Pokazywanie postów oznaczonych etykietą stany zjednoczone. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą stany zjednoczone. Pokaż wszystkie posty
O początkach Ameryki - Pionierzy. Ludzie, którzy zbudowali Amerykę - David McCullough

O początkach Ameryki - Pionierzy. Ludzie, którzy zbudowali Amerykę - David McCullough

Im bardziej coś jest nam odległe, niemożliwe do zobaczenia, czy to z uwagi na upływ czasu czy odległość, tym bardziej nas ciekawi.
Zdaje się, że dziś najbardziej interesuje nas kosmos, jednak zdarza się nam jeszcze na Ziemi odkryć coś, o czym nie mieliśmy do tej pory pojęcia.
Taki „niby” związek z czymś co nam, obecnie żyjącym, nieznane.

Mam tak za każdym razem kiedy czytam książkę historyczną!

Wydaje się nam, że to co było nie ma już znaczenia, żyjemy teraz, no i chcemy żyć jutro, więc co nas obchodzi to, co było?
 
O początkach Ameryki - „Pionierzy. Ludzie, którzy zbudowali Amerykę” - David McCullough

Każde życie, nawet ogólnie pojęte - zbiorowe, jest jak drzewo, które gdy było młode z jakiegoś powodu zaczęło rosnąć w jakimś kierunku.
Czynnik atmosferyczne, ukształtowanie terenu i wiele innych składowych ma wpływ na to, jak będzie wyglądało w przyszłości. Od korzeni - podstawy, przez pień, konary, gałęzie i liście.
Choć umiejscowienia korzeni nie da się zmienić, ani nie da się ich rozplątać tak, żeby nic nie uszkodzić, to można zrozumieć kierunek, w którym drzewo rośnie i sprawić, by liście były zdrowe.

Nie da się w pełni zrozumieć tego, co się dziś dzieje w Stanach Zjednoczonych, a co za tym idzie i na świecie, bez znajomości historii, bo tak to już jest, że wszystko jest systemem naczyń połączonych.
Jest jeszcze jeden powód dla którego warto historię poznawać i jest on znaczący dla wszystkich książkoholików, ale wspomnę o nim później.
 

Pionierzy. Ludzie, którzy zbudowali Amerykę - David McCullough


W zeszłym roku zaczytywałam się w publikacji „W poszukiwaniu granic Ameryki. Wyprawa Lewisa i Clarka” Stephena E. Ambros'a wydanej przez Wydawnictwo Poznańskie, którą nadal polecam, a parę dni temu skończyłam „Pionierów. Ludzi, którzy zbudowali Amerykę” Davida McCullough'a - dwukrotnego laureata Nagrody Pulitzera.
Swoją drogą Autor wspomina w „Pionierach...” Wyprawę Lewisa i Clarka.

„Pionierzy. Ludzie, którzy zbudowali Amerykę” dzielą się na trzy części, obejmujące lata 1787-1863.
3 grudnia 1787 roku pierwsi osadnicy wyruszyli „Do Ohio” trasą liczącą 1130 km, przechodzącą częściowo przez góry zachodniej Pensylwanii, pragnąc stworzyć pośrodku głuszy „nową Nową Anglię”. Powstało tam miasto Marietta.
Ta opowieść ma kilku bohaterów, ponieważ McCullough pisze o po prostu o ludziach, koncentrując się na ich poszczególnych historiach, które razem dają czytelnikowi pogląd na to, jak wyglądał sam proces osiedlania się, jakie nastroje społeczno-polityczne im towarzyszyły i co faktycznie eksploracja odległych terenów dała i czym była okupiona.
Nie zapomina zarówno o Indianach, i wydaje mi się, że zrobił to w dość obiektywny sposób, nie pominął żadnej ze stron tego medalu, jak i akcentuje podjętą wtedy próbę zniesienia niewolnictwa.

