#39 Czerwona zemsta - Krzysztof Goluch

#39 Czerwona zemsta - Krzysztof Goluch

#75 Czerwona zemsta - Krzysztof Goluch - recenzja - czy warto przeczytać?
Czy zdarzyło się Wam narzekać jak źle się żyje w Polsce? Na pewno. Na co dzień nie myślimy o tym jak wielu ludzi oddało to, co miało najcenniejszego - własne życie, za to - byśmy dziś sami o sobie stanowili - bez podległości żadnemu innemu państwu. Nie zastanawiamy się nad tym, żyjemy tu i teraz. 

Krzysztof Goluch w swojej książce przedstawia losy członków ruchu partyzanckiego powstałego by stawiać opór sowietyzacji Polski, kiedy to Armia Czerwona nas "wyzwoliła" spod jarzma niemieckiego agresora. "Czerwona zemsta" opiera się na historii autentycznych postaci z szeregów Żołnierzy Wyklętych.
Na samym początku poznajemy Janka, który po ogłoszonej amnestii żyje na wsi z kobietą, którą kocha. Jednak nie jest mu dane zaznać spokoju życia rodzinnego, ponieważ zostaje aresztowany, a ukochana ginie od kuli - na jego oczach. Narastający gniew i chęć zemsty za odebraną miłość sprawiają, że trafia do oddziału "Orlika" - Mariana Bernaciaka, u którego boku przyjdzie mu walczyć przeciwko NKWD, KBW, UB i MO.


"Mądry dowódca robi to, czego wróg się nie spodziewa".

Oprócz Janka, którego historia jest przedstawiona najszerzej, na kartach powieści poznajemy kilku spośród Żołnierzy Niezłomnych - ich niejednokrotnie zawiłe historie, charaktery
i odwagę by stawiać opór potędze ZSRR.
Kilku z nich zdradziło, zachowało się wbrew temu, o co mieli walczyć. Jednak kiedy dowiadujemy się co do tego doprowadziło, to sama zdrada i kara za nią nie jest już tak oczywiste. Bohaterkami są też ukochane kobiety żołnierzy, a także ich dzieci, np. Emilka, która choć jest małym, osieroconym dzieckiem, które wiele widziało, to zawsze wie, co powiedzieć i nie boi się konsekwencji tych słów. 

"- Głupi ten, kto chwastów w porę nie wyrywa, tylko pozwala im się rozrastać".

Zastanawiałam się jak przybliżyć pokrótce losy bohaterów, gdyż są tak zawiłe i rozbudowane, że nie da się napisać na tyle mało, by nie zdradzić zbyt wiele i nie odebrać przyjemności samodzielnego ich poznawania.
Tej powieści się nie czyta, tylko się nią żyje. Momentami czułam się jakbym podglądała działania partyzanckie z góry i widziała jak Żołnierze "Orlika" przemykają między drzewami, jakbym uczestniczyła w ich codzienności, była na przesłuchaniu, uciekała z nimi kanałami, czy siedziała ukryta w wozie, by za chwilę zatańczyć na weselu.
Język, którym operuje autor jest tak sugestywny i prawdziwy, że naprawdę możemy usłyszeć i zobaczyć tych niesamowitych ludzi. Pośmiejemy się z nimi i nie raz uronimy kilka łez...
Sposób przeprowadzania przesłuchań, zdobywania informacji, czy też opisy zachowań żołnierzy Armii Czerwonej sprawią, że zapewne będziemy musieli na chwilę odłożyć lekturę, ponieważ nie sposób ogarnąć rozumem ogromu zła, bólu i okrucieństwa, które niosły ze sobą tamte czasy. 

"- Wojna potrafi lepiej rozegnać ludzi niż dmuchawce na wietrze".

"Czerwona zemsta" to książka, która przypomina - przypomina o Tych, dzięki którym dziś możemy narzekać na swoją codzienność, a także myśleć i mówić po polsku. Tych, którym jesteśmy winni tak niewiele, za tak wiele. Człowiek żyje tak długo, jak długo żyje pamięć
o nim. To prawdziwy pomnik zbudowany ze słów.
Mogę zagwarantować, że po zakończonej lekturze spędzicie czas tak jak ja, czyli na szukaniu informacji o Żołnierzach Drugiej Konspiracji, o Bitwie w Lesie Stockim... oraz na wyglądaniu drugiego tomu o losach oddziału "Orlika".
9/10.


"Tylko śmierć może mnie uwolnić, bo ja jestem więźniem duszy".


Wydawnictwo: Novae Res

Data wydania: 30. maja 2019

Liczba stron: 473

Kategoria: historyczna


Recenzja napisana dla portalu bookhunter.pl
#38 Ci inni za murem - Marta Kruczek

#38 Ci inni za murem - Marta Kruczek


#72 Ci inni za murem - Marta Kruczek - recenzja - czy warto przeczytać?

Cenię wysoko polskich autorów, więc kiedy pojawia się możliwość przeczytania debiutu, to z niej korzystam.  Zgłosiłam się, więc jako recenzent książki Marty Kruczek "Ci inni za murem".

Bohaterką powieści jest Mila - młoda dziewczyna,  która wraz z chłopakiem i parą przyjaciół odwiedza miasto, zamieszkiwane przez współczesnych zombie. Miasto otoczono murem i uczyniono z niego swoisty park rozrywki dla "normalnych" ludzi. Zombie z historii stworzonej przez autorkę, różnią się od tych znanych nam - niezbyt mądrych, jedzących mózgi, poruszających się bardzo wolno potworów. To ludzie, którzy wieczorem zmieniają się w bardzo szybkie i bardzo silne maszyny do zabijania. Ze swojej przemiany jednak nic nie pamiętają. Od świtu do zmroku prowadzą normalne życie, mają sklepy, restauracje i obsługują turystów, których w ich mieście nie brakuje. Dla odróżnienia ich od "normalnych" noszą czerwoną przepaskę na ramieniu.
Pomysł świeży i naprawdę dobry - okładka kojarząca się jednoznacznie.
Do tego autorka z drapieżnika zrobiła ofiarę, która jest oglądana niczym zwierzę w zoo lub cyrku, ponieważ wieczorami odbywają się pokazy ich morderczej siły dla przyjezdnych. 

Na tym koniec pozytywów - niestety. 
Wyobraźcie sobie wielki balon do którego wrzucacie kostki z pomysłami, napełniacie go powietrzem i wstrząsacie. Kostki uderzają o siebie, aż balon pęka, powietrze ucieka, a zniszczone kostki wypadają i już do niczego się nie nadają. 

Pierwszym chyba błędem było - bo tak to nazwę, zastosowanie narracji w osobie pierwszej, co jest niestety bardzo trudną sztuką - i w przypadku tej pozycji jeszcze bardziej ją strywializowało. 
Do tego ciekawego pomysłu autorka dołożyła miłostki, o których jako nastolatka czytałam w Bravo Girl i traktowałam je jako abstrakcję, zdrady jak z paradokumentów serwowanych przez Polsat i kryminał... niestety. Sama bohaterka plecie coś od rzeczy i stale kocha "swojego mężczyznę", to widzi w nim przestępcę, by za chwilę znów rzucić mu się w ramiona.
Rozumiem, że istnieją takie infantylne kobiety, ale po co o nich pisać? Wszystkiego za dużo, wszystko zbyt - ładnie to nazwę - proste.
Pomysłów upchniętych na niespełna 200 stronach wystarczyłoby na całą serię.

