Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ameryka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ameryka. Pokaż wszystkie posty
#126 Miedziaki - Colson Whitehead

#126 Miedziaki - Colson Whitehead

#126 Miedziaki - Colson Whitehead - recenzja - czy warto przeczytać?
Colson Whitehead to amerykański pisarz i dziennikarz. Autor sześciu powieści i dwóch książek z gatunku literatury faktu ("Miedziaki" to jego dziewiąta książka). Dwukrotnie nominowany do Nagrody Pulitzera, którą otrzymał za powieść "Kolej podziemna". Powieść ta otrzymała również: National Book Award 2016, Carnegie Medal for Fiction, Heartland Prize i została nominowana do Kirkus Prize.
Redakcje wszystkich najważniejszych gazet w Stanach Zjednoczonych okrzyknęły tę książkę najlepszą powieścią roku. Przetłumaczono ją na ponad 30 języków.
*źródło https://www.wydawnictwoalbatros.com/autorzy/colson-whitehead/ 

W swojej najnowszej powieści "Miedziaki" Wihitehead ponownie pisze o tej stronie historii Ameryki, która daleka jest do wizji kraju marzeń, przypomina raczej koszmar - pełen okrucieństwa.
"Miedziaki" są fikcją literacką, jak możemy przeczytać w Podziękowaniach, jednak inspiracją do ich napisania była sprawa Dozier School for Boys w stanie Floryda. Ośrodek z założenia był placówką "wychowawczą" jednak nie miał z nią nic wspólnego. Trafiający tam chłopcy byli bici, poniżani, molestowani, a kiedy próbowali się sprzeciwiać, stawiać opór, to przepadali bez wieści.
Tytułowe Miedziaki to wychowankowie właśnie tego ośrodka - zwanego Miedziakiem, z uwagi na nazwisko swojego patrona - Trevora Nickela.

"Nickel, pięciocentówka, nędzna jak miedziana moneta". 

Akcja toczy się w latach 60. XX wieku. Elwood Curtis - główny bohater powieści stoi u progu rozpoczęcia nauki na uniwersytecie dla kolorowych. Jednak jest w niewłaściwym miejscu i w niewłaściwym czasie - system sprawiedliwości kierowany rasistowskimi pobudkami karze go za niepopełniony czyn i staje się jednym z wychowanków cieszącego się złą sławą ośrodka. Tam podziela los wszystkich osadzonych chłopców i nawiązuje znajomość z Turnerem. 

Książkę rozpoczyna prolog, który od razu uderza czytelnika falą okropieństw, jakie odbywały się na terenie "szkoły dla chłopców". Przechodzimy przez tajny cmentarz i odkrywamy ogrom makabry jaki fundowano wychowankom - dowiadujemy się co się działo z tymi, którzy odważyli się przeciwstawić krzywdzie.
Następnie poznamy losy Elwooda, poprzez kolejne części i rozdziały prześledzimy jak trafił do Miedziaka i co go tam spotkało, by przejść do zaskakującego zakończenia powieści.

"- Ale potem byłem na wolności i ściągnęli mnie z powrotem, i wiem, że tu nie ma niczego, co by zmieniało ludzi.
Tu i tam jest tak samo, różnica tylko taka, że tutaj już nikt nie musi udawać"
.
 
Książka jest przesycona smutkiem i bólem. Krzywdą, niesprawiedliwością i opisami wielu kar cielesnych i upodlenia człowieka jakiego dopuszczano się w ośrodku, ale i poza jego murami. To nie czyny, a kolor skóry tworzyły z człowieka przestępcę. Nikt nie chciał słuchać, a wyrok był wydany już po aresztowaniu, a sama droga oficjalna przez tzw. wymiar sprawiedliwości, była jedynie formalnością.

"Teraz obrabiał w głowie nową teorię: brutalnym życiem w Miedziaku nie rządzą żadne zasady, oprócz ślepej mściwości, która nie ma nic wspólnego z konkretnymi ludźmi. Przylgnął do niego okruch z lekcji w dziesiątej klasie: machina wiecznej niedoli, napędzająca sama siebie, bez ludzkiej ingerencji. I Archimedes, jedno z pierwszych odkryć encyklopedycznych. Przemoc jest jedyną dostatecznie silną dźwignią, by wprowadzić świat w ruch".

