Pokazywanie postów oznaczonych etykietą indianie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą indianie. Pokaż wszystkie posty
#25 Nigdzie indziej - Tommy Orange

#25 Nigdzie indziej - Tommy Orange


#61 Nigdzie indziej - Tommy Orange - recenzja  - czy warto przeczytać?

"W byciu Indianinem nigdy nie chodziło o to, by wracać do swej ziemi.
Ta ziemia jest wszak wszędzie - lub nigdzie".

Ilu z nas kiedy myśli o Stanach Zjednoczonych Ameryki wysnuwa wizję niczym z bajki.
Kraj wielkich możliwości, wielkich nadziei i... wolności. 

Kiedy jednak zajrzymy w karty historii - to ten wyśniony świat, zatrzęsie się w posadach. 


"W 1621 roku koloniści zaprosili na ucztę Massasoita, wodza Wampanoagów, aby uczcić niedawne zawarcie umowy gruntowej. Wódz przybył na tę uroczystość z dziewięćdziesięcioma spośród swoich ludzi. To na pamiątkę tej właśnie biesiady co roku w listopadzie spożywamy wciąż wspólnie uroczysty posiłek. Świętujemy jako jeden naród. Nie była to jednak uczta dziękczynna, lecz poczęstunek mający przypieczętować umowę gruntową. Dwa lata później odbyła się kolejna tego rodzaju uczta, mająca symbolizować wieczną przyjaźń między białym i tubylcami. Tamtej nocy dwustu Indian zmarło nagłą śmiercią na skutek działania nieznanej trucizny".

Nigdy nie mogłam zrozumieć fenomenu Święta Dziękczynienia - bo jak bawić się i jeść na kanwie wspomnienia śmierci? 
Przez ponad 500 lat zniszczono prawie całą nację rdzennych mieszkańców Ameryki, ale czy to koło się zatrzymało?
Naród, który nadal trwa, po wiekach wymazywania go z historii świata, do sprowadzenia go do wizerunku kolorowej "indiańskiej głowy", naród który toczy choroba. Rana, którą trawi zakażenie, rak...


Tommy Orange napisał książkę o zwykłych niezwykłych ludziach. O ich codzienności, o życiu, które choć odbywa się pod sztandarem idei świetności dalekie jest od snu. Opisał losy dwunastu postaci na wzór jednego z projektów prowadzonych przez bohatera, tejże powieści - na wzór storytellingu. Kiedy zagłębiamy się w tekst możemy poczuć się jak podczas oglądania dokumentu, w którym zwykły człowiek, opowiada o tym, co spotkało go w całym życiu, czy też podczas spaceru po parkingu. 
To historie potomków rdzennych mieszkańców Ameryki, którzy mówiąc wprost - są Indianami - przebranymi za Indian, którzy to spotykają się na Zjazdach Plemiennych, tak naprawdę nie potrafiącymi określić po co to robią i czym dla nich takie spotkanie jest.


"Jesteśmy wspomnieniami, których sami nie pamiętamy, choć czujemy ich obecność w sobie, a które wciąż żyją w nas i każą nam śpiewać, tańczyć i modlić się właśnie tak, jak to robimy; tak jak każą nam uczucia wywoływane wspomnieniami, które niespodziewanie rozbłyskają i rozkwitają w naszym życiu niczym przesączająca się przez koc krew płynąca z rany od kuli wystrzelonej przez człowieka, strzelającego nam w plecy dla naszych włosów, dla nagrody albo po prostu po to, żeby się nas pozbyć".

Na początku podrozdziały są dłuższe, zdają się niepowiązane. Im bardziej zagłębiamy się w historię tym opowieści stają się krótsze, postaci zaczynają pasować do układanki, a wszystko dąży do Zjazdu Plemiennego na stadionie Oakland, który stanie się areną zarówno wzruszających spotkań po latach, jak krwawych wydarzeń. Mimo tego, że autor przedstawia tragizm Indianina skazanego na mieszkanie w wielkim mieście, to nie raz uśmiechniemy się pod nosem z zastosowanych metafor, a opisywane sytuacje odniesiemy  do własnego życia, bo komu z nas nie zdawało się raz czy dwa, że nie pasuje do świata,
w którym żyje?


Próbuję znaleźć odpowiednie określenie dla tej powieści, ale każde wydaje mi się zbyt małe lub niewłaściwe. Podobnie mam z oceną - może zbyt mocno trafia do mnie taka tematyka.
To ważna książka, taka którą powinniśmy przeczytać, by nie odwracać już wzroku i nie twierdzić, że to nie moja sprawa i nie moja wina. To nasza sprawa i nasza wina.
Nas wszystkich - tego jak zawiedliśmy i jak nadal zawodzimy jako... ludzie.



