Igrzyska śmierci - Suzanne Collins - trylogia

Igrzyska śmierci - Suzanne Collins - trylogia

Igrzyska śmierci - Suzanne Collins - trylogia
„Igrzyska śmierci” ukazały się w 2008 roku, w Polsce z kolei, 6 maja 2009 roku - nakładem wydawnictwa Media Rodzina, a w 2012 roku światło dzienne ujrzał pierwszy z czterech filmów („Kosogłos” jest podzielony na dwie części). 
Zarówno książki jak i ich ekranizacje odniosły olbrzymi sukces na świecie, a magazyn „Time” uznał Suzanne Collins za jedną z najbardziej wpływowych osób 2010 roku.

Sama Autorka przyznaje, że do napisania trylogii zainspirowały ją: mit o  Minotaurze i Tezeuszu oraz coraz bardziej absurdalne programy typu reality show

 

Igrzyska śmierci - Suzanne Collins

 
Państwo Panem, które jest miejscem akcji, charakteryzuje ustrój totalitarny. Było podzielone na trzynaście dystryktów i Kapitol - stolicę. Jednak po wojnie domowej trzynasty dystrykt przestał istnieć.
Na pamiątkę tych wydarzeń, co rok, organizowane są Głodowe Igrzyska. To zawody na śmierć i życie, rozgrywane pomiędzy młodymi mieszkańcami poszczególnych dystryktów, których wybiera się drogą losowania na dożynkach. Zawsze jest to para zawodników, zwanych trybutami, para różnej płci w nastoletnim wieku. Ten kto przeżyje ma, wraz ze swoją rodziną, zagwarantowane dużo lepsze warunki bytowe.

Główną bohaterką trylogii jest Katniss Everdeen, która zgłasza się na ochotniczkę, po tym jak do startu w Głodowych Igrzyskach losująca wybiera jej siostrę - Primrose. Katniss kocha siostrę, którą zajmowała się po śmierci ojca i po załamaniu matki, i pragnie ją za wszelką cenę uratować, zwłaszcza, że dziewczynka ma zaledwie 12 lat.
„Partnerem” Katniss będzie Peeta Mellark, syn piekarza, który kiedyś pomógł bohaterce i jej rodzinie. Kiedy para trafia na do Kapitolu akcja rusza i znajdujemy się w przededniu 74 Głodowych Igrzysk

Narracja we wszystkich częściach cyklu prowadzona jest w czasie teraźniejszym, w osobie pierwszej, z perspektywy głównej bohaterki. Czytelnik poniekąd staje się samą Katniss. Na początku trochę mi to przeszkadzało, bo nie jest to sposób narracji, który lubię, jednak zadałam samej sobie jedno pytanie:

Czytasz po to, żeby się czepiać i marudzić, czy po to, żeby się dobrze bawić?

Odpowiedź była oczywista

Igrzyska śmierci - Suzanne Collins - trylogia

Bohaterka to bardzo młoda dziewczyna, szesnastolatka, wywodząca z najbiedniejszego z dystryktów - często doznająca głodu, żyjąca w nieustannym strachu o siostrę, o matkę, o siebie.
Zostaje wrzucona na arenę krwawych walk wraz z chłopakiem, którego prawie nie zna, a ten tymczasem deklaruje na wizji, że żywi do niej jakieś uczucia.
Poprzez zabieg z czasem narracji i zastosowaniem pierwszej osoby, można się z Katniss zżyć i zrozumieć dlaczego tak, a nie inaczej się zachowuje. 

Dałam się uwieść atmosferze i bohaterce, rzecz jasna, no i przepadłam na cztery dni w przesiąkniętej mroczną akcją rzeczywistości Panem. 


Suzanne Collins poddaje swoich bohaterów, w każdej z części, coraz to nowszym i coraz bardziej krwawym próbom.
Dzieje się wiele. Każdy z rozdziałów kończy w takim momencie, że po prostu trzeba przeczytać kolejny, akcja zostaje zawieszona i nie da się odłożyć książki na później.

„W pierścieniu ognia” kiedy Katniss i Peeta myślą, że to, co najgorsze za nimi, że będzie już lepiej, okazuje się, że przed stoi przed nimi przymus uczestnictwa w kolejnych Głodowych Igrzyskach, z  okazji Ćwierćwiecza Poskromienia. Spotykają się na innej arenie ze zwycięzcami poprzednich Głodowych Igrzysk i będą musieli znowu walczyć o przetrwanie.

W „Kosogłosie” z kolei, który uważam za najlepszą część, choć i najbardziej smutną i krwawą, będę musieli przetrwać powstanie. 

„Igrzyska śmierci” bywają w niektórych momentach nawet bardzo brutalne. Są, jak już wielokrotnie wspomniałam, krwawe, przesiąknięte śmiercią i okrucieństwem. 

Jednak nie jest to sama przemoc dla przemocy.

Autorka opowiada o wielu wartościach w życiu, np. o siostrzanej miłości, o rodzinie, o poświęceniu dla drugiego człowieka, o prawdziwej przyjaźni.
Mieszkańcy żyją w złym miejscu. Władza ich wykorzystuje, ciemięży. Każe im na swoje zabawy ciężko pracować, okrada ich, morduje i dostarcza sobie rozrywki skazując często na bratobójczą walkę. 
Bogaci i biedni są pokazani bardzo kontrastowo. 
Mieszkańcy dystryktów umierają z głodu, a mieszkańcy Kapitolu wymiotują z przejedzenia. 
Zwykłych ludzi skazuje się na chłostę, kiedy próbują sobie coś upolować, a ludzie ze stolicy przebierają się za papugi, bo nie wiedzą już jak pożytkować nadmiar pieniędzy. Też cierpią, ale nadmiar dóbr wszelakiego rodzaju i zobojętnienie.

Cykl „Igrzyska śmierci” to takie połączenie młodzieżowej przygodówki, dystopijnej wizji przyszłości, opowieści o przetrwaniu, do tego trochę psychologii i relacji międzyludzkich oraz ważnych w życiu wartości.