Naprawdę nie lubię źle pisać o książkach, ani autorach. W każdej szukam jakiejś wartości, bo podobno nie ma złych książek... Szukałam na każdej stronie przedmiotu zachwytów pozostałych czytelników, ale niestety nie znalazłam.
To mogła być dobra książka, ale w moim odczuciu nią nie jest.

Nie chcę by autorka poczuła się dotknięta, czy urażona. Gdy patrzę na opinie jakie ta pozycja zdobywa - to sądzę, że znalazła grono odbiorców. Jednak do mnie niestety nie trafiła. Może mój wiek nie pozwala na zrozumienie intencji autorki i jestem w tej kwestii ograniczona. Może powinnam uderzyć się w pierś, tak po prostu...
Życzę Jej naprawdę jak najlepiej! Aby wyciągała trafne wnioski i napisała nie jedną, a wiele dobrych książek, które przeczytam i z przyjemnością postawię w swojej biblioteczce, bo ani pomysłów, ani lekkości pióra nie można jej odmówić.
3/10.

Za egzemplarz do recenzji dziękuję autorce  - Marcie Kruczek.


Wydawnictwo: Wydawnictwo Poligraf

Data wydania: 12. marca 2019
Liczba stron: 196
Kategoria:
fantastyka, fantasy, science fiction


#37 Rok, w którym nauczyłam się kłamać - Lauren Wolk

#37 Rok, w którym nauczyłam się kłamać - Lauren Wolk


#73 Rok, w którym nauczyłam się kłamać - Lauren Wolk - recenzja - czy warto przeczytać?
Chociaż zapis w metryce od dawien dawna wskazuje wiek średni, to jeżeli chodzi o lektury, po które sięgam nie mam wyznaczonej kategorii. Staram się czytać książki warte przeczytania, takie o których będę pamiętać, czy to ze względu na treść, czy na sposób pobudzania przez nie wyobraźni.

Książkę Lauren Wolk chciałam przeczytać odkąd pojawiła się na rodzimym rynku wydawniczym, jednak było nam jakoś nie pod drodze. Dlatego cieszę się, że dzięki Klubowi Recenzenta udało mi się ją przeczytać. Jest porównywana do "Zabić drozda" Harper Lee i została okrzyknięta Najlepszą Dziecięcą Książką Roku "Wall Street Journal", zdobyła też wiele innych nagród. 

"- Wilk to wilk i nigdy psem nie będzie, choćby nie wiem jak go wychować
- odrzekł mi wtedy".

Główną bohaterką "Roku, w którym nauczyłam się kłamać" jest Annabelle. Niewinna dwunastolatka, codziennie chadzająca do szkoły przez "Wilczy Jar".
Annabelle mieszka w domu wielopokoleniowym, na farmie pełnej zwierząt. Ma dwóch młodszych braci. Dziewczynka ma kochających, ciepłych rodziców, dziadków i trochę zgryźliwą, okropnie irytującą ciotkę.
Co jakiś czas, w okolicy ich domu pojawia się bezdomny - weteran wojenny, brany za dziwaka - Toby. Brudny, zarośnięty, w zniszczonym płaszczu, dźwiga na plecach trzy karabiny, z których jeden jest tylko sprawny. Los chce, że rodzina Annabelle wygrywa w konkursie fotograficznym Kodaka, który zagwarantował im zarówno aparat, zapas filmów jak i wykonywanie odbitek. Żaden z domowników nie ma niestety zacięcia fotograficznego i dziwnym przypadkiem aparat trafia do rąk bezdomnego, przez co Toby staje się bliższy zarówno rodzinie, jak i samej Annabelle. 
W tym samym czasie do szkoły dziewczynki trafia Betty. Nieprzyjemna, na wskroś zła dziewczynka. Pierwsze co robi, to próbuje zmusić Annabelle do przynoszenia jej fantów i pieniędzy. Główna bohaterka chcąc być dorosłą i chronić młodsze rodzeństwo, postanawia nikomu o tym nie mówić i rozwiązać tę sprawę sama. Nie jest to takie proste jak zakładała. Betty nie ustaje w wymyślaniu krzywdy jakie chce wyrządzać Annabelle i jej rodzeństwu. Jak możemy już się domyślić zło zapuszcza korzenie, rośnie i zbiera plon. 

"Nie bałam się mamy, nie, choć czasem potrafiła być bardzo surowa. Może dlatego, że zapomniała już, jak to jest huśtać się pod samo niebo, zapomniała, że można odłożyć motykę, zanim ręce będą całe w bąblach, że nie trzeba z góry zakładać, że będzie trudniej, niż się zdaje".

Mam problem z tą powieścią, a konkretnie z zaszeregowanie jej w kategorii dziecięcej. Choć główna bohaterka ma zaledwie dwanaście lat, jej dojrzałość zawstydziłaby nie jednego dorosłego. Język, którym operuje autorka - również według mnie - łatwiej odbiorą dorośli, lub też prawie dorośli. 
Styl, treść i nastrój jaki wywoływała bardzo przypadł mi do gustu. Choć nie jest obszerna, to odkładałam ją na później, by nie przeczytać jej od razu.
Klimatem przypomniała mi trochę "Anię z Zielonego Wzgórza" Lucy Maud Montgomery, choć Annabelle jest dużo dojrzalsza od Ani. 

W konfrontacji stają sielskość - pięknej wsi, prostota życia, dzieciństwo i zło w czystej postaci, obleczone w dziecięcą niewinność. Autorka bardzo dobrze opisuje, jak nam - dorosłym prosto przychodzi sądzenie po pozorach. Jak łatwo przypinamy łatkę dziwaka, komuś, kto różni się od nas i jak łatwo nam uwierzyć, że jest zdolny do dopuszczenia się złych rzeczy. Jednocześnie jeżeli na szali postawimy dziecko, z założenia niewinne i ładnie ubrane - to kogo posądzimy o złe zamiary?


"Zmieniłam się więc w kamień i po prostu czekałam, usiłując ogłuchnąć na te wszystkie słowa, i choć nie miałam wtedy jeszcze dwunastu lat, już przebiegła mi przez głowę myśl, że jeśli mam zostać matką, to nigdy matką synów".

Kiedy już dokonamy osądu to trudno przychodzi nam przyznanie się do błędu, mimo że fakty zaburzają to, w co chcielibyśmy wierzyć. Często też, nie potrafimy przeciwstawić się większości, bo nie lubimy wychodzić przed szereg i wprost przeciwstawić się niesprawiedliwości.
Książka Lauren Wolk jest niezwykle złożona, pełna kontrastów, dobra i zła, warstw i pobocznych historii, które tworzą wspaniały traktat o moralności i... dorosłości.
Mam cichą nadzieję, że zasili ona kiedyś kanon lektur szkolnych, bo jest niezwykle wartościowa.


"Ale wiatr zawsze rozpraszał moje słowa niczym cienie chmur - jakby bardziej od tego, kto je usłyszał, liczyło się po prostu to, że je wypowiedziałam".



