Pokazywanie postów oznaczonych etykietą diane setterfield. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą diane setterfield. Pokaż wszystkie posty
Trzynasta opowieść - Diane Setterfield

Trzynasta opowieść - Diane Setterfield

        W zeszłym roku zachwycałam się powieścią „Była sobie rzeka”, która miała w sobie „prawdziwą magię”. Jej niezwykły klimat otulił mnie i przeniósł w świat Diane Setterfield na dwa dni, bo tylko tyle potrzebowałam, żeby tę książkę przeczytać. Wiedziałam, że prędzej czy później poznam i inne historie tej brytyjskiej pisarki.
Wydawnictwo Albatros wznowiło „Trzynastą opowieść”
, debiut Setterfield, w nowej szacie graficznej i w nowym tłumaczeniu Magdaleny Słysz.

Trzynasta opowieść - Diane Setterfield
    Główną bohaterką „Trzynastej opowieści” jest Margaret Lea, córka antykwariusza i miłośniczka książek. Lea jest zafascynowana historiami nieżyjących już pisarzy, więc niespecjalnie ciągnie ją do współczesnych powieści. Do czasu, gdy dostaje list od tajemniczej Vidy Winter.
      Pani Winter to wielkie nazwisko w panteonie bestsellerowych pisarek. Margaret zaintrygowana zaproszeniem do napisania biografii, czyta jedną ze starszych publikacji Vidy, w której czegoś istotnego brakuje...
Zaczynają mnożyć się tajemnice, a wraz z nimi pojawia się mgła utkana z motywów znanych powieści ery wiktoriańskiej.
        Dla mnie jest tymi motywami nawet odrobinę przepełniona...
Miejscami byłam tak przesycona, że książkę odkładałam. Brakowało mi jakieś przeciwwagi, lekkości, takiego światła, które sprawiłoby, że debiutancka powieści Setterfield byłaby lżejsza w odbiorze. Trochę mniej szczegółów i wydaje mi się, że „Trzynasta opowieść” by tylko zyskała. Lubię koronkową robotę, ale misterny wzór prezentuje się najlepiej właśnie dzięki pustej przestrzeni.
        Ale nie mogę tylko narzekać :)
Historia, którą opowiada Vida Winter jest ciekawa, czuć w niej początki gawędziarskiego stylu, który tak mnie urzekł w „Była sobie rzeka”.
Margaret Lea niczym Sherlock Holmes próbuje rozwikłać zagadkę znanej i uwielbianej pisarki, a przy okazji odkrywa swoją... Ale nie tylko...
Razem z główną bohaterką błądzimy po wspomnieniach, podziwiamy wrzosowiska i sycimy oczy ruinami. Na plecach czujemy nieprzyjemne mrowienie, jakbyśmy zostali nawiedzeni przez ducha. Czas ucieka, wilk ostrzy kły, a my stale wiemy zbyt mało. Znajdziemy w tej powieści nasyconą niemal mistycyzmem więź sióstr bliźniaczek oraz nietypowy język, którym się porozumiewają.
        Mniej więcej od połowy czytałam już z pełnym zaangażowaniem i cieszyłam się nawiązaniami m. in. do powieści sióstr Brontë.
      Domyślałam się, dokąd zmierza akcja, ale i tak udało się Autorce mnie zaskoczyć.
        Piękna jest w tej powieści miłość do książek; to jak została przedstawiona.
Jak twierdzi sama Vida Winter w „Trzynastej opowieści” mamy początek, środek i zakończenie, właśnie w takiej kolejności (jak w każdej książce :)), to czytelnicy lubujący się w różnych osiach czasu, i sztuce pisania listów, powinni być zadowoleni.
      W 2013 roku światło dzienne ujrzała ekranizacja z Olivią Colman jako Margaret Lea, w której treść została rozplątana, ale w zbyt nachalny sposób i gdzieś po drodze, klimat niepokoju uleciał. Film da się obejrzeć, kadry są ładne, ale jeżeli miałabym komuś sugerować wybór... to lepszą opcją zdecydowanie jest powieść.
      „Trzynasta opowieść” to historia o miłości naznaczonej szaleństwem, o czasie, który płynie, ale nie leczy.




Wydawnictwo: Albatros
Data wydania: 10 lutego 2021
Liczba stron: 448
Kategoria: literatura piękna
Tłumaczenie: Magdalena Słysz
Była sobie rzeka - Diane Setterfield

Była sobie rzeka - Diane Setterfield



W Radcot, w Gospodzie „Pod Łabędziem”, nieopodal Tamizy, ludzie spotykają się by coś zjeść i wypić, a czas umilają sobie opowiadaniem przeróżnych historii. Jedni, dopiero stawiają pierwsze kroki w gawędziarskiej działalności, inni nabyli już umiejętność przykuwania uwagi tłumów, a trzeci tylko czekają, aż ci drudzy zaczną mówić.