Collins stawia również pytanie o to czy pokój na świecie wymaga ofiar? Czy potrzebny jest do tego rozlew krwi? I co on tak naprawdę daje? Czym jedna władza różni się od drugiej, skoro kieruje się takimi samymi metodami. 
Dlaczego wykorzystujemy innych, a dlaczego jak coś mamy to się nie dzielimy? 
I dlaczego kiedy mamy zbyt wiele robimy z siebie błaznów?

Bogactwo i władza zawsze idą w parze i rzadko kiedy budują.

„Igrzyska śmierci” można traktować jako formę rozrywki. Akcja w żadnej z książek nie zwalnia, a Autorka cały czas podsyca ciekawość i napięcie. Książki nie są pozbawione wad, ponieważ doskonałe książki nie istnieją, jak nie istnieje stale zadowolony czytelnik. Można dopatrywać się w niektórych sytuacjach przesady, ale można również przymknąć na to oko i czerpać z czytania zwykłą... przyjemność.
Dla uważnego czytelnika mogą nieść więcej treści niż sugerowałby gatunek, do którego zostały przypisane, dlatego zanim skreślicie tę trylogię sprawdźcie czy faktycznie już jesteście na nią zbyt dojrzali.
Wszystkie części są ze sobą spójne. Autorka powoli odkrywa prawa rządzące rzeczywistością mieszkańców Panem i przez śledzenie losów bohaterów odkrywałam co z czego się wzięło, jednak wiele pytań pozostało bez odpowiedzi... głównie tych dotyczących przeszłości Panem.

Dlatego...

Z niecierpliwością oczekuję na prequel - „Balladę ptaków i węży”, którego premiera jest przewidziana na 17 czerwca
Zapraszam na profile w mediach społecznościowych - wydawnictwa Media Rodzina, i swój instagramowy, gdzie pokusiłam się o przygotowanie małego quizu, z wiedzy na temat Państwa Panem, Głodowych Igrzysk i bohaterów całego „Igrzysk śmierci”. A niebawem będzie można wygrać trylogię. Zapraszam :)

Podziemia. W głąb czasu - Robert Macfarlane

Podziemia. W głąb czasu - Robert Macfarlane

Po dłuższym ignorowaniu szeptów książek Roberta Macfarlane'a w końcu zaprosiłam jedną do siebie, tę najnowszą, której premiera przypada 3 czerwca.

Tak, książki do mnie mówią, migają mi gdzieś z boku, pojawiają się jako proponowane tytuły - narzędzia śledzące wszelakich aplikacji w tym przypadku raczej się sprawdzają, albo nauczyłam się im wierzyć? Ważne, że mi z tym dobrze.
 
Podziemia. W głąb czasu - Robert Macfarlane
 

Podziemia. W głąb czasu - Robert Macfarlane


Macfarlane zabrał mnie w podróż przez czas i przestrzeń. Nie tylko patrzyłam pod nogi częściej niż zwykle, ale odbyłam wiele podróży do wnętrza ziemi (uwielbiam J. Verne'a). Przeciskałam się z nim przez wąskie tunele, oglądałam skały i wypatrywałam pierwszych mignięć światła, kiedy wychodziliśmy z kompletnego mroku.

Byłam pod Morzem Północnym, wydobywałam potaż i oglądałam pokrywający wszystko kalcyt. „Przechadzałam” się ulicami drugiego Paryża, wspominając „Nędzników” V. Hugo, czy „Wehikuł czasu” H.G. Wellsa. Ale nie tylko, bo byłam wszędzie i zawsze.

Znaczniki zostawiałam jak pinezki na mapie, by móc zawsze do nich wrócić.
A wrócę na pewno.

Uwaga! Dygresje.

Macfarlane przypomniał mi kryminał, który nie tak dawno czytałam, i w przypadku którego - a konkretnie miejsca akcja pisałam, że nie jest tak fikcyjne, jak się wydaje a był to „Doggerland. Podstęp” - Marii Adolfsson.
Ale nie tylko ta książka, oczywiście oprócz wspomnianych klasyków, pojawiła się w mojej pamięci.
Jaki czas temu czytałam „Zapadłą dziurę Bone Gap” L. Ruby. To młodzieżówka, zapewne większość z Was już kręci nosem, mimo że książki nie zna, w której Autorka pokusiła się o skorzystanie z mitu Demeter i Kory/Persefony.
Pojawia się w niej wiele akcentów polskich (wspomina nawet Wisławę Szymborską), a główna (zaginiona) bohaterka jest Polką. Jest trochę stereotypów dotyczących naszej nacji, ale nie bolą, ani nie irytują. To opowieść bogato podlana realizmem magicznym. Wyobraźnia pracuje na wysokich obrotach, a treść wcale nie jest lekka i łatwa. Stąd zapewne niektóre głosy o niezrozumieniu tego, co się przeczytało.


Dobra, wracamy do Pana MacFarlane'a.


Robert MacFarlane przyszedł do mojego domu, otworzył wiele książek, które czytałam, i pokazał mi: o, to tutaj, pamiętasz? Włączył wszystkie filmy dokumentalne i przygodowe, które kiedykolwiek oglądałam i zaczął dopowiadać nowe rzeczy: o roślinach, zwierzętach, o kosmosie i kopalniach, o górach i jaskiniach, pustyniach, lodowcach. To książka o tym co było, jest i będzie. O mroku bez którego nie dostrzega się światła, o historii bez której nie byłoby przyszłości, od malarstwa naskalnego do ciągłej ewolucji języka. O antropocenie, który w odniesieniu do czasu i natury nie znaczy aż tak wiele, jak się nam wydaje. 

Kim będziemy dla tych, którzy zjawią się po nas, czy odkryją to przed czym staramy się ich uchronić i czy rzeczywiście ich chronimy? 

Macfarlane'a fascynuje życie, nauka i piękno, i tą fascynacją zaraża. Pisze z wielką wrażliwością, prawie namacalną czułością dla wszystkich ciekawych świata.