Choć ośrodek przechodził różne kontrole, to żadna nigdy nic nie wykazała.
Elwood nie godził się na to, co tam się odbywało i stale próbował coś zrobić, mimo że był za to karany fizycznie. To jak chłopcy rozumieli pojęcie "lody" albo czym jest "biały dom" - jest po prostu straszne i nie sposób pojąć jak ktokolwiek, kiedykolwiek mógł na takie coś zezwalać.
Narracja stosowana przez Colsona Whiteheada, jest kompletnie pozbawiona emocji. To prawie reporterski zapis wydarzeń, które choć fikcyjne, mogły mieć miejsce, a niektóre były inspirowane prawdziwymi zdarzeniami. Autor korzystał z historycznych źródeł i opisów wystosowanych przez byłych wychowanków ośrodka, które możemy przeczytać na stronie internetowej, którą podaje autor - http://officialwhitehouseboys.org/. Mi jednak nie udało się tej strony otworzyć... 
Często cytuje Martina Luthera Kinga. Elwood to symbol przeciwstawianiu się dyskryminacji, jakoby kolor skóry definiował kogokolwiek jako gorszego.

Temat, który według mnie należy znać i stale zgłębiać. Mówić o nim - by przeciwdziałać jakimkolwiek podziałom ludzi z uwagi na ich pochodzenie, kolor skóry, przekonania czy wyznanie.

Jednak styl wypowiedzi, jaki stosuje autor, nie jest stylem, w którym ja jako czytelnik się odnajduję. Książka jest bardzo nierówna i w wielu momentach, mimo tego o czym opowiada, jest bardzo nużąca. I to do tego stopnia, że się zamyślałam i nie wiedziałam, w którym momencie skończyłam czytać...

Myślę, że podzieli ona czytelników. I to wcale nie na dwie grupy, a na trzy. Jedni będą nią poruszeni, drudzy - właśnie z uwagi na styl wypowiedzi autora - zmęczeni, a trzeci, kiedy przeczytają ile nagród autor otrzymał - wpiszą się w grupę entuzjastów, bo takie książki wypada czytać.

Historię - segregacji rasowej i wynikających z niej konsekwencji przemocowych, nadal będę poznawać, bo chcę wiedzieć i chcę pamiętać do czego dopuściliśmy.
Czytanie - nawet o trudnych i bolesnych tematach, powinno mimo wszystko być przyjemne, a nie stawać się obowiązkiem.
Po "Kolej podziemną" raczej nie sięgnę, poszukam autora, który o niechlubnej historii Ameryki mówi w inny, bardziej odpowiadający mi sposób.
 
#126 Miedziaki - Colson Whitehead - recenzja - czy warto przeczytać?

Za swój egzemplarz dziękuję Wydawnictwu Albatros.



Wydawnictwo: Albatros
Data wydania: 30. października 2019
Liczba stron: 288
Kategoria: literatura piękna
Tłumaczenie: Robert Sudół

#113 W poszukiwaniu granic Ameryki. Wyprawa Lewisa i Clarka - Stephen E. Ambrose

#113 W poszukiwaniu granic Ameryki. Wyprawa Lewisa i Clarka - Stephen E. Ambrose

#113 W poszukiwaniu granic Ameryki. Wyprawa Lewisa i Clarka - Stephen E. Ambrose - recenzja - czy warto przeczytać?
Każdy z nas nosi w sobie odkrywcę. Lubimy czasem przejść jakąś nieznaną nam drogą, pojechać na wycieczkę w dalekie kraje czy obejrzeć dokument o jakichś dzikich rejonach świata. 
Ja też mam w sobie taką chęć poznawania odległych  krain i czasów, w których nie zdążyliśmy jeszcze zdegradować środowiska naturalnego.
Lubię czytać o wszelkich dziewiętnastowiecznych ekspedycjach  - takich jak na przykład Wyprawa Donnera z 1846 roku, czy mój ukochany wręcz temat o Ekspedycji Franklina z 1845 roku, więc tym bardziej nie mogłam odmówić sobie wyprawy śladami kapitana Meriwethera Lewisa i porucznika Williama Clarka, która miała miejsce w latach 1804-1806. Była  to pierwsza lądowa wyprawa na zachód, której dane było dotrzeć do wybrzeży Pacyfiku.
Odbyła się ona z polecenia prezydenta Thomasa Jeffersona i miała na celu głównie eksplorację nowo zakupionych od Francji ziem Luizjany.

