego,  skoro nic? Dużo o niczym. Mało o wszystkim.

Co w tym wszystkim złego, skoro nic? Dużo o niczym. Mało o wszystkim.

Co w tym wszystkim złego,  skoro nic? Dużo o niczym. Mało o wszystkim.
Leżę w sypialni na magicznym łóżku „niespodziewanych zaśnięć”, a wpadające przez okno słońce maluje cienie na mojej leśnej tapecie. Zaczął się sezon żużlowy, a więc zyskałam więcej czasu na czytanie. Do magicznego łoża wzięłam ze sobą czytnik, a na nim m. in. „Stowarzyszenie Umarłych Poetów”



Autorkę rzeczonego tekstu o „białych szmatach” denerwowały ładne zdjęcia, może sama takich robić nie umie, nie wiem.

Co jest złego w ładnym zdjęciu książki?


Mnie denerwują brzydkie zdjęcia i teksty: tę książkę mogę postawić obok... (tu wpisać nazwisko dowolnego klasyka). U siebie, na półce to ja mogę swój pamiętnik obok „Wojny i pokoju” postawić i co komu do tego? Znakiem tego jest to literatura wysoka?
Denerwują mnie, ale nic z tym nie zrobię. Dla wydawnictwa im więcej zdjęć, tym lepiej, a odsetek czytających to, co pod obrazkiem jest naprawdę niewielki.

Na instagramie - „bookstagramie” jest naprawdę zatrzęsienie fajnych osób, które czytają i piszą bo lubią, a przy okazji rozwijają się jako twórcy i co jest w tym takiego złego?
Tylko zwykle nie biorą udziału w dziwnych akcjach z udostępnianiem żali i boleści, a przez to trudniej ich odkryć.

Gdyby nie bookstagram to nie przeczytałabym wielu książek, nie obejrzała wielu filmów i seriali, gdyby nie bookstagram to nie poznałabym wielu wartościowych osób, z którymi wymieniam korespondencję nawet kiedy nic nie publikuję.

Ja nie obserwuję takich osób - czytam kiedy próbuję się tłumaczyć, dlaczego coraz mniej się odzywam. Obserwujesz, ale nie widzisz. Niekonsekwencja to nasze drugie imię, moje też. Wiele razy chciałam swoje media usunąć, ale trwam. Dosięgnie mnie chyba tylko czas. Może też liczę na tę sławę, nie wiem. Siebie też nie zrozumiałam, a próbuję zrozumieć wszystkich i wszystko. Stale. W internecie też.

Często się tym przesycę i muszę odpocząć, tylko po każdym takim odpoczynku trudniej mi się na łono „internetów” wraca. Choć nadal rachunek zysków i strat przemawia na korzyść tej około książkowej społeczności.



Mężczyzna, który złamał mi serce - Mężczyna imieniem Ove - Fredrik Backman

Mężczyzna, który złamał mi serce - Mężczyna imieniem Ove - Fredrik Backman


Mężczyzn, który złamał mi serce - Mężczyna imieniem Ove - Fredrik Backman
Ove ma 59 lat i jest stetryczałym „starym” dziadem. Wszystko mu przeszkadza, bo wszystko nie jest tak jak być powinno. Jest sarkastyczny, gderliwy, upierdliwy. Uprzykrza życie wszystkim wokół. Codziennie robi obchód osiedla (później robi to razem z kotem), bo towarzystwo sąsiedzkie się rozpasało i jeszcze samochodem między domy wjedzie, a przecież tego robić nie wolno!
Ove dla każdego ma oryginalny zestaw epitetów, Ove każdego opisze jako zlepek wad. Ove świata nie lubi i świat Ovego nie lubi.

Ove złamał mi serce. Dwa razy. I pewnie złamie jeszcze nie raz.
Kilka lat temu oglądałam film na podstawie książki Fredrika Backmana. Śmiałam się ze zrzędliwego, upartego dziada, który próbował ze sobą skończyć, a wszechświat nie był na to gotowy. I nad Ovem zapłakałam, bo to nie do końca tak, że on nikogo nie lubił. Jedyną wadą tego starego marudy było to, że miał zbyt wielkie serce.

Książki szukałam bezowocnie. Nakład się chyba skończył, a każdy kto posiada jeszcze egzemplarz, albo nie chce się z nim rozstać, albo chce na nim zarobić - oj Ove nie byłby zadowolony, że ktoś na nim zarabia.

Niedawno zadziała się prawdziwa magia, bo koleżanka z „bookstagrama” postanowiła, że mi książkę Backmana pożyczy i książka przyjechała do mnie wiele kilometrów. I Ove wszedł znowu do mojego życia ze swoim utyskiwaniem na wszystko i wszystkich.