W trakcie czytania szukałam podanych przez niego miejsc, zjawisk na mapach świata i oglądałam je w sieci. Niektóre już, jak na przykład Malstrom na Morzu Norweskim, znałam, ale (chyba) nie do końca byłam świadoma tego, jak często ten prąd pojawia się jako inspiracja w sztuce.
Niesamowite! Jak wszyscy boimy się tego, co w głębinach i co pod ziemią.


„Podziemia. W głąb czasu” przypomniała mi dlaczego lubię czytać...
Pewnie zabrzmiało to jak banał?
Żeby odczuwać przyjemność, żeby się uczyć czegoś nowego, dostrzegać to, co wartościowe i na tym się skupiać. Nie chcę czytać książki i psioczyć na Autora, że powtórzył 5 razy to samo słowo, skoro cała reszta książki do mnie przemawia...

„Trzy identyczne zdania pojawiają się w różnych kulturach i epokach: chronić to, co cenne, dostarczać to, co wartościowe, ukrywać to, co szkodliwe”.


Dygresje, znowu.


Pozostając w temacie przygód i smakowania świata chwyciłam za inną książkę wydaną przez Wydawnictwo Poznańskie - Yeti. Jak poszukiwania legendarnego człowieka śniegu uratowały Himalaje” Daniela C. Taylora i już ją prawie kończę. Nie jest tym czym się spodziewałam, że będzie, ale trochę moją ciekawość połechtała, choć nie zaspokoiła jej... Autor pisze trochę zbyt obszernie o sobie i trochę nie wiadomo o czym.

A czas, kiedy czytać nie mogłam, ale mogłam słuchać, wypełniał mi audiobook (dostępny w aplikacji Empik Go) Zaginione Miasto Z” Davida Granna (wydawnictwo W.A.B.). I ta jest absolutnie fenomenalna i polecam każdemu, kto lubi czytać o podróżach, o dżungli, lubi historię i opowieści o rodzącej się obsesji. Dawno temu oglądałam film na jej podstawie i również uważam go za bardzo dobry.
W książkach, kiedy czyta się je uważnie, jest więcej niż może się wydawać.
Działają jak katalizatory wspomnień, przez gąszcz myśli wyciągają na powierzchnię to, co się już zna, to co się w sobie ma. Pobudzają zmysły do poszukiwań, zachęcają do uczenia się nowych rzeczy, jak łańcuch, który nigdy się nie skończy.
Czytajcie książki Macfarlane'a, są niesamowite.




Wydawnictwo Poznańskie wydało już wcześniej dwie książki Roberta Macfarlane'a i są dostępne na LEGIMI.

Jeżeli potrzebujecie sprawdzić jak działa Legimi, to na końcu zdania jest link do darmowego (30 dni) okresu próbnego - KLIK.


Robert Macfarlane nareszcie po polsku! Znakomity brytyjski pisarz i podróżnik tym razem poszukuje źródeł osobliwej, nieracjonalnej i intrygującej miłości do wspinaczki wysokogórskiej.

Chodzenie w góry jest od dwudziestu lat jedną z najszybciej upowszechniających się form spędzania czasu wolnego – tym, co wyróżnia ją na tle innych, jest nieodłącznie związane z nią ryzyko śmierci.

Ryzykowanie życia, by wspiąć się na jakąś górę, jeszcze trzy wieki temu uznano by za dowód szaleństwa. Dziki krajobraz nie był pociągający; atrakcyjne było to, co człowiek uporządkował. Poza tym przebywanie w górach wiązało się z niebezpieczeństwami: uważano, że lawinę potrafi wywołać nawet kaszlnięcie lub muśnięcie skrzydła ptaka, przelatującego nisko nad ośnieżonym zboczem. Można było wpaść w szczelinę; lodowce czasami po latach „wypluwały” zesztywniałe zwłoki.

Dopiero w drugiej połowie XVIII wieku ludzie zaczęli podróżować w góry nie tylko z konieczności i uznawać wspaniałość górskiego krajobrazu. Góry zaczęły wywierać ogromny, często tragiczny w skutkach wpływ na ludzkie umysły. W 1865 roku człowiek po raz pierwszy stanął na szczycie Matterhornu; w czasie zejścia czterech ze zdobywców zginęło, spadając w przepaść.

Do końca wieku zdobyto wszystkie szczyty Alp i sporządzono mapy niemal wszystkich alpejskich przełęczy. Tym samym dobiegła końca tak zwana złota era wspinaczki. Wielu zwróciło swoją uwagę na wielkie pasma górskie; zaczęto zdobywać szczyty Kaukazu, Andów i Himalajów. Na przełomie XIX i XX wieku często stawały się one obiektami obsesji.

Uczucia i postawy, które popychały do działania pierwszych wspinaczy, do dziś pozostają żywe w wyobraźni Zachodu. Respekt odczuwany przed górami wydaje nam się naturalny. Strzeliste, srogie, oblodzone – wszystkie tego typu formy krajobrazu cieszą się naszym uwielbieniem; wydajemy się coraz bardziej spragnieni choćby zapośredniczonego kontaktu z „dzikością”.

Robert Macfarlane rzetelnie opisuje fenomen radykalnej zmiany: co stało się na przełomie kilku stuleci, że cechy gór, które budziły wcześniej odrazę – stromizna, odosobnienie, śmiertelne niebezpieczeństwa – zaczęto zaliczać do ich największych zalet.


Dawne Szlaki rzadko znikają, chyba że pochłonie je morze albo przykryje asfalt. Trwają pod postacią ledwo dostrzegalnych elementów krajobrazu – widocznych dla tych, którzy wiedzą, na co zwracać uwagę.

Robert Macfarlane odkrywa przed nami zapomniany świat: trakty, drogi, Szlaki handlowe i trasy, którymi kiedyś podążali pielgrzymi. Pieszo i na rowerze, w upale i mrozie, ze złamanym żebrem, pęcherzami na nogach, niekiedy bez snu – przemierza południowo-wschodnią Anglię, północno-zachodnią Szkocję, Hiszpanię, prowincję Sichuan i Palestynę. Jego duchowym przewodnikiem w snuciu opowieści o wzajemnym kształtowaniu ludzi i miejsc jest dwudziestowieczny pisarz i poeta, Edward Thomas.