Głównym bohaterem, jak mogę tak tę postać nazwać, jest pastor Mannaseh Cutler, niejako inicjator wyprawy, człowiek zaangażowany w wojnę o niepodległości Stanów Zjednoczonych, zdecydowany zwolennik zniesienia niewolnictwa, któremu przypisuje się autorstwo stosownego zapisu w Rozporządzeniu Północno-Zachodnim, do którego uchwalenia przekonał Kongres praktycznie sam. Jego losy są jakby osią opisywanych wydarzeń. Ten człowiek, choć zapominany na lata, powraca do życia dzięki Davidowi McCollough'owi i bardzo ciekawi. Samych postaci jest znaczenie więcej, jak choćby Generał Rufus Putnam - przywódca ekspedycji, czy syn wielebnego Cutlera - sędzia Ephraim.

Autor opisuje wydarzenia historyczne, które ukształtowały Stany Zjednoczone. Znajdziemy tu zarówno opisy krwawych walk, codzienność osadników, którym zdarzały się okresy prawdziwego głodu, przez piękno zasiedlanych terenów. Książka obfituje w odniesienia, cytaty z oryginalnych pamiętników kolonizatorów. Zebrany materiał źródłowy jest ogromny. Każdego z opisywanych „ludzi, którzy zbudowali Amerykę” można dość dobrze poznać. Karczujemy z nimi lasy, przewozimy prowiant, przeprawiamy się z przez górskie tereny, czy przyrządzamy posiłki. Mi osobiście odniesienia do ówczesnej polityki bardzo pasowały, ponieważ daje to ogląd na to, jak to wygląda dziś.
Można się też trochę rozczarować kiedy się zauważy, że nic - jako ludzie - się nie zmieniliśmy. Nadal żyjemy podobnie, choć mniej chorób nas dziesiątkuje, a masło, które z takim namaszczeniem wyrabiały osadniczki można kupić, nie trzeba robić swojego, no chyba że ktoś ma ochotę. Dostęp do wiedzy, czy szkolnictwa wyższego mamy dziś zdecydowanie łatwiejszy, a jakoś tego nie doceniamy.

David McCullough jest niezwykle wręcz drobiazgowy, przyjęta przez niego forma wypowiedzi nie jest tak porywająca jak Stephena E. Ambros'a, o którym wspomniałam na początku, ale mimo to książkę czyta się lekko jak na taką szczegółowość.

Wspomnę o jakości wydania, bo nie sposób tego nie docenić. Twarda oprawa - nawiązująca estetycznie do dwóch wcześniejszych publikacji („Mayflower. Opowieść o początkach Ameryki” Nathaniela Philbricka i „Nierozłączni. Słynni syjamscy bracia i ich spotkanie z amerykańską historią”  Yunte'a Huanga), wyklejka z mapą, wiele zdjęć, rycin czy reprodukcji akwareli z tamtych czasów naprawdę umila proces czytania.

Nie jestem znawczynią historii Ameryki, ani jakąś szczególną jej entuzjastką, a mimo to fajnie było uporządkować sobie w głowie odniesienia, które spotykałam w różnych, wcześniej czytanych, przeze mnie książkach.
Fajnie było wiele rzeczy lepiej zrozumieć, skąd się w danej książce wzięły i dlaczego.
I nie mam tu tylko na myśli cyklu o Alvinie Stwórcy Orsona Scotta Carda, o którym wspominałam w mediach społecznościowych w trakcie lektury. Cykl ten jest alternatywną historią Stanów Zjednoczonych i świata, mocno osadzoną w magii i współistnienia z pięknem przyrody, w wizji człowieka, który tworzy, a nie niszczy, jednocześnie równie mocno opartą na historycznych wydarzaniach i prawdziwych postaciach.

Kiedy choć w niewielkim stopniu zna się historię to, wiele motywów w popkulturze od razu się rozpoznaje i rozumie po co są - co wnoszą w treść utworów literackich, muzycznych czy też do kinematografii, choćby to było jedynie nazwisko.
Czytanie ze zrozumieniem tego, co chciał przekazać Autor wiąże się również z umiejętnością odnajdywania pozostawionych przez niego nawiązań.

„Jeśli można by wyrugować z naszego kraju wszelką ignorancję, wówczas nastaloby prawdziwe millenium”.
*Ephraim Cutler

Czytajcie książki historyczne, zawsze warto wiedzieć.




