#89 Księga Arona - Jim Shepard

#89 Księga Arona - Jim Shepard

#89 Księga Arona - Jim Shepard - recenzja - czy warto przeczytać?
Wielokrotnie już wspominałam jak bardzo lubię książki czerpiące z rzeczywistych wydarzeń, nawet jeżeli sama historia jest fikcyjna. Lubię się też samobiczować. Żyję w czasach pokoju, a mimo to umartwiam się nad tym - co było.
Ile zła i bólu doświadczyli ludzie, których przecież nie znałam. Dla niektórych może to zabrzmieć wręcz patetycznie czy śmiesznie, ale taka już jestem. Często czytam i płaczę nad losem nieznanych mi ludzi. 

"Księga Arona" Jima Sheparda to historia opowiedziana przez ośmioletniego, żydowskiego chłopca. 
Aron wraz z rodziną zamieszkał w Warszawie, gdzie każdy z domowników odnalazł sobie zajęcie. Ojciec zaczął pracę w fabryce, matka znalazła sposób na zarabianie pieniędzy - prała ludziom ubrania, a dzieci nawiązywały przyjaźnie.
Wszystko jednak się skończyło, szybciej niż się zaczęło. Główny bohater stracił rodzeństwo i rodziców. Potem nawet kolegów. Wojna i jej następstwa - postępujący głód i choroby dziesiątkowały ludność.
Kiedy został już na świecie kompletnie sam - odnalazł go Janusz Korczak i Aron zamieszkał w prowadzonym przez niego Domu Sierot
Dziecko, które doświadczyło tak wielu krzywd, widziało tak wiele śmierci, na którą zdążyło kompletnie zobojętnieć - zaczyna z powrotem kształtować w sobie poczucie empatii, budować poczucie związku z drugim człowiekiem.

"-Niektórzy ludzie po prostu nie myślą - odparł. 
- Tak jak niektórzy po prostu nie palą".

Sięgając po tę lekturę liczyłam na prawdziwe emocjonalne tsunami. Historia zagłady narodu żydowskiego - opowiedziana oczami nie tylko jej uczestnika, ale i dziecka. 
Nie wiem co się ze mną stało, ale niestety nie poczułam kompletnie nic, żadnego wzruszenia, czy współczucia.
Styl pierwszoosobowej narracji przywodzi na myśl dziecięce pamiętniki. Przypomina zwykły opis dni - co powiedziała matka, co zrobił ojciec. Na początku zdania są proste i czasem chaotyczne. Kiedy przypominam sobie własne dzienniki to, co tu wiele ukrywać styl był daleki od poprawnego, więc sądzę, że autor celowo pokusił się o właśnie taki zapis. Potem im więcej Aron widzi - dorasta, tym zdania stają się płynniejsze, ale niestety nadal brakuje mi w nich jakiejkolwiek emocji. 

"Nie mogłem przestać się drapać, bo wszędzie łaziły po mnie wszy. Kiedy wreszcie skończyłem, spytała, czy jestem głodny. Odpowiedziałem, że tak, i zapytałem, czy może coś na to poradzić. Niestety nie mogła".

Szemaja, jak zwą chłopca, opisuje codzienność wprost - niemal jak obraz.
Nie przypominam sobie, żeby choć w jednym zdaniu padło stwierdzenie - czułem i nie mam tu na myśli zmysłu powonienia, ponieważ w opisie scen autor jest niezwykle drobiazgowy.
Kadry, które nam przedstawia są straszne i mogą boleć, kiedy się chce je sobie chce wyobrazić. Jednak pozbawiony emocji - w moim odczuciu - język, mi to uniemożliwiał. Byłam jedynie obserwatorem i niestety nie mogłam nawiązać żadnej więzi z bohaterami tej historii. 

"Powiedział, że jeśli człowiek nie może przejść obojętnie wobec śmierci drugiego człowieka, jego własne życie jest warte sto razy więcej".

Nie jest to obszerna powieść - niewiele ponad 320 stron, a wydaje mi się, że wiele ze znajdującej się w niej treści, nic tak naprawdę do tej historii nie wniosło.
Jest bardzo ładnie i solidnie wydana. Nie można odmówić autorowi również ogromu pracy, jaką poświęcił na zebranie materiału do jej napisania. Żałuję jednak, że nie trafiła do mnie tak mocno jak się tego spodziewałam.

Za swój egzemplarz dziękuję wydawnictwu SONIA DRAGA.




