Pokazywanie postów oznaczonych etykietą tamiza. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą tamiza. Pokaż wszystkie posty
Trzech panów w łódce (nie licząc psa) - Jerome K. Jerome. Cykl: Pamięć - droga do wieczności.

Trzech panów w łódce (nie licząc psa) - Jerome K. Jerome. Cykl: Pamięć - droga do wieczności.

Trzech panów w łódce (nie licząc psa) - Jerome K. Jerome. Cykl: Pamięć - droga do wieczności.

Jerome K. Jerome (1859 - 1927) to angielski pisarz i dramaturg, który w wieku 14 lat, zaraz po przeprowadzce z rodziną do Londynu, zakończył edukację. Dorastał w biedzie. Chwytał się różnych zajęć, pracował m. in. jako aktor, nauczyciel, urzędnik na kolei. W 1892 roku wraz z przyjaciółmi założył humorystyczny miesięcznik „The Idler” (Próżniak), gdzie publikowali m. in. Mark Twain i Robert Louis Stevenson. 

Choć jego pierwsza książka „On the Stage - and Off” została opublikowana w 1885 roku, to sławę zyskał dopiero dzięki „Trzem panom w łódce (nie licząc psa)” wydanej cztery lata później. Krytycy nie wyrażali się jakoś bardzo pochlebnie o jego twórczości, z uwagi na dość potoczny język, lekki styl i komizm - żart, który często był określany mianem prostackiego. Z tego co zaobserwowałam to nadal bywa tak nazywany. Jerome K. Jerome pisał o codzienności niższych klas średnich i ich językiem toteż krytyka była dość powszechna - no bo jak można pisać w taki sposób? takim językiem? A wtedy pisało się głównie dla elit.
Dzisiaj chciałoby się wierzyć, że już nie ma podziałów i każdy może sobie czytać co chce i śmiać się z czego chce. Jednak kiedy przyjrzymy się powszechnemu krytykanctwu wszystkiego czego się w jakiś sposób nie rozumie i chęci przypięcia łatki prostaka odbiorcom, to jakoś nie widzę tej „postępowej” tolerancji. 

Jerome K. Jerome 

Jerome K. Jerome - Trzech panów w łódce (nie licząc psa)


„Trzech panów w łódce (nie licząc psa)” miało być przewodnikiem turystycznym opisującym atrakcje umiejscowione wzdłuż Tamizy. Jednak chęć wprowadzenia zabawnych opowieści, mających stanowić jedynie akcent, rozrosła się i Autor odwrócił proporcje usuwając większość „poważnych” opisów. Powieść była publikowana w odcinkach na łamach „Home Chimes” (1888-1889), a następnie została wydana jako książka przez J. W. Arrowsmitha. 

Trzech panów w łódce (nie licząc psa) - Jerome K. Jerome

W tej historii fikcyjny jest jednie Montmorency, czyli pies. Pierwowzorem narratora jest sam Autor, a pozostałych dwóch bohaterów ma również swoje umocowanie w prawdziwych postaciach - George to George Wingrave (urzędnik bankowy, a później menedżer w Barclays Bank), a Harris to Carl Hentschel (właściciel drukarni, syn emigrantów z Polski).

Trzech „przepracowanych” mężczyzn widząc u siebie objawy chorób wszelakich (osłabiony pracą organizm jest narażony na infekcje) postanawia odpocząć i to dość aktywnie. Po rozważeniu wszelkich możliwych opcji, w  tym morskiej podróży, zmęczeni panowie wybierają dwutygodniową wycieczkę łodzią po Tamizie. Będziemy się z nimi przygotowywać, podróżować, zwiedzać warte poznana miejsca i zmagać się z przeciwnościami, które na mapie ich wycieczki są bardzo częste. Powieść jest upstrzona dygresjami, humorystycznymi opowiastkami, które z całą należną im „powagą” przedstawia narrator. 

Trzech panów w łódce (nie licząc psa) - Jerome K. Jerome


Znam tę powieść doskonale. Tak się lubimy, że kiedy czytałam ją w wydaniu Wydawnictwa Zysk, które widzicie na zdjęciu, to „poprawiałam” tłumaczenie, inne wryło mi się w pamięć nawet za bardzo. Czytałam ją w całości, czytam fragmentami, co jest bardzo ułatwione, z uwagi na dokładny opis tego, co poszczególny rozdział zawiera, i słuchałam doskonały audiobook, czytany przez Michała Kulę.
Mnie Jerome K. Jerome bawi i to do łez większością anegdot dotyczących naszej natury. Uwielbiam się śmiać, kocham ironię, nawet tę w trybie auto. Jeżeli przez to jestem prostaczką, co wynikałoby z opinii tych, którzy żartu Jerome'a K. Jerome'a nie rozumieją i muszą go skrytykować, to całkiem mi z tym dobrze.