Śmiałam się z opisów sąsiadów w głos. Ale kiedy zaczął wspominać zmarłą żonę ten mój „rechot” trochę ucichł. Bo wiecie, Ove lekko w życiu nie miał. Był tak uczciwy jak nam może się tylko marzyć, raczej nikt tak uczciwy nie istnieje. Nie miał też tych naszych „wielkich marzeń”, które musiałby realizować. Chciał jedynie spokojnie żyć, a że nie było mu dane, to zakuł się w pancerz.

W wielu, krótkich rozdziałach, pomiędzy obecnym życiem Ovego, migają nam wspomnienia. Składamy sobie jego życie jak potłuczoną porcelanę, kaleczymy się przy tym boleśnie.
Backman pisze bez żadnych ozdobników, nie boi się braku synonimów w tekście i uparcie powtarza imię Ovego, nie wymyśla określeń, które miałby go opisać. Ten jego bohater wchodzi pod paznokieć poprzez wydarzenia i czyny. Im byłam bliżej końca książki, tym mocniej strony traciły ostrość.
Nawet teraz, kiedy wspomnę sobie tego fikcyjnego przecież człowieka czuję, że się znowu rozpłaczę.
Narracja jest głównie w czasie teraźniejszym, a kreacja językowa bardzo mi pasuje do opowieści prostego człowieka, którym bez wątpienia Ove jest.
Co mam na myśli pisząc „prosty”? Nie skończył szkoły, nie miał sztucznie wyolbrzymionych oczekiwań, na temat tego, co chce w życiu robić. Nie gromadził bogactw, nie chciał mieć stale więcej wszystkiego. Żył, jak przeczytamy, w monochromatycznym świecie, dopóki... nie spotkał żony.

I ta relacja jest tak prawdziwa, jego wspomnienia tak żywe, że aż bolą. Każdy człowiek chce kochać i być kochanym. Od wieków piszemy różne „poematy” na ten temat. Lubimy uwznioślać to uczucie, bo jest tak naprawdę dla nas najważniejsze. Stale tworzymy nowe definicje miłości, komplikujemy, a tymczasem Fredrik Backman pisze tak:

„Kochać kogoś, to jak wprowadzić się do nowego domu - mawiała Sonja. - Na początku człowiek zachwyca się tym, co nowe, każdego ranka się dziwi, że to należy do niego, jakby się bał, że w każdej chwili ktoś może wpaść przez drzwi i powiedzieć, że zaszła pomyłka, że wcale nam nie przysługuje takie piękne mieszkanie. Ale z biegiem lat fasada niszczeje, tu i ówdzie drewno pęka i już kocha się ten dom nie za to, jaki jest doskonały, tylko raczej dlatego, że nie jest. Człowiek uczy się jego wszystkich kątów i zakamarków. Jak otwierać drzwi, żeby klucz nie blokował się w zamku, kiedy jest zimno na dworze. Które deski w podłodze się uginają, kiedy się po nich stąpa, i jak otwierać drzwi  szafy, żeby nie skrzypiały. To właśnie to, te wszystkie małe tajemnice sprawiają, że to naprawdę jest twój dom".

Żadnej melodramatyczności, patetyczności. Piękna metafora najpiękniejszego z uczuć.

Nie wiem jaki problem z książkami Fredrika Backmana mają polscy wydawcy... Wydają Jego książki, ale wcale ich nie promują. A jak my (czytelnicy) mamy Go poznać jak prawie nikt o nim nie mówi?

To druga z książek Fredrika Backmana, którą przeczytałam i druga, nad którą się odwadniałam, choć tym razem dużo bardziej niż przy „Miastu niedźwiedzia", o którym wspominałam o TUTAJ.

Co się stało z Ovem, co z jego twardym jak skała pancerzem, co z jadem, który wydostawał się na świat, jak tylko otwierał usta? Sprawdźcie jak się Wam uda znaleźć książkę (choć graniczy to z cudem), albo chociaż obejrzyjcie film, który dostępny jest na HBO GO (otrzymał dwie nominacje do Oscara).

Nie wierzę, że istnieje człowiek, którego historia starej zrzędy nie dotknie.

„Mężczyzna imieniem Ove”, którego jedyną wadą było zbyt wielkie serce.





Wydawnictwo: WAB
Data wydania: 7 maja 2014
Liczba stron: 326
Kategoria: literatura piękna (tak, obyczajowa ;))
„Nieskalany jak śnieg” - Ballada ptaków i węży - Suzanne Collins

„Nieskalany jak śnieg” - Ballada ptaków i węży - Suzanne Collins

„Nieskalany jak śnieg” - Ballada ptaków i węży - Suzanne Collins
Główną bohaterkę cyklu „Igrzyska śmierci”, Katniss Everdeen, poznaliśmy w przededniu 74 Igrzysk Głodowych, a w „Balladzie ptaków i węży” znajdziemy się dopiero w przededniu 10, a protagonistą jest... osiemnastoletni Coriolanus Snow.