Wydawnictwo: SONIA DRAGA

Data wydania:18. września 2019
Liczba stron: 328

Kategoria: literatura piękna
Tłumaczenie:  Zofia Szachnowska-Olesiejuk

#88 Obrazem opowiadane... czyli jak znowu zacząć marzyć

#88 Obrazem opowiadane... czyli jak znowu zacząć marzyć

#88 Obrazem opowiadane... czyli jak znowu zacząć marzyć
Mogłabym napisać coś patetycznego. O poszukiwaniu siebie poprzez pasję. Szukałam, ale nie znalazłam, bo jestem leniwa. Od dziecka moim marzeniem było projektowanie okładek i ilustracji. Dźwigałam wszystkie swoje książki pełne baśni, bajek na plastykę i malowałam. Potem kazali mi się uczyć potrzebnych rzeczy.
I przestałam rysować, a później mi się już nie chciało, bo po co? Zapewne brzmi znajomo, prawda?

Jakiś dobry duch pokazał mi pewien program graficzny i odkryłam deviantart.
Też tak chciałam, ale nie umiałam. Obiecałam sobie i nadal obiecuję, że się nauczę. Tutaj można robić wszystko. Zawsze można wrócić do źródła, nigdy się człowiek nie ubrudzi, nigdy nie zabraknie mu kolorów. 

Mam problem ze sobą, bo ja chcę robić wszystko.
I być może z tego powodu właśnie nie mam... stylu.

Moje marzenia o byciu projektantem okładek i ilustratorem pękły jak bańka mydlana, ale nie mam do nikogo o to pretensji, lajf is brutal.
Nie umieram jeszcze, więc może wrócę na tę ścieżkę, z której niepotrzebnie zawróciłam, bo nie zeszłam. Może bywam zbyt wrażliwa i zbyt szybko się poddaję.

Sztukę cyfrową, czy jak to nazwać traktuję jako metodę na pozbycie się zalegających we emocji i oczyszczenie głowy z obrazów, nie jestem nawiedzona - jakby co :)

Prace dzielę na FOTOMONTAŻE - łączę zdjęcia, bez jakichś większych ceregieli.
Ma być czysto, schludnie i niezbyt "fantastycznie".
FOTOMANIPULACJE - czyli fotomontaż połączony z ingerencją, czasem mocną w zdjęcia, łącznie z malowaniem, ale w  niewielkim stopniu.
TECHNIKA MIESZANA, w której czuję się najlepiej, ale dopiero od niedawna. Łączę w niej wszystkie możliwości jakie mam. 
Robię też MATTE PAINTING - pokrótce to takie krajobrazy, które często oglądamy w grach, czy filmach. 

Ogólnie prac mam bardzo dużo i jeszcze więcej pomysłów. Chcę też niektóre starsze zrobić na nowo, zebrać w wielkie portfolio razem z komercyjnymi. 
Część byłaby też przygotowana pod plakaty, czy fotoobrazy w "ludzkich" cenach, jeżeli nadal będą jacyś zainteresowani :)


To poniżej wycinek mojego "dysku".

 TECHNIKA MIESZANA

#88 Obrazem opowiadane... czyli jak znowu zacząć marzyć
#88 Obrazem opowiadane... czyli jak znowu zacząć marzyć

#88 Obrazem opowiadane... czyli jak znowu zacząć marzyć

#88 Obrazem opowiadane... czyli jak znowu zacząć marzyć

#88 Obrazem opowiadane... czyli jak znowu zacząć marzyć
#88 Obrazem opowiadane... czyli jak znowu zacząć marzyć
#88 Obrazem opowiadane... czyli jak znowu zacząć marzyć
#88 Obrazem opowiadane... czyli jak znowu zacząć marzyć
#88 Obrazem opowiadane... czyli jak znowu zacząć marzyć

#88 Obrazem opowiadane... czyli jak znowu zacząć marzyć
#88 Obrazem opowiadane... czyli jak znowu zacząć marzyć
 #88 Obrazem opowiadane... czyli jak znowu zacząć marzyć
#88 Obrazem opowiadane... czyli jak znowu zacząć marzyć

#88 Obrazem opowiadane... czyli jak znowu zacząć marzyć
#88 Obrazem opowiadane... czyli jak znowu zacząć marzyć

#88 Obrazem opowiadane... czyli jak znowu zacząć marzyć

FOTOMONTAŻE

#88 Obrazem opowiadane... czyli jak znowu zacząć marzyć



#88 Obrazem opowiadane... czyli jak znowu zacząć marzyć


#88 Obrazem opowiadane... czyli jak znowu zacząć marzyć
#88 Obrazem opowiadane... czyli jak znowu zacząć marzyć
#88 Obrazem opowiadane... czyli jak znowu zacząć marzyć
#88 Obrazem opowiadane... czyli jak znowu zacząć marzyć
#88 Obrazem opowiadane... czyli jak znowu zacząć marzyć
#88 Obrazem opowiadane... czyli jak znowu zacząć marzyć
#88 Obrazem opowiadane... czyli jak znowu zacząć marzyć

FOTOMANIPULACJE

#88 Obrazem opowiadane... czyli jak znowu zacząć marzyć
#88 Obrazem opowiadane... czyli jak znowu zacząć marzyć
#88 Obrazem opowiadane... czyli jak znowu zacząć marzyć
 #88 Obrazem opowiadane... czyli jak znowu zacząć marzyć
#88 Obrazem opowiadane... czyli jak znowu zacząć marzyć
#88 Obrazem opowiadane... czyli jak znowu zacząć marzyć
#88 Obrazem opowiadane... czyli jak znowu zacząć marzyć
#88 Obrazem opowiadane... czyli jak znowu zacząć marzyć
#88 Obrazem opowiadane... czyli jak znowu zacząć marzyć

Dziękuję za poświęcony czas!