"Ludziom nie jest przecież potrzebne nic więcej, jak tylko krótka, banalna historyjka,
jaką mogą potem podczas kolacji opowiedzieć w domu znajomym i rodzinie, chwaląc się tym, jak to widzieli w pociągu prawdziwego rdzennego Amerykanina, co oznacza, że tacy jednak nadal istnieją".


Za swój egzemplarz dziękuję wydawnictwu Zysk i S-ka.


Wydawnictwo: Zysk i S-ka

Data wydania: 4. czerwca 2019

Liczba stron: 392


Kategoria: literatura piękna 

Tłumaczenie: Tomasz Tesznar

#5 Głód - Alma Katsu

#5 Głód - Alma Katsu

Głód - Alma Katsu - czy warto przeczytać?

"- Więc wierzysz w tę bajeczkę o potworach w lesie?
- Nie wierzę w potwory. Tylko w ludzi, którzy zachowują się jak potwory."

Lubię kiedy autor do faktów, dokłada swoje wyobrażenia - najlepiej przesiąknięte jakimiś wierzeniami, mitologią. Kiedy nie wiemy co się tak naprawdę wydarzyło możemy wyobrazić sobie niemal wszystko. Jak wiadomo nie od dziś - najbardziej fascynuje to, co mroczne i nieznane.
Po przeczytaniu opisu "Głodu" Almy Katsu wiedziałam, że to będzie coś, co lubię najbardziej. 

Książka opiera się na historii "Wyprawy Donnera" z 1846 roku, kiedy to dwie bogate rodziny - Donnerowie i Reedowie, postanowili wyruszyć do Kalifornii. Ich członkowie liczyli na nowy początek i lepsze życie. Poprzednie wyprawy docierały do punktu docelowego - z reguły w sześć miesięcy. Do "Wyprawy..." wkrótce dołączyły inne rodziny i grupa wynosiła 87 osób. George Donner jako "dowódca" zafascynowany książką "From Oregon and California in 1848" wybrał na szlak tzw. skrót Hastingsa - od nazwiska autora owej publikacji (Lansford W. Hastings). Szlak wiódł przez Wielką Kotlinę, góry Wasatch i Wielką Pustynię Słoną - według odkrywcy droga miała być krótsza i lżejsza niż ta, z której korzystano dotychczas. 
W związku  z tym, iż część wędrowców stanowiły kobiety i dzieci wybrano właśnie tę drogę.
Autor książki - Lansford W. Hastings - nie chciał zostawić rodzin samym sobie, więc zdecydował się im pomóc przebyć trasę. Miał czekać w Forcie Bridger przy rzece Blacks Fork i poprowadzić ich dalej - jednak wyruszył sam. Kiedy rodziny dotarły do punktu spotkania, gdzie dowiedziały się, że Hastings udał się na wędrówkę sam - ruszyły za nim. Lansford co ciekawe swoją pierwszą podróż przez ten skrót odbywał właśnie teraz...
Nie miał jednak ze sobą ciężkich wozów; pełnych dobytku i zapasów. Owy skrót wiódł przez pasmo Sierra Nevada, w pobliżu Oceanu Spokojnego - więc rodziny miały podróżować po zimnych, ośnieżonych i niebezpiecznych szczytach. Skrót był możliwy do przebycia jeżeli podróżowało się szybko, bez zbędnych bagaży. Od pionierów odłączył się dziennikarz Edwin Bryant i sam pokonał tę trasę - starał się powstrzymać grupę przed dalszą wędrówką - zostawiając im listy w kolejnych fortach - jednak nie dotarły one nigdy do członków tej wyprawy. W grupie narastało napięcie - droga była wyczerpująca, ciężkie wozy jej nie ułatwiały, zapasy żywności malały - frustracja powodowała konflikty - jeden z nich doprowadził do zabicia jednego z członków wyprawy przez Jamesa Reeda, którego za karę wygnano. Kiedy nadeszła zima, wyprawa powinna była już dotrzeć do celu, jednak tak się nie stało. W okolicach jeziora Truckee założono obóz. Zima była ciężka, a zapasy żywności szybko malały. 


"Jedzenie bolało. Żołądek je odrzucał i jednocześnie skręcał się z głodu. 
Zęby bolały z zimna i powoli zaczynały się psuć z niedożywienia."