Ród Snowów kiedyś był znamienity - obecnie rodzina porusza się na niebezpiecznej granicy biedy, Corio wie czym jest głód. Mieszka z Panibabką i kuzynką Tigris (tak, tak to znana nam już osoba) i ma pełnić rolę mentora w zbliżających się Igrzyskach. W tym czasie w Panem rywalizacja odbywa się również pomiędzy mentorami, choć nie tak krwawa jak w przypadku trybutów.
Głodowe Igrzyska, które znamy z trylogii nie mają jeszcze sprecyzowanej formy, są na bieżąco poddawane „ulepszeniom”. Coriolanus jest ostatnim mentorem, ostatniego dystryktu - Dwunastki. To dla niego prawdziwa szansa by zaistnieć i spełnić pokładane w nim nadzieje. Chorobliwa ambicja napędzana rodzinnymi oczekiwaniami nie pozwala mu w niczym odpuścić. Losy przyszłego prezydenta Panem bardzo mocno zwiążą się z trybutką z Dwunastki - rozśpiewaną Lucy Gray Baird.

„Ballada ptaków i węży” jest napisana w czasie przeszłym, opowieść snuje trzecioosobowy narrator, który nie tylko wie co było, ale i posiada wiedzę na temat tego, co dopiero będzie, a czuć to w wielu odniesieniach do fabuły „Igrzysk śmierci”. Tym razem, choć Corio jest niewiele starszy od Katniss, narracja jest dojrzalsza stąd zapewne wybór takiej, a nie innej formy opowieści. Treść jest przesycona pieśniami, balladami, niektóre z nich już znamy, choć w trochę innej formie, akcję dzieli przecież wiele lat.

Odniesień do samej mitologii według mnie jest dużo więcej, choćby w imionach postaci np. Arachne, Persephone (nie mogę wyzbyć się skojarzenia losów Arachne - z karą za pychę). Może jestem zbyt dociekliwa, kto wie?, znajduję i inne odniesienia. Ojciec Corolaniusa miał na imię Crassus - Marek Licyniusz Krassus - członek
I triumwiratu (Crassus, Cezar, Pompejusz), którego śmierć doprowadziła do wojny domowej. Mentorką chłopca z dwunastki jest dziewczyna imieniem Lysistrata tak jak tytuł komedii Arystofanesa. Trybutka Dwunastki nazywa się Lucy Gray Baird. „Lucy Gray” to wiersz Williama Wordswortha, o którym Collins wspomina. Samo „Baird” kojarzy mi się nie tylko z bardem, ale i z polskim kompozytorem - Tadeuszem Bairdem, autorem m. in. „Czterech sonetów miłosnych do słów Williama Szekspira” - historii Romea i Julii, ale to już moje bardzo luźne skojarzenia. W „Igrzyskach śmierci” też były (i w imionach również), jednak tutaj jest ich zdecydowanie więcej.

Poznajemy nie tylko inne oblicze przyszłego Prezydenta Snowa, widzimy kształtujący się obraz Głodowych Igrzysk z innej perspektywy. Zdaje się nam, że ktoś wpuścił nas za kulisy tej machiny śmierci.

Snow w trylogii był widziany oczami Katniss, a jak podobno nam wiadomo (często o tym zapominamy), punkt widzenia ma znaczenie.
Przez całą powieść przejawiają się znane nam już nazwiska, choć imiona zgoła inne. Wszystkie pytania jakie nasuwały mi się podczas czytania trylogii doczekały się w „Balladzie ptaków i węży” odpowiedzi. Jednak sama zawarta w nich historia spowodowała następne...

Collins zbudowała ciekawą fabułę, w której nie ma dynamiki akcji, jaką serwowały „Igrzyska...”, ale nadal książkę czyta się z zaciekawieniem, ponadto przedstawiła obraz ludzkości pompującej pieniądze w przemysł, pomijającej jednostkę.  Liczą się ci stojący najwyżej na drabinie majętności i liczy się... Ministerstwo Wojny, choć podobno panuje pokój.

Jak utrzymać bezkonfliktową sytuację w świecie wyzysku, gdzie podstawowe potrzeby człowieka nie są zaspokajane?

A co z morderstwem? Czy motyw sprawia, że zbrodnia może być uzasadniona?