#87 Strach - Jozef Karika

#87 Strach - Jozef Karika

#87 Strach - Jozef Karika - recenzja
Dwa razy w życiu doświadczyłam prawdziwego uczucia strachu, niemal pierwotnego. To coś, tak paraliżującego, że pozbawia człowieka tożsamości. Gdyby ktoś mnie wtedy zapytał jak się nazywam, to zapewne bym nie wiedziała, nie zrozumiałabym nawet pytania. To uczucie, które powoduje, że kolana same się uginają, oddech boli, wszystko mrowi i pulsuje, mózg i ciało pozostają w konflikcie. Nogi chcą uciekać, reszta ciała się do tego rwie, a niezborne, tłoczące się myśli nie pozwalają ciału się ruszyć. Stoisz, chcesz krzyczeć. Krzyczysz, a dźwięk się nie wydobywa. Nie widzisz bo łzy na to nie pozwalają. Stajesz się więźniem własnego ciała, spętanym przez własne emocje i ich następstwa.

"Wszystko to, czego się boimy najbardziej, wręcz zapraszamy do swojego życia".

Po niezwykle udanej przygodzie z prozą Jozefa Kariki i jego "Szczeliną" sięgnęłam po "Strach". Może zaburzyłam kolejność, jednak w niczym mi to nie zaszkodziło, a wręcz przeciwnie. Chyba bardziej doceniam umiejętność zmiany stylu, w zależności od tego jak autor chce nam przedstawić swoją opowieść.

Głównym bohaterem "Strachu" jest Jożo Karsky ponad trzydziestoletni mężczyzna, mieszkający w Małych Tatrach. Jożo mieszka sam. Jest więźniem przeszłości, więźniem strachu. Jako dziecko coś przeżył, coś co sprawiło, że nigdy nie poszedł dalej, to coś co zabrało mu mentalną wolność.
W wyniku tego zdarzenia Jożo stracił siostrę - Alicę i jego rodzina po prostu przestała istnieć. Ojciec się zmienił, to zdarzenie go zmieniło - bił syna z poczucia bezradności i lęku, z którym sobie nie radził. Wszyscy żyli w oczekiwaniu na powrót dziewczynki.
Teraz  Karsky mieszka sam, w rodzinnym domu. Pozostał mu tylko ojciec, który przebywa w domu spokojnej starości.
Słowację nawiedza fala mrozów, podobnych do tych z 1985 roku, kiedy zaginęła jego młodsza siostra i nie tylko ona. Obecnie wraz ze spadkiem temperatury, wzrasta fala tajemniczych zaginięć. I to COŚ wraca. Na początku nikt nie widzi związku ze zdarzeniami z przeszłości, albo inaczej - nikt nie chce ich widzieć.
Powoli, niespiesznie poznajemy mężczyznę i jego przeszłość, jednocześnie zniknięcia się nasilają. 
Akcja przypomina trochę wspinający się i opadający wykres funkcji. 

"Każdy z nas się czegoś bał, strach to drugie imię niezabliźnionej rany".

Styl Jozefa Kariki bardzo do mnie przemawia. On nie straszy tylko opisem tego, co możemy zobaczyć, usłyszeć. Karika szepcze do ucha to, co czujemy kiedy zalewa nas lęk.
Kogoś, kto nigdy nie odczuł tego, o czym wspomniałam na początku, ten bohater może irytować. On topi się we własnym strachu, zalewa nim, karmi go stale i na nowo. Przemyka ulicami jak cień, boi się podejść do okna.
Znam to uczucie, mimo że moje źródło lęku było namacalne, długo czułam się podobnie. 

"Ale strach można szerzyć także w inny sposób. Nie ogranicza go żadna odległość, przenosi się jak nasionko na wietrze - na przykład przez słowa".

Autor wykorzystał w "Strachu" motyw zaginionych dzieci. Mamy niezwykle brutalną i tajemniczą siłę, wyrywane zęby, paznokcie i obdzieraną skórę. Powodujący rozrywający ból głowy dźwięk, pochłaniającą wszystko ciszę i przerażające postaci, plus strach przed tym, czego nie widać.
Karnawał dla fascynatów wszelkich niewytłumaczalnych zjawisk i oczywiście historię tragedii na Przełęczy Diatłowa. Karika wykorzystuje wszystkie dostępne środki wyrazu i chyba nie tylko literackie. Ja słyszałam ten chrzęszczący śnieg, to rozlewające się buczenie rozdzielni, czułam nawet ten metaliczny zapach. Zauważyliście, że podczas siarczystych mrozów dźwięk rozchodzi się inaczej? Autor zauważył.

