Sinobrody - Kurt Vonnegut
Zacznę od wyznania: do niedawna byłam przypadkową czytelniczką.
Co mam na myśli?
Nie miało dla mnie wielkiego znaczenia to co czytam. Kupowałam książki w marketach sugerując się opisem i okładką, nie znałam wielkich pisarzy, nie omdlewałam na widok nowej książki jakiegoś autora, ale akurat to ostatnie zostało mi do dziś. Traktowałam czytanie jako odskocznię od męczących dni, zdarzeń, a walory literackie nie miały dla mnie nie tylko znaczenia, ale i nie byłam ich świadoma. Były oczywiście tytuły, które znałam ze słyszenia, bo słuch i pamięć miałam zawsze dobre. Przypadek spowodował, że trafiłam na artykuł, który sugerował, że powieści Kurta Vonneguta są przeznaczone dla mężczyzn, artykuł zresztą utrzymany był w dość seksistowskim tonie, jakoby powieści tego autora były dla kobiet zbyt trudne, do zrozumienia, rzecz jasna. A nic mnie tak we współczesności nie irytuje (choć inne słowo, niecenzuralne, ciśnie mi się na usta) jak mówienie, że płeć definiuje zdolność pojmowania, samodzielnego rozumowania i to w dodatku prawidłowego. Trudno mi nie tylko pozostać obojętną, ale i trudno się zwyczajnie nie wściec. Kiedy ciśnienie krwi się unormowało to zdecydowałam, że sprawdzę jak to z tym Vonnegutem jest. Zabrałam się do tego wchodząc poniekąd przez tylne drzwi, bo zaczęłam od „Syren z Tytana” (o których pisałam tutaj i którymi byłam zachwycona), a teraz przeczytałam „Sinobrodego”, który znacząco różni się od „Syren...”, ale im więcej dni upływa odkąd skończyłam tę książkę, tym bardziej mi się podoba.
Sinobrody to postać z baśni Charles’a Perraulta. Był bogatym kniaziem w średnim wieku, prowadził szemrane interesy. Żenił się wiele razy, a wszystkie żony znikały, jedna po drugiej, w tajemniczych okolicznościach...
Był wielokrotnym mordercą. Tak, mordował właśnie te żony, a ich ciała ukrywał w jednej w swoich komnat. Przy każdorazowym zawieraniu małżeństwa instruował nową żonę, aby nie zaglądała do rzeczonej komnaty. Żadna oczywiście nie przestrzegała zalecenia i stawała się kolejną z jego ofiar.
Z postacią Sinobrodego spotykamy się dość często, pojawia się w różnych dziełach szeroko pojętej kultury. Ostatnio słyszałam porównanie do tej postaci w serialu „Sukcesja”.
Podobno postać tego zepsutego człowieka jest wzorowana na postaci Gillesa de Raisa, francuskiego arystokraty, stronnika Joanny d’Arc (ona również jest wymieniona w „Sinobrodym” Kurta Vonneguta), który został stracony za herezję i morderstwa.
Sinobrody - Kurt Vonnegut
„Sinobrody” Kurta Vonneguta nie jest dokładnie tym, czym baśniowa postać Charles'a Perraulta, a jedynie nawiązaniem.
To fikcyjna autobiografia amerykańskiego malarza (pochodzenia ormiańskiego) Rabo Karabekiana, jednookiego weterana II wojny światowej, który w formie nieoczywistego dziennika opowiada swoje życie.
Kiedy bohater został na placu boju sam, to los skrzyżował jego życie z pewną wdową - Circe Berman, która m. in. bardzo chciała zobaczyć co takiego Rabo ukrywa w spichrzu, przeznaczonym na... kartofle.
Karabekian nie tylko przyjaźnił się z grupą malarzy zwanych ekspresjonistami abstrakcyjnymi (m. in. Jacksonem Pollockiem, Markiem Rothko), ale i był jednym z nich. Patrzymy jak na przestrzeni lat stawał się tym, kim jest.
Skradamy się do jego „pomieszczenia na kartofle” by odkryć jego największy sekret.
Vonnegut w lekki, często zabawny sposób, opowiada o życiu dorosłego już dziecka imigrantów naznaczonych wojną (ludobójstwo Ormian w czasie I wojny światowej). Wskazuje na różnice w „przeżywaniu” traumy przez rodziców Karabekiana. Oboje doświadczyli piekła i jeżeli możemy je jakoś stopniować, to matka nie tylko została nim dotkliwiej porażona, ale i wykazała się większą wolą przetrwania.
Motyw wojny i motywy feministyczne w tej powieści utkane są dość gęsto.