Z członków wyprawy wystosowano grupę, która miała ruszyć dalej - siedemnaście osób - którą nazwano "Samotną nadzieją". Zabrali ze sobą niewiele i jak się można spodziewać wyczerpanie szybko zaczęło dawać się we znaki i po prostu padali z wyczerpania.
W tym czasie rodziny koczowały w obozie. Jeden z członków "Wyprawy..."  zasugerował, że ktoś powinien się poświęcić. Sam jednak wkrótce oszalał. Dłużej nie zwlekano. Podjęto decyzję o zjedzeniu zmarłych członków wyprawy - upatrując w tym jedynej szansy na przetrwanie. Ale... było tylko gorzej. Strzelano nawet do uciekinierów, którzy stawali się posiłkiem. Z kilku wypraw ratowniczych, które zapoczątkował wygnany James Reed - uratowano 48. osób z 87. Klęska głodu porozdzielanych grup pionierów była nieubłagana, kanibalizm miał dosięgnąć wszystkie. Mimo że wielu członków wyprawy wypierało się jakoby mieliby zjadać zmarłych, a kości odnalezione w palenisku nie zostały zidentyfikowane jako ludzkie - powstaje pytanie jakim cudem w takim razie przeżyli, skoro nie mieli żadnej żywności? Niektórzy z członków wyprawy opowiadali jak sporządzano posiłki ze zmarłych współtowarzyszy - jednak później wypierali się swoich słów.


"Straciliśmy wszelki ślad karawany Hastingsa i nerwy mieliśmy napięte jak postronki; ciągle wypatrywaliśmy czegoś, co po nich zostało, nasłuchiwaliśmy ludzkich głosów... szukaliśmy jakiekolwiek dowodu, że nie jesteśmy sami. Ale im głębiej zapuszczaliśmy się w las, tym bardziej czuliśmy się odizolowani. Paradoksalnie prześladowało mnie dziwne i bardzo silne wrażenie, że jestem obserwowany."

Tak mroczna kanwa pionierskiej wyprawy stała się podstawą do napisania "Głodu" przez Almę Katsu.
Autorka do faktów dodała mroczną fantastykę i stworzyła bardzo dobrą książkę!
Powieść czyta się znakomicie, szybko i płynnie. Alma Katsu ma bardzo lekkie pióro, maluje słowa. Oczywiście jej opowieść różni się od tej historycznej - tutaj wszechobecne zło i mrok zaczyna ogarniać członków wyprawy od momentu zaginięcia małego Nystroma, którego zmasakrowane ciało odnaleziono daleko od obozu. Znikają kolejni członkowie grupy, dochodzi do morderstwa, wszyscy choć bardzo chcą wierzyć, że ich kalifornijski sen się ziści - są na skraju obłędu. 



"To co zobaczył za zakrętem, sprawiło, że żołądek podjechał mu do gardła. Pomiędzy dwoma drzewami wisiały ludzkie szczątki: nadgarstki ciasno obwiązane sznurem, ramiona szeroko rozłożone, głowa spuszczona, ale poniżej szyi - prawie nic. Kręgosłup kończył się nagle w powietrzu, kręgi niczym paciorki naszyjnika. Kości niemal całkowicie obrane z mięsa. Na ziemi długie kości nóg, potrzaskane odłamki żeber. Ziemia pod ciałem była zryta i czarna od zakrzepłej krwi."

Przebywają na terenach Indian, boją się ich - nie wiedzą już czy to co słyszą nocami - to ludzie, czy duchy. Nie potrafią odróżnić swoich wyobrażeń od rzeczywistości. Zaczynają widzieć wrogów w samych sobie. Niektórzy mówią o klątwie. Brną coraz dalej, warunki z pustynnych wysokich temperatur zmieniają się wykańczające mrozy i śnieżyce. Jedzenia jest coraz mniej. Niektórzy wierzą, że to klątwa, inni, że jakaś nieznana choroba, a jeszcze inni, że to rdzenni mieszkańcy tych terenów. 


"- Myślę, że masz rację. Myślę, że zmarli mówią, kiedy są rozgniewani lub niespokojni. Myślę, że duchy istnieją. Myślę, że mamy powody do strachu. Może zmarli próbują cię ostrzec. - Kiwnął głową w stronę ciemności. - Coś tam na nas czeka."

Alma Katsu świetnie przestawiła umysł zwykłego człowieka, który postawiony przed nieubłaganą siłą natury i własną bezradnością zmienia się w... zwierzę? Degeneracja człowieczeństwa. Wyniszczenie fizyczne i psychiczne. Fantastyczne opisy przyrody i warunków atmosferycznych, indiańskie wierzenia, śmierć i mrok, który jest w każdym z nas stworzyły pod jej piórem opowieść niezwykłą.


Wydawnictwo: Albatros

Data wydania:19 września 2018

Liczba stron: 416


Kategoria: horror


Tłumaczenie: Danuta Górska

Historia wyprawy opisana na podstawie: Pchnięci do ostateczności

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...