"Jelenie zniknęły, pochmurne myśli powróciły. Wbijałem wzrok w białe pustkowie, jakbym patrzył w głąb siebie. Las tonący pod sypkim śniegiem, kręty labirynt, w którym mały chłopiec zabłądził i zamarzł".

Mam świadomość, że ta książka może nie być łatwa w odbiorze i na pewno nie będzie wybitną lekturą dla sceptyków, którzy liczą na akcję rodem z "Obcego" i prostą rozrywkę.
Od jakiegoś też czasu jestem przewrażliwiona na styl jakim posługują się autorzy. Nie umiem już przymykać oka na niezamierzoną prostotę przekazu i tutaj muszę zaznaczyć, że u Jozefa Kariki styl jest bardzo dobry. 
Inny niż ten, z którym zapoznałam się w "Szczelinie", ale tam narracja wymagała uproszczenia, by w pełni oddać klimat. 
W "Strachu" jest kompletnie inaczej, ale i tutaj upatruję też udziału dobrego tłumacza.

"Teraz miałem złamaną silną wolę. To było złamanie otwarte, o wiele gorsze niż to przed laty. Wprawdzie nic mi nie spuchło, ale droga do domu była dużo bardziej bolesna".

To prawdziwy traktat o strachu. O tym jak wystarczy nas porządnie przestraszyć i przestajemy być najwyższą formą życia na kuli ziemskiej. Kto bał się raz i nic z tym nie zrobił, bać się będzie zawsze, choćby nie wiem jak wysokie mury wokół siebie zbudował i ile kamer nie zainstalował. 
Nie można zupełnie wyzbyć się tego uczucia, ale można nauczyć się z nim żyć. Jak bardzo się boimy, potrafimy wszystko sobie w racjonalny sposób wytłumaczyć i zaakceptować, byle tylko przez chwilę poczuć się lepiej.

"Wolna wola to iluzja, obca siła w żaden sposób mną nie zawładnęła ani mnie nie zaczarowała - zerwała jedynie pozłotko możliwości wyboru, bowiem nic takiego w życiu człowieka nie istnieje".

Zakończenie... o którym czytałam, że zawodzi? Do mnie przemawia. Spowodowało, że się uśmiechnęłam pod nosem i zrozumiałam?
Panie Karika szczwany z pana lis - to znaczy autor!
8/10. 

Wydawnictwo: Stara szkoła


Data wydania: 10. listopada 2017
Liczba stron: 298

Kategoria: thriller
Tłumaczenie: Joanna Betlej

Poniżej dwie prace inspirowane klimatem obu książek.


Strach



Szczelina



#86 Oddać serce - Lindsay Harrel

#86 Oddać serce - Lindsay Harrel

#86 Oddać serce - Lindsay Harrel - recenzja  - czy warto przeczytać?
Kobieta zmienną jest i ja jestem na to idealnym przykładem. Kiedy zmęczę się dość ponurą literaturą jaką najczęściej czytam, to chwytam się za powieść z założenia lekką i prostą w odbiorze - najczęściej jest po prostu literatura obyczajowa. "Oddać serce" Lindsay Harrel kusi cukierkową okładką, sam zarys fabuły sugeruje wzruszenie... A jak jest naprawdę?

Bohaterkami powieści Lindsay Harrel są bliźniaczki Megan i Crystal. Megan od dziecka zmagała się z kardiomiopatią przerostową, która zakończyła się dla niej przeszczepem serca. Od dziecka była chroniona, wręcz izolowana od świata zewnętrznego. Obecnie jest już po trzydziestce, pracuje jako pomocnik biblioteczny, nadal mieszka z rodzicami i boi się cokolwiek w swoim życiu zmienić, mimo że dostała tak naprawdę drugie życie. W głębi duszy marzy, aby zostać dziennikarką i przeżyć wielką przygodę. Jednak strach przed nieznanym i możliwymi negatywnymi następstwami przeszczepu, po prostu ją paraliżuje. 
Crystal - druga z sióstr, fizycznie zdrowa - mieszka daleko od domu rodzinnego i nie utrzymuje zbyt zażyłych stosunków z rodziną, sama zresztą jest już mężatką. 
Megan znajduje w końcu w sobie odwagę, by poznać rodziców dziewczyny, której serce obecnie w niej bije. Dostaje od nich w prezencie zapisany pamiętnik. Amanda nie miała idealnego życia. Sporządziła jednak listę rzeczy, które chciałaby w życiu zrobić. Niestety zdążyła zrobić tylko jeden, ostatni punkt z listy - "oddać serce". Ten pamiętnik staje się przyczyną przebudzenia Megan, która postanawia wykonać wszystkie 24 punkty z listy zmarłej. Wyrusza w podróż dookoła świata w towarzystwie... swojej siostry. To nie będzie tylko daleka wycieczka.
W otaczającym je pięknie architektury, przyrody i zwykłych relacji między ludzkich odnajdą drogę do obudowania siostrzanej więzi i spróbują zacząć... żyć?