Książkę "W poszukiwaniu granic Ameryki. Wyprawa Lewisa i Clarka" autorstwa Stephena E. Ambrose-a można podzielić na trzy części. Raczej nie muszę bać się tzw. spojlerowania, bo wiedza na temat Wyprawy jest raczej powszechnie dostępna, a może dodatkowo kogoś zachęcę do zgłębienia tematu.

Pierwsza opisuje dokładnie przeszłość Meriwethera Lewisa, od dzieciństwa przez pobyt w wojsku, w którym (przez to, że wdał się w konflikt z innym żołnierzem) poznał właśnie Williama Clarka, aż po przyjęcie przez niego funkcji sekretarza samego Prezydenta.
Znajdziemy też tu wiele informacji na temat samego Thomasa Jeffersona (bo podobno ludzie lubią o nim czytać - sugestia od Alice Mayhew - wydawcy) i tego jak stał się prezydentem Stanów Zjednoczonych, będąc po prostu... mniejszym złem.
Dowiemy się jak doszło do zakupu Luizjany i jak niezbadanym była ona dla ówcześnie żyjących - terenem.
Niektórzy wierzyli jeszcze, że nad górną Missisipi żyją mamuty...
Poznamy związek Lewisa z Prezydentem Jeffersonem, który zdawał się być dla mężczyzny ojcem, którego ten stracił będąc jeszcze bardzo młodym. 
Meriwether pobierał u Prezydenta nauki, korzystał z jego biblioteki i wtedy też nauczył się warsztatu pisarskiego, co przydało mu się w trakcie sporządzania dzienników z Wyprawy.
Z powodu rozległości dziedzin w jakich kształcił się przyszły dowódca Ekspedycji, w połączeniu z ciekawością świata i znajomością kultury indiańskiej, stał się on najlepszym kandydatem na tę funkcję. Na swego zastępcę wyznaczył Williama Clarka, którego kazał traktować jak równego sobie stopniem, mimo że ten był jedynie porucznikiem..

"Odwagi niezłomnej, posiadający stałość i uporczywość w dążeniu do celu, z drogi do którego zwieść go mogą tylko nieprzezwyciężone trudności, troskliwy niczym ojciec dla powierzonych mu ludzi, lecz stały w zachowaniu porządku i dyscypliny, znawca indiańskich charakterów, zwyczajów i zasad nawykły do życia myśliwego, obdarzony dogłębną wiedzą o roślinach i zwierzętach swego kraju, wrogi traceniu czasu na opisywanie rzeczy już znanych, uczciwy, bezinteresowny, liberalny, rozumny i wierny prawdziwe tak bardzo, że każdy jego opis jest tak pewny, jak gdybyśmy widzieli coś na własne oczy; gdy wszystkie te cechy znalazły się jakby wybrane przez naturę i umieszczone w jednym ciele, nie mogłem mieć żadnych wątpliwości, powierzając mu to zadanie".  
*słowa Thomasa Jeffersona

Druga część, to już sama - bardzo szczegółowo przedstawiona wyprawa. Autor w ciekawy sposób podaje informacje - stosując trzecioosobową narrację, zachowując chronologię wydarzeń, stopniuje napięcie i wplata wiele bezpośrednich cytatów z dzienników samego Meriwethera.
Choć nie jest to typowa powieść fabularna, to język i styl pozwalają nam poczuć się uczestnikami wyprawy. Odczuwamy z nimi zmiany temperatur, trudy podróży i częsty głód. Trawią ich choroby, częsty brak właściwie zbilansowanych posiłków nie ułatwia szybkiego powrotu do zdrowia. Narrator wyraźnie zaznacza z jakich okresów brakuje zapisków, snuje przypuszczenia co mogłoby być tego przyczyną, ale również wyjaśnia wiele niejasności, z którym zmagali się odkrywcy.
Poznajemy niezbadane do tej pory, kompletnie dzikie tereny, które były zamieszkane przez Indian, którzy nigdy nie widzieli białego człowieka. Odnosi się również do naszych czasów i opisuje, co teraz mieści się w miejscu, w którym ekspedycja stawiała swe kroki na początku XIX wieku.
Wyprawa zaciąga pożyczki, na konto Stanów Zjednoczonych, oczywiście za zgodą samego Thomasa Jeffersona.
Mężczyźni handlują z miejscowymi plemionami i korzystają z ich wiedzy, wiele się tak naprawdę od nich ucząc, co i tak nie chroni ich przed popełnianiem błędów.
Lewis i Clark byli jednak doskonałymi dowódcami. Potrafili nie tylko zapewnić sobie i pozostałym uczestnikom ekspedycji bezpieczeństwo, ale dbali o morale grupy (obcych sobie mężczyzn), przez co uniknęli powszechnego zniechęcenia i wielu konfliktów.