Data wydania: 1 lipca 2020
Liczba stron: 342
Tłumaczenie: Mariusz Gądek
#126 Miedziaki - Colson Whitehead

#126 Miedziaki - Colson Whitehead

#126 Miedziaki - Colson Whitehead - recenzja - czy warto przeczytać?
Colson Whitehead to amerykański pisarz i dziennikarz. Autor sześciu powieści i dwóch książek z gatunku literatury faktu ("Miedziaki" to jego dziewiąta książka). Dwukrotnie nominowany do Nagrody Pulitzera, którą otrzymał za powieść "Kolej podziemna". Powieść ta otrzymała również: National Book Award 2016, Carnegie Medal for Fiction, Heartland Prize i została nominowana do Kirkus Prize.
Redakcje wszystkich najważniejszych gazet w Stanach Zjednoczonych okrzyknęły tę książkę najlepszą powieścią roku. Przetłumaczono ją na ponad 30 języków.
*źródło https://www.wydawnictwoalbatros.com/autorzy/colson-whitehead/ 

W swojej najnowszej powieści "Miedziaki" Wihitehead ponownie pisze o tej stronie historii Ameryki, która daleka jest do wizji kraju marzeń, przypomina raczej koszmar - pełen okrucieństwa.
"Miedziaki" są fikcją literacką, jak możemy przeczytać w Podziękowaniach, jednak inspiracją do ich napisania była sprawa Dozier School for Boys w stanie Floryda. Ośrodek z założenia był placówką "wychowawczą" jednak nie miał z nią nic wspólnego. Trafiający tam chłopcy byli bici, poniżani, molestowani, a kiedy próbowali się sprzeciwiać, stawiać opór, to przepadali bez wieści.
Tytułowe Miedziaki to wychowankowie właśnie tego ośrodka - zwanego Miedziakiem, z uwagi na nazwisko swojego patrona - Trevora Nickela.

"Nickel, pięciocentówka, nędzna jak miedziana moneta". 

Akcja toczy się w latach 60. XX wieku. Elwood Curtis - główny bohater powieści stoi u progu rozpoczęcia nauki na uniwersytecie dla kolorowych. Jednak jest w niewłaściwym miejscu i w niewłaściwym czasie - system sprawiedliwości kierowany rasistowskimi pobudkami karze go za niepopełniony czyn i staje się jednym z wychowanków cieszącego się złą sławą ośrodka. Tam podziela los wszystkich osadzonych chłopców i nawiązuje znajomość z Turnerem. 

Książkę rozpoczyna prolog, który od razu uderza czytelnika falą okropieństw, jakie odbywały się na terenie "szkoły dla chłopców". Przechodzimy przez tajny cmentarz i odkrywamy ogrom makabry jaki fundowano wychowankom - dowiadujemy się co się działo z tymi, którzy odważyli się przeciwstawić krzywdzie.
Następnie poznamy losy Elwooda, poprzez kolejne części i rozdziały prześledzimy jak trafił do Miedziaka i co go tam spotkało, by przejść do zaskakującego zakończenia powieści.

"- Ale potem byłem na wolności i ściągnęli mnie z powrotem, i wiem, że tu nie ma niczego, co by zmieniało ludzi.
Tu i tam jest tak samo, różnica tylko taka, że tutaj już nikt nie musi udawać"
.
 
Książka jest przesycona smutkiem i bólem. Krzywdą, niesprawiedliwością i opisami wielu kar cielesnych i upodlenia człowieka jakiego dopuszczano się w ośrodku, ale i poza jego murami. To nie czyny, a kolor skóry tworzyły z człowieka przestępcę. Nikt nie chciał słuchać, a wyrok był wydany już po aresztowaniu, a sama droga oficjalna przez tzw. wymiar sprawiedliwości, była jedynie formalnością.

"Teraz obrabiał w głowie nową teorię: brutalnym życiem w Miedziaku nie rządzą żadne zasady, oprócz ślepej mściwości, która nie ma nic wspólnego z konkretnymi ludźmi. Przylgnął do niego okruch z lekcji w dziesiątej klasie: machina wiecznej niedoli, napędzająca sama siebie, bez ludzkiej ingerencji. I Archimedes, jedno z pierwszych odkryć encyklopedycznych. Przemoc jest jedyną dostatecznie silną dźwignią, by wprowadzić świat w ruch".