Bardzo podobało mi się jak prequel koresponduje z treścią trylogii. Jak się uzupełniają, tworząc pełen obraz. Wielokrotnie uśmiechałam się pod nosem znajdując takie smaczki jak np. „strzałka wodna”, czy czytając dialog między Lucy Gray, a Coriolanusem:

„- Sam wiesz, co ludzie mówią. Przedstawienie trwa, dopóki kosogłos nie zaśpiewa.
- Kosogłos? Serio, moim zdaniem sama wymyślasz te wszystkie historie.
- Akurat tej nie. Kosogłos to prawdziwy ptak.
- I on śpiewa w twoim przedstawieniu?
- Nie w moim, skarbie. W twoim. A w każdym razie w przedstawieniu Kapitolu".

Wiele symboli zawartych w historii Katniss znajduje wyjaśnienie w „Balladzie...” i odwrotnie. Róża już nie ma tajemnic. A sam główny bohater jest bardzo dokładnie przedstawiony. Z każdą stroną powieści widzimy kto i co ma wpływ na to jak... się zmienia, jak kształtuje się jego osobowość, niesamowita psychologia postaci. Poznacie również genezę „Drzewa wisielców” i zrozumiecie skąd u Snowa późniejsza obsesja na punkcie Katniss.

Suzanne Collins pyta o istotę zła.
Czy człowiek rodzi się już zły?
Czy otoczenie ma wpływ na to kim się stanie?
Co wpływa na podejmowane przez niego decyzje?
Czy rzeczywiście ma jakiś wybór?
Co tak naprawdę kształtuje człowieka?

Podczas czytania „Igrzysk śmierci” towarzyszyło mi poczucie przygody, krwawej, brutalnej, ale przygody. Z prequelem mam kompletnie inaczej, towarzyszyła mi jakaś melancholia, nostalgia. Według mnie ta powieść jest dużo bardziej refleksyjna.
Nie wiem czy nadal powinna być szeregowana jako młodzieżowa, ponieważ Suzanne Collins napisała powieść, która jest zdecydowanie czymś więcej niż historią rozrywkową dla młodego czytelnika. Pokuszę się o stwierdzenie, że nie odebrałabym tak dobrze „Igrzysk śmierci”, gdybym wcześniej czytała „Balladę ptaków i węży”, bo to kompletnie inna „liga”.
Nie wiem, również, czy zostanie doceniona przez grupę docelową, nastawioną na zwroty akcji i raczej proste relacje międzyludzkie. To naprawdę świetnie napisana powieść o człowieku.
Mam cichą nadzieję, że ekranizacja będzie równie udana.


„Nieskalany jak śnieg” - Ballada ptaków i węży - Suzanne Collins
Wydawnictwo: Media Rodzina
Data wydania: 17 czerwca 2020
Liczba stron: 544

Kategoria: literatura młodzieżowa
Tłumaczenie: Małgorzata Kesko-Kołodzińska i Piotr Budkiewicz
Czego to sobie nie kupisz? - Kwestia ceny - Zygmunt Miłoszewski

Czego to sobie nie kupisz? - Kwestia ceny - Zygmunt Miłoszewski


Czego to sobie nie kupisz? - Kwestia ceny - Zygmunt Miłoszewski
Zacznę od wyznań: lubię Indianę Jonesa, lubię przygody, odkrywanie zapomnianych miejsc, gmeranie w przeszłości. Nie przeszkadzają mi wtedy iście sensacyjne pościgi, postaci którym brakuje jedynie peleryny by mogły stać się superbohaterami. Przełknę każdy absurd.
To najlepsza forma rozrywki - dla mnie rzecz jasna. Budzi się we mnie wtedy odkrywca, którego chyba każdy z nas w sobie nosi. Po obejrzeniu takiej produkcji lub przeczytaniu przygodowej książki siedzę z nosem w ekranie komputera i sprawdzam co w danej historii było prawdziwe.

„Kwestia ceny” to kontynuacja losów Zofii Lorentz, historyczki sztuki, którą mogliśmy poznać w „Bezcennym”. Trochę tej kontynuacji się obawiałam, „Bezcennego” czytałam dość dawno i nie wiedziałam czy mój „twardy dysk” powiąże obie części. Okazało się, że niepotrzebnie, bo choć Zofia ta sama (i jeszcze kilka znanych postaci), to książka kompletnie inna, a niezbędne z pierwszej części informacje Miłoszewski zawarł w nowej powieści i zrobił to w subtelny sposób.