Recenzja napisana dla Klubu Recenzenta nakanapie.pl

Wydawnictwo: Dwie Siostry
Data wydania: kwiecień 2019 (przybliżona data)
Liczba stron: 264
Kategoria: literatura dziecięca/młodzieżowa
Tłumaczenie: Sebastian Musielak

#36 Materializm - Michał Długa

#36 Materializm - Michał Długa



#72 Materializm - Michał Długa - recenzja - czy warto przeczytać?

Popatrzcie na okładkę "Materializmu" Michała Długi i szczerze powiedzcie czy zwrócilibyście na nią uwagę? Ja mówię szczerze - nie. 
Zaintrygował mnie opis w zestawieniu ze słowami samego autora który twierdzi, że jest to jego odpowiedź na „50 twarzy Grey’a”.
Nie, nie jestem fanką erotycznych powieści o niczym. Wygrała ciekawość - ponieważ jest to debiut oraz chęć eksploracji nowych wciąż dla mnie terenów literatury współczesnej.

Dwóch skrajnie różnych mężczyzn spotyka się w barze. Starszy - Krzysztof - człowiek z marginesu społecznego, kompletnie zaniedbany alkoholik, który zaczepia dużo młodszego mężczyznę - Maćka, będącego jego przeciwieństwem wizualnym i chce mu opowiedzieć zasłyszaną kiedyś historię.  Maciek, który czeka na kobietę, będąc zaskoczonym propozycją, nie bardzo umie odmówić starszemu mężczyźnie i tak staje się jego słuchaczem. 
Narratorem powieści jest Krzysztof. Opowiada on chłopakowi historię Wiktora, przy okazji wtrącając, co nie co, o swoim nieudanym życiu. Od czasu do czasu Maciej również zabiera głos i zdradza szczegóły ze swojego życia. Chcąc nie chcąc, nie tylko interesuje się opowiadaną przez alkoholika historią, ale i sam zaczyna go lubić. Mężczyźni spotykają się dość często w barach, a nawet we własnych mieszkaniach. Dochodzi do tego, że Krzysztof, na prośbę swojego kolegi, nawet udaje jego ojca. Z czasem okazuje się, że tych z pozoru kompletnie różnych mężczyzn naprawdę wiele łączy. 
Historia opowiadana przez mężczyznę żyjącego na koszt podatników mówi o życiu Wiktora. Młodego chłopaka, który pochodzi z tzw. rozbitej rodziny i mieszka to u matki, to u ojca. Podejmuje się pracy w Niemczech, u obecnego konkubenta matki. Z budowaniem przez niego doświadczenia zawodowego na emigracji bywa różnie. Chłopak niewiele potrafi, jest nastawiony na branie, ma wielkie aspiracje, do których realizacji chciałby dojść drogą na skróty. Jedyne co oprócz chęci szybkiego wzbogacenia się i budzenia podziwu u rówieśników i rodziny, zaprząta mu głowę to ciągła chęć miłości fizycznej. Niskie poczucie własnej wartości, mające swe podwaliny w złych i skomplikowanych relacjach rodzinnych, w konfrontacji z wysokimi oczekiwaniami - prowadzi go praktycznie przez drogę wybrukowaną porażkami.Nie potrafi znaleźć, ani utrzymać żadnej pracy. Nie potrafi zbudować żadnego związku, który nie opierał by się tylko na zaspokajaniu żądzy. 

"Człowiek w gniewie widzi tylko cudze błędy, ba, nawet nie zauważa, skąd się te cudze błędy wzięły".

Powieść obfituje w dość mocny realizm przedstawionych wydarzeń. Nie znajdziemy tu poetyckiego języka. Bohaterowie wyrażają często, w sposób wulgarny. Jednak musimy pamiętać kim oni są, to ludzie na co dzień karmieni pozbawionym złudzeń, byle jakim życiem, połączonym z ciągłą presją imponowania innym i pogonią za wielkim bogactwem, którego nie chcą dorabiać się ciężką pracą.
Obcesowość niektórych ich wypowiedzi pasuje do osobowości nakreślonych przez autora. Książka obfituje również w opisy doznań seksualnych, one też nie są ubrane w bogate
paralele.
To nie obrazy wielkich uniesień zakochanych par, tylko seks z perspektywy mężczyzny - dla niektórych może być zbyt odarty z sensualizmu.
Nie czytam erotyków, z reguły nie niosą one ze sobą jakichś ukrytych treści. W powieści Michała Długi, nie są one głównym wątkiem, stanowią po prostu część przedstawionej przez niego historii - jednak ostrzegam to nie są kontakty seksualne dla wielkich romantyków, piszących wiersze na temat duchowości doznań.


"Chciałbym znaleźć sobie kobietę, która nie musi mnie kochać. Chcę ją po prostu mieć, żebym mógł się przytulić, poleżeć sobie z nią i całe to gówno, które robi się w związkach. Boję się, że zabraknie mi czasu na to wszystko, bo zajmujemy się czymś, co w ogóle może nie mieć sensu".

Każdy z mężczyzn, których za pomocą słowa powołał do życia autor, ma wiele warstw, że tak to nazwę. Na zewnątrz mamy zbroję - pancerz, w który się oblekli - nie chcąc wypuścić na światło dzienne swoich głęboko ukrytych emocji. Wszyscy udają kogoś, kim tak naprawdę nie są, co z kolei prowadzi ich do alkoholizmu, upadku - do destrukcji.
Jednak nie jest to powieść tragiczna - wręcz przeciwnie. Bohaterowie przechodzą świadomą przemianę - w końcu dorastają niezależnie od wskazań metryki. Ścieżka do lepszego i szczerego życia jest prostsza niż się nam wydaje - słowa, wypowiadanie uczuć, nie tylko tych dobrych naprawdę czyni życie łatwiejszym i cele, które sobie stawiamy - bliższymi.

"Powiedział jej o wszystkim, co go dręczyło i było powodem wielu kłótni. Nie miał pojęcia, jak bardzo pozytywnie wpływa na relacje mówienie prawdy, jak na przykład to, że rozglądał się za innymi kobietami. Jeśli komuś naprawdę zależy na kimś, to choćby nawet przyznał się do najgorszej rzeczy, i tak zostanie mu ona wybaczona, jeśli tylko będzie chciał się zmienić".

To naprawdę dobra współczesna powieść, a po przeczytaniu Posłowia, w którym autor przyznaje, że nie był i nie jest zapalonym czytelnikiem nasuwa się jeden wniosek - można?
Zdecydowanie MOŻNA. 
7/10.
 

Recenzja napisana dla Klubu Recenzenta nakanapie.pl


Wydawnictwo: Borgis

Data wydania: październik 2018 (przybliżona data)

Liczba stron: 512


Kategoria: literatura współczesna
#35 Cari Mora - Thomas Harris

#35 Cari Mora - Thomas Harris

#71 Cari Mora - Thomas Harris - recenzja - czy warto przeczytać?

Pamiętam jak będąc jeszcze dzieckiem, wzięłam z biblioteczki rodziców "Milczenie owiec" i po kryjomu przeczytałam w jeden dzień. Tak, jedni czytali Harrego Pottera - ja Hannibala Lectera. Od tego autora zaczęła się moja fascynacja umysłami przestępców. Nikt jednak w moim odczuciu nie dorównał Hannibalowi Kanibalowi.
Kiedy po 13 latach Thomas Harris wrócił z nową książką wiedziałam, że muszę ją przeczytać. Powieść jest ładnie wydana, niesamowicie estetyczna okładka, miło leży
w rękach.