Trzech panów w łódce (nie licząc psa) - Jerome K. Jerome

Jerome nie sypie dowcipami, to po prostu żarty sytuacyjne. Kochamy marudzić, narzekać na wszystko co podobno dzieje się przeciwko nam - trzech panów zdaje się być ofiarami wszechświata. Lubimy wierzyć, że możemy być jak superbohaterowie, kiedy tylko zapragniemy, a kiedy przychodzi co do czego to okazuje się, że jakoś dziwnie szybko się męczymy.
I z tego, między innymi, śmieje się Jerome K. Jerome. Z naszych wyobrażeń, które w zestawieniu z codziennością znikają jak wspomnienie sennych marzeń. Chciałabym napisać, że „Trzech panów w łódce (nie licząc psa)” się zestarzało i my już tacy nie jesteśmy, a różnice społeczne, które są w niej opisywane dawno odeszły do lamusa, jednak to nie prawda. 
Czasy się zmieniają, ale nie ludzie. Nadal liczymy się... głównie ze sobą. To jest ten gorzki wydźwięk tych wszystkich żartów. Jak każdy utwór o charakterze farsy „Trzech panów w łódce (nie licząc psa)” obnaża nasze słabości - wady, które wszyscy mamy. 
Każdemu choć raz wydawało się deszcz pada tylko na niego, a kiedy coś mu nie wychodziło jak zaplanował, pomimo tego, że przecież robił to doskonale, bo posiadł tajemną wiedzę, to wszyscy inni byli winni jego porażki. Nie jest tak?
Przyjrzyjmy się opisowi „miłości” do pracy: „Lubię pracę. Praca mnie fascynuje. Potrafię godzinami siedzieć i przyglądać się jej. Uwielbiam mieć ją koło siebie. Na myśl, że mógłbym zostać jej pozbawiony, serce mi krwawi”. Nawet jak się swoją pracę kocha, to każdy ma czasem jej zwyczajnie dość.

Trzech panów w łódce (nie licząc psa) - Jerome K. Jerome

Sprzedaż „Trzech panów w łódce (nie licząc psa)” w ciągu pierwszych kilkunastu lat od wydania przekroczyła milion egzemplarzy. Książka była tłumaczona na wiele języków, a podobno w Rosji pewien mężczyzna opublikował własną książkę podszywając się pod Jerome'a K. Jerome'a i umożliwiło mu to zawodowe zajęcie się pisarstwem... To ci dopiero farsa! 
Sam Autor napisał kontynuację, jednak nie osiągnęła ona już tak spektakularnego sukcesu.

Na całe szczęście świat nie składa się jedynie z krytyków wszelakiej maści i powieść „Trzech panów w łódce (nie licząc psa)” jest nadal czytana i wznawiana. Nawet krytycy literaccy nie są już tak zatwardziali w swoim osądzie i dzieło Jerome'a K. Jerome'a było drukowane w przeróżnych seriach prezentujących klasyczną literaturę angielską. 

Każda z opisywanych przez Jerome'a K. Jerome'a sytuacji jest prawdziwa, to obraz każdego człowieka. Rozumiem, że może kogoś nie śmieszyć, jednak nie można mu odmówić doskonałego zmysłu obserwacji i talentu do wskazywania wad w gawędziarskim, lekkim stylu.

Mamy różne spojrzenie na świat i różne rzeczy, sytuacje nas śmieszą, dopóki nikogo nimi nie krzywdzimy śmiejmy się i dajmy się śmiać innym, a kiedy nie umiemy, to krytykujmy, ale w dobrym tonie, bo nie ma nic wyjątkowego i objawionego w posiadaniu własnego zdania.

Trzech panów w łódce (nie licząc psa) - Jerome K. Jerome



Wydawnictwo: ZYSK i S-ka
Data wydania: 6 października 2020
Liczba stron: 250
kategoria: literatura piękna
Tłumaczenie: Tomasz Bieroń

Była sobie rzeka - Diane Setterfield

Była sobie rzeka - Diane Setterfield



W Radcot, w Gospodzie „Pod Łabędziem”, nieopodal Tamizy, ludzie spotykają się by coś zjeść i wypić, a czas umilają sobie opowiadaniem przeróżnych historii. Jedni, dopiero stawiają pierwsze kroki w gawędziarskiej działalności, inni nabyli już umiejętność przykuwania uwagi tłumów, a trzeci tylko czekają, aż ci drudzy zaczną mówić.