Ta książka to prawdziwe „tour de force” jednego z najznakomitszych współczesnych brytyjskich pisarzy, wielokrotnie nagradzanego i dotąd niepublikowanego w Polsce. To literatura drogi, natury i przygody w najlepszym wydaniu, łącząca w sobie myśl filozoficzną z historią i bogatą wiedzą geograficzno-przyrodniczą.


Data wydania: 3 czerwca 2020
Liczba stron: 519
Kategoria: literatura faktu
Tłumaczenie: Jacek Konieczny

To co z tym blogiem?

To co z tym blogiem?

You miss me?,

aż by się chciało zapytać.


Nie było mnie parę dni z powodu braku zrozumienia. Samej siebie.
Skończyła mi się ważność domeny, a dzięki pewnej bardzo życzliwej osobie mój blożek na typowo blogspotowej nazwie funkcjonować już nie będzie, bo został zgłoszony jako spam.
I tak, nie da się z tym już nic zrobić.

Kiedy zakładałam blog dotyczący tematyki książkowej nie wróżyłam mu długiej żywotności.

Dlaczego?

Przez moją głowę przechodzą tornada pomysłów. Kręcą się wszystkie razem w spirali i jedne drugie zastępują, by same mogły nigdy nie zaistnieć. Rozpoczynam coś, a potem porzucam.

A na pytanie dlaczego?, wzruszam ramionami.

Blog przetrwał rok - rok ważności domeny. Kiedy zniknął to czegoś mi brakowało. Bo pisać chciałam, a nie miałam gdzie. A kiedy miałam, to mi się nie chciało.
To teraz nie mam wyjścia... :)

Bookstagram mi się przejadł. Jakby, jakimś cudem, ktoś nie wiedział co to takiego, to takie miejsce dla książkoholików na instagramie.
Wszyscy czytamy, w większości te same książki, i spieramy się o to, kto dostrzegł głębię i kto ma rację. Bo prawda może być only one. Moja.

Doszłam do tego momentu, że poczułam wstręt do książek, które wyłażą mi już zewsząd. Z poczty, z internetu, z dyskontów, z radia itd. Kompletnie mnie nie interesuje czy zachwalana książka jest taka dobra jak piszą i nie chcę tego sprawdzać.

Za to znalazłam nowe hobby!

Czytam opinie o książkach, które czytałam i to są dopiero emocje! Naprawdę!
Jakie fascynujące(!) jest to, co różni ludzie widzą w tych samych literach!

Przykłady

1. W pewnej książce jedna z głównych bohaterek nie chce mieć dzieci. Oddaje się pracy zawodowej związanej z przyjmowaniem porodów, a że są to czasy nam odległe, to krew płynie wartkim strumieniem i porody często kończą się śmiercią matki lub dziecka.
No i ta bohaterka ewoluuje. Pod koniec książki, kiedy się zakochuje, zmienia zdanie i postanawia, że będzie miała jednak te dzieci.
Cała fabuła krąży wokół umiejętności radzenia sobie ze stratą, opowiada również o tym, że każdy widzi wszystko na swój sposób i tylko fragment całości. A do tego wszystko jest zawieszone na gawędziarskiej i przyjemnej chmurce, takiej trochę magicznej opowieści.
Ale do brzegu.
Większość czytelników widzi piękną opowieść, zachwyca się językiem, baśniowością. Kilku krzyczy, że to pusta historia w roślinnych ornamentach, a jedna opinia rozkłada mnie na łopatki, bo to... podobno historia o tym, że każda kobieta MUSI rodzić dzieci...
Przecieram oczy trzykrotnie i czytam kolejny raz. Tak. Dobrze przeczytałam.

Idźmy dalej.

2. Niedawno czytałam książkę o małym, klaustrofobicznym wręcz, miasteczku, w którym mieszkańcy nie mają żadnych rozrywek poza pewnym sportem i związaną z nim drużyną. Wydarza się tam rzecz straszna, dochodzi do przemocy seksualnej.
Narrator jest ponad historią. Opowiada ją i zadaje pytania, na które ja - jako czytelnik - byłam zmuszona odpowiadać sama.
Język jest prosty, bez lirycznych prób opowiedzenia dramatu.
Do mnie to przemawia i zastanawiam się nad sobą.
A ktoś pisze, że nie życzy sobie, żeby jakikolwiek mężczyzna, kiedykolwiek pisał o tym, co czuje kobieta...
I znowu czytam kilka razy, bo nie wiem, w którym miejscu ten mężczyzna napisał, co ofiara czuła. Są tam jej zachowania, są zachowania innych i ich następstwa, ale nie zauważyłam ani oczywistego komentarza Autora ani opisu tych uczuć.
A czytałyśmy tę samą książkę.

3. No, ale ok. Myślę: zajrzę do krytyków.
No i zaglądam. Do dwóch. Czytam opinie o książce, którą akurat wzięłam na tapet. Zgadzają się w jednej kwestii, że Autor ma wręcz nieprawdopodobny warsztat pisarski.
I obydwaj piszą o pytaniach jakie ten Autor stawia. Bo stawia ich w tej książce multum.

Jeden krytyk pisze, że nie ma co o tej książce za wiele pisać, bo poza postawieniem pytań Autor nie napisał nic więcej. Pytał, pytał i nie odpowiedział na żadne z tych swoich pytań. Może nie znał odpowiedzi, kto go tam wie?

Drugi krytyk pisze, że Autor odniósł sukces, bo odpowiada na postawione przez siebie pytania od razu i nad niczym w jego książce myśleć nie trzeba... I dlatego ludziom się podoba.

To są te odpowiedzi, co tak ich szukali, czy ich nie ma?

Nie powinnam zabierać głosu, ale skoro to mój tekst, to mogę sama sobie odpowiedzieć. Obydwaj mają rację.

