Pokazywanie postów oznaczonych etykietą czy warto przeczytać. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą czy warto przeczytać. Pokaż wszystkie posty
#115 Farma Heidy - Steinunn Sigurðardóttir

#115 Farma Heidy - Steinunn Sigurðardóttir

#115 Farma Heidy - Steinunn Sigurdardóttir  - recenzja - czy warto przeczytać?

Islandia jawi się w mojej głowie jako magiczna kraina lodu i ognia. Coś jeszcze nie do końca zagarniętego przez człowieka, miejsce gdzie nadal ostatnie słowo ma przyroda. Tak po cichu marzę by kiedyś tam nie tylko pojechać, ale i zostać na stałe.
"Farma Heidy. Owce, islandzka wieś i naprawianie świata" Steinunn Sigurðardóttir mimo tego, że okazała się trochę inna niż zakładałam, to tylko to moje marzenie wzmocniła. 

Książkę zdobi okładka z wtopionym w tło tytułem jak napis Hollywood, być może jest to takie mrugnięcie okiem do bohaterki książki - Heidy Ásgeirsdottír, która ma za sobą karierę modelki. Kobieta jednak nie przywiązuje większej wagi do tego jak wygląda, woli ciężką pracę i wieczory z książka, i ukochanym psem u boku od wielkiego świata mody.
Treść została podzielona na cztery części - pory roku - wedle, których toczy się życie zarówno Heidy jak i całej Islandii. Motyw okładki pojawia się na początku każdej części, a co parę podrozdziałów pojawiają się zdjęcia bohaterki, dopasowane do stylistyki zdjęcia głównego. Znajdziemy tu też wtrącenia z wystąpień Heidy i jej limeryki, które tworzy na potęgę, jak cała zresztą jej rodzina.

"Człowiek nie ma co biadolić, jeśli nie jest mu źle. Powinien też mieć dość pokory, by być wdzięcznym, że przyszedł na świat w Islandii, wolnej od okropieństw wojen i ubóstwa. Że jest syty i szczęśliwy".

Bohaterka opowiada o swojej codzienności. Mozolnej i ciężkiej pracy, o zmaganiu się z pomysłami koncernów energetycznych, których plany prowadziłyby tylko do degradacji środowiska. Swojej drodze od nieśmiałej dziewczyny do silnej i pewnej siebie kobiety niebojącej obracać się w dość brudnym politycznym światku.
Przyjęło się, że kobieta powinna być delikatna, subtelna i cicha. Powinna zajmować się domem, gotować, prać, sprzątać i być matką. Heida jest taka jaka chce być, a nie taka  jaką chcieliby ją widzieć inni.
Pracuje na traktorze, zajmuje się owcami, potrafi je zręcznie i szybko strzyc, potrafi sprawdzić czy maciorka spodziewa się młodego. Radzi sobie z końmi, oprowadza wycieczki, naprawia dom, kiedy jest taka potrzeba, nawet z dachem sobie poradzi. W międzyczasie walczy z koncernem energetycznym i uprawia lokalną politykę.
Kiedy odważyła się wyjść przed szereg spotkała się oczywiście z ostracyzmem i to ze strony znanych jej osób, ludzie odwracali od niej wzrok, a mimo tego, że jest tak naprawdę bardzo wrażliwa, nadal robiła i robi to, co uważa za słuszne.

Książka jest napisana w taki sposób, że mamy wrażenie, że ta kobieta siedzi z nami przy stole, popija herbatkę i opowiada co ją dziś spotkało, co robiła i co wtedy myślała. Styl wypowiedzi przypomina mi gawędę.
Życie na Islandii oczami Heidy to prawdziwa harówka. Kobieta nie raz bywała wycieńczona, ale kocha swoją codzienność dyktowaną porami roku.
Miło mi się czytało opowieść kogoś, kto prowadzi potężną i prężnie działającą farmę, która z założenia nastawiona jest na zysk, a nadal znajduje miejsce i czas; na miłość i szacunek do zwierząt, które są jego źródłem utrzymania.

