Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wydawnictwo zysk. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wydawnictwo zysk. Pokaż wszystkie posty
Sinobrody - Kurt Vonnegut

Sinobrody - Kurt Vonnegut

Zacznę od wyznania: do niedawna byłam przypadkową czytelniczką.
Co mam na myśli?
Nie miało dla mnie wielkiego znaczenia to co czytam. Kupowałam książki w marketach sugerując się opisem i okładką, nie znałam wielkich pisarzy, nie omdlewałam na widok nowej książki jakiegoś autora, ale akurat to ostatnie zostało mi do dziś. Traktowałam czytanie jako odskocznię od męczących dni, zdarzeń, a walory literackie nie miały dla mnie nie tylko znaczenia, ale i nie byłam ich świadoma. Były oczywiście tytuły, które znałam ze słyszenia, bo słuch i pamięć miałam zawsze dobre. Przypadek spowodował, że trafiłam na artykuł, który sugerował, że powieści Kurta Vonneguta są przeznaczone dla mężczyzn, artykuł zresztą utrzymany był w dość seksistowskim tonie, jakoby powieści tego autora były dla kobiet zbyt trudne, do zrozumienia, rzecz jasna. A nic mnie tak we współczesności nie irytuje (choć inne słowo, niecenzuralne, ciśnie mi się na usta) jak mówienie, że płeć definiuje zdolność pojmowania, samodzielnego rozumowania i to w dodatku prawidłowego. Trudno mi nie tylko pozostać obojętną, ale i trudno się zwyczajnie nie wściec. Kiedy ciśnienie krwi się unormowało to zdecydowałam, że sprawdzę jak to z tym Vonnegutem jest. Zabrałam się do tego wchodząc poniekąd przez tylne drzwi, bo zaczęłam od „Syren z Tytana” (o których pisałam tutaj i którymi byłam zachwycona), a teraz przeczytałam „Sinobrodego”, który znacząco różni się od „Syren...”, ale im więcej dni upływa odkąd skończyłam tę książkę, tym bardziej mi się podoba.

Sinobrody - Kurt Vonnegut

Sinobrody to postać z baśni Charles’a Perraulta. Był bogatym kniaziem w średnim wieku, prowadził szemrane interesy. Żenił się wiele razy, a wszystkie żony znikały, jedna po drugiej, w tajemniczych okolicznościach...
Był wielokrotnym mordercą. Tak, mordował właśnie te żony, a ich ciała ukrywał w jednej w swoich komnat. Przy każdorazowym zawieraniu małżeństwa instruował nową żonę, aby nie zaglądała do rzeczonej komnaty. Żadna oczywiście nie przestrzegała zalecenia i stawała się kolejną z jego ofiar.
Z postacią Sinobrodego spotykamy się dość często, pojawia się w różnych dziełach szeroko pojętej kultury. Ostatnio słyszałam porównanie do tej postaci w serialu „Sukcesja”.
Podobno postać tego zepsutego człowieka jest wzorowana na postaci Gillesa de Raisa, francuskiego arystokraty, stronnika Joanny d’Arc (ona również jest wymieniona w „Sinobrodym” Kurta Vonneguta), który został stracony za herezję i morderstwa.

Sinobrody - Kurt Vonnegut

„Sinobrody” Kurta Vonneguta nie jest dokładnie tym, czym baśniowa postać Charles'a Perraulta, a jedynie nawiązaniem.
To fikcyjna autobiografia amerykańskiego malarza (pochodzenia ormiańskiego) Rabo Karabekiana, jednookiego weterana II wojny światowej, który w formie nieoczywistego dziennika opowiada swoje życie.
Kiedy bohater został na placu boju sam, to los skrzyżował jego życie z pewną wdową - Circe Berman, która m. in. bardzo chciała zobaczyć co takiego Rabo ukrywa w spichrzu, przeznaczonym na... kartofle.

Karabekian nie tylko przyjaźnił się z grupą malarzy zwanych ekspresjonistami abstrakcyjnymi (m. in. Jacksonem Pollockiem, Markiem Rothko), ale i był jednym z nich. Patrzymy jak na przestrzeni lat stawał się tym, kim jest.
Skradamy się do jego „pomieszczenia na kartofle” by odkryć jego największy sekret.