Autor stawia wiele pytań, w obszernej książce, głównie dotyczą szeroko pojętego zła, ale nie daje odpowiedzi wprost. One są pomiędzy zdaniami, ale dla każdego czytelnika odpowiedzi będą (zapewne) inne.

Znowu odbiłam gdzieś w bok od tematu, który podjęłam.

Czyli: co tam z moim blogiem?

Jest i będzie.
Poopowiadam trochę o tym, co czytałam, ale w innej formie.
Nie czytam już książek, które mnie nudzą i które mi nie odpowiadają, dlatego wielkiego marudzenia raczej już nie będzie. Odkładam takie książki i szukam im nowego domu.

Będą też inne teksty, może się czegoś nauczę, oprócz czytania robię przecież też inne rzeczy.

Zróbcie sobie kawę, herbatę czy na co macie ochotę i poczytajcie opinie o książkach, które znacie!

To jest naprawdę niezwykłe, jak bardzo się różnimy!


Ballada ptaków i węży - Suzanne Collins - ZAPOWIEDŹ

Ballada ptaków i węży - Suzanne Collins - ZAPOWIEDŹ

Za niecały miesiąc, tj. 17 czerwca, ukaże się prequel trylogii Igrzyska śmierci” - „Ballada ptaków i węży”.  Nie wiem czy istnieje na świecie ktoś, kto nie słyszał o tym cyklu, choćby w wersji filmowej. Książki skierowane są „teoretycznie” do młodzieży, ja już dawno się do tego grona nie zaliczam, a wrażenia z lektury i tak mam bardzo dobre. 
Niebawem, co nie co, o nich opowiem.

 


Ambicja go napędza.

Rywalizacja go motywuje.

Władza jednak ma swoją cenę.

W nowej powieści, Ballada ptaków i węży, Dziesiąte Głodowe Igrzyska rozpoczyna poranek dożynek. W Kapitolu osiemnastoletni Coriolanus Snow zamierza skwapliwie skorzystać z szansy, jaką jest rola mentora, i zdobyć sławę. Potężny niegdyś ród Snowów podupadł i niepewny los Coriolanusa zależy teraz od tego, czy zdoła on pokonać innych mentorów urokiem osobistym i sprytem.
Tyle że los nie bardzo mu sprzyja. W udziale przypadła mu dziewczyna z Dystryktu Dwunastego, najbiedniejszego z biednych. Losy obojga splotą się ciasno – każda decyzja, którą podejmie Snow, może prowadzić do sukcesu lub porażki, triumfu lub klęski. Na arenie rozgrywa walkę na śmierć i życie, ale poza areną zaczyna się w nim budzić współczucie… Tylko jak postępować według zasad, gdy pragnie się przetrwać za wszelką cenę?


W poniższym filmie Autorka - Suzanne Collins - czyta fragment 
„Ballady ptaków i węży”. 
Na stronie wydawnictwa Media Rodzina 
można pobrać również darmowy fragment powieści. 

 


Książka ukaże się w przekładzie Małgorzaty Hesko-Kołodzińska i Piotra Budkiewicza, w szacie graficznej nawiązującej do okładek trylogii.


*materiały pochodzą ze strony wydawnictwa Media Rodzina.


Efekt Rosie - Graeme Simsion

Efekt Rosie - Graeme Simsion

Efekt Rosie - Graeme Simsion
„Efekt Rosie” to druga część cyklu o Donie Tillmanie, genetyku z Zespołem Aspergera (o pierwszej części pisałam już tutaj Projekt „Rosie”).
Don wraz z Rosie przenieśli się do Stanów Zjednoczonych. Mężczyzna powoli oswaja się z myślą, że nie jest już sam i cieszy się obecności wymarzonej kobiety w swoim życiu. Para próbuje się dopasować i całkiem dobrze im idzie. Jednak pozorny spokój u Dona burzy pojawienie się informacji o ciąży. Kiedy w grę wchodzi nieplanowane potomstwo bohater czuje się na początku zanadto przytłoczony. Nie ucieka jednak od obowiązków i opracowuje kolejny projekt - „Dziecko”. 

Efekt Rosie - Graeme Simsion

 

Efekt Rosie - Graeme Simsion


Mistrz procesu w pełnej krasie. Doszkala się, planuje, kupuje. Przy okazji irytując trochę ciężarną.
Do pary dołączy znany z pierwszej części przyjaciel Dona i pojawią się nowe postaci. Nie zabraknie również gaf.
Bardzo dobrze bawiłam się podczas czytania Projektu „Rosie”, ale przy drugiej części śmiałam się dużo więcej...
Don i Rosie nie są typową parą. W związku z tym starają być wobec siebie jak najbardziej jednoznaczni, żeby Don nie musiał się niczego domyślać. Sprawiają wrażenie pary mówiącej sobie wszystko wprost, aby uniknąć nieporozumień. Okazuje się jednak, że nawet najbardziej logiczny człowiek czasem nadinterpretuje i wyciąga wnioski z błędnego założenia, też zdarza mu się mylić.
Ilość problemów na jakie napotyka nasz genetyk jest dużo większa niż wtedy kiedy szukał żony. Częste niedopowiedzenia wywołują falę komicznych w wymowie zdarzeń.
Ale to nie tylko komedia. Autor zahacza o wiele różnych tematów, m. in. budowania opinii o sobie na postawie kłamstwa, przyjętego wizerunku, uprzedzeń - nawet u ludzi zawodowo zajmujących się pomocą parom, przytłoczenia zbliżającym się rodzicielstwem, nieumiejętności nazywania i sygnalizowania własnych potrzeb. Wskazuje na problemy rodzicielskie wynikające z braku zwykłego dialogu. 
Podoba mi się, że związek dwojga ludzi został pokazany z perspektywy mężczyzny (w tym też tkwi „siła” cyklu o Donie, wyróżnia się na tle większości opowieści o związkach pisanych przez kobiety i z perspektywy kobiety), wyjątkowego, ale pomimo to widoczne są różnice, pomiędzy postrzeganiem codzienności, wynikające z płci. 