"Niszczenie krajobrazu jest bezprzykładną krótkowzrocznością. Nie mamy do tego prawa... Życie trwać będzie po naszej śmierci. W każdym razie mocno wierzę w to, że życie będzie trwało dalej, kiedy mnie już nie będzie, choć sama nie mam dzieci".

Kraina lodu i ognia jest nadal bardzo niebezpieczna nie tylko owiec, które odłączyły się od stada, ale i dla ludzi, którzy często umniejszają potędze natury. 
Dowiemy się jak łatwo można stracić życie przez swoją lekkomyślność i wcale nie trzeba być przyjezdnym by popełniać błędy.
Jak mieszkańcy sobie radzą w czasie kiedy ziemia jest skuta lodem, a trzeba na przykład pochować jakieś zwierzę. 
Podobało mi się również wplatanie w treść islandzkich nazw, czy staroislandzkich porzekadeł nadawało to nuty magii opisom ciężkiej codzienności.

"Katastrofy mijały i ziemia dochodziła do siebie. Elektrownie nie mijają, nie da się ich cofnąć i nic nie dochodzi do siebie. Nie starajmy się przebić starej Katli".

Zazdroszczę bohaterce tej pasji i oddania, którym darzy swoje miejsce na ziemi. Poczucia celu i pragnienia realizacji misji. Brakowało mi jedynie jakichś dłuższych opisów piękna samej przyrody tej dzikiej krainy.
Mimo to znakomicie się bawiłam i sądzę, że mogłabym się odnaleźć nawet w tak ciężkiej codzienności.
7/10.

Za swój egzemplarz dziękuję Wydawnictwu Kobiecemu.


Wydawnictwo:Wydawnictwo Kobiece
Data wydania: 30. października 2019
Liczba stron: 312
Kategoria: literatura faktu
Tłumaczenie: Jacek Godek
#114 Osada - Camilla Sten

#114 Osada - Camilla Sten

#114 Osada - Camilla Sten - recenzja - czy warto przeczytać?
Jak już kiedyś wspomniałam - bardzo ciężko jest mi odczuć niepokój podczas czytania.
"Osada" Camilli Sten to powieść mająca wszelkie przymioty dobrej powieści grozy.
Mamy górnicze miasteczko Silvertjärn, które od sześćdziesięciu lat straszy pustką i tajemnicą - wszyscy mieszkańcy zniknęli i przez lata nie udało się odkryć tego, co się tak naprawdę tam wydarzyło.