Sinobrody - Kurt Vonnegut

Vonnegut w lekki, często zabawny sposób, opowiada o życiu dorosłego już dziecka imigrantów naznaczonych wojną (ludobójstwo Ormian w czasie I wojny światowej). Wskazuje na różnice w „przeżywaniu” traumy przez rodziców Karabekiana. Oboje doświadczyli piekła i jeżeli możemy je jakoś stopniować, to matka nie tylko została nim dotkliwiej porażona, ale i wykazała się większą wolą przetrwania.

Motyw wojny i motywy feministyczne w tej powieści utkane są dość gęsto.

Ironia, satyra, groteska.
Co to wszystko: sztuka, wojna i feminizm, może mieć ze sobą wspólnego?, u Vonneguta ma.

A do tego odnosi się wrażenie, że czyta się przypowieści, które można swobodnie interpretować i dopasować do prawie każdej sytuacji na świecie, niezależnie od tego kiedy miała (lub ma) miejsce.

Dla młodego Karabekiana idolem był Dan Gregory, sztukmistrz ilustracji, który miał dar do odtwarzania rzeczywistości w sposób fotograficzny. Gregory związany był z Marilee, którą pomiatał, zresztą jak każdą kobietą:

„Oświadczył, że żadna kobieta niczego nie dokona w sztuce, nauce, polityce ani przemyśle, bo jej głównym zadaniem jest rodzenie dzieci, dodawanie mężczyznom animuszu i prowadzenie domu. Zaproponował, żebym dla sprawdzenia słuszności tej tezy spróbował wymienić dziesięć kobiet, które do czegoś doszły w jakiejkolwiek dziedzinie oprócz gospodarstwa domowego.
    Dziś chyba bym umiał wymienić dziesięć takich kobiet, ale wtedy przyszła mi na myśl tylko święta Joanna d’Arc.
    - Joanna d’Arc! - zawołał Gregory - Przecież to był hermafrodyta!”

Rabo pojętny uczeń i tę naukę przyjął. Korzystał z tego, co „los” mu dawał, nie myśląc nad tym dlaczego, a w czasie wojny „wyczesywał sobie dupy z grzywki”. Wyrażenie to, kiedyś powód do jakiejś formy „dumy” u Karabekiana, rozkłada na czynniki pierwsze właśnie Marilee:

„Wyobraziłam sobie, że wszędzie na swojej drodze spotykałeś kobiety gotowe zrobić wszystko w zamian za jedzenie i ochronę dla siebie, dla dzieci i dla starców, bo młodzi mężczyźni nie żyli albo byli gdzieś daleko”.

Ale Marilee na tym nie kończy:

„Wojny w ogóle nie prowadzi się tylko po to, żeby kobiety na całym świecie postawić właśnie w takiej sytuacji. Mężczyźni zawsze walczą z kobietami i tylko udają, że wojują między sobą.
-  Czasem wkładają w to udawanie sporo wysiłku - zauważyłem.
- Bo wiedzą, że ci, którzy udają najlepiej, oglądają potem w gazetach swoje zdjęcia i dostają ordery”.


W „Sinobrodym” jest również wiele „naśmiewania się” z wielkiej sztuki, której wielkość wyraża się głównie w cenie. Sztuka, która im dziwniejsza, im mniej przypominająca rzeczywistość, tym bardziej wartościowa, okiem znawców i nie-znawców.
Kiedy odkrywamy co Rabo potrafi i jak to kwituje mamy niezły ubaw, ale kiedy dołożymy do tego zawartość tej jego „komnaty” to dostrzegamy powieść humanistyczną.

Każda z postaci w „Sinobrodym” ma coś do powiedzenia, każdą można rozwarstwiać i zastanawiać się dlaczego tak, a nie inaczej się zachowuje.

Zaznaczyłam wiele fragmentów, opowiastek, sytuacji, które są zaskakująco uniwersalne, jak i cała powieść.

Każdy ma swój schowek na „kartofle”. Każdy stale czegoś szuka, uwznioślenia egzystencji, sensu, powodu - mając rzeczywistość za krok ku czemuś, nie dostrzegając tego, że właśnie to, co ukrywamy jest prawdziwą wartością.

Staram się być świadomym czytelnikiem. Szukam detali, odniesień, nawiązań. Drążę. Ale kiedyś mi się nie chciało.
No bo się nam nie chce i to wielu rzeczy. Wzrok ślizga się po wierzchu, patrzymy i nie widzimy. Zdarza się, że się budzimy z letargu kiedy pada, a parasolki wtedy znaleźć nie sposób. Dobrze kiedy zmokniemy i źli na siebie w końcu zaczniemy widzieć, gorzej kiedy deszcz będzie padał, a my do niego jedynie przywykniemy.