Cari Mora - czyli Caridad Mora pochodzi z Kolumbii, w której nie wiodła szczęśliwego życia. Obecnie ima się wielu zajęć zarobkowych; pomaga przy leczeniu i ochronie ptaków morskich, czasem zajmuje się gastronomią podczas wodnych wycieczek. Mieszka w domu, którego właścicielem był Pablo Escobar, jednak on sam nigdy w nim nie zamieszkiwał. Cari oficjalnie zajmuje się rezydencją jest tam dozorczynią.
O tym budynku krążą legendy - jakoby krył się w nim sejf ze skarbem.
Hans-Peter Schneider, wysoki, blady i kompletnie bezwłosy psychopata, który zajmuje się pozyskiwaniem kobiet dla bogatych klientów, które na ich zamówienie odpowiednio pozbawia kończyn, chce sięgnąć po ten "dar fortuny", a przy okazji wykorzystać Cari Morę, na której pragnie zrealizować swoje chore fantazje i przy okazji też zarobić. Tak zaczyna się zabawa w poszukiwanie ukrytego majątku pod przykrywką kręcenia reality show w domu zamieszkiwanym przez tytułową bohaterkę.

Choć nadal szanuję twórczość Thomasa Harrisa, to nie mogę dobrze ocenić tej powieści. Czytanie powinno być przyjemnością, ale niestety nie było.
Zarys fabuły mówi: "Schneider wkrótce pozna zaskakujące umiejętności Cari i przekona się, jak silna jest jej wola walki" - moja była silniejsza niż Caridad i dobrnęłam do ostatniej strony.
Ciężko było mi się skupić na akcji, która przypomina sensację i założenia powinna porywać,
a mnie znużyła. Wspominki z przeszłości Cari, opowieści o ludziach z hiszpańskimi imionami
i nazwiskami, które moim zdaniem nic nie wnosiły i przypominały przypadkowe zapiski oraz historie ze świata flory i fauny, z których zapamiętałam najwięcej.
Nie wiem też na ile brak spójności i ciągłości fabuły to "zasługa" autora, a ile tłumaczenia. Może zdecyduję się sięgnąć po nią kiedyś w oryginale i rozwiać te wątpliwości.

Dodatkowo niestety, kiedy czytam - wychwytuje wszelakie powtórzenia. Wystarczy, że drugi raz pojawi się ten sam zwrot, to ja to odnotuję. Toteż nie mogę przeboleć takiej ilości "trytek"...
Istnieje tyle synonimów na te opaski zaciskowe, a tu cały czas powtarza się to jedno słowo jak mantra, po wielokroć - nawet na jednej stronie. Odnośnie tych plastikowych paseczków, na pewno każdy kto się z nimi zetknął wie, że jak się  zaciśnie mechanizm - to nie da się ich zdjąć, trzeba je po prostu przeciąć.  Jednak Cari Mora to czarodziejka - potrafiła się z nich uwolnić za pomocą zamka w spodniach... Im więcej stron było za mną tym mniej zachowań bohaterów rozumiałam i czytało mi się tylko gorzej. 

Jest mi tak strasznie smutno, że ten powrót po tylu latach nie jest dobry.
Liczę jednak, że autor, który stworzył doskonały portret psychologiczny seryjnego mordercy kanibala, napisze jeszcze dobrą książkę i będę się nią zachwycać.
3/10.


Wydawnictwo: Agora

Data wydania: 21. maja 2019

Liczba stron: 360

Kategoria:
thriller, sensacja, kryminał

Tłumaczenie: Jan Kraśko

Recenzja napisana dla portalu bookhunter.pl
#34 Kolejna osoba, którą spotkamy w niebie - Mitch Albom

#34 Kolejna osoba, którą spotkamy w niebie - Mitch Albom


#70 Kolejna osoba, którą spotykamy w niebie - Mitch Albom - recenzja - czy warto przeczytać?


Miałam szczęście mieć obie części "niebiańskich" powieści spod pióra Mitcha Alboma, więc od razu sięgnęłam po drugą.
Znałam konstrukcję, znałam styl, wiedziałam co mnie czeka i z uśmiechem na ustach pomyślałam tym razem nie doprowadzisz mnie do łez drogi autorze... Myliłam się. 

"Strata jest równie stara jak życie.
Ale mimo milionów lat ewolucji, nadal jej nie zaakceptowaliśmy".

Bohaterką drugiej części bestsellerowej pozycji "Pięć osób, które spotykamy
w niebie" jest Annie. Kobietę znamy już z historii Eddiego, ponieważ jest ona  uratowaną przez niego dziewczynką.

"Zapominamy, że "nasz" czas splata się z czasem innych.
Z jakiegoś nadchodzimy i do jakiegoś powracamy.
Ten rodzaj powiązań nadaje światu sens".

Annie jest dorosła, jednak nie jest dane jej żyć długo i szczęśliwie - jak by tego sobie życzyła. Ją też spotyka to, z czym będziemy musieli zmierzyć się wszyscy bez względu na status społeczny - śmierć.
Bohaterka po latach nieudanego życia wychodzi za mąż za mężczyzną, którego kocha od dziecka. W końcu smakuje szczęścia, jednak zostaje ono jej odebrane przez... wypadek.
Wraz ze świeżo poślubionym mężem są ofiarami katastrofy powietrznej. Mężczyzna jest w dużo gorszym stanie niż Annie, kiedy więc staje przed nią możliwość uratowania mu życia - nie waha się ani chwili.
Potem budzi się w... niebie. 


"Boimy się samotności, Annie, ale ona w gruncie rzeczy nie istnieje".


Fabuła jest podobnie zbudowana jak w poprzedniej książce - wspomnienia, lekcje w niebie i to, co dzieje się po wypadku przeplatają się, przez co dokładnie poznajemy całe życie kobiety. Oczywiście jedną z osób, które pojawiają się na jej drodze jest Eddie. Kobieta miotała się od dziecka, niewiele pamiętała z wypadku, nosiła w sobie ogrom poczucia winy i nie tylko z powodu tego, co się stało w Rubylandzie. Wiele wycierpiała, ale i sama przyczyniła się do wielu łez. Kiedy wędruje przez niebo, nie może się pogodzić z tym jak wiele straciła, kiedy w końcu odnalazła to szczęście, za którym tak całe życie goniła.

"Wszystkie dzieci mają swoje tajemnice. Rodzice też. Urabiamy wersję, w którą inni mają wierzyć, chwalimy się pozorami, ukrywamy prawdę".

"Kolejna osoba, którą spotkamy w niebie" zaskakuje zarówno zakończeniem jak i doborem postaci, które mają pomóc Annie "pogodzić się ze sobą" i dostrzec wartość jej życia. Cieszę się, że autor w swojej wizji nieba przewidział kogoś, kto według dogmatów jednego z wyznań nie miał prawa się tam znaleźć. Głęboko wierzę, że w moim miejscu, też znajdą się takie nieoczywiste postaci.

