Joadowie i droga, z której nie można zawrócić
Droga, którą podążają Joadowie, ma w sobie coś znajomego.
Człowiek często nazywa wyborem drogę, z której zwyczajnie… zawrócić nie może. Bo nie ma do czego. Świat, który zostawił, przestał istnieć. A żyć trzeba. Idzie dalej, wypatrując upragnionej nagrody. Eldorado. Raju zbudowanego z wyobrażeń i złudzeń. Wiary, że po wejściu na szczyt góry musi zachwycić się widokiem.
Wędrówka u Steinbecka przypomniała mi Wyprawę Donnera (Donner Party). Obietnica drogi, która kończy się tam, gdzie kończą się zasoby i zaczyna przetrwanie. Grupa ludzi wyemigrowała ze Środkowego Zachodu, podobnie jak Joadowie, do Kalifornii. Musieli spędzić zimę w górach – kompletnie do tego nieprzygotowani.
Joadowie wielokrotnie mierzą się z brakiem żywności, pracy, perspektywy zmiany. Z czasem marzenia się rozmywają. Chodzi tylko o przeżycie. Wtedy dociera do nich, do jakiego świata teraz należą.
„Grona gniewu” i „Nomadland”
Podobny mechanizm jest w „Nomadland” – życie bez własnego miejsca opowiedziane jako wolność. Inaczej codzienność byłaby nie do zniesienia.
Dla mnie to właśnie powidoki świata Steinbecka. Kapitalizm działał tak wtedy i tak działa teraz. Zmienia się jedynie narracja.
W pewien sposób fascynuje mnie, jak Stany Zjednoczone opowiadają o sobie jako kraju wolności. O czymś, czego ja tam nie widzę. Ta wizja udziela się ludziom na całym świecie. Ogrom możliwości, wolności, niezależności. Jakby sama już Ameryka w kieszeni („Wroniec”, Jacek Dukaj) sprawiała, że nagle znajdziesz się na szczycie i korzystasz z zasobów wykorzystywanych.
Steinbeck, O’Connor i McCarthy
To moje czytanie zawsze się rozrasta. Wracam do tego, co już gdzieś poznałam. I tak jest i w tym przypadku.
Świat Steinbecka nie jest łagodniejszy niż u Flannery O’Connor. Jej Południe Stanów Zjednoczonych nie pachnie różami i nie mieni się złotem. Jednak u O’Connor jest jeszcze Bóg, choćby w słowie. U Steinbecka już go nie ma. Tu, podobnie jak u McCarthy’ego, zło nie potrzebuje sensu. Ono istnieje w człowieku.
Ostatnia scena „Gron gniewu”
Ostatnia scena „Gron gniewu” zostanie ze mną na zawsze. Też z uwagi na osobiste doświadczenie.
Dochodzi tam do przekroczenia. Przekroczenia roli matki. Tej, co daje życie.
„Grona gniewu” czytane po dwudziestu ośmiu latach nie tracą na sile oddziaływania. Dalej powodują lęk. Choć trochę inny i okiełznany już doświadczeniem, ale jednak wciąż żywy.
Człowiek może dokonać wyboru: czy przestać się oszukiwać i żyć, czy może do końca wypatrywać świata, który nie istnieje.
Wtedy, na tej brudnej wykładzinie, nie miałam złudzeń.
I może dlatego tak bardzo się bałam.
O książce „Grona gniewu” Johna Steinbecka
„Grona gniewu” to powieść Johna Steinbecka wydana w 1939 roku. Opowiada o rodzinie Joadów, która podczas Wielkiego Kryzysu opuszcza Oklahomę i wyrusza do Kalifornii w poszukiwaniu pracy i lepszego życia. Steinbeck pokazuje w niej ubóstwo, migrację, wykluczenie społeczne, trudną sytuację robotników oraz zderzenie amerykańskiego mitu wolności z rzeczywistością.
Po dwudziestu ośmiu latach wróciłam do tej książki z zupełnie innym doświadczeniem niż podczas pierwszej lektury. To nie jest klasyczna recenzja „Gron gniewu”, ale zapis tego, co powieść Steinbecka uruchomiła we mnie przy ponownym czytaniu.