< - A czym jest literatura, Rabo - rzekł - jeśli nie wewnątrzśrodowiskowym biuletynem, poświęconym zagadnieniom molekularnym, które nie mają najmniejszego znaczenia dla żadnych bytów we wszechświecie oprócz tych paru molekuł, dotkniętych chorobą zwaną „myśleniem”. >

Takiej choroby życzę nam wszystkim.

Wydawnictwo: ZYSK i S-ka
Data wydania: 13 października 2020
Liczba stron: 392
kategoria: literatura piękna
Tłumaczenie: Michał Kłobukowski


#164 Porozmawiajmy z.... Katarzyną Kowalewską - Autorką "Pudełka z pamiątkami"

#164 Porozmawiajmy z.... Katarzyną Kowalewską - Autorką "Pudełka z pamiątkami"


Już we wtorek - 10 marca 2020 roku - do księgarń trafi "Pudełko z pamiątkami", które objęłam patronatem medialnymi,
i o którym pisałam w poprzednim poście - TUTAJ.
W przededniu premiery udało mi się zadać Katarzynie Kowalewskiej kilka pytań!

fot. Kuba Machnikowski 

Katarzyna Kowalewska to wielbicielka książek, która potrafi czytać, idąc chodnikiem i się przy tym nie przewrócić. Mieszka w Grodzisku Mazowieckim z mężem i dwoma psami, z których jeden bez przerwy wyleguje się w słońcu, a drugi bez przerwy psoci. Kocha lato, morze, swój pisarski pokój, wesołego punk rocka oraz grę w badmintona. Uczestniczka warsztatów literackich w ramach Międzynarodowego Festiwalu Opowiadania (2015, 2018), Międzynarodowego Festiwalu Kryminału (2018) oraz Festiwalu Góry Literatury (2018). Zaczynała jako felietonistka dla portalu sportowego. Zadebiutowała powieścią łotrzykowską „Pijany skryba”. Jej opowiadania ukazały się w antologiach: „Autostop(y). Dziesięć opowiadań o wolności”, „Obiecaj”, „Bierz mnie”, „Memento” oraz „Czytanie ziemi”. 
"Pudełko z pamiątkami" to jej pierwsza powieść obyczajowa. 



Pod_lasem czytane: Zacznę od tego, od czego zwykle się zaczyna - czyli od początku… :) 

Katarzyna Kowalewska: Fantastycznie! Lubię to. 

Pod_lasem czytane: Urodziłaś się z długopisem w dłoni? Od dziecka wiedziałaś, że chcesz pisać? Z wypracowań na lekcjach języka polskiego zawsze miałaś najwyższą ocenę? 

Katarzyna Kowalewska: No co Ty! Przyznaję się jedynie do tego, że urodziłam się z książką w dłoni. A panie z Biblioteki Garnizonowej w mojej rodzinnej miejscowości zrobiły ze mnie książkoholika.
Pisanie? Scenariusze do dziecięcych teatrzyków to dziecinada, a pamiętniki to głównie gorzkie żale na rodziców. Chyba pierwszy kurs kreatywnego pisania zasiał we mnie ziarno pisarzyny. Zresztą na tych zajęciach napisałam pierwszy rozdział mojej pierwszej powieści. Poważnie!
A lekcje polskiego? Kochana, ja prawie w ogóle nie czytałam lektur. Na szczęście Pani Profesor zawsze na początku je streszczała, więc nie musiałam obawiać się zdemaskowania. Na maturze... Do diabła, to będzie poważny coming out! Polski to jedyny przedmiot, z którego dostałam czwórkę. 

Pod_lasem czytane: Debiutowałaś sześć lat temu powieścią łotrzykowską "Pijany skryba", w której głównym bohaterem jest mężczyzna... 10 marca tego roku ukaże się Twój debiut obyczajowy, w którym bohaterkami są w głównej mierze kobiety. Z perspektywy której z płci pisało Ci się łatwiej? 