Ale... Ta noc jest inna. 
 

Była sobie rzeka - Diane Setterfield

 

Wieczorne spotkanie przerywa przybycie rannego mężczyzny, niosącego lalkę, która okazuje się być... martwą dziewczynką, która cudem wraca do życia...
Wici rozchodzą się po okolicy i już wkrótce do Radcot przybywają przedstawiciele trzech rodzin twierdzących, że z odnalezioną dziewczynką łączą ich więzy krwi. 


Dziewczynka milczy i wzbudza we wszystkich, którzy w jakiś sposób się z nią stykają, ciepłe uczucia. Wszyscy chcą się nią zająć, pomóc, kochać.
Czuje to mężczyzna, który ją uratował, czuje to Rita, kobieta, która niejako obudziła ją do życia, czuje to nawet chłopiec, który pierwszy jej dotknął.
Losy trzech rodzin splatają się za sprawą milczącej dziewczynki.
Każdy z bohaterów ma własną historię i każdy z nich ją opowie.


„Była sobie rzeka” Diane Setterfield przypomina swoją budową tytułowy ciek wodny. Bierze swoje źródło i poszerza swe koryto zgodnie z wpadającymi do niej dopływami - odrębnymi historiami każdego z bohaterów. Nie wszystko co nurt niesie jest czyste, ale wszystko się zmienia, tak jak płynąca woda w rzece.

Cała powieść jest osadzona w baśniowym, jednak nieprzesadzonym, klimacie.
Autorka sięga do mitów, legend, szeroko pojętego folkloru, przekazywanego ustnie. Każda z odrębnych opowieści niesie ze sobą morał. Stanowią one ułamek całości prowadzący do odkrycia tego, co się tak naprawdę wydarzyło, a przy okazji opowiadają: o naturze człowieka, o pociągu do łatwych pieniędzy, o braku umiejętności rozmowy, o nawarstwiających się problemach, które zamiast rozwiązywać, to ignorujemy, o udawaniu, kogoś kim nie jesteśmy, o szeroko pojętym zepsuciu. Okazuje się, że nie zawsze to co pamiętamy, jest faktycznie tym czym było. Ulegamy wpływom, zasłyszeniom, ubarwiamy wspomnienia, kłamiemy.

Nie da się też nie zauważyć metafory przemiany, jaką niesie ze sobą płynącą fabuła. Stopniowe odchodzenia od tego, co niemal magiczne, jak opowieści starego już bajarza, przez rolę, którą pełni Rita, kobieta trudniąca się początkami medycyny położniczej, czy Pani Constantine, błędnie postrzegana jako praktykująca spirytyzm. Nawet kiedy nauka przejmuje dominującą rolę w naszym życiu, zawsze znajdziemy coś, w co chcemy wierzyć, bo jeszcze nie potrafimy tego wytłumaczyć.

Diane Setterfield przejęła zapomnianą rolę bajarza i za pomocą ładnie połączonych zdań zabrała mnie w wędrówkę po prawdziwej rzece opowieści.
Za Jej sprawą poczułam się tak, jak wtedy, kiedy byłam jeszcze dzieckiem i opowiadano mi różne historyjki z przesłaniem. Z zabarwionej smutkiem, ciemnej, czasem mrocznej opowieści zawsze przebija się światło. Może zbyt wiele mnie one nie nauczyły, ale wtedy były czymś magicznym. Podejrzewam, że podobnie będzie i z tą książką, jednak czytałam z naprawdę dużą przyjemnością i ciekawością, która bardzo rzadko już mi się zdarza. Ten rwący nurt, przesyconej treścią, i postaciami, rzeki oderwał mnie od codzienności, która obecnie wydaje mi się jak wyjęta z fantastyki postapokaliptycznej. Dał, być może, złudzenie?, że wszystko przeminie. Może tego właśnie potrzebowałam.


Wydawnictwo Albatros stworzyło dzieło sztuki. „Była sobie rzeka” jest wydana z ogromną dbałością o szczegóły. Twarda okładka jest pokryta złoceniami, a obwoluta, z kolei, złoconymi ornamentami, co niejako koresponduje z równie „bogatą” treścią.

Mówi się, że książki, podobnie jak inni ludzie, stanowią odbicie. Odbicie tego, co już w sobie mamy... Tego jak postrzegamy rzeczywistość.
A ja, właśnie tak, mimo wypełniającego mnie cynizmu, chcę ją widzieć. 



Wydawnictwo: Albatros
Data wydania: 11 marca 2020
Liczba stron: 480
Kategoria: literatura piękna
Tłumaczenie: Izabela Matuszewska

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...