"Relacja zależy od zaufania, a zaufanie wzrasta dzięki komunikacji".

Narracja jest prowadzona głównie  w osobie trzeciej. Megan prowadzi bloga i co jakiś czas - początkiem rozdziału staje się fragment jej wpisu z podróży, czy fragment pamiętnika Amandy - dawczyni serca.

"Myślę, że bycie silnym nie oznacza, że nigdy się nie boisz. Oznacza to, że mimo strachu i lęków stawiasz czoła wyzwaniom."
Czułam się jak owinięta w ciepły, puchaty kocyk. Wokół świeciło wątłe światło świeczek, w tle roznosił się zapach drewna, a ogień z kominka tańczył z cieniami na ścianach. Nawet herbata była słodsza.
Choć to historia z półki tych naszpikowanych prawdami oczywistymi, jest bardzo przyjemnie napisana. W otoczeniu piękna świata siostry odnajdują się na nowo. Uczą się siebie i poznają. Każda z tej podróży przywozi coś innego.
Dostrzegają piękno prostoty życia, kiedy cieszą oczy wszystkim, co je otacza. Wycieczka obfituje też w przygody, które niosą ze sobą dość przykre wspomnienia - do czego może prowadzić zbytnia otwartość i obdarzanie nieznajomych zaufaniem.
Pojawia się też
tutaj wątek romantyczny i jest równie delikatny jak cała historia. Niektórym czytelnikom może wydać się nawet zbyt przesłodzony.
Autorka uszyła historię dorosłej kobiety uwięzionej w strachu o własne życie. Związanej ze stałym monitorowaniem tętna i stale krzyczącym w głowie przeświadczeniu o kruchości życia. Megan boi się spróbować naleśnika, bo to oznacza brak poszanowania dla jej nowo podarowanego życia.
Crystal - druga z sióstr ma własne więzienie - wieczną niepewność o stan siostry i poczucie winy z powodu własnego... zdrowia. Ucieka w pracę, którą przestaje lubić i sama nie wie do czego tak naprawdę dąży.
Znajdziemy tu też kilka odniesień do wiary w Boga. Dla niektórych ludzi może stać się ona zarówno siłą napędową, jak i czymś zupełnie odwrotnym.
Dodam jeszcze, że w fabule pojawia się mały polski akcent :)

Książkę mogę określić jako niezwykle przyjemną w odbiorze. Dzięki niej naprawdę odpoczęłam. Myślę również, że co wrażliwsi czytelnicy mogą się nie raz wzruszyć.

7/10.

#86 Oddać serce - Lindsay Harrel - recenzja  - czy warto przeczytać?
Za swój egzemplarz dziękuję wydawnictwu DREAMS




Wydawnictwo: DREAMS

Data wydania:10. września 2019
Liczba stron: 368

Kategoria: literatura obyczajowa
Tłumaczenie: Renata Czernik

#85 Śledztwo od kuchni - Karolina Morawiecka

#85 Śledztwo od kuchni - Karolina Morawiecka

#85 Śledztwo od kuchni - Karolina Morawiecka - recenzja - czy warto przeczytać?
Choć kryminały czytam dość często, to nie zdarzyło mi się jeszcze czytać komedii kryminalnej. "Śledztwo od kuchni" Karoliny Morawieckiej to nie tylko zagadka, przeplatana trafnymi puentami o ludzkiej naturze, to prawdziwa kopalnia kulinarnych inspiracji. 

Z perfekcyjnego morza grządek szałwii wystaje ręka i... noga... to kelnerka Anna Bednarz, która popełniła samobójstwo - na złość ogrodnikowi i zepsuła jego perfekcyjną kompozycję. Ale zaraz... samobójstwo? A gdzież jest jej torebka? Wiadomym jest, że kobieta swojego balastu, mogącego spokojnie służyć za odważnik nie zostawia bez przyczyny! Przed wdową po aptekarzu, wyróżniającą się nie tylko świetnym zmysłem obserwacji (przecież nie od dziś ćwiczy wzrok podglądając sąsiadów - na ich własne życzenie - okno bez firan jest jak zaproszenie), niesamowitym talentem kulinarnym, który wywodzi się z ciągłego zapotrzebowania m. in. na magnez oraz niebagatelnym rozmiarem - to nic, dosłownie nic, się przed nią nie ukryje! Pani Karolina Morawiecka niczym mistrz dedukcji rozkłada całą sprawę na czynniki pierwsze. Zbiera dowody mknąc swym lśniącym, białym tico jak rasowy kierowca rajdowy. Wdowa po aptekarzu ma swojego Watsona, siostrę Tomasza... Wróć! - siostrę Tomaszę!
A wszystko toczy się w rzece... śliny - psiej śliny. Zmarły aptekarz zostawił żonie w spadku Truflę - dożycę de Bordeaux, którą przecież by oddała, bo ma dopiero co odkrytą alergię, ale co ludzie na to powiedzą?!