Ale... Ta noc jest inna. 
 

Była sobie rzeka - Diane Setterfield

 

Wieczorne spotkanie przerywa przybycie rannego mężczyzny, niosącego lalkę, która okazuje się być... martwą dziewczynką, która cudem wraca do życia...
Wici rozchodzą się po okolicy i już wkrótce do Radcot przybywają przedstawiciele trzech rodzin twierdzących, że z odnalezioną dziewczynką łączą ich więzy krwi. 


Dziewczynka milczy i wzbudza we wszystkich, którzy w jakiś sposób się z nią stykają, ciepłe uczucia. Wszyscy chcą się nią zająć, pomóc, kochać.
Czuje to mężczyzna, który ją uratował, czuje to Rita, kobieta, która niejako obudziła ją do życia, czuje to nawet chłopiec, który pierwszy jej dotknął.
Losy trzech rodzin splatają się za sprawą milczącej dziewczynki.
Każdy z bohaterów ma własną historię i każdy z nich ją opowie.


„Była sobie rzeka” Diane Setterfield przypomina swoją budową tytułowy ciek wodny. Bierze swoje źródło i poszerza swe koryto zgodnie z wpadającymi do niej dopływami - odrębnymi historiami każdego z bohaterów. Nie wszystko co nurt niesie jest czyste, ale wszystko się zmienia, tak jak płynąca woda w rzece.

Cała powieść jest osadzona w baśniowym, jednak nieprzesadzonym, klimacie.
Autorka sięga do mitów, legend, szeroko pojętego folkloru, przekazywanego ustnie. Każda z odrębnych opowieści niesie ze sobą morał. Stanowią one ułamek całości prowadzący do odkrycia tego, co się tak naprawdę wydarzyło, a przy okazji opowiadają: o naturze człowieka, o pociągu do łatwych pieniędzy, o braku umiejętności rozmowy, o nawarstwiających się problemach, które zamiast rozwiązywać, to ignorujemy, o udawaniu, kogoś kim nie jesteśmy, o szeroko pojętym zepsuciu. Okazuje się, że nie zawsze to co pamiętamy, jest faktycznie tym czym było. Ulegamy wpływom, zasłyszeniom, ubarwiamy wspomnienia, kłamiemy.

Nie da się też nie zauważyć metafory przemiany, jaką niesie ze sobą płynącą fabuła. Stopniowe odchodzenia od tego, co niemal magiczne, jak opowieści starego już bajarza, przez rolę, którą pełni Rita, kobieta trudniąca się początkami medycyny położniczej, czy Pani Constantine, błędnie postrzegana jako praktykująca spirytyzm. Nawet kiedy nauka przejmuje dominującą rolę w naszym życiu, zawsze znajdziemy coś, w co chcemy wierzyć, bo jeszcze nie potrafimy tego wytłumaczyć.

Diane Setterfield przejęła zapomnianą rolę bajarza i za pomocą ładnie połączonych zdań zabrała mnie w wędrówkę po prawdziwej rzece opowieści.
Za Jej sprawą poczułam się tak, jak wtedy, kiedy byłam jeszcze dzieckiem i opowiadano mi różne historyjki z przesłaniem. Z zabarwionej smutkiem, ciemnej, czasem mrocznej opowieści zawsze przebija się światło. Może zbyt wiele mnie one nie nauczyły, ale wtedy były czymś magicznym. Podejrzewam, że podobnie będzie i z tą książką, jednak czytałam z naprawdę dużą przyjemnością i ciekawością, która bardzo rzadko już mi się zdarza. Ten rwący nurt, przesyconej treścią, i postaciami, rzeki oderwał mnie od codzienności, która obecnie wydaje mi się jak wyjęta z fantastyki postapokaliptycznej. Dał, być może, złudzenie?, że wszystko przeminie. Może tego właśnie potrzebowałam.


Wydawnictwo Albatros stworzyło dzieło sztuki. „Była sobie rzeka” jest wydana z ogromną dbałością o szczegóły. Twarda okładka jest pokryta złoceniami, a obwoluta, z kolei, złoconymi ornamentami, co niejako koresponduje z równie „bogatą” treścią.

Mówi się, że książki, podobnie jak inni ludzie, stanowią odbicie. Odbicie tego, co już w sobie mamy... Tego jak postrzegamy rzeczywistość.
A ja, właśnie tak, mimo wypełniającego mnie cynizmu, chcę ją widzieć. 



Wydawnictwo: Albatros
Data wydania: 11 marca 2020
Liczba stron: 480
Kategoria: literatura piękna
Tłumaczenie: Izabela Matuszewska

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...