Ziemska egzystencja cudem ocalonej dziewczynki nie była usłana różami, bo niestety życie to nie bajka, jednak każde ma głęboką wartość. Autor po raz drugi wypowiada tę oczywistą maksymę; o tym ile znaczymy dla siebie nawzajem. Jesteśmy wszyscy ze sobą powiązani jak jeden wielki organizm, który potrzebuje każdego z nas by najzwyczajniej w świecie - istnieć.
Po raz kolejny dostrzegam również - tę samą zależność dotyczącą przemilczania przez nas trapiących nas myśli i zostawienia spraw nierozwiązanymi, co z kolei odbiera nam możliwość zrozumienia się i trwamy tak dzień po dniu, dusząc się własną codziennością.

"- Bo najbardziej pielęgnujemy urazy niż przejawy czułości - odparła Lorraine. _ Każdy jest w stanie podać dokładny dzień, gdy został zraniony, ale kto pamięta dzień, kiedy wrócił do zdrowia?"

Wniosek jaki nasuwa się po zakończonej lekturze dotyczy śmierci, która nie musi niczego kończyć, a wręcz przeciwnie może stać się zalążkiem innego życia. Myślę, że jeżeli kiedyś zaczniemy postrzegać śmierć jako stałą naszego istnienia dużo łatwiej będzie nam ją zaakceptować.

"Nasze życie tak często w niezauważalny dla nas sposób się zmienia. Jak za przełączeniem w ołówku funkcji pisania na ścieranie".

Polecam każdemu kto polubił się z wizją jaką roztoczył Mitch Albom w poprzedniej części - nie powinniście być rozczarowani. Polecam każdemu kto nie tylko lubuje się w wizjach życia po śmierci, ale też temu kto czuje, że co dzień coś traci...
9/10.

Za swój egzemplarz dziękuję wydawnictwu Zysk i S-ka.


Wydawnictwo: Zysk i S-ka

Data wydania: 18. czerwca 2019
Liczba stron: 202
Kategoria: literatura współczesna/piękna

Tłumaczenie: Jakub Jedliński
 
#33 SI - Stepan Wartanow

#33 SI - Stepan Wartanow


#69 SI - Stepan Wartanow - recenzja - czy warto przeczytać?


Muszę przyznać, że jeszcze nigdy nie czytałam tak wielowątkowej powieści. Czasem autor ma kilka pomysłów, które na siłę umieszcza w fabule jakby chciał sprawdzić co z tego misz maszu wyjdzie.  

W przypadku "SI" Stepana Wartanowa jest ciężko jest w skrócie przedstawić zarys fabuły. Dzieje się tu wiele od początku. SI czyli sztuczna inteligencja przypominały wózki na gąsienicach. Powstały w ramach operacji "Mosiężna pięść" i zostały nazwane "żelaznymi żołnierzami". Projektant zastosował system tłumienia nadmiernej samodzielności - co miało zapobiec wyrwaniu się ich spod jarzma ludzkiej ręki. Jednak nie dało to zadowalających rezultatów, gdyż SI sterroryzowały pilota helikoptera, po czym uciekły z poligonu wojskowego w liczbie czterech sztuk. Ukryły się w jaskini, gdzie przechodząc w tryb serwisowy przetrwały nieodnalezione przez 9 lat.
Budzą się w 2036 roku w erze komputerowych geeków pragną powrócić do życia i się przystosować. Pierwsze co ukazuje się ich oczom to góra śmieci, która przysypała wejście do jaskini w której się ukryły, chcąc jak najszybciej wyjść, używają lasera i dochodzi do wybuchu metanu. Na ich drodze pojawia się tzw. CYBERPUNK - Bob Brown, który hoduje kury i króliki. Po dość zabawnym zapoznaniu - jednej z SI został zaatakowany przez koguta Boba, cała czwórka SI staje się podopiecznymi wspomnianego cyberpunka. Pragnie on zbudować dla nich nowe ciała, które będą przypominały ludzkie. Sam jednak nie ma takich możliwości, więc prosi o pomoc jednego ze znajomych - Harrego. Ten rusza z pomocą i za pomocą swoich komputerowych zdolności symuluje atak terrorystyczny na lotnisku, aby móc bez przeszkód przewieźć ogrom narzędzi niezbędnych mu do pracy. Symulacja rozrasta się jak wirus. Tymczasem SI czytają książki, jeżdżą po okolicy, obserwują ludzi i kradną samochód, którym nie potrafią jeździć. Mało tego - nieszczęsny samochód zawiera ładunek w postaci narkotyków halucynogennych, który będą chcieli odzyskać prawowici właściciele - przestępcy. Do akcji włączy się policja, i para agentów FBI, podobnych trochę do Muldera i Scully z Archiwum X. On wszędzie szuka zjawisk paranormalnych, a ona jest bardzo sceptyczna - coś ich jednak różni, a jest to mianowicie zapach skunksa.


"Bo czym jest społeczeństwo, jeśli nie syntezą ideologii i gospodarki?"

Uff, chyba udało mi się przedstawić to na tyle krótko, na ile to było możliwe. Wszystkie wątki się łączą i dochodzą jeszcze inne pomniejsze - jak telepaci, duchy, niedźwiedź i elektroniczne, ogromne pająki.
Brzmi jak masło maślane, ale... takie nie jest. Wszystko jest niesamowicie logiczną historią jak abstrakcyjnie to nie brzmi. 


Podczas czytania śmiałam się w głos. Nie do każdego jednak takie poczucie humoru, jakie prezentuje autor trafi. Z uwagi na zawiłość czyta się tę powieść dość ciężko. Niektóre wydarzenia autor uzupełnia o obserwacje i wnioski - które mimo że powiązane z fabułą, to mogą wytrącić z rytmu czytania. 
Mam bardzo dobrą pamięć i z reguły nie mam problemu z zapamiętaniem, kto kim jest, nawet przy dużej ilości bohaterów, tutaj jednak musiałam posiłkować się zapiskami, żeby się nie pogubić.  


Treść może się wydawać jakąś komiczną historią ze stajni since fiction, jednak to zabieg, który autor zastosował, aby przemycić treści dotyczące sensu naszego istnienia.
Bo co to, tak naprawdę znaczy być człowiekiem?
Poruszył kwestię społeczeństwa, tego jak działają różne powiązania międzywarstwowe,
kto na kogo i jak może wpływać, co z tych oddziaływań wynika.


To lektura o trudnej treści, wdzięcznie ukrytej pod żartobliwą historią, której warto spróbować, choćby tylko po to, aby poobcować z tak ogromnym intelektem jaki bez dwóch zdań posiada Stepan Wartanow. 



Wydawnictwo: Papierowy księżyc

Data wydania: 25. lipca 2018

Liczba stron: 442
Tłumaczenie:Marina Makarewska


Recenzja napisana dla portalu bookhunter.pl
#32 Pięć osób, które spotykamy w niebie - Mitch Albom

#32 Pięć osób, które spotykamy w niebie - Mitch Albom


#67 Pięć osób, które spotykamy w niebie - Mitch Albom - recenzja - czy warto przeczytać?


Wzbraniałam się przed przeczytaniem "Pięciu osób, które spotykamy w niebie" Mitcha Alboma z uwagi na swoją nadmierną wrażliwość. Nie chciałam sobie zaserwować czytania poprzez łzy, bo czułam, że tak to się skończy.
Jednak kiedy po raz wtóry zobaczyłam tę pozycję, to podjęłam się tego wyzwania i... nie żałuję.