Katarzyna Kowalewska: Zacznę od tego, że gdy pisałam „Pijanego skrybę”, byłam zupełnie inną osobą. Teraz nie umiałabym napisać czegoś podobnego. Maciek – główny bohater – odzwierciedlał mój ówczesny temperament. Od tamtego czasu trochę się uspokoiłam. ;) Wcześniej czułam, że pisząc z perspektywy kobiety, robię się nienaturalnie ckliwa. Jakby bliżej było mi mentalnie do płci męskiej, mój kobiecy głos brzmiał fałszywie. Pisząc „Pudełko...”, stwierdziłam, że wcale nie muszę być ckliwa, żeby dobrze oddać kobiecą naturę. Mam nadzieję, że mi się to udało.

Opowiedzieć Ci dwie anegdoty na tematy „Skryby”? 

Pod_lasem czytane: No pewnie!
 Katarzyna Kowalewska: Pierwsza dotyczyła zarzutu użycia przeze mnie w tekście słowa „kardigan”. Jeden z krytyków stwierdził, że żaden mężczyzna nie potrafiłby zidentyfikować tego rodzaju odzieży. Odwróciłam się do męża i spytałam: „Wiesz, co to jest kardigan?”. A on: „Taki sweter zapinany na guziki.” Gdybyś go poznała, zrozumiałabyś, że nie jest to facet, którego konikiem jest moda. 
Druga anegdota dotyczy męskiego czytelnika. Pani w zaprzyjaźnionej bibliotece zapytała go po oddaniu książki, czy mu się podobała. Powiedział, że owszem, książka zabawna, przygodowa, super. Pani spytała więc: „A zauważył pan, że napisała ją kobieta?” Pytanie wynikało z tego, że na okładce jako nazwisko autora widnieje „K.A. Kowalewska”, co nie jest oczywistym wskazaniem płci. No i kiedy pan sobie to uświadomił, stwierdził: „Faktycznie. Zdarzały się pewne dłużyzny.” Tak że w oczach mężczyzny kobiety pisarki mają przyszytą jakąś łatkę nudziar. Tak czy siak to zabawna historia.] 

 
fot. Kuba Machnikowski 
Pod_lasem czytane: Zapytałam Marcina i powiedział, że kardigan to: sweter :) Jednak krytyk nie miał racji :)
Zanim przejdę do pytań o "Pudełko z pamiątkami" chciałabym jeszcze dowiedzieć się dlaczego "aż" lub "tylko", bo wszystko zależy od punktu widzenia, czekałaś z wydaniem kolejnej powieści? 

Katarzyna Kowalewska: Nie wiem, czy chcesz tego słuchać. Zacznę dramatyzować. 

Pod_lasem czytane: Ależ chcę! Pisałaś i wydawałaś opowiadania, to wiem, ale co w trakcie? 

Katarzyna Kowalewska: Jednak chcesz, żebym opowiedziała tę dramatyczną historię. W porządku. Na Twoją odpowiedzialność. Otóż „w trakcie”, jak to ujęłaś, oprócz kilku opowiadań na zadany temat, nie napisałam niczego, to znaczy żadnej powieści. Straciłam pisarski głos. Niestety.
Nie będę wchodzić w szczegóły, żeby nie zdemaskować osoby, która nie jest nawet świadoma tego, co się stało. W każdym razie jest cenionym krytykiem. Wyraziła się szczerze o jednym z tekstów, nad którym pracowałam i z którego byłam dumna. Ogólny wydźwięk wypowiedzi tej osoby był taki, że tekst jest o niczym. Rozumiesz? To całkowicie podkopało moją wiarę we własne umiejętności. Plik natychmiast skasowałam i bodaj przez dwa lata nie byłam w stanie napisać dłuższego tekstu, bojąc się, że nie będzie wystarczająco dobry.
Na szczęście ten czas mam za sobą. Teraz wystukuję literki, aż się iskrzy! Właśnie kończę kolejną powieść, już mam pomysł na następną i nikt mnie nie zatrzyma. ;) 

Pod_lasem czytane: W "Pudełku z pamiątkami" główną bohaterką jest Asia, z którą i ja odnajduję kilka punktów wspólnych, ale nie mogę wyzbyć się skojarzeń z Tobą! Asia jest ciepłą, niezwykle sympatyczną 32-latką, która niemal wszystko wizualizuje i ma dość zadziorne poczucie humoru. Do tego jest tłumaczką - jak Ty, która pracuje jako fotografka - Twoją pasją jest również fotografia, a jej pokój to dżungla - jak Twój pisarski pokój (który zresztą można zobaczyć na Twoim profilu na Instagramie). Dzielisz z nią i gust muzyczny, czy umiłowanie do literatury, ponieważ Aśka pięknie wszystko potrafi spuentować odpowiednim cytatem. U innych bohaterek również, widzę kilka Twoich cech, np. u Lilki umiłowanie do kolorów.
Kiedy tworzyłaś swoje bohaterki, to miałaś od razu taki zamysł? 