Choć ośrodek przechodził różne kontrole, to żadna nigdy nic nie wykazała.
Elwood nie godził się na to, co tam się odbywało i stale próbował coś zrobić, mimo że był za to karany fizycznie. To jak chłopcy rozumieli pojęcie "lody" albo czym jest "biały dom" - jest po prostu straszne i nie sposób pojąć jak ktokolwiek, kiedykolwiek mógł na takie coś zezwalać.
Narracja stosowana przez Colsona Whiteheada, jest kompletnie pozbawiona emocji. To prawie reporterski zapis wydarzeń, które choć fikcyjne, mogły mieć miejsce, a niektóre były inspirowane prawdziwymi zdarzeniami. Autor korzystał z historycznych źródeł i opisów wystosowanych przez byłych wychowanków ośrodka, które możemy przeczytać na stronie internetowej, którą podaje autor - http://officialwhitehouseboys.org/. Mi jednak nie udało się tej strony otworzyć... 
Często cytuje Martina Luthera Kinga. Elwood to symbol przeciwstawianiu się dyskryminacji, jakoby kolor skóry definiował kogokolwiek jako gorszego.

Temat, który według mnie należy znać i stale zgłębiać. Mówić o nim - by przeciwdziałać jakimkolwiek podziałom ludzi z uwagi na ich pochodzenie, kolor skóry, przekonania czy wyznanie.

Jednak styl wypowiedzi, jaki stosuje autor, nie jest stylem, w którym ja jako czytelnik się odnajduję. Książka jest bardzo nierówna i w wielu momentach, mimo tego o czym opowiada, jest bardzo nużąca. I to do tego stopnia, że się zamyślałam i nie wiedziałam, w którym momencie skończyłam czytać...

Myślę, że podzieli ona czytelników. I to wcale nie na dwie grupy, a na trzy. Jedni będą nią poruszeni, drudzy - właśnie z uwagi na styl wypowiedzi autora - zmęczeni, a trzeci, kiedy przeczytają ile nagród autor otrzymał - wpiszą się w grupę entuzjastów, bo takie książki wypada czytać.

Historię - segregacji rasowej i wynikających z niej konsekwencji przemocowych, nadal będę poznawać, bo chcę wiedzieć i chcę pamiętać do czego dopuściliśmy.
Czytanie - nawet o trudnych i bolesnych tematach, powinno mimo wszystko być przyjemne, a nie stawać się obowiązkiem.
Po "Kolej podziemną" raczej nie sięgnę, poszukam autora, który o niechlubnej historii Ameryki mówi w inny, bardziej odpowiadający mi sposób.
 
#126 Miedziaki - Colson Whitehead - recenzja - czy warto przeczytać?

Za swój egzemplarz dziękuję Wydawnictwu Albatros.



Wydawnictwo: Albatros
Data wydania: 30. października 2019
Liczba stron: 288
Kategoria: literatura piękna
Tłumaczenie: Robert Sudół

#25 Nigdzie indziej - Tommy Orange

#25 Nigdzie indziej - Tommy Orange


#61 Nigdzie indziej - Tommy Orange - recenzja  - czy warto przeczytać?

"W byciu Indianinem nigdy nie chodziło o to, by wracać do swej ziemi.
Ta ziemia jest wszak wszędzie - lub nigdzie".

Ilu z nas kiedy myśli o Stanach Zjednoczonych Ameryki wysnuwa wizję niczym z bajki.
Kraj wielkich możliwości, wielkich nadziei i... wolności. 

Kiedy jednak zajrzymy w karty historii - to ten wyśniony świat, zatrzęsie się w posadach. 


"W 1621 roku koloniści zaprosili na ucztę Massasoita, wodza Wampanoagów, aby uczcić niedawne zawarcie umowy gruntowej. Wódz przybył na tę uroczystość z dziewięćdziesięcioma spośród swoich ludzi. To na pamiątkę tej właśnie biesiady co roku w listopadzie spożywamy wciąż wspólnie uroczysty posiłek. Świętujemy jako jeden naród. Nie była to jednak uczta dziękczynna, lecz poczęstunek mający przypieczętować umowę gruntową. Dwa lata później odbyła się kolejna tego rodzaju uczta, mająca symbolizować wieczną przyjaźń między białym i tubylcami. Tamtej nocy dwustu Indian zmarło nagłą śmiercią na skutek działania nieznanej trucizny".