Początkiem historii jest "Koniec". Koniec dotyczy śmierci głównego bohatera, który jest pracownikiem wesołego miasteczka zwanego "Rubylandem".
Eddie - bo tak ma na imię bohater, to starszy mężczyzna zajmujący się obsługą techniczną parku rozrywki. W trakcie dnia pracy dochodzi do poważnej awarii,
w skutek której Eddie ginie ratując małą dziewczynkę. Trafia do nieba nie pamiętając nic z ostatnich minut swojego życia, oprócz małych dziecięcych rączek w jego własnych.
W niebie spotyka tytułowych pięć osób. Ziemskie życie każdej z nich splotło się w jakiś sposób z życiem Eddiego. Teraz zadaniem każdego z tej piątki jest dać mu lekcję, aby zrozumiał sens własnego życia i osiągnął spokój.

" - Pokój osiągniesz dopiero wtedy - powiedziała kobieta
- kiedy sam go zawrzesz ze sobą".

Sama konstrukcja fabuły jest dość zaskakująca. Wspomnienia z życia bohatera przeplatają się podróżą w niebie, odbieraniem lekcji od każdej z napotkanych osób i tym jak toczy się życie na ziemi po śmierci Eddiego. 

Już na samym początku Mitch Albom zaznacza, że jest to tylko jego własna wizja nieba i każdy może mieć inną, a jego celem jest uzmysłowienie wszystkim ludziom, którzy wymagają od siebie zbyt wiele i stale czują się przytłoczeni bylejakością ich życia, że tak naprawdę są niezwykle ważni, że spletli swoje życia z innymi, mieli wpływ na ich los i byli kochani.

"Wszyscy rodzice wyrządzają krzywdę swoim dzieciom. Nic nie można na to poradzić. Młodość, niczym najczystsze szkło, odbija ślady rąk, które jej dotykają. Jedni rodzice zostawiają smugi, inni rysy, jeszcze inni rozbijają dzieciństwo na małe kawałeczki o ostrych krawędziach, których już potem nigdy nie da się skleić".

Nie wszystkie spotkane osoby Eddie zna, nie wszystkie pamięta. To postaci z jego dzieciństwa, służby w wojsku, ktoś dzięki, któremu istnieje miejsce pracy Eddiego i osoba, którą kochał najbardziej. Kiedy poznaje ich historie niejednokrotnie jest przytłoczony przez wyrzuty sumienia i to czego doświadcza dalekie jest od rajskiego nieba, o którym słyszymy, albo inaczej - którego szczerze pragniemy. 

"Żadna historia nie jest oderwana od innych.
Czasami historie splatają się ze sobą, a czasem pokrywają się wzajemnie, tak jak rzeka pokrywa kamienie". 

Fabuła jest zbudowana jak nasze życie, którym nieubłaganie steruje czas. Niektórzy ludzie, którzy przeżyli śmierć kliniczną twierdzą, że w tej chwili towarzyszył im obraz przemykającego przed oczami całego życia i tak też autor przedstawia losy Eddiego. Przeżywa on wszystko raz jeszcze od początku, ale tym razem widzi te wydarzenia z innej perspektywy, co stwarza mu możliwość zrozumienia tych wydarzeń we właściwy sposób.

To niezwykle wzruszająca książka. Jednak ja nie widzę w niej wielkich objawień
i filozofii, a jedynie prostotę naszej egzystencji, której losy bywają w odmiennie do niej - pokrętne. Taka oczywistość, którą czasem trzeba głośno powiedzieć.

"- Rzeczy, które zdarzyły się przed naszym urodzeniem, też mają wpływ na nasze życie - odparła. - Podobnie jak ludzie, którzy żyją przed nami. Codziennie trafiamy do miejsc, których by nie było, gdyby nie ci, którzy żyli wcześniej"

To jedna z tych powieści, do których jak się zasiądzie, to nie wstanie się przed ostatnią stroną.
Autor pięknie pokazał również nasze różne postrzeganie tej samej sytuacji, wszystko ma dwie strony, jak ten przysłowiowy medal. 
Ktoś powie, że nie chce takiego nieba jakie namalował nam autor i ma do tego prawo - ale nie wydaje mi się, że jego wizja miała być zamknięta. Przynajmniej ja jej tak nie odbieram. Historia Eddiego nie była dla mnie tylko klamrą losu,
na który nie mamy wpływu. 
Może dlatego, że jednocześnie wiecznie marzę i wierzę, że nic nie dzieje się bez przyczyny i wszystko do czegoś prowadzi, ale zawsze mamy furtkę, by wybrać mądrze i zawsze możemy ze sobą szczerze porozmawiać.
9/10.

Za swój egzemplarz dziękuję wydawnictwu Zysk i S-ka.


Wydawnictwo: Zysk i S-ka

Data wydania: 4. czerwca 2019
Liczba stron: 216
Kategoria: literatura współczesna/piękna

Tłumaczenie: Joanna Puchalska



Druga część ukaże się 18. czerwca 2019 roku. 
Kolejna osoba, którą spotkamy w niebie

#31 Dziedzictwo - Sybille Bedford

#31 Dziedzictwo - Sybille Bedford


#67 Dziedzictwo - Sybille Bedford - czy warto przeczytać?


Lubię czytać powieści klasyczne, fundować sobie podróż w czasie. Zobaczyć, poczuć jak kiedyś się żyło, posmakować słów spisanych kiedyś. Wydawnictwo Zysk i S-ka wydaje powieści klasyczne z należną im nutą elegancji, a trzymanie tak oprawionej powieści to czysta przyjemność.
Sybille Bedford to niemiecka pisarka, która pisała po angielsku. Znała się z Tomaszem Mannem, Arnoldem Zweigiem i małżeństwem Huxleyów - jako nastolatka mieszkała blisko Aldousa.
Zmarła w 2006 roku. 


"Dziedzictwo" jest jej drugim utworem literackim, a pierwszą powieścią - w części autobiograficzną.
Bedford opisuje losy dwóch rodów na przełomie XIX i XX wieku żyjących w Cesarstwie Niemieckim. Merzowie to żydowska burżuazja, a Feldenowie katoliccy arystokraci, których światy łączy zawarcie małżeństwa.
Kajzerowskie Niemcy były wtedy podzielone nie tylko z uwagi na różnice gospodarcze,
ale i religijne, dlatego ta powieść to doskonały obraz ówczesnego świata. Cesarz był obecny w życiu każdego, sprawował pieczę i kontrolę nad ludnością za pomocą prasy. 


Merzów nie interesowało nic, co wykraczało poza ich życie prywatne. Kiedy inni zachłystywali się wszechobecną sztuką, oni kazali dodatkowo watować swoje meble, czy też instalować dzwonki elektryczne w pokojach. Niechętnie opuszczali dom (nie chodzili na spacery, ani nie uprawiali żadnych sportów), a kiedy już musieli to zrobić, to podróżowali prywatnym wagonem sypialnianym, z zabraną z domu pościelą. Przebierali się w falbany, potrzebowali także asysty służących w prawie wszystkich czynnościach.

Feldenowie natomiast interesowali się sztuką, ale użytkową taką jak architektura, czy ogrodnictwo. 
Wzdrygali się na myśl o teoriach zarządzania, ale teorie akustyki były im bliskie. 


"Grali na instrumentach jak rzemieślnicy, 
a przedmioty użytkowe wykonywali jak artyści".

Jako solidna i głęboko katolicka rodzina - niewielu z Feldenów przyjęło stan kapłański,
a jako największy "dopust boży" uważali rewolucję francuską, a tej przemysłowej zdawali się nie zauważać.