Katarzyna Kowalewska: Ach, jakże trudno całkowicie zdystansować się wobec swojego bohatera. No nie potrafię. Na tej zasadzie nie umiałabym napisać powieści, której głównym bohaterem byłby morderca, bo zwyczajnie nie mam morderczych skłonności. Tak więc owszem, mamy z Aśką wiele punktów stycznych. Z drugiej strony moi bohaterowie to nie wiwisekcja własnej osoby, nie piszę w ramach autoterapii i nie poruszam wątków osobistych. Sprawy osobiste zostawiam w zaciszu domowym.
Natomiast wspólne mianowniki to raczej ułatwienie, które pozwala na uzyskanie bardziej plastycznych opisów. Mówiąc konkretnie, o wiele łatwiej jest mi opisać własny pokój, niż tworzyć nowy byt. Nota bene, kostka brukowa w kolorze cafe late to moja kostka, dom Aśki znajduje się w podobnej lokalizacji. Maciek ze „Skryby” mieszkał w mojej ówczesnej kawalerce i podróżował w moje rodzinne strony tym samym autobusem PKS. Ale uspokajam: nie wszyscy moi główni bohaterowie mieszkają w jednym pokoju i jeżdżą jednym PKSem. Choć byłby to z pewnością wesoły autobus. ;) 

 

Pod_lasem czytane: Czy kiedy zaczynasz pisać to masz już w głowie zarys tego, co chcesz opowiedzieć, czy może najpierw tworzysz bohaterów?
A jak było w przypadku "Pudełka z pamiątkami"? 

Katarzyna Kowalewska: Mam swoją metodę. Jest to średnia wyciągnięta z cennych porad pisarskich i polega na tym: daję sobie trzy dni na obracanie pomysłu w głowie i wypisywanie go na kartkach. W trakcie owej burzy mózgu zdarza mi się tak udoskonalić wizję, że kompletnie się różni od pierwotnego zamysłu. Notuję początek, to znaczy, w jaki moment akcji chcę wrzucić bohatera, i koniec, czyli w jakim punkcie bohater ma się znaleźć po przejściu przemiany, taki azymut. Wypisuję również trzy, cztery punkty zwrotne i ustawiam je w kolejności od najmniej poważnego, do najbardziej dramatycznego. Teraz wystarczy wypełnić wszystko tekstem. ;)
Opracowuję jeszcze coś na kształt CV ważniejszych bohaterów. Kiedy, gdzie się urodzili, członkowie rodziny, szkoły, zainteresowania, wygląd, cechy charakteru. To bardzo pomaga w trakcie pisania. Nawet jeśli nie zamieszczę konkretnej informacji w tekście, zawsze mam podstawę do zastanowienia, czy np. osoba, która studiowała psychologię, zachowałaby się w taki a nie inny sposób. Niestety mam też słabą pamięć do szczegółów i często muszę sprawdzać np. jak ma na imię siostra bohaterki albo jaki kolor oczu ma jej ukochany. Poważnie. Wiem, że to nie najlepiej o mnie świadczy, ale taka jest prawda.
I to by było na tyle. Oczywiście moje notatki nie nadają się do publicznego odtwarzania, gdyż wypracowanie dziesięciolatka brzmi bardziej literacko. Ale tyle mi wystarcza. Kiedyś, w ramach eksperymentu, obmyśliłam sobie powieść scena po scenie, na tablicy korkowej, zaznaczając kolorami, i tak mnie ta czynność znudziła, że nigdy tej powieści nie napisałam. Tak że jak widzisz, nie jestem typiarą, która wszystko szczegółowo planuje. 

Pod_lasem czytane: Jesteś niezwykle interesującą kobietą. Masz szereg zainteresowań, od sportu przez fotografię i sztukę pisania, języki obce, kochasz muzykę i zwierzęta, czy to wszystko pomaga Ci w tworzeniu opowieści? I jeszcze jedno: czy zawsze masz przy sobie notes, w którym zapisujesz to, co może Ci się przydać w kolejnej historii? 