Ah, Pani Morawiecka (tu zwracam się do autorki, która udzieliła swoich personaliów głównej bohaterce)... Co to była za książka!
To nie jest tylko komedia. To zbiór wszystkich ludzkich przywar, wad - satyra, wdzięcznie spleciona z kryminalną zagadką, świetnie czerpiąca z różnych utworów literackich - co może wiązać Herkulesa Poirot, Jane Marple i "Lalkę" Prusa?
Oj może i to wiele. Powieść jest naszpikowana absurdem codzienności. Każda z postaci jest sumą wszelakich niechlubnych cech ludzkiej natury. Wszystko jest wyolbrzymione i komiczne, a do tego mamy trupa i zagadkę: kto i dlaczego zabił? Przerywnik od wytężonej pracy umysłowej, jaką jest poszukiwanie mordercy, stanowią czary kulinarne wdowy - bo przecież ciężko pracującą głowę, trzeba odpowiednio nakarmić!
Ależ ja się śmiałam, parskałam i znacząco syczałam. Teraz ilekroć widzę białe tico wypatruje dużego cienia za kierownicą, zwieńczonego buraczkowym włosem - to znaczy mahoniem - rzecz jasna!

Autorka śmieje się z nas, z naszych przyzwyczajeń, ogromu wad, które prezentujemy i które skrzętnie ubieramy w wielkie słowa. My przecież nie podglądamy i nie plotkujemy, my jedynie uważnie żyjemy. 
W tekście jest wiele odniesień do literatury i nie tylko kryminalnej.
Wdowa po aptekarzu nie jest zbyt oczytaną osobą i często zwyczajnie nie rozumie wokół czego kręci się rozmowa, ale ona się nie przyzna, że nie wie!
No bo jak to tak? Ja nie wiem?! 

Myślę, że w takiej stylistyce i tak podanym żarcie najlepiej odnajdą się entuzjaści dość specyficznego poczucia humoru - trochę w stylu angielskim oraz pasjonaci gotowania i jedzenia, do których ja też się zaliczam. 
Już dziś wsiadam do białego szerszenia, zapinam pasy i ruszam do Wielmoży - by odnaleźć "Mordercę na plebanii". 
 
Za swój egzemplarz dziękuję wydawnictwu Lira.



Wydawnictwo: Lira
Data wydania: 7. listopada 2018
Liczba stron:336
Kategoria: komedia kryminalna

#84 Jadem pisane... Dlaczego nigdy nie będę dobrym recenzentem?

#84 Jadem pisane... Dlaczego nigdy nie będę dobrym recenzentem?


#84 Jadem pisane...dlaczego nigdy nie będę dobrym recenzentem?
 "I mam nadzieję, że gdybym żył, nie zostałbym krytykiem literackim
(lub jego głupszym krewniakiem, recenzentem książek). 
*Dan Simmons - "Zimowe nawiedzenie"

Wieczorami, czasem porankami - siedzę i czytam. Czytam i obserwuję, patrzę i myślę (czasem i mi się to zdarza, jednak bywam niestała w tym przeświadczeniu), choć nie rozumiem to i nie osądzam, albo się chociaż staram tego nie robić.

Jesteśmy wybitnie narzekającym narodem z wiecznie wyciągniętymi dłońmi w geście żądającym i skrzywionymi twarzami w grymasie zwątpienia. Do tego zawsze mamy rację! Nie dopuszczamy do siebie nawet nie tyle - samej możliwości pomyłki, co po prostu innego punktu widzenia. 


Blog to według definicji taki sieciowy dziennik, czyli teoretycznie, czasem mogę kropeleczkę jadu, ewentualnie wannę - wylać. Nie, ja nie narzekam, broń Boże! :)
Ja się jedynie dość często dziwię. Z racji tego, że najczęściej udzielam się na tzw. bookstragramie, to wokół tej niezwykle kreatywnej społeczności, najwięcej tych moich "zdziwień" poczynam.


Jedni zazdroszczą codziennych dostaw stosów książek - bo przecież oni tego i tak nie czytają! Drudzy zazdroszczą - tym pierwszym możności wyczytywania "własnych" zasobów... To, te które przychodzą z wydawnictw, czyim są zasobem w końcu? I co mnie tak naprawdę interesuje, co ktoś robi z tymi wszystkimi książkami?, dopóki nie uprzykrza mi życia swoim jęczeniem, że stracił radość z czytania... Wiedzieliście, że jest opcja wyciszania treści bez usuwania kogoś z grona obserwowanych? Pomysłodawca na pewno znał się etykiecie i wampiryzmie energetycznym!