Język, styl wypowiedzi jest podobny do tego z projekty „żona”, stylizowany trochę na mowę naukowca.

Nie można jednak, o czym wspomina sam Autor w podziękowaniach, brać tej książki jako pewnik, jako studium przypadku, nie jest to przecież żaden podręcznik, a jedynie fikcja. Nawet żona Autora, z zawodu profesorka psychiatrii, nie odnosi się do szerzonej przez przyjaciela Dona teorii. 

Czekam na trzecią część, której premiera została niestety przesunięta, chyba z uwagi na pandemię i spodziewałabym się jej dopiero około października :)
Wydawnictwo: Media Rodzina
Data wydania: 30 kwietnia 2016
Liczba stron: 440
Kategoria: literatura piękna
Tłumaczenie: Maciej Potulny
Projekt „Rosie” - Graeme Simsion

Projekt „Rosie” - Graeme Simsion

Projekt „Rosie” - Graeme Simsion
Graeme Simsion był kiedyś programistą, specjalistą od baz danych. Jest autorem uznanego podręcznika modelowania danych, miał również firmę konsultingową. Zapisał się na kurs dla scenarzystów i jego scenariusz Projekt „Rosie” zdobył prestiżową nagrodę Australian Writers Guild/Inception Award za najlepszy scenariusz komedii romantycznej. Później na kanwie tego scenariusza stworzył powieść, za którą otrzymał Victorian Premier's Award dla najlepszej niewydanej książki, w przeciągu kilku miesięcy prawa do niej kupiło ponad 30 krajów.
Ja przygodę z twórczością Graema Simsiona rozpoczęłam od „Na szlaku szczęścia”, czyli od książki, którą napisał wspólnie z żoną, profesorką psychiatrii i autorką romansów erotycznych - Anne Buist.
 
 

Projekt „Rosie” - Graeme Simsion


Projekt „Rosie” opowiada historię Dona Tillmana, genetyka z zespołem Aspergera. Don to 39-latek, ma ugruntowaną sytuację ekonomiczną - pracuje na uczelni, ma mieszkanie, nie posiada nałogów, ale nie jest zbyt dobry w kontaktach społecznych, z uwagi na wspominany zespół Aspergera. Tillman ma tylko dwójkę przyjaciół, małżeństwo, które podobno przedstawia model otwartego związku, ma rodzinę, ale nie utrzymuje z nimi bliższych kontaktów.
Jest niezwykle zorganizowany, jest mistrzem efektywnych procesów, nie marnuje czasu - zawsze przychodzi na spotkania punktualnie, nigdy przed czasem - rodzi to możliwość powstania niepotrzebnych interakcji. Jest niesamowicie logiczny, uwielbia kiedy wszystko jest przewidywalne, kiedy ma zaplanowany dzień co do minuty. Od innych oczekuje jasnych komunikatów. Wszystko to powoduje, że nie potrafi nie tylko odnaleźć się wśród innych ludzi, ale nie potrafi znaleźć partnerki. Umawia się na randki, ale kiedy znowu mu nie wychodzi, to wpada na pomysł stworzenia kwestionariusza. Umysłem naukowca opracowuje pytania, które mają mu pomóc odnaleźć idealną kandydatkę na żonę. Pomysłem dzieli się z przyjaciółmi i wprowadzają go w życie.
Tymczasem na jego drodze staje Rosie Jarman, młoda kobieta, dorabiająca jako barmanka, będąca kompletnym przeciwieństwem ideału Dona. Ona również kogoś szuka. Profesor Tillman, jako genetyk, udziela jej pomocy.

Projekt „Rosie” - Graeme Simsion

Z uwagi na zaburzenie rozwoju w spektrum Autyzmu, jakim jest Zespół Aspergera, główny bohater popełnia wiele gaf. Nie wie czego wymaga od niego społeczna etykieta, nie potrafi odczytywać ukrytych przekazów, wszystko interpretuje na własny sposób.
Książka jest nacechowana humorem sytuacyjnym, ale nie w prześmiewczym tonie, można zrozumieć to jak postrzega świat, zrozumieć jak interpretuje komunikaty. Zrozumieć jego „inność”.
Autor zastosował narrację w osobie pierwszej. Sposób w jaki bohater interpretuje wszystko to, czego jest świadkiem i to jak się wysławia, jest dla mnie bardzo dobra kreacją, po prostu wierzę Profesorowi Tillmanowi.

Don zmaga się z codziennością, wybiera się do restauracji w kurtce z  goretexu zamiast w garniturze, bo według niego to jest odpowiedni strój, a informacja na stronie lokalu nie była dość jasno sformułowana.
Innym razem kiedy już wie, jak mu się wydaje, czego oczekują od niego ogólnie przyjęte normy społeczne, przywdziewa frak, mimo że pozostali są w zwykłych garniturach. Próbuje się „dostosować”, ale nie bardzo mu się to udaje.
Każdy kontakt fizyczny z drugim człowiek wzbudza w nim coś na kształt niepokoju.
Wszystko mówi wprost, nie potrafi przywdziewać masek i ubierać w delikatne słowa tego, co chce powiedzieć.
Do tego życie wywraca mu się do góry nogami, traci kontrolę nad planem dnia, który determinował całą jego dotychczasową egzystencję.

Projekt „Rosie” opowiada o poszukiwaniu swojego miejsca w społeczeństwie, które funkcjonuje według umownych zasad i każde odstępstwo od nich karze wykluczeniem. Miły, dobry człowiek, z ogromną wiedzą jest bardzo samotny.
Okazuje się jednak, że osoby bez zaburzeń rozwoju potrafią mieć z kolei inne zaburzenia behawioralne i czuć się podobnie do niego.
Każdy gra jakąś rolę, zamiast spróbować być sobą.

To również opowieść o miłości, która przychodzi wbrew orzeczeniom naukowych kwestionariuszy i nie ma nic wspólnego z logiką.