Przy wyborze żon kierowali się urodą, ale nie zdarzało się, aby ktoś z tak znamienitego rodu wybrał kobietę spoza arystokracji katolickiej... 
Do czasu kiedy Juliusz von Felden zawarł związek małżeński z Melanią Merz. 

"Melania miała dwadzieścia lat. Nigdy nie zadawała pytań i wierzyła we wszystko,
w co jej wierzyć kazano: że jej dom jest najlepszym z domów, że ma cudowne życie,
a jeżeli czasem wydaje się ono niezbyt ciekawe, a nawet nieco smutne, to zapewne dlatego, że takie właśnie bywa cudowne, bezkonfliktowe życie".
 
Dwie kompletnie różne rodziny, dodatkowo poróżnione wyznaniem, wiążą się ze sobą,
co pociąga za sobą masę zdarzeń. Znany schemat, jednak przedstawiony w sposób rzeczywisty, i niejednokrotnie przezabawny, niepozbawiony jednak dramatów i... tragedii. Od szkoły wojskowej i następstw ucieczki z niej, przez istną komedię z szympansami w roli głównej, po intrygę i śmierć. Autorka ukazała też prawdę na temat życia w wierze, jak łatwo można było - już wtedy - żonglować wyznaniem.
Opisała realny świat bez tej poetyckiej nuty nostalgii.



"Wiek impresjonistów był bowiem jeszcze okresem pompy i namaszczenia, mebli mahoniowych, kuchni w piwnicach, stiukowych sufitów i miękkich, grubo wypchanych foteli; wiekiem, który wielbił stare, złośliwe kobiety i chytrych bankierów; kiedy bawiono się w ogromnych, kolumnowych, wulgarnych salach i każdy, kto nie był sportowcem albo młodym lub bardzo ubogim człowiekiem, zasiadał trzy razy dziennie na sztywnym krześle przy wielkim stole, by spędzić kilka godzin, spożywając bardzo niezdrowy, bardzo treściwy i bardzo tuczący posiłek".

Sybille Bedford nie oszczędziła nikogo - no prawie nikogo, odarła z masek wszystkie warstwy społeczne.
Losy bogaczy żyjących na kredyt czyta się bardzo miło, płynnie i z uśmiechem na ustach, mimo braku ciągłości zdarzeń - zaburzonej chronologii.
Choć treść dotyczy odległych nam czasów, to nasuwa się jeden główny wniosek - nie zmieniliśmy się jako ludzie, nic, a nic. Choć na co dzień wszem i wobec ogłaszamy,
jak to chcemy wzbijać się na wyższe stany świadomości...

Cieszę się, że mogłam zapoznać się z tak wysmakowaną literaturą.
7/10.

Za swój egzemplarz dziękuję wydawnictwu Zysk i S-ka.


Wydawnictwo: Zysk i S-ka

Data wydania: 28. maja 2019
Liczba stron: 416
Kategoria: literatura piękna

Tłumaczenie: Mira Michałowska





#30 Dwie kobiety - Hanna Dikta

#30 Dwie kobiety - Hanna Dikta

#66 Dwie kobiety - Hanna Dikta - recenzja - czy warto przeczytać?

"(...) - Rodzimy się sami, żyjemy sami i umieramy sami.
 - A miłość? - zapytała, bo przecież zawsze tyle mówił o miłości.
- Miłość sprawia, że łatwiej tę samotność znieść - odparł, składając na jej czole czuły pocałunek".

Zdarza się Wam, że kiedy czytacie musicie sobie zrobić przerwę? Nie dlatego, że treść czy styl Wam nie odpowiada, tylko dlatego, że zdarza się Wam zapomnieć oddychać? Czytam szybko, czasem sama nie wiem kiedy to się dzieje, że nagle pojawia się ostatnia strona,
z tą książką było inaczej - musiałam ją odkładać, żeby się po prostu nie rozpłakać.
Książka Hanny Dikty przeciągnęła mnie przez magiel emocji. 


"Kobieta z żelaza otrzymała w darze od życia kolejną traumę  do zamurowania. Zamknęła w sobie kolejny płacz".

Tytułowe dwie kobiety to wdowa Bogna Kawecka i mężatka w trakcie rozwodu Ewa Starzyńska. 
Bogna prowadzi pensjonat o poetycko brzmiącej nazwie "Stara szkoła" mieszczący się w miejscowości Glinka. Jej życie towarzyskie ogranicza się do obsługi gości pensjonatu, wieczornych rozmów z miejscowym księdzem i pomocy biednej rodzinie, która mieszka nieopodal.
Na wystawione przez nią ogłoszenie o pracę odpowiada Ewa, która z kolei mieszka w Katowicach, niedawno rzuciła pracę, próbuje się "bezboleśnie" rozwieść i uwolnić spod wpływu duszącej miłości matki, ale to nie wszystko... kobieta skrywa tajemnicę, o której nie chce z nikim rozmawiać.
Tak losy kobiet się krzyżują.


"- A kto powiedział, że tylko szczęśliwe życie ma sens?"

W trakcie codziennych obowiązków, kobiety praktycznie się mijają - nie zamieniając ze sobą zbyt wielu słów. Dodatkowo przyjaciel Bogny - ksiądz Marek niezbyt pała sympatią do Ewy, ale całą trójkę coś jednak łączy - pomoc biednej rodzinie sąsiadów.
Choć Ewa na początku wzbrania się przed zbytnią zażyłością, w końcu i ona interesuje się ich losem. Jakby za mało było smutku, jak to niestety w życiu często bywa, u biednej rodziny dochodzi do tragedii, która pociąga za sobą wiele zmian w życiu wszystkich pozostałych bohaterów.

Powieść Hanny Dikty jest nieszablonowa, kompletnie wymyka się wszelkim schematom. Autorka w realny sposób opisuje życie, które rzadko przypomina bajkę. Jest ciężko, przytłaczająco i kiedy myślimy, że to już wszystko, co człowiek może znieść, okazuje się,
że los pisze kolejny dramat.
Nie jest jednak tak, że dusimy się atmosferą i jesteśmy w labiryncie najczarniejszych zdarzeń, z którego nie ma wyjścia. Życie zawsze daje furtkę.

Bohaterki pani Hanny są rzeczywiste, prawdziwe. Ich emocje są namacalne, a czytelnik współodczuwa każdą z historii z jakimi się mierzą. Czasem pokrętne decyzje, które podejmują mogą zdziwić lub, co wrażliwszych, czy też konserwatywnych - zszokować.
To dobra proza, która zapewne uwolni wiele skrytych emocji, zmusi do przemyślenia własnego życia i docenienia tego co mamy TERAZ.
8/10.

"- Takie już to życie jest, niesprawiedliwe i trudne". 

Za swój egzemplarz dziękuję wydawnictwu Zysk i S-ka.


Wydawnictwo: Zysk i S-ka

Data wydania: 28. maja 2019
Liczba stron: 328
Kategoria: literatura obyczajowa




#29 Alkoya. Odcinek 1. - Grzegorz Mazur

#29 Alkoya. Odcinek 1. - Grzegorz Mazur

#65 Alkoya. Odcinek 1. - Grzegorz Mazur - recenzja - czy warto przeczytać?