Ironia, satyra, groteska.
Co to wszystko: sztuka, wojna i feminizm, może mieć ze sobą wspólnego?, u Vonneguta ma.
A do tego odnosi się wrażenie, że czyta się przypowieści, które można swobodnie interpretować i dopasować do prawie każdej sytuacji na świecie, niezależnie od tego kiedy miała (lub ma) miejsce.
Dla młodego Karabekiana idolem był Dan Gregory, sztukmistrz ilustracji, który miał dar do odtwarzania rzeczywistości w sposób fotograficzny. Gregory związany był z Marilee, którą pomiatał, zresztą jak każdą kobietą:
„Oświadczył, że żadna kobieta niczego nie dokona w sztuce, nauce, polityce ani przemyśle, bo jej głównym zadaniem jest rodzenie dzieci, dodawanie mężczyznom animuszu i prowadzenie domu. Zaproponował, żebym dla sprawdzenia słuszności tej tezy spróbował wymienić dziesięć kobiet, które do czegoś doszły w jakiejkolwiek dziedzinie oprócz gospodarstwa domowego.
Dziś chyba bym umiał wymienić dziesięć takich kobiet, ale wtedy przyszła mi na myśl tylko święta Joanna d’Arc.
- Joanna d’Arc! - zawołał Gregory - Przecież to był hermafrodyta!”
Rabo pojętny uczeń i tę naukę przyjął. Korzystał z tego, co „los” mu dawał, nie myśląc nad tym dlaczego, a w czasie wojny „wyczesywał sobie dupy z grzywki”. Wyrażenie to, kiedyś powód do jakiejś formy „dumy” u Karabekiana, rozkłada na czynniki pierwsze właśnie Marilee:
„Wyobraziłam sobie, że wszędzie na swojej drodze spotykałeś kobiety gotowe zrobić wszystko w zamian za jedzenie i ochronę dla siebie, dla dzieci i dla starców, bo młodzi mężczyźni nie żyli albo byli gdzieś daleko”.
Ale Marilee na tym nie kończy:
„Wojny w ogóle nie prowadzi się tylko po to, żeby kobiety na całym świecie postawić właśnie w takiej sytuacji. Mężczyźni zawsze walczą z kobietami i tylko udają, że wojują między sobą.
- Czasem wkładają w to udawanie sporo wysiłku - zauważyłem.
- Bo wiedzą, że ci, którzy udają najlepiej, oglądają potem w gazetach swoje zdjęcia i dostają ordery”.
W „Sinobrodym” jest również wiele „naśmiewania się” z wielkiej sztuki, której wielkość wyraża się głównie w cenie. Sztuka, która im dziwniejsza, im mniej przypominająca rzeczywistość, tym bardziej wartościowa, okiem znawców i nie-znawców.
Kiedy odkrywamy co Rabo potrafi i jak to kwituje mamy niezły ubaw, ale kiedy dołożymy do tego zawartość tej jego „komnaty” to dostrzegamy powieść humanistyczną.
Każda z postaci w „Sinobrodym” ma coś do powiedzenia, każdą można rozwarstwiać i zastanawiać się dlaczego tak, a nie inaczej się zachowuje.
Zaznaczyłam wiele fragmentów, opowiastek, sytuacji, które są zaskakująco uniwersalne, jak i cała powieść.
Każdy ma swój schowek na „kartofle”. Każdy stale czegoś szuka, uwznioślenia egzystencji, sensu, powodu - mając rzeczywistość za krok ku czemuś, nie dostrzegając tego, że właśnie to, co ukrywamy jest prawdziwą wartością.
Staram się być świadomym czytelnikiem. Szukam detali, odniesień, nawiązań. Drążę. Ale kiedyś mi się nie chciało.
No bo się nam nie chce i to wielu rzeczy. Wzrok ślizga się po wierzchu, patrzymy i nie widzimy. Zdarza się, że się budzimy z letargu kiedy pada, a parasolki wtedy znaleźć nie sposób. Dobrze kiedy zmokniemy i źli na siebie w końcu zaczniemy widzieć, gorzej kiedy deszcz będzie padał, a my do niego jedynie przywykniemy.
< - A czym jest literatura, Rabo - rzekł - jeśli nie wewnątrzśrodowiskowym biuletynem, poświęconym zagadnieniom molekularnym, które nie mają najmniejszego znaczenia dla żadnych bytów we wszechświecie oprócz tych paru molekuł, dotkniętych chorobą zwaną „myśleniem”. >
Takiej choroby życzę nam wszystkim.
Liczba stron: 392