Czego to sobie nie kupisz? - Kwestia ceny - Zygmunt Miłoszewski

Pierwsze rozdziały to swojego rodzaju prolog. Autor wprowadza postaci i ich historie, podwaliny pod przygody Zofii Lorentz, która jest tak naprawdę królową tego spektaklu. Przyćmiewa wszystkich pozostałych bohaterów tej historii. Jednak wydaje mi się, że nie dlatego, że są oni za słabo scharakteryzowani. Lorentz jest po prostu prawdziwą gwiazdą, postacią tak charakterystyczną, że każda inna wypada przy niej blado. Gdyby istniała w rzeczywistym świecie to nawet na zebraniu stojąc i milcząc byłaby jedyną osobą w pomieszczeniu.
Mąż Zołzy traci pamięć, w dość nietypowy sposób i małżeństwo się od siebie oddala, a do tego Zofia traci pracę. Nie ma wyjścia i decyduje się na propozycję Bogdana Smugi, który poszukuje swojego stryja, a konkretnie jego śladów na dalekiej Syberii. Ten tajemniczy stryj miał dokonać znaczących odkryć dla etnografii i antropologii.
Powoli wszystkie zdarzenia i postaci z wprowadzenia zaczynają nabierać kształtu i zaczynamy układankę, puzzle zaczynają pasować.
Dzieje się wiele, dzieje się szybko. Są przygody, odkrycia i morze, no dobra ocean, żartów sytuacyjnych. Poczucie humoru Zygmunta Miłoszewskiego bardzo mi odpowiada. Śmiałam się praktycznie co chwilę, a scena z niedźwiedziem, Zofią i polskim hymnem rozbawiła mnie do łez.

Przygody Zofii nie istnieją w próżni. Tło społeczno-obyczajowe jest świetne, każdy się w nim odnajdzie, bo to odniesienia do obecnej sytuacji w Polsce i na świecie, odniesienia do filmów, seriali, książek i ich autorów, nawet do absurdalnej akcji z pewnym, jak się niektórym oficjelom wydaje, dwuznacznym obrazem. Często pojawia się Pan Zandberg i choć może trochę zbyt często, to jednak za każdym razem mnie to... bawiło. Nic na to nie poradzę.

Oczywiście nie samymi poszukiwaniami tajemniczego stryja i żartem stoi „Kwestia ceny”. To trafne podsumowanie dążenia do ciągłego wzbogacania się, bez obawy o koszta, bo wszystko, powtarzam wszystko - jest: kwestią ceny.
Autor porusza wiele problemów współczesnego świata. Kiedy przestaniemy się śmiać z przygód Zofii i jej przemyśleń, to zobaczymy jak wiele warstw ma ta powieść. Można odczytać je jako gorycz, równoważącą zabawne sytuacje.
Jestem pod niemałym wrażeniem jak wiele wątków Miłoszewski połączył, jak wiele opowiedział, nie męcząc, a bawiąc.

W notce „Od Autora” skonfrontowałam swoje odczucia odnośnie materiałów źródłowych, ponieważ stale miałam wrażenie, że musieliśmy czytać te same książki i nie dość, że moje przeczucia się potwierdziły to znalazłam kolejne intrygujące mnie tytuły. Nie musiałam, więc studiować stron internetowych. Ci, którzy - jak widziałam parokrotnie na różnych portalach - łamią sobie głowę nad tytułami niektórych powieści Zygmunta Miłoszewskiego, również odnajdą w tej notce odpowiedź.

Mogłabym ponarzekać, że coś tam przewidziałam, bo tak było, że nie do końca zgadzam się z wizją dotyczącą naszej, jako gatunku, przyszłości. Mogłabym, chyba trochę to zrobiłam?, ale i tak przeżyłam fajną, pełną śmiechu przygodę!

Czego to sobie nie kupisz? - Kwestia ceny - Zygmunt Miłoszewski



Wydawnictwo: WAB
Data wydania: 17 czerwca 2020
Liczba stron: 528
Kategoria: powieść przygodowa


 
Wstrętne zimno - Abominacja - Dan Simmons

Wstrętne zimno - Abominacja - Dan Simmons


Wstrętne zimno - Abominacja - Dan Simmons

Gdyby ktoś zaproponował mi dziesięć książek różnych autorów lub jedną książkę Dana Simmonsa to zawsze wybiorę Simmonsa.

Nie wiem dlaczego. Jest „coś” w Jego pisaniu, stylu, co lubię, nawet kiedy książka mnie nie zachwyca. Do tej pory zawiedziona byłam raz, nieszczęsnym „Zimowym nawiedzeniem” , które przypominało mi jakiś konspekt, a nie pełnoprawną powieść. 

Głównym bohaterem i narratorem „Abominacji” jest Jacob „Jake” Perry, a Dan Simmons zebrał jego wspomnienia z wyprawy na Mount Everest, która odbyła się po nie tak dawnym zaginięciu George'a Mallory'ego i Andrew „Sandy'ego” Irvine'a (polecam o niej poczytać i sprawdzić jak Autor obudował fakty fikcją). 