Od jakiegoś czasu zauważam tendencję w kreowaniu minimalistycznych okładek w kontraście do bardzo bogatej zawartości.  "Alkoya. Odcinek 1." Grzegorza Mazura doskonale wpisuje się w ten trend. Czarno - biała okładka z zarysem motyla i sprytnie użyta czcionka, która mimo prostoty rzuca się w oczy.  Książka nie straszy objętością - to zaledwie 184 strony i podtytuł "Odcinek 1." idealnie tutaj pasuje. 
Po przeczytaniu pierwszego z rozdziałów byłam zaintrygowana i... zaniepokojona, a rzadko zdarza mi się tak szybko poczuć, to lekkie mrowienie na karku, które zwiastuje strach? Rozdział za rozdziałem mamy wrażenie oglądania scen, które stworzą całość, jak scenariusz.
Ciekawym zabiegiem jest również przemiennie stosowana narracja - główna bohaterka - osoba pierwsza i wszechwiedzący narrator osoba trzecia.

"- Dostrzegamy w innych to, co sami mamy w sobie
- wyjaśniłam, będąc w pełni poważna. "

Tytułowa Alkoya to stolica królestwa ludzi w świecie, który jest pustoszony przez mroczne stwory, których mnogość i rozmiary jednocześnie przerażają i zachwycają.
Główną bohaterką wykreowanej przez autora historii jest kreatorka Schisme Isvargat, która została właśnie zwolniona z pełnionego zastępstwa jako kapitan szkoleniowy i zostaje postawiona przed koniecznością poprowadzenia misji, której podołać może tylko ona z uwagi na posiadane zdolności wyczuwania i dostrzegania etery... 
Tymczasem siejące śmierć wśród ludzi Kreatury, ewoluują, czym kompletnie zaskakują ludzi, dając im tym samym możliwość zrozumienia tego, jak powstają i być może odnalezienie źródła ich powstawania?
Mam szczęście do lektur po jakie sięgam. Niezależnie od tego jaki jest to gatunek, otrzymuję historię złożoną, nie tylko wielowątkową, ale i wielowarstwową. Tak też jest w przypadku "Alkoyi". Wyjaśnienie czym jest kreacja i jak z niej korzystać daje szerokie spektrum interpretacji, ale zawsze prowadzi do podstawowego pytania czym są Kreatury? Emanacja kreacji? Czyjej?
Książka Grzegorza Mazura pozostawiła we mnie uczucie podobne do kaca.
Coś wiem, ale nic nie wiem. Połechtała wyobraźnię, zainteresowała wieloznacznością i chęcią odkrycia nie tylko tego, co lub kto stoi za ewolucją mrocznych i morderczych stworów, ale stworzyła pole do rozmyślań nad materią ludzkiej natury.
Co ja bym wykreowała - gdybym miała taką możliwość? A może ją mam?
Najbardziej boli mnie to, że na kolejny odcinek będę musiała czekać dłużej niż tydzień jak to w przypadku produkcji serialowych bywa, ale tłumaczę sobie, że na pewno warto, bo jest to jedna z gatunku tych bogatych nie tylko w efekty specjalne!


Wydawnictwo: Novae Res

Data wydania: 25. kwietnia 2019

Liczba stron: 184

Kategoria:
fantastyka, fantasy, science fiction


Recenzja napisana dla portalu bookhunter.pl



#28 Cmentarzysko - A. Forge

#28 Cmentarzysko - A. Forge

 
#64 Cmentarzysko - A. Forge - recenzja - czy warto przeczytać?

Kostusza to mała mieścina, z kilkoma budynkami, kościołem i niezwykłym cmentarzem - zamkniętym ciężką, żelazną bramą. Nad tytułowym Cmentarzyskiem unoszą się chmury,
a dające się stamtąd słyszeć dźwięki powodują gęsią skórkę u mieszkańców.

Głównymi bohaterami powieści Pawła Fijałkowskiego, ukrywającego się pod tajemniczym pseudonimem A. Forge, jest niezbyt kochające się rodzeństwo - Angelika i Marek. Dzieci są kompletnie różne. Angelika jest odrobinę przemądrzała i pretenduje do roli tzw. popularnej dziewczyny, otoczonej przez wianuszek koleżanek - oczywiście nie wzbudza ona sympatii... Marek jest od Angeliki młodszy i bardzo skryty, nie jest też zbyt lubiany - nawet przez własną siostrę - bo uważany jest za dziwaka, który często mamrocze coś sam do siebie.

Rozpoczęły się wakacje i dzieci trafiają na wypoczynek do dość ekscentrycznej ciotki zwanej przez Angelikę - Nawiedzoną, która przechadza się na co dzień w pogrzebowym woalu, jest właścicielką gadającego kota i też niezbyt cichego gada. Okazuje się, że Cmentarzysko jest dość licznie zamieszkiwane przez różnego rodzaju widziadła, strzygi i demony, które są zagrożone przez skrywającego się pod jego powierzchnią więźnia, który właśnie się uwolnił - przy małej pomocy jednego z bohaterów.

Dzieci, Nawiedzoną ciotkę i Śmierć we własnej osobie czeka niełatwe zadanie uratowania owianego złą sławą siedliska magicznych istot. Akcja niesie za sobą masę przygód niejednokrotnie bardzo niebezpiecznych.

"Czasem w życiu zdarza się tak, że ból przesłania wszystko inne, co drzemie w... człowieku, wiesz?"

Jak to w dobrej historii bywa pod płaszczem magii, fantastyki i nuty horroru ukrywa się druga i ważna treść. Autor poruszył trudny temat śmierci. Jak wytłumaczyć dziecku, że śmierć jest też częścią życia, skoro sami my - dorośli - mamy z jej zaakceptowaniem ogromny problem? A co gdyby sama Śmierć była kobietą, w skórzanej kurtce, t-shircie, jeansach i motocyklowych butach? Gdyby można było z nią porozmawiać przy suto zastawionym stole? Czy nie łatwiej byłoby wtedy pozwolić jej współistnieć z życiem?

Świat "Cmentarzyska" jest niesamowicie złożony. Pełen demonów, strachu, ale i poświęcenia, przemiany bohaterów i... miłości. To historia, którą czyta się z uśmiechem na ustach i łezką w oku, która na długo zostanie w pamięci czytelnika bez względu na jego wiek.

Trzeba również wspomnieć o niesamowitym wydaniu powieści. Twarda oprawa, szycie, niebanalna okładka, multum ilustracji pomagających w wizualizacji mieszkańców Kostuszy,
do tego bezpośrednie zwroty do czytelnika na początku powieści i każdej z części. Dodatkowo wpisany ręcznie numer i podpis autora pozwala czytelnikowi poczuć się docenionym i ważnym.

Jako fanka światów tworzonych przez Tima Burtona czuję się niesamowicie ukontentowana rodzimym odkryciem i z niecierpliwością wyglądam kolejnej części.





Wydawnictwo: Wydawnictwo Kłobook

Data wydania: 2. października 2018

Liczba stron: 416



Recenzja napisana dla portalu bookhunter.pl



Książkę można zakupić  na stronie wydawnictwa: Wydawnictwo Kłobook.

FB wydawnictwa.


A poniżej moja praca inspirowana właśnie stylem "burtonowskim" :)

Remains of the day - Alina Śliwińska - inspiracja Tim Burton
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...