Katarzyna Kowalewska: Dziękuję, choć uważam, że każdy człowiek jest interesujący, tylko niektórzy po prostu mają większe gadane. ;)
Różne zainteresowania na pewno pomagają, choć lubię się żalić, że nie mam żadnego konkretnego, ciekawego fachu, który mogłabym wykorzystać w książce. Nie jestem archeologiem, psychiatrą ani policjantką. Miałabym osadzić akcję w urzędzie? Chyba żart! Czytelnicy poumieraliby z nudów.
Jeśli chodzi o notes, oczywiście mam coś takiego i zawsze jest to Moleskine. Wiem – luksusowy fetysz, ale na żadnych innych kartkach nie pisze się tak wygodnie ołówkiem automatycznym. A jestem też ołówkowo-automatyczną fetyszystką. Ostatnio jednak spisuję wszystko w komórce. Nie, nie zrobiłam się ultranowoczesna. Po prostu kupiłam sobie świetny smartfon i lubię czasem popisać się nim w pociągu. 

Pod_lasem czytane: Może to niedyskretne pytanie, ale czy "Pudełko z pamiątkami" wysłałaś do wielu wydawnictw? Jak to z nim było? Jeżeli oczywiście nie jest to tajemnicą. 

Katarzyna Kowalewska: Już opowiadam. Ach, jak ja lubię Twoje pytania! Mówiłam Ci? Są genialne, niesztampowe. Będę Cię wszystkim polecać jako wywiadowczynię. ;)
Ale do rzeczy. Otóż w tym przypadku też miałam metodę. Najpierw odwiedziłam kilka popularnych księgarń. Zatrzymywałam się przed regałami z literaturą obyczajową i
wypisywałam nazwy wydawnictw, których książek najwięcej stało na półkach. Szczerze, naprawdę chciałabym kiedyś pisać zawodowo, a żeby to robić, czytelnicy muszą o mnie wiedzieć. Nie dowiedzą się inaczej, niż widząc moje książki na półkach.
Wracając to meritum, zrobiłam listę A, czyli najlepszych z najlepszych, i awaryjną listę B wydawnictw, do których miałam wysłać powieść, gdyby nie odezwał się nikt z listy A. Tych najlepszych było bodaj osiem i do nich rozesłałam rękopis. Po dwóch miesiącach braku odpowiedzi, pamiętam, że to był piątek, napisałam maila z delikatnym przypomnieniem. W poniedziałek czekała na mnie wiadomość życia od wydawnictwa Zysk i S-ka. Nie muszę mówić jaka. ;) 

Pod_lasem czytane: Nie będę pytała o ulubione gatunki literackie, ale zapytam o ulubionych pisarzy. Kto inspiruje Kasię Kowalewską? 

Katarzyna Kowalewska: Jest wielu takich pisarzy. Nie chciałabym mówić, że mnie inspirują, bo to by oznaczało, że w jakiś sposób wybrzmiewają w moich powieściach, a to byłoby zbyt daleko posunięte stwierdzenie. Nie śmiem się porównywać do takich osobistości. Alice Murno – czarodziejka słów, która pozwala podglądać zwykłe życie przez okno kuchenne. Etgar Keret – mistrz zaskakującej pointy. Stephen King – ten facet pisze takie thrillery, że nawet jeśli przez całą powieść bohater tylko idzie, to czapki z głów, droga Pani. Liz Gilbert – po prostu kocham jej umysł. Elif Shafak i Chimamanda Ngozi Adichie – szacunek za to, jak postrzegają kobiety. Lubię też humor i lekkość pióra Nicka Hornby’ego oraz polskich autorek Aleksandry Tyl i Asi Tekieli. 

Pod_lasem czytane: Wybacz mi to może niezbyt wyszukane pytanie, ale: po co piszesz?

Katarzyna Kowalewska: Bo jest to dla mnie świetny sposób na spędzanie wolnego czasu. Bo chcę się tym zajmować zawodowo – takie moje utopijne marzenie. Bo lubię czasem pobyć sama ze sobą, bez towarzystwa innych ludzi. A ile można czytać. ;) 

Pod_lasem czytane: Stresujesz się nadchodzącą premierą? Czy może jesteś przekonana o jej sukcesie, tak jak ja? 