W tym samym czasie w Himalajach zaginął syn pewnej bogatej kobiety, która przekazała środki finansowe na wyprawę poszukiwawczą. Trzech mężczyzn (w tym oczywiście narrator) wyrusza ku „siedzibie śniegu” nie wiedząc, że ktoś lub coś podążą ich śladem i nie ma dobrych zamiarów.
Pierwsze 130 stron „Abominacji” połknęłam od razu. Była niewiadoma, był klimat, było nawiązanie do „Terroru” (który jest dla mnie wyjątkową powieścią) oraz parę dość zabawnych, jak na moje poczucie humoru, wstawek.

Wstrętne zimno - Abominacja - Dan Simmons

Gdy dotarłam do momentu przygotowań do wyprawy na „dach świata” i zaczęłam czytać o ekwipunku, który bohaterowie zamierzali ze sobą wziąć i całej historii zmian jakie zaszły w jakości sprzętu od pamiętnej wyprawy „Mallory'ego i Irvine'a”, książkę odłożyłam na dwa dni, pochłonęło mnie życie, nie nuda, a już wiedziałam, że czeka mnie gęsto tkany gobelin zdarzeń.
Kiedy zasiadłam do czytania o samej wspinaczce okazało się, że minęłam połowę książki i nawet tego nie zauważyłam.
Dla mnie to było fajne przeżycie, mroczne i trudne. Czułam się jakbym się z tą ekipą wspinała. Ja lubię książki przygodowe, pełne szczegółów, detali, które pozwalają mi się w danym miejscu praktycznie znaleźć i to nie tylko geograficznie, ale w opisywanym przez Autora czasie. Tutaj tak było.
Ale potem niestety wkroczyła sensacja w dość tanim wydaniu, niczym kadry z filmu z Jason'em Statham'em. Działy się rzeczy dziwne. Mało spójne, niestety (znowu niestety).

Jakby Dan Simmons nie mógł się zdecydować czy chce napisać książkę zbliżoną klimatem do „Terroru” czy może „Trupiej otuchy” i wyszła z tego mało satysfakcjonująca mieszanka, która dla mnie była dość karykaturalna, ale... chociaż zdrowo się pośmiałam. Nie czuję, że „zmarnowałam czas” bo od dawna do czytania się nie zmuszam.

Nie jestem też zawiedziona, jestem zdziwiona! Możliwości jakie dają te tajemnicze tereny, szczyt, na który ludzie wspinają się dlatego, że tam stoi, często przypłacając to życiem, rejony gdzie od wieków szuka się istoty wiążącej człowieka z naturą, zostały przez Autora zduszone. Jakby chciał za wszelką cenę dołożyć tej „akcji”, której podobno współczesny czytelnik szuka. Pewnie bardziej by mnie przekonał ten „krwiożerczy pingwin”, o którym (z przymrużeniem oka) Autor w powieści wspomina.

Dan Simmons jest dla mnie mistrzem przeplatania faktów z fikcją, wiązania ich mitami i smaczkami z szeroko pojętej sztuki. Potrafi w najbardziej fantastycznej historii stworzyć namacalny realizm i tu, w części sprzed sensacji, mu się to znowu udało. Materiał źródłowy, który do tej powieści zgromadził musiał być ogromny. Ilość informacji, które podaje i przeplata własnymi wyobrażeniami może przytłoczyć kogoś, kto nie pała miłością do detali, ja jednak tę umiejętność najbardziej w Jego pisaniu cenię. W „Abominacji” oddał głos Jacob'owi „Jake'owi” Perry'emu w taki sposób, że jestem skłonna uwierzyć, że bohater jest jednocześnie autorem.

„Moje oczy są głodniejsze niż żołądek”, podczas czytania nakarmiłam je widokami, których nigdy osobiście nie doświadczę, a nadmiar kalorii spaliłam przy wspinaczce i salwie... śmiechu.
Zawsze będę polecała książki Dana Simmonsa, nawet wtedy, kiedy nie bardzo wiem... o co mu chodziło.