Nigdy nie mogłam zrozumieć fenomenu Święta Dziękczynienia - bo jak bawić się i jeść na kanwie wspomnienia śmierci? 
Przez ponad 500 lat zniszczono prawie całą nację rdzennych mieszkańców Ameryki, ale czy to koło się zatrzymało?
Naród, który nadal trwa, po wiekach wymazywania go z historii świata, do sprowadzenia go do wizerunku kolorowej "indiańskiej głowy", naród który toczy choroba. Rana, którą trawi zakażenie, rak...


Tommy Orange napisał książkę o zwykłych niezwykłych ludziach. O ich codzienności, o życiu, które choć odbywa się pod sztandarem idei świetności dalekie jest od snu. Opisał losy dwunastu postaci na wzór jednego z projektów prowadzonych przez bohatera, tejże powieści - na wzór storytellingu. Kiedy zagłębiamy się w tekst możemy poczuć się jak podczas oglądania dokumentu, w którym zwykły człowiek, opowiada o tym, co spotkało go w całym życiu, czy też podczas spaceru po parkingu. 
To historie potomków rdzennych mieszkańców Ameryki, którzy mówiąc wprost - są Indianami - przebranymi za Indian, którzy to spotykają się na Zjazdach Plemiennych, tak naprawdę nie potrafiącymi określić po co to robią i czym dla nich takie spotkanie jest.


"Jesteśmy wspomnieniami, których sami nie pamiętamy, choć czujemy ich obecność w sobie, a które wciąż żyją w nas i każą nam śpiewać, tańczyć i modlić się właśnie tak, jak to robimy; tak jak każą nam uczucia wywoływane wspomnieniami, które niespodziewanie rozbłyskają i rozkwitają w naszym życiu niczym przesączająca się przez koc krew płynąca z rany od kuli wystrzelonej przez człowieka, strzelającego nam w plecy dla naszych włosów, dla nagrody albo po prostu po to, żeby się nas pozbyć".

Na początku podrozdziały są dłuższe, zdają się niepowiązane. Im bardziej zagłębiamy się w historię tym opowieści stają się krótsze, postaci zaczynają pasować do układanki, a wszystko dąży do Zjazdu Plemiennego na stadionie Oakland, który stanie się areną zarówno wzruszających spotkań po latach, jak krwawych wydarzeń. Mimo tego, że autor przedstawia tragizm Indianina skazanego na mieszkanie w wielkim mieście, to nie raz uśmiechniemy się pod nosem z zastosowanych metafor, a opisywane sytuacje odniesiemy  do własnego życia, bo komu z nas nie zdawało się raz czy dwa, że nie pasuje do świata,
w którym żyje?


Próbuję znaleźć odpowiednie określenie dla tej powieści, ale każde wydaje mi się zbyt małe lub niewłaściwe. Podobnie mam z oceną - może zbyt mocno trafia do mnie taka tematyka.
To ważna książka, taka którą powinniśmy przeczytać, by nie odwracać już wzroku i nie twierdzić, że to nie moja sprawa i nie moja wina. To nasza sprawa i nasza wina.
Nas wszystkich - tego jak zawiedliśmy i jak nadal zawodzimy jako... ludzie.



"Ludziom nie jest przecież potrzebne nic więcej, jak tylko krótka, banalna historyjka,
jaką mogą potem podczas kolacji opowiedzieć w domu znajomym i rodzinie, chwaląc się tym, jak to widzieli w pociągu prawdziwego rdzennego Amerykanina, co oznacza, że tacy jednak nadal istnieją".


Za swój egzemplarz dziękuję wydawnictwu Zysk i S-ka.


Wydawnictwo: Zysk i S-ka

Data wydania: 4. czerwca 2019

Liczba stron: 392


Kategoria: literatura piękna 

Tłumaczenie: Tomasz Tesznar

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...