Co jakiś czas Don trafnie podsumowuje społeczeństwo, wskazuje na różne często emocjonalne pobudki, które nami kierują, których nie potrafi zrozumieć.
„Dlaczego skupiamy się na jednych sprawach kosztem innych? Zaryzykujemy życiem, żeby uratować tonącego, a nie przekażemy darowizny na cel charytatywny, który mógłby uchronić kilkanaścioro dzieci przed głodem”.

To czuła, zabawna opowieść o niesamowicie mądrym człowieku, którego gubiło tyko trochę inne postrzeganie rzeczywistości. Tak bardzo chciał być kochany, że był gotowy stać się kimś innym.
Z ogromną przyjemnością sprawdzę jak potoczyły się dalsze losy tego wyjątkowego bohatera w kolejnej części cyklu.


Projekt „Rosie” - Graeme Simsion
Wydawnictwo: Media Rodzina
Data wydania: 2013
Liczba stron: 320
Kategoria: literatura piękna
Tłumaczenie: Maciej Potulny


Gdy ucichną miasta - Katarzyna M. Jurkowska

Gdy ucichną miasta - Katarzyna M. Jurkowska

Gdy ucichną miasta - Katarzyna M. Jurkowska
Dzień, jak każdy inny. Nic nie zwiastuje tego, co ma się za chwilę wydarzyć. A wydarzy się wiele. Świat, który znamy przestanie istnieć. Ula, główna bohaterka „Gdy ucichną miasta” w momencie zakończenia naszej mozolnej codzienności ma 15 lat i jest w szkole. Rozpoczyna się wojna i panuje totalna dezorientacja. Ula ma jednak szczęście, bo jej rodzice z racji wykonywania zawodów, w takich wypadkach uprzywilejowanych, tata jest wojskowym, umiejętnie organizują ewakuację swojej rodziny. We wszechświecie wszystko dąży jednak do równowagi i szczęście Uli, równoważy pech.
Bohaterka będzie musiała odnaleźć się w nowej rzeczywistości, dostosować się żeby przeżyć, ale i odkryć: kim jest, bo ktoś Ulę zmienił.

Od czasu do czasu lubię przeczytać książkę, która pokazuje, że najgorsze dopiero przed nami. Wspomnę też, że lubię science fiction.
Brawo dla Autorki za trochę ironiczny ton wypowiedzi, za wytykanie nam ignorancji, zapadnięcia się niejako w wirtualny świat i nieumiejętność postrzegania życia tak po prostu, po ludzku. Nic się nam nie chce, czasem nawet wstać z krzesła, najlepiej żeby było obrotowe, samojezdne, i myślące za pasażera. Koncentrujemy się na rzeczach mało ważnych, kiedy obok ktoś składa bombę, czym ona by faktycznie nie była. 

Plus również za orientację w świecie i wizję, do której realizacji nieuchronnie zmierzamy. Jednak po książce dotykającej problematyki modyfikacji DNA, która nas i tak czeka, ponieważ po nic nie mapowaliśmy ludzkiego genomu, oczekuję by mi opowiedziała jak do tego doszło. Choćby w uproszczonej wersji, ale jednak nawiązującej do naukowej.
Mnie, może dlatego, że jestem po prostu zbyt dorosła na tę lekturę, interesowało jak dochodziło do kolejnych zmian w organizmie Ulki. Jakim cudem to wszystko postępowało? Skąd te kolejne zmiany? Są wprowadzone wstawki dotyczące twórcy C-71 i C-72, ale samego procesu powstania tego cuda nie zauważyłam.

Poprzez ciągłe dokładanie wydarzeń, czułam się trochę jak na jarmarku, wszystko kolorowe i hałaśliwe, i do tego stale się obraca.
Według mnie, Autorka wpadła w sidła mody na ciągłe zaskakiwanie czytelnika, a może jak wspomniałam wcześniej, to książka dla młodzieży, gdzie liczą się tak naprawdę relacje między ludzkie, emocje i dorastanie - a nie naukowe umocowanie.
Raził mnie również przeskok o trzy lata do przodu, mnie by bardziej interesowała adaptacja Ulki i jej nowych znajomych w nowej rzeczywistości. Chyba (?) powinni się załamywać, zmieniać, hardzieć, albo odpadać jako słabsi.
Mało tła, ale zdań wiele. 

Przeczytałam w jedno popołudnie, nie dlatego, że tak przepadłam w fabule...
Tam, jak już wspomniałam, jest wiele zdań, które krążą wokół tego samego problemu, dodając książce objętości.
Nie jestem żadnym znawcą, jednak od samego początku nasuwała mi się myśl, że przydałby się dobry redaktor, który by tę historię usystematyzował.

Miała, chyba być to opowieść w stylu amerykańskim, czyli: patos, wybuchy, modyfikacje genetyczne i walki, ale w polskich warunkach, no i wyszło trochę (jak dla mnie) karykaturalnie. Niestety.

Wydawnictwo: FABRYKA DYGRESJI
Data wydania: 12 listopada 2019
Liczba stron: 460
Kategoria: fantasy, science fiction, fantastyka

QualityLandia - Marc-Uwe Kling - Zapowiedź

QualityLandia - Marc-Uwe Kling - Zapowiedź


27 maja 2020 roku premierę będzie miała „QualityLandia”, której Autorem jest Marc-Uwe Kling - niemiecki pisarz, autor tekstów piosenek i komik. Książka w kraju Autora znajdowała się przez kilka miesięcy na liście bestsellerów. Obecnie trwają prace nad serialem HBO, który powstanie właśnie na jej podstawie. Sprzedaż na świecie sięgnęła pięciuset tysięcy egzemplarzy. W Polsce ukaże się nakładem Wydawnictwa NieZwykłego. Książkę już czytałam i postanowiłam objąć ją patronatem medialnym. Bliżej premiery opublikuję szeroką opinię, a tymczasem poniżej zostawiam opis przygotowany przez wydawnictwo.