Ma to też inny wymiar, kiedy wypisuje się o treści książek głupoty, bo się ich nie czyta, a jedynie zbiera, jak znaczki. A tu tymczasem wisi nad nami termin, w którym mieliśmy opublikować naszą jedyną, najprawdziwszą prawdę z wszystkich prawd - na temat treści książki, a czasem i samego autora.


Przyznaję sama jestem pazerna i to bardzo, ale na słowo pisane, nie na przedmiot jakim jest książka, mimo że czasem tak ładnie wydana...

Lubię czytać, czego pewnie się nie da nie zauważyć, lubię też o książkach pisać, ale... nie lubię i nie umiem ich oceniać dziesięciostopniowej, czy też pięciostopniowej skali. Nie czuję się władna w tej materii i nie mam się również za czyjąś nauczycielkę, bym mogła wystawić mu notę. Chętnie bym z tego całkiem zrezygnowała i ku temu chyba też dążę...

Ale do brzegu!

Ja nie tylko książki czytam. Czytam opinie, czasem dyskusje, które pod opiniami się rodzą, zwykle w bólu i nie tylko aktywnych uczestników.

Tak jak rozumiem, że ta sama książka może u jednego czytelnika wywołać chęć wyśpiewania hymnów pochwalnych, a u drugiego grymas - co najmniej zdziwienia, to ni dudu nie rozumiem, chęci narzucenia swojego i jedynego zdania, a to najczęściej czytam. Rzadko widzę jakieś faktycznie kulturalne dyskusje, bo do dyskusji to my wszyscy mamy chęci, no nie da się ukryć, tylko z kulturą wypowiedzi mimo milionów przeczytanych stron, to różnie bywa.
Przeważnie jest wspólne zachwalanie lub wspólne krytykowanie - wszystkiego nawet tego, że ktoś miał czelność napisać jakąś historię.

Dlaczego jesteśmy tacy kłótliwi? 

Skoro czytam książki, to i czytam opinie o nich, więc kiedy znajduję w nich bzdury dotyczące nawet ilości stron - ostatnio trafiłam na dołożenie ich autorowi ponad 200 i dodatkowo przekręcenie tytułu, to pytam siebie - po co ktoś to robi?
Ja naprawdę chcę zrozumieć - bo na wiedzę też jestem pazerna.

Nie mam się za chodzący słownik ortograficzny, czy kontrolera jakości stylu, korektora (tu pozdrawia moje umiłowanie do przecinków, myślników i długich zdań), ale czasem nie da się, no nie da się nic, a nic zrozumieć z tego, co ktoś napisał. To tak jak w przypadku niektórych polskich filmów, gdzie dźwięk zapomniano nagrać głośno i wyraźnie - niby mówimy tym samym językiem, a jednak coś robi różnicę. 

W podsumowaniu i przy okazji odniesieniu się do tytułu - Dlaczego nigdy nie będę dobrym recenzentem? Ponieważ zostawiam sobie duży margines na moje błędy, niezrozumienie przesłania, subiektywne odczucia związane z moimi doświadczeniami, charakterem, czasem też temperamentem, potrzebą chwili... 

Próbuję odnaleźć w sobie lub dopiero wytworzyć - wrażliwość językową, zrozumieć czym jest tak naprawdę snucie opowieści w taki sposób, by ktoś chciał ją czytać, nawet jeżeli dotyczy zwykłej codzienności.
Odkrywam, że w thrillerze, horrorze lub kryminalne jest też miejsce na prawie poetycki styl - mimo stosowanie wulgaryzmów.
Staram się wybierać książki, w których mogę właśnie to odnaleźć, by czuć, widzieć, a czasem i słyszeć rzeczy, których nie ma - nie mylić z chorobą psychiczną - mówię o natchnieniu :)


A Ty z jakiego powodu czytasz? A jak piszesz, to co jest tego powodem? 
#83 Zimowe nawiedzenie - Dan Simmons

#83 Zimowe nawiedzenie - Dan Simmons

#83 Zimowe nawiedzenie - Dan Simmons - recenzja - czy warto przeczytać?
"Zimowe nawiedzenie" to kontynuacja "Letniej nocy" (o której pisałam tutaj) i choć fabuła w niej prowadzona jest w sposób umożliwiający czytanie bez znajomości poprzedniej części, to uważam, że aby w pełni poczuć klimat i zrozumieć niektóre z zachowań głównego bohatera trzeba przestudiować wydarzenia z 1960 roku.
Dale Stewart żył życiem jakie mógł wieść Duane McBride - jeden z bohaterów "Letniej nocy", którego Dale zaczął uważać za przyjaciela dopiero jak go zabrakło. Jest on też jednym z głosów narracji. 