Alice - wnuczka jednej z byłych mieszkanek osady, chce rozwiązać tę zagadkę i przy okazji nakręcić dokument. To właśnie ona jest narratorem tej książki, nadmieniam, że narracja jest prowadzona w osobie pierwszej.
Jedzie tam wraz ze znajomymi, którzy mają pomóc jej przy filmie. Młodzi ludzie wjeżdżają w martwą strefę i bez żadnego kontaktu ze światem zewnętrznym, będą spacerować po tym miasteczku - widmie i odkrywać jego sekrety.
Odkryjemy jakie związki rodzinne łączą członków grupy z mieszkańcami Silvertjärn i będziemy starali się ułożyć pozyskane informacje niczym puzzle, by móc zobaczyć to, co wydarzyło się sześćdziesiąt lat temu.
Książkę rozpoczyna prolog - zapis wydarzeń jakie miały miejsce tuż po zniknięciu całej populacji osady - i już w tym miejscu autorka zaczyna budować klimat niewiadomej i stopniować napięcie. 
Zapoznajemy się z zarysem projektu jaki prowadzi główna bohaterka powieści, przypomina on coś na kształt - zbiórki pieniędzy, jakie często organizują niezależni twórcy.
Następnie książka dzieli się na dni tygodnia, w których filmowcy przebywali na terenie miasteczka, a treść jest przeplatana retrospekcjami z życia rodziny babci Alice. Pojawiają się też listy pisane przez siostrę babci dziewczyny i jej matkę. Na końcu znajdziemy epilog.
Historia miasteczka wiąże się zamknięciem kopalni i utratą zatrudnienia przez wiele osób. Ludzie stracili możliwość zarobku, było im ciężko, wielu traciło poczucie sensu. Wtedy w miasteczku zjawił się duchowny i w mieszkańcach na nowo rozkwitła nadzieja na lepsze jutro. Trochę w myśl powiedzenia "jak trwoga to do Boga".
W domach na półkach nadal stoją produkty żywnościowe, w spróchniałych budynkach, pokrytych łuszczącą się farbą odnajdziemy meble; szafy z ubraniami, czy różne zapiski. Wszystko wygląda tak jakby mieszkańcy mieli zaraz wrócić.
Autorka świetnie pokazała ludzką podatność na manipulacje w czasie kryzysu. Kiedy jesteśmy tak zrezygnowani, że chwytamy się każdej deski ratunku. Budowanie wspólnoty, wiara, chęć naprawy swojego życia i dla równowagi poszukiwanie przyczyny nieszczęścia, które kiedy w końcu nabierze realnego kształtu jest przecież możliwe do usunięcia.
Podobało mi się jak stopniowała napięcie i powoli odkrywała karty. Jak strach wśród uczestników filmowej wyprawy narastał powoli, jak z młodych i pełnych kreatywnego spojrzenia na życie ludzi, przeistaczali się zaszczute jednostki i nie potrafili odróżnić tego, co jest rzeczywiste, a co tylko się im wydaje.
Niezwykle łatwo tracili zaufanie do siebie nawzajem. Na światło dzienne wychodziły stare urazy, niedopowiedzenia.
Camilla Sten świetnie stworzyła duszny, klaustrofobiczny klimat, który zdaje się otaczać ekipę jak mgła i powoli dusić. Dźwięki, które słyszą z krótkofalówek, odczuwanie, że są przez kogoś obserwowani - wszystko to powoduje, że napięcie stale narasta.
Choć obie grupy przebywające na terenie osady dzieli sześćdziesiąt lat, to tak naprawdę postępują one w jednakowy sposób. 
W "Osadzie" nie znajdziemy nadprzyrodzonych mocy, i nienazwanego zła.
To wycinek historii o ludzkości. O tym, co w nas samych jest od zawsze i jak niewiele trzeba, by rozrosło się do ogromnych rozmiarów i zrobiło z nas armię kukieł - zdolną do niesienia śmierci i zniszczenia, niezależnie od tego kim byliśmy wcześniej.
Upadek człowieka jako jednostki, degeneracja moralności i zło rozrastające się jak rak. 
Forma przedstawienia tej opowieści przypomina mi modne swego czasu filmy kręcone "z ręki", stajemy się uczestnikami wydarzeń. Autorka często wspomina media społecznościowe i zwykłą codzienność przez co można odnieść wrażenie realności fabuły.
Choć nie odczułam niestety żadnej grozy, czy strachu, to uważam, że to naprawdę dobra pozycja, która skrywa w swojej treści dużo więcej, niż się na początku wydaje. Nie powinna być raczej kwalifikowana jako horror, dla mnie to bardziej thriller psychologiczny. Co wrażliwsi być może odczują jakieś mrowienie, czy nawet zalążek strachu. Myślę, że przypadnie do gustu czytelnikom lubującym się w rozkładaniu naszej - często zwierzęcej natury, na czynniki pierwsze.  
7/10.

Za swój egzemplarz dziękuję wydawnictwu Zysk i S-ka.

Wydawnictwo: Zysk i S-ka
Data wydania: 15. października 2019
Liczba stron: 400

Kategoria: horror
Tłumaczenie: Maciej Muszalski

#112 Tess Gerritsen - Kształt nocy

#112 Tess Gerritsen - Kształt nocy

#112 Tess Gerritsen - Kształt nocy - recenzja - czy warto przeczytać?
Tess Gerritsen jest z zawodu lekarzem internistą, pisze thrillery medyczne i romanse kryminalne. Słyszałam o jej książkach naprawdę wiele dobrego, więc kiedy zobaczyłam, że nakładem Wydawnictwa Albatros ukaże się jej najnowsza powieść, wiedziałam, że tym razem nie odpuszczę i sprawdzę jak pisze ta sławna pisarka.