Trzecia część - to czas po szczęśliwym i bezpiecznym powrocie członków Korpusu Odkrywców. Lewis staje się gubernatorem stanu Luizjany, ale niespecjalnie się do tego nadaje. Miota się, męczy na tym stanowisku, zaniedbuje wydanie swoich dzienników. Bycie politykiem bardzo mu nie służy. Nie ma umiarkowania w piciu alkoholu i "leczy" się opium i morfiną z powodu malarii.
W końcu popełnia samobójstwo... Przez co najprawdopodobniej historia obeszła się z nim niezbyt łaskawie, gdyż został trochę zapomniany.
Poruszony jest też w tej części problem praw do dzienników Lewisa.

Niesamowicie, porywająco wręcz napisana historia jednej z najbardziej znaczących ekspedycji w historii ludzkości. Odkryto wiele gatunków flory i fauny, poznano zwyczaje wielu nieznanych indiańskich plemion. Lewis prowadził wiele obserwacji nawet astronomicznych.
Żeby nie było tak cukierkowo i kolorowo to nie mogę wyzbyć się myśli, że tak naprawdę od zawsze jesteśmy najgorszym kataklizmem jaki przydarzył się Ziemi. Wiele okazów zwierząt zostało zabitych i wypchanych, skazanych na cierpienie, nie po to by stały się pożywieniem, ale żeby zbadać ich procesy życiowe, a potem stworzyć z nich eksponaty.
Z góry zakładano też, że Stany Zjednoczone stają się "nowym ojcem" dla rdzennych mieszkańców nowo nabytego stanu.
Choć nie jest to tak tajemnicza i mroczna wyprawa o jakich czytałam wcześniej, to czułam się jak jej zafascynowany uczestnik. 
Lewis powołany na nowo do życia słowami Stephena E. Ambrose'a, to człowiek z krwi i kości, z którym można poczuć związek. Zrozumieć jego tok myślenia, poznać plany, których nie udało mu się zrealizować, głównie z powodu brak nici porozumienia z nowymi przełożonymi. Opis tego jak makabrycznie pozbawił się życia naprawdę mnie dotknął.
Cieszę się, że ta publikacja - po wielu latach od napisania, w końcu ukazała się na naszym rynku wydawniczym za sprawą Wydawnictwa Poznańskiego i do tego w tak ekskluzywnym wydaniu. 
W środku znajdziemy zdjęcia dzienników Lewisa, portrety dowódców i wiele obrazów opowiadających o ich kontaktach z Indianami.
Jedyne czego mi brakowało to mapy z zaznaczonymi punktami, gdzie mniej więcej znajdują się członkowie Ekspedycji, o których w danym rozdziale czytam Na końcu znajdziemy obszerną bibliografię i indeks. Mam nadzieję, że kiedyś doczekamy się ekranizacji!


Data wydania: 16. października 2019
Liczba stron: 718
Kategoria: literatura faktu
Tłumacz: Jan Szkudliński

Recenzja napisana dla portalu bookhunter.pl


#21 Białe łzy - Hari Kunzru

#21 Białe łzy - Hari Kunzru

#57 Białe łzy - Hari Kunzru - recenzja - czy warto przeczytać?

"Współczesność jest nudna, ale dodaj pogłos, a usłyszysz, jak czas odwraca bieg, ześlizguje się w przeszłość, w echo i nieszczęście".

Lubię dziwne historie. Czy to w filmie, muzyce czy książce - kiedy autor balansuje na granicy rzeczywistości i pozwala nam snuć dowolne przypuszczenia. Kupiłam tę książkę na wyprzedaży w Biedronce (!) przyciągnęły mnie brzydkie, przesunięte napisy - koszmar estety. Miało to zapewne oddawać trójwymiarowość treści, głębie, ale jest zwyczajnie nieczytelne i brzydkie. Przeczytałam opis, brzmiał nieźle - choć teraz po zakończonej lekturze odnoszę wrażenie, że autor tego opisu nie przeczytał tej książki...