Wstrętne zimno - Abominacja - Dan Simmons



Wydawnictwo: VESPER
Data wydania: 17 czerwca 2020
Ilość stron: 644
Tłumaczenie: Janusz Ochab

QualityLandia - Marc-Uwe Kling - PATRONAT MEDIALNY

QualityLandia - Marc-Uwe Kling - PATRONAT MEDIALNY

QualityLandia - Marc-Uwe Kling

Marc-Uwe Kling jest niemieckim pisarzem, autorem tekstów utworów muzycznych i kabareciarzem, stand-uperem. „QualityLandia” jest pierwszą Jego książką wydaną w Polsce.
To, krótko rzecz ujmując, dystopia. A każda, jak powszechnie wiadomo, rządzi się takimi samymi zasadami, czyli:
- akcja dzieje się w przyszłości, ale działania władzy przypominają naszą rzeczywistość,
znajdziemy w niej:
- wszelakie teorie spiskowe, 
- manipulacje informacyjne,
- problematykę wolnej woli, 
- inwigilację obywateli, 
- represje, 
- i nowinki technologiczne.
Oraz stałe pytanie gdzie w tym wszystkim indywidualność, gdzie to szczęście, do którego tak dążymy?

QualityLandia - Marc-Uwe Kling


„QualityLandia” wyróżnia się formą, ponieważ to połączenie przewodnika po kraju przyszłości zwanego nie inaczej jak właśnie QualityLandią, z satyrą, w której większe znaczenie ma przedstawiana przez bohaterów scenka, gra słów i inne niuanse niż same postaci. 

Marc-Uwe Kling przedstawia wykreowany świat bardzo dokładnie, nie znalazłam żadnych nieścisłości, czy pominięcia jakiejkolwiek dziedziny naszego życia.
Widzimy pozbawiony przechadzających się ludzi świat, którego ulice pełne są błądzących autonomicznych samochodów. Mieszkańcy każdą swoją decyzję opierają na podszeptach wirtualnych asystentów, a partnerów nieomylnie wybiera im... system.
Singiel równy jest analogowi - czyli postaci już wykluczonej, na jednocyfrowym poziomie drabiny społecznej, określającej ludzką użyteczność.
Posiadanie nazwiska niepochodzącego od zawodu rodzica, jest przywilejem zamożnych.
Wszystkie potrzeby są zaspokajane przez TheShop, którego algorytmy wiedzą zdecydowanie lepiej co jest człowiekowi potrzebne i kiedy... niż on sam.

Wszystko jest w QualityLandii najlepsze!

Każdy tu wspaniale żyje, przydziela oceny i sam takowych oczekuje.

QualityLandia - Marc-Uwe Kling

W QualityCity egzystuje - Piotr Bezrobotny, zajmujący się złomowaniem maszyn wszelakich (Prawo Ochrony Konsumpcji), który twierdzi, że to co otrzymał z TheShop nie jest tym, czego chciał. Mężczyzna chce, więc zwrócić towar...

Przewodnik prowadzi zwiedzającego przez wszystkie „najlepsze” motywy świata przyszłości: od mało zdrowej, ale pysznej żywności, przez namiastkę relacji międzyludzkich, czy upodobań twórców filmowych (banalizacja znaczenia II wojny światowej), negację nauczania historii, aż do życia w świecie wyobrażeń, w otoczeniu klakierów.

Idealny świat, w którym żyjemy unosząc się na chmurce komplementów, w poczuciu posiadania wiedzy totalnej, kto by tak nie chciał?

Żadnego sprzeciwu, znikąd!

Styl wypowiedzi wydaje się prosty. Rozmawiający ze sobą bohaterowie nie są raczej erudytami. Zdania przesiąknięte są grami słownymi, popularnym nazewnictwem, z zachowaniem anglojęzycznej pisowni. Autor przedstawia sposób wysławiania się człowieka współczesnego, u którego nazwa sama w sobie lub jej skrót, czy też obecnie modne barbaryzmy, jest ważniejsza niż sam przekaz.

Oprócz cech niejako stałych dla antyutopijnej wizji przyszłości, Autor nawiązuje do etyki robotów - trzech praw Asimova. Wspomina twórczość George'a Orwell'a, czy Lwa Tołstoja. Nawiązuje nawet do jednego utworu Nirvany - zwinna gra słów.
Wszystkie ulepszenia, jakie QualityLandia oferuje swoim mieszkańcom nie są prognozą, którą Marc-Uwe Kling tylko wyśnił. W trakcie czytania, choć gagi bywają zabawne, czuć że Autor śledzi na bieżąco postęp technologiczny jaki się, pomimo naszej powolnej ewolucji, dokonuje. Nie jest mu obce Prawo Moore'a. Pojawiają się również zagadnienia z kognitywistyki. Dzieje się bardzo dużo w tekście i poza nim.

Technologia sama w sobie i nieograniczone możliwości jakie daje nie są złe, złe mogą być jedynie motywy osób, które będą się nią w przyszłości posługiwać.
Może niektórzy czytelnicy po lekturze dość absurdalnych scenek w absurdalnie idealnej rzeczywistości, choć raz zastanowią się nad tym, co w sieci udostępniają, ponieważ nigdy się z niej już nie wyplączemy.
Upadek jakiego dokonamy jako cywilizacja, może być jedynie moralny, bo technologicznie uczeń z czasem przerośnie mistrza - wszak inteligencja to zdolność adaptacji.