Ava Collette główna bohaterka "Kształtu nocy" jest pisarką i właśnie pracuje nad książką kucharską. Wynajmuje dom na wybrzeżu nazywany Strażnicą Brodiego, mieszczący się na kompletnym odludziu. Ava potrzebuje odpocząć od ludzkiego towarzystwa, ponieważ zmaga się z jakąś traumą, która zdominowała jej myśli. To z jej powodu nie stroni od alkoholu.
Zamieszkuje w domu, który nadal jest w remoncie, razem ze swoim kotem rasy Maine Coon (irytowała mnie ta spolszczona nazwa) - Hannibalem i nocami wsłuchuje się w mysie harce.
Z każdą kolejnym dniem, przekonuje się, że nie jest sama w tym starym domu i coraz silniej odczuwa czyjąś obecność. Kiedy poznaje przeszłość budynku, losy kapitana, do któregoś należał oraz historie wszystkich poprzednich lokatorek, jej niepokój narasta, ale narasta również jej ciekawość.
Nawiązuje dziwną relację z postacią, która ją nawiedza.
Pojawia się też wątek kryminalny związany z poprzednimi lokatorkami i ich tajemniczymi zgonami.
Kobieta nosząca w sobie tajemnicę, opuszczony i stary dom, będący we władaniu nie tylko wydarzeń, ale i ich cielesnych emanacji, wzburzone morze, nostalgia...
To wszystko już gdzieś było. 
Nie przeszkadzało mi to jednak w dalszym odkrywaniu powieści.
Styl Tess Gerritsen jest bardzo prosty, umożliwiający błyskawiczną lekturę, która ( w przypadku tej konkretnej książki) raczej nie skłania do głębokiej refleksji, ma to być czysta rozrywka. Z takim tez zamiarem czytałam dalej.
Jednak kiedy zrozumiałam, że akcja prowadzi wprost do uciech cielesnych z postacią nadnaturalną, z każdą kolejną stroną narastało we mnie jedynie zniesmaczenie. 

Na początku wydawało mi się, że ma to być thriller psychologiczny z obciążoną przeszłością bohaterką i nawiązaniem do stylistki powieści gotyckiej.
Jednak tylko tak mi się wydawało. 
Ava nie jest zbyt bystra, nie wyciąga oczywistych wniosków, dodatkowo otępia się alkoholem oraz poddaje fantazjom seksualnym.
Brak mi tutaj jakiejkolwiek głębszej charakterystyki psychologicznej, którejkolwiek z postaci. 
Odniosłam wrażenie, że to taki niezbyt wyszukany, choć miał chyba trochę szokować, paranormalny romans. 
Sposób postępowania bohaterów, zdobywania informacji o historii budynku, kapitana czy pomoc ze strony medium? przypominał mi masowe amerykańskie produkcje, które jak grzyby po deszczu zalewają rynek w okolicach Halloween.

Przeczytałam tę książkę, choć nie było to łatwe, bo z każdą kolejną stroną pytałam się samej siebie - po co to w ogóle robię? Tylko z poczucia obowiązku - swojego wewnętrznego uporządkowania i dążenia do kończenie tego, co zaczęłam.

Jestem trochę zła, bo liczyłam na dobrą fabułę, ciekawy temat - nawet jak z założenia był już odtwórczy, ale niestety nic z tego nie dostałam.
Gdyby nie zapewnienia innych osób, zasilających rzeszę fanów autorki, o jej naprawdę dobrych poprzednich książkach, to nie wiem czy chciałabym jeszcze kiedykolwiek coś spod jej pióra przeczytać.

Niemniej jednak uważam, że znajdzie się grono osób, którym tak podany temat nawiedzeń przypadnie do gustu i będą tą lekturą usatysfakcjonowani. 
To nie była po prostu książka dla mnie.


Za swój egzemplarz dziękuję Wydawnictwu Albatros.



Wydawnictwo: Albatros
Data wydania: 16. października 2019
Liczba stron: 352
Kategoria: kryminał/sensacja/thriller
Tłumaczenie: Jerzy Żebrowski


Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...