Poznajemy dwóch zupełnie różnych chłopaków, których łączy jedna rzecz - ogromne serce, ogromna miłość do muzyki. Jeden pochodzi z biednej rodziny - Seth, drugi jest dziedzicem fortuny - Carter, ale obaj są dość wyalienowani i najlepiej czują się w towarzystwie dźwięków. 
Seth chodzi ulicami w słuchawkach i nagrywa wszystko w okół, potem to skrzętnie przesłuchuje i wyłapuje to, czego nikt inny by nie usłyszał. Carter natomiast jest kolekcjonerem płyt winylowych, szuka starych wydawnictw, pojedynczych sztuk, które kupuje za horrendalne kwoty. Kłócą się, godzą i tak w kółko. Udaje im się jednak założyć wspólnie studio i odnoszą ogromny sukces. Produkują utwory z duszą, które brzmią jak z dawnych lat, kiedy dźwięk nie był zupełnie czysty. 

Na jednym ze swoich spacerów Seth nagrywa śpiewającego mężczyznę, jego głos jest tak niesamowity, że obaj czują się jakby ich zahipnotyzował. Seth wie wszystko, co się działo, gdy nagrywał jak mężczyzna śpiewa, ale nie potrafi sobie przypomnieć jak wyglądał. Trafia na jego głos jeszcze parę razy i przy każdym takim spotkaniu mężczyzna wygląda inaczej i za nic w świecie chłopak nie potrafi go dokładnie opisać.
Raz udaje mu się nagrać też gitarę i kiedy odsłuchują nagranie w studio łączą tajemniczy głos z dźwiękiem gitary i tworzą utwór. Carter bez wiedzy Setha fałszuje do utworu etykietę - na której jest napisane, że autorem jest Charlie Shaw i umieszcza piosenkę w internecie.
Ludzie są zachwyceni, chcą kupić za ogromne kwoty płytę tego artysty. I wtedy zaczynają się problemy. Carter staje się ofiarą pobicia i leży w stanie śpiączki w szpitalu.
Seth odnajduje osobę, która również poszukuje Charliego Shawa - Chestera - i wraz z nim i siostrą Cartera - Leonie, ruszają śladem wyimaginowanego artysty. Podróżują przez Missisipi - co wraz z wszechobecnym bluesem tworzy niesamowity klimat. Poszukiwania trochę przypominają kryminalne śledztwo.

"Guglielmo Marconi, wynalazca radia, wierzył, że fale dźwiękowe nigdy nie cichną, że trwają, coraz słabsze i słabsze, maskowane codziennym gwarem świata. Marconi uważał, że gdyby był w stanie wynaleźć odpowiednio mocny mikrofon, mógłby słuchać dźwięków starożytności".

Pierwszy raz spotykam się z książką, w której - tyle i w tak magiczny sposób pisze się o muzyce. To nie jest książka dla każdego. To doskonała lektura dla tych co widzą, czują i słyszą znacznie więcej niż pozostali. Dla tych co wierzą, że jesteśmy nie tylko organizmem ale i energią. Świetne monologi wewnętrzne Setha, niezrozumienie otoczenia, poczucie wyobcowania i ta łatwowierność przez którą jego życie wywraca się do góry nogami.
Nie można również nie wspomnieć o niebywałym talencie pisarskim autora, lekkość pióra i opisy tonów, dźwięków w tak magiczny sposób, że nie tylko można je usłyszeć, ale i dotknąć. To wszystko otacza ciemna aura wszechobecnego rasizmu, segregacji rasowej. Atmosfera bywa ciężka,
wręcz depresyjna.  

Nie jest to książka, która "zmieniła moje życie", ale długo o niej nie zapomnę, z uwagi na tak niesamowite użycie zdań do opisania czegoś, czego nie widać. 

"To, co żyje, opiera się entropii. Posiada pewnego rodzaju granicę, błonę albo skórę, metabolizm, umiejętność reagowania na świat. I tworzenia kopii. Aby coś przekazać". 

Ode mnie 7/10. 

#57 Białe łzy - Hari Kunzru - recenzja - czy warto przeczytać?



Wydawnictwo: Wydawnictwo WAB


Data wydania: 28. lutego 2018

Liczba stron: 320

Kategoria:
literatura współczesna / angielska / obyczajowa

Tłumaczenie: Krzysztof Cieślik


Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...