"I mam nadzieję, że gdybym żył, nie zostałbym krytykiem literackim (lub jego głupszym krewniakiem, recenzentem książek).
Z pewnością moja pedantyczna i zawzięta strona ciążyłaby nad tym powołaniem, ale wszystkie dobre rzeczy poza snem biorą się właśnie z tego, że przeciwstawiamy się prawu ciążenia podczas trwania naszego życia".

To właśnie Duane chciał zostać pisarzem. Charakteryzowała go niezwykła inteligencja, z którą się nie obnosił. Był naprawdę wyjątkowy i dlatego, mimo że upłynęło wiele lat Dale nadal go podziwia. McBride bardzo dużo czytał, uczył się wszystkiego, co uważał za przydatne i prowadził pamiętniki, które traktował jako wstęp do wielkiej kariery pisarskiej.
Dale wyrastał w ogromnym poczuciu winy, choć niesłusznie je odczuwał. Wydarzenia z 1960 roku odcisnęły na nim piętno, dla niego tamto lato nigdy nie minęło. Wiele  rzeczy zapomniał lub też nie chciał pamiętać - wyobraźnia wypełnia nam luki we wspomnieniach, które często u różnych osób wyglądają zupełnie inaczej, mimo że dotyczą tego samego wydarzenia. Popełnił wiele błędów w swoim życiu. Zniszczył swoją karierę wykładowcy, swoje małżeństwo i kiedy jak sądzi nie ma już nic, wraca do Elm Heaven, do domu Duane'a. Chce napisać książkę o tamtym roku, rozliczyć się z tym co nie pozwala mu żyć tak jak chce.
Jednak powrót nie jest łatwy. Przeżywa wszystko od początku. Spotyka postaci, które uczestniczyły w letnich wydarzeniach i w "wypadku", którego ofiarą było kilkoro dzieci w tym jego przyjaciel. Wspomnienia czasów rowerowego patrolu i późniejsze - dotyczące dorosłego życia bohatera przeplatają się. Do walki z wewnętrznymi demonami, dochodzą te nadprzyrodzone - zdolne wyrządzić jemu i nie tylko jemu, namacalną krzywdę. A do tego właśnie zaczyna się zima.

"Może i przyzwyczajanie nie zawsze rodzi lekceważenie, ale zmniejsza lęk przed tym, co niezwykłe".

Chciałabym móc napisać, że Dan Simmons znowu to zrobił i porwał mnie swoją niebanalną wyobraźnią i wyjątkowym stylem. Chciałabym, ale nie mogę.
Pierwsze co, rzuciło mi się od razu w oczy, to objętość książki. Nie przywykłam do tak małej ilości stron. Początek zwiastował to, co właśnie u autora cenię najbardziej. Niezwykle skrupulatne budowanie sceny, na której rozegra się równie drobiazgowa akcja. Później było niestety gorzej, nie wiem do czego tak naprawdę pisarz zmierzał i co chciał czytelnikowi przekazać lub tym razem ja zawiodłam i nie potrafiłam właściwie zinterpretować wydarzeń, które przedstawił.
Przyzwyczaiłam się, że każdą z jego książek, jaką do tej pory przeczytałam, serwuje mi mnogość interpretacji. Tutaj nie potrafiłam się przez jakiś czas w ogóle odnaleźć.
Nie wiedziałam dokąd tak naprawdę zmierza. Wprowadzał nadnaturalne emanacje zła, staroangielski język, piekielne ogary, a to wszystko mieszało się ze wspomnieniami romansu Dale'a.
Simmons czerpie z utworów innych autorów, wplata je do treści tak samo jak wątki z historii, robi to zaskakująco płynnie i dobrze. Pojawiają się też tutaj takie odniesienia, ale nie są tak subtelne, do jakich mnie przyzwyczaił i tak głęboko osadzone w fabule, która chyba przez objętość książki nie mogła się rozwinąć.
Kiedy akcja przyspieszyła i zaczęło się wyjaśnianie zjawisk - nawet wspominanego "wypadku" z "Letniej nocy" (dlatego m. in. uważam, że należy ją też znać), to było już zdecydowanie lepiej. Jednak dla mnie było za mało samego Simmonsa w Simmonsie, jakby ktoś obciął większość tego, co chciał przekazać. 

Nie polecam na pierwsze spotkanie z autorem, bo to zaledwie namiastka jego możliwości - chyba, że chcecie niezobowiązującej lektury na jeden wieczór... Wtedy nada się znakomicie, mimo że nie posmakujecie jego talentu kreacji i kamuflowania treści w każdym jednym, nieprzeciętnie długim zdaniu jakie napisze. Mówi  się, że wyjątek potwierdza regułę i dla mnie tak jest też w tym wypadku, to był i jest nadal mój ulubiony pisarz.
6/10.

Za swój egzemplarz dziękuję wydawnictwu Zysk i S-ka.
 

Wydawnictwo: Zysk i S-ka

Data wydania:10. września 2019
Liczba stron: 352

Kategoria: horror
Tłumaczenie: Mariusz Warda
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...