QualityLandia - Marc-Uwe Kling


Wydawnictwo NieZwykłe
Data wydania: 27 maja 2020
Liczba stron: 364
Kategoria: science fiction
Tłumaczenie: Magdalena Kaczmarek


Przez - Zośka Papużanka

Przez - Zośka Papużanka



Przez - Zośka Papużanka

#czytnikoweczytanie

„Przez” jest czwartą książką Zośki Papużanki, ale niestety jedyną, którą do tej pory przeczytałam. Dlaczego niestety?
Ponieważ Papużanka pisze w sposób wyjątkowy i w równie wyjątkowy sposób do mnie trafia.

Narracja to zapis życia wewnętrznego, w którym powtórzenia spajają ze sobą kolejne zdania nadając wypowiedzi rytm.

Przez tekst się widzi. Przez tekst się słyszy. Przez tekst się czuje.

Czuje się to, co dzieje się w głównym bohaterze, który najprawdopodobniej zmaga się za zaburzeniami psychicznymi. Jest chorobliwie zorganizowany i odizolowany. Podgląda byłą żonę, celując w nią obiektywem aparatu. Wszystko ma w ten sposób pod kontrolą, zachowując jednocześnie bezpieczny dystans.
Czas w fabule nie biegnie linearnie, bohater często wędruje myślami do tego, co było.

„(...) czas to tylko zmrużenie powieki na fotografii”.

Czym jest tak naprawdę czas?

Jakie znaczenie ma dla nas to, co będzie, skoro większość tego, co jest poświęcamy temu, co było?
Czy kadr mógł być lepszy? I czy rzeczywiście było tak, jak pamiętamy?

Książka jest przesycona nawiązaniami do fotografii. Próbujemy żyć tworząc idealne kompozycje, na niskich wartościach czułości, ponieważ jakość obrazu ma dla nas największe znaczenie.
Im ciemniej, tym wyższa wartość ISO, ale i szumów zakłócających kadr jest więcej.

„Wyjmuje z torby aparat, podziwiając jego ciężar, choć dobrze go zna, ale wciąż podziwia, jak wszystkie rzeczy, które podziwiać należy, gdyż są od człowieka lepsze, a mimo to mu służą. Aparat widzi więcej niż człowiek. Więcej, szerzej i głębiej. Potrzebuje tylko czasu i stabilizacji, jak człowiek, ale dokładniej. Bez pośpiechu. Teraz teleobiektyw. Ciężki jesteś, ciężki, ale wrażliwy w środku, z taką maszyną trzeba się obchodzić troskliwie, żeby się nie obraziła na czas i światło i żeby pozwoliła przez siebie spojrzeć i zobaczyć to, czego ludzkie oko zobaczyć nie umie”.

W fabule nie dzieje się zbyt wiele. Mężczyzna patrzy, notuje, kadruje, leży. Nuda, nic nie miga, nic się nie obraca. Nie ma nawet dialogów, które nadałyby dynamiki.
Jednak historię opisaną w „Przez” czytałam z dużo większym zainteresowaniem niż obecnie modne dreszczowce. Być może dlatego, że charakterystyka psychologiczna bohatera jest tu najważniejsza (i fotografia) i w tych jego zaburzeniach możemy dostrzec siebie, a sama warstwa językowa jest wyjątkowa.

Na wszystko patrzymy właśnie „przez”, a nikt nie jest wolny od aberracji (doświadczeń, emocji). Wnioski, które narrator wysuwa choć oczywiście nie są ostateczne, bo nic nie jest stałe, to są mi bardzo bliskie, często podobnie „widzę”.

Proza Zośki Papużanki wymaga od czytelnika uwagi, zaangażowania. Jest bardzo nieoczywista.
Zdania, a nawet poszczególne słowa każdy odbiera inaczej, z powodu własnych zniekształceń postrzegania i tak też jest z najnowszą książką Zośki Papużanki.
Wydaje mi się również, że im więcej czytelnik w życiu doświadczył, nie mam tu na myśli przeżytych lat, a pewnego rodzaju wrażliwość -takie wewnętrzne ISO, tym więcej znajdzie siebie w tej historii.

To książka, którą chciałabym schować i móc tylko sama do niej zaglądać, żeby nikt nie wyczytał mi liter, nie zniekształcił ich „przez” własny obiektyw.




Wydawnictwo: Marginesy
Data wydania: 15 kwietnia 2020
Liczba stron: 296 (wersja papierowa) 216 (wersja elektroniczna)
Kategoria: literatura piękna

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...