Witajcie w QualityLandii – najlepszym kraju na świecie. Tutaj specjalny system określi predyspozycje zawodowe każdego członka społeczności. Automatyczny serwis dobierania w pary wskaże odpowiednich partnerów, a nawet pomoże podczas rozstania z ukochanym lub ukochaną, jeżeli idealny kandydat nie okaże się wystarczająco idealny. Ponadto niezawodny algorytm największego sklepu wysyłkowego na świecie – TheShop – będzie dokładnie wiedział, czego potrzebujesz, i to jeszcze zanim o tym pomyślisz. Mało tego, dostarczy ten produkt pod twoje drzwi, nim złożysz zamówienie.

W QualityCity mieszka Piotr Bezrobotny, złomiarz zajmujący się utylizacją wszelkiego typu maszyn, które z jakiegoś powodu nie działają zgodnie z oczekiwaniami (jakiekolwiek naprawy w mieście są surowo zabronione). Piotr jednak nie wywiązuje się ze swoich obowiązków, w wyniku czego wiele urządzeń wiedzie w jego piwnicy nowe życie. Pewnego dnia Piotr niespodziewanie otrzymuje ze sklepu TheShop produkt, którego nie tylko nie zamawiał, ale który – jego zdaniem – jest mu całkowicie zbędny. Decyduje się go zwrócić, chociaż tym samym podejmuje ogromne ryzyko. Jeżeli bowiem to zrobi, udowodni, że idealny algorytm wcale nie jest doskonały – a to może podkopać fundament, na którym opiera się idea QualityLandii. 


Ta opowieść to przerażające i zdecydowanie zbyt zabawne spojrzenie na naszą przyszłość, do której definitywnie za szybko zmierzamy. Szybciej, niż mamy odwagę przyznać. 




PREMIERA: 27 MAJA!
Raróg - Anna Sokalska

Raróg - Anna Sokalska

Raróg - Anna Sokalska Ze stylem Anny Sokalskiej spotkałam się już w „Opowieściach z Wieloświata” („Wiedźma”, „Żertwa”, „Kuglarz”) i bardzo przypadł mi do gustu.
Autorka nie boi się eksperymentów z formą, lubi zdania wielokrotnie złożone, co jest dziś chyba już rzadkością i zawsze „mówi” między wierszami. 

„Opowieści z Wieloświata” były osadzone głównie w fantastyce, z uwagi na nawiązywanie do mitologii słowiańskiej.  
„Raróg” również jest przesiąknięty odniesieniami do naszej rodzimej mitologii, jednak w zupełnie innej formie. Przejawia się ona w nazwiskach bohaterów, w pseudonimach, czy w wewnętrznej walce jaka zachodzi w głównej bohaterce.

Sonia Kosowicz, bo tak nazywa się protagonistka, jest córką bossa lokalnej mafii, który został zamordowany latem 1985 roku, kiedy miała ona zaledwie 5 lat. Kobieta żyje pragnieniem odkrycia prawdy: kto stał za śmiercią jej taty (Wołosa) i co się stało z jej matką. Czuje, że dopóki tego nie odkryje nie będzie mogła żyć własnym - normalnym życiem, z „dobrym mężczyzną” u boku.
Mimo tego, że Wołos nie żyje, mafia nie zasypia gruszek w popiele, spokój był tylko złudzeniem.

Pojawiają się zwłoki młodej kobiety i rozpoczyna się jednocześnie: śledztwo - w celu ustalenia, kto i dlaczego zabił, w szeregach mafii rozpoczynają się czystki, a Sonia jest coraz bliżej odkrycia własnej przeszłości.
Wszystko się ze sobą miesza, w niektórych momentach nawet bardzo, z uwagi na narrację z perspektywy głównej postaci, która miewa problemy z ustaleniem tego, co istnieje, a tego co się jej jedynie wydaje, a to ona przecież prowadzi śledztwo.

Myślę, że mogę pokusić się na stwierdzenie, że powieść dzieli się na dwie części. Wątek kryminalny, zawiązany na początku, który, mniej więcej w połowie, zaczyna schodzić za dalszy plan, zostaje zdominowany przez życie wewnętrzne bohaterki. Jej rozważania na temat niejako dziedzicznej powinności kroczenia drogą przestępstwa, walczą z tym, jak żyje, jest przecież przedstawicielką prawa. Im bardziej zapada się w mroczne podwoje gangsterskich powiązań, tym bardziej traci jasność oceny sytuacji, a tkwiąca w głowie „pamiątka” jej tego nie ułatwia. Sonia patrzy, ale nie widzi. Wycofuje się do siebie i jej życie duchowe niejako przejmuje rolę narratora.
I tu obawiam się trochę o utrzymanie zainteresowania czytelnika literatury kryminalnej.

Anna Sokalska stworzyła opowieść niestereotypową, niebanalną. Kroczy, chyba, po nieodkrytych jeszcze terenach. Sądzę, że jest to dobra droga, widać że Autorka się nie boi i nie wpada w pułapkę schematów.
Nawiązuje do mitologii słowiańskiej w sposób przemyślany i nienachalny. Pokazuje, że odwołania do różnych religii, symbole można odnaleźć wszędzie, bo są one związane z filozofią, która, chcąc nie chcąc, wypełnia życie każdego człowieka, a rozważania na temat wolicjonalości zawsze będą przedmiotem dyskursów na różnych polach.

Jak dla mnie Pani Sokalska pokazała, że nie ma dla niej rzeczy niemożliwych i że jest w stanie połączyć wiele swoich zainteresowań w jednej historii i nie przesadzić.
Nie wiem jednak, czy trafi ze swoim bogatym stylem wypowiedzi, do szerokiego grona odbiorców. Nie potrafię tego przewidzieć, choć obserwuję z uwagą jak czytelnicze gusta się kształtują. 
Życzę jej tego z całego serca, bo podobnie jak Ona lubię słowa i nieograniczone możliwości jakie daje ich zmyślne łączenie.






Wydawnictwo: Lira

Data wydania: 22 maja 2020
Liczba stron: 336
Kategoria: kryminał psychologiczny
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...