Katarzyna Kowalewska: Stresuję się to może za dużo powiedziane. Czuję dreszczyk podniecenia. Jestem ciekawa, jak to wyjdzie, zwłaszcza że zaczęłam współpracę z dużym wydawnictwem. I absolutnie nie jestem przekonana o sukcesie, nawet jakby mi ktoś codziennie to powtarzał. Po prostu taka jestem. No nie przetłumaczysz.
To już ostatnie pytanie? Jaka szkoda! Ja się dopiero rozkręciłam. Dziękuję pięknie za rozmowę. Było mi bardzo miło i mam ogromną nadzieję, że Cię nie zanudziłam. Pozdrawiam wszystkich moich czytelników, życzę przyjemnej lektury „Pudełka...” i uprzedzam uczciwie: zwrotów nie przyjmujemy. ;) 

Kasiu, bardzo dziękuję Ci za tę krótką rozmowę! Życzę Ci niekończącego się natchnienia i samych bestsellerów :)


"Pudełko z pamiątkami" ukaże się nakładem Wydawnictwa Zysk i S-ka
10 marca 2020 roku.  
Tego dnia planuję ogłoszenie konkursu na moim profilu na instagramie (@pod_lasem_czytane), gdzie będą do wygrania trzy egzemplarze tej powieści!
Zapraszam!



#163 Pudełko z pamiątkami - Katarzyna Kowalewska - opinia przedpremierowa - PATRONAT MEDIALNY

#163 Pudełko z pamiątkami - Katarzyna Kowalewska - opinia przedpremierowa - PATRONAT MEDIALNY


"Pudełko z pamiątkami" Katarzyny Kowalewskiej to ciepła opowieść o trudach codzienności; o prawdziwej kobiecej przyjaźni, z subtelnym wątkiem romantycznym, okraszona kilkoma kroplami smutku i obficie podlana zadziornym poczuciem humoru. 

Główną bohaterką powieści jest Asia Maciejska, trzydziestodwuletnia tłumaczka, która oddaje się wolnemu zawodowi fotografki. Tworzy ze swoimi przyjaciółkami Lilką i Wiktorią trio, które wyznaje zasadę zupełnie jak z powieści Aleksandra Dumasa: "Jeden za wszystkich, wszyscy za jednego!"
Ale jak to w życiu bywa nic doskonałe nie jest! Czasem wystarczy coś przemilczeć, oczywiście mając czyjeś dobro w zamyśle, i zaczynają się kłopoty.
Lilka właśnie wychodzi za mąż, Wiktoria jest organizatorką wesela - zajmuje się tym zawodowo, a Asia, oprócz roli druhny, wypełnia również rolę fotografa.
Wszystko zapowiada się pięknie, w końcu ślub, miłość, romantyzm, ale... przyjaciółki niekoniecznie popierają wybór Lilki. Wspierają ją jednak, jak tylko kobiety potrafią.
Traf chce, że czujne oko aparatu rejestruje pewien szczegół, który niczym ruch skrzydeł motyla uruchamia prawdziwe tsunami zdarzeń.
Dodatkowo Asia, nie zna prawdy dotyczącej jej rodziców, a babcia Maryla, która mogłaby udzielić jej wyczerpującej odpowiedzi - milczy jak zaklęta. Kiedy bohaterka zbiera się na odwagę i próbuje nakłonić babcię do zwierzeń, to dla obu nie kończy się to dobrze. Jedna trafia do szpitala, a druga musi poruszać się o kuli.
Panna Maciejska nawet spowolniona, z powodu nabytej kontuzji, nie poddaje się w odkrywaniu prawdy - zarówno tej dotyczącej jej rodziców, jak i tej zapisanej przez aparat. Po drodze zmieni życie kilku nowo poznanych ludzi i stanie się doradcą w sprawach związanych z dorastaniem.


"Fotografowanie ślubów, komunii czy chrzcin pozwala mi pozostawać w cieniu. Ludzie są tak zaaferowani przeżywaniem rodzinnych radości, że nie zwracają na mnie uwagi. Traktują jak burego kota, który chodzi własnymi ścieżkami i do nikogo się nie łasi. A to schowa się za doniczką, to znów przyczai w półotwartych drzwiach. Niewidzialny. Wyizolowany. Bezszelestny".

Rzadko zdarza mi się znaleźć w fikcyjnej postaci tak wiele punktów wspólnych jak w przypadku Asi. Mamy podobne zamiłowanie do fotografii, i podobnie się ono rozpoczęło, współdzielimy gust muzyczny, lubimy czarne ubrania i gadżety, podkreślające zadziorny charakter. Nie lubimy nadmiernego okazywania uczuć i zbyt szybkiego skracania dystansu. Pomagamy, ale nie przepadamy za podziękowaniami, bo nas peszą. Kochamy wszystko wizualizować i zawsze znajdziemy odpowiedni cytat.
Choć przez większość fabuły jest zabawnie, z powodu kłopotów, w które Aśka co chwilę wpada i jej kwiecistych porównań, to Katarzyna Kowalewska porusza wiele trudnych tematów.
Podkreśla rolę dzieciństwa w życiu dorosłego człowieka, jak przemilczenia, które choć w gruncie rzeczy miały nas uchronić przed smutkiem, to go tylko powodują.
Człowiek zawsze dąży do poznania, a jak poznać siebie, kiedy się nie wie skąd się pochodzi?
Dostrzega jak nieodpowiednie zachowania dorosłych mają wpływ na kształtowanie psychiki nastolatki.
Jak jedna nieuczciwość rodzi kolejną.
Wytyka nam ocenianie po pozorach i przez pryzmat własnych doświadczeń, które nie zawsze są dobre, a przecież lubimy generalizować.
Porusza nawet problem nierównego traktowania rodzeństwa.
Dostaje się też trochę służbie zdrowia, ale oczywiście z odpowiednią dawką humoru.


A co z mężczyznami? Oczywiście są! Miłośniczki skrupulatnych opisów, służących do wiernego wyobrażenia sobie męskich bohaterów, na pewno nie będą zawiedzione!  

Podczas czytania miałam uśmiech "przyklejony" do twarzy, nawet zakończenie, które mnie wzruszyło, nie spowodowało, że przestałam się uśmiechać. 
To piękna historia o odkrywaniu własnych korzeni, o kobiecej przyjaźni, która choć ma czasem ciche dni, to przetrwa wszystko, kiedy jest prawdziwa.
Polecam, ale i ostrzegam! Książka Katarzyny Kowalewskiej jest jak słodka babeczka, od której się nie tyje, ale niestety równie szybko się ją kończy!


Dziękuję Katarzynie Kowalewskiej i wydawnictwu Zysk i S-ka za możliwość objęcia powieście patronatem medialnym. 
"Pudełko z pamiątkami" trafi do sprzedaży 10 marca 2020 roku.



Wydawnictwo: Zysk i S-ka
Data wydania: 10 marca 2020
Liczba stron: 320

Kategoria: literatura obyczajowa


#151 Szkodliwa medycyna - Ben Goldacre

#151 Szkodliwa medycyna - Ben Goldacre

#151 Szkodliwa medycyna - Ben Goldacre
Jakiś czas temu praktykowałam czytanie kilku książek w jednym czasie.
Musiały być one kompletnie inne i często jedną z ich była książka popularnonaukowa. Zgłębiałam wiedzę w dziedzinach żywienia, czy tych około treningowych.
Kiedy zobaczyłam, że Wydawnictwo Zysk i S-ka wydaje "Szkodliwą medycynę Bena Goldacre'a nie mogłam sobie odmówić tej lektury. 

Ben Goldacre to brytyjski lekarz, pisarz i dziennikarz naukowy, który jest głównie znany z z kolumny "Bad Science" w "The Guardian". Krytykuje różne formy pseudonauki i medycyny niekonwencjonalnej.
Oryginalny tytuł "Szkodliwej medycyny" to właśnie "Bad Science".

Przyznaję, że spodziewałam się czegoś kompletnie innego. Większego udziału samej medycyny, nawet tej niekonwencjonalnej, ale nie poddawałam się i czytałam dalej. Być może za rozdziałem trzynastym coś takiego się pojawia, być może ponieważ nie byłam w stanie tej książki przeczytać.

Zgadzam się, że Autor wiedzę posiada i prawdopodobnie chce się nią dzielić, ale kiedy robi to w tak protekcjonalnym stylu jak Ben Goldacre to niestety, ale ja tego nie kupuję. 

Kiedy czytam książkę nie chcę by Autor zwracał się do mnie jak do półgłówka, żeby nie zakładał, że jestem mniej inteligenta od niego, a niestety takie wrażenie po tych kilkunastu przeczytanych rozdziałach odniosłam. 

Pisze o dziwnych, nic wnoszących praktykach w szkołach, które mają pobudzić uczniów do koncentracji, a tak naprawdę są bezwartościowe.
Spotkamy się tu naciąganiem klienta na różnego rodzaje kuracje detoksykujące organizm.
Porusza temat oszukiwania klientów branży kosmetycznej - jakoby jakikolwiek krem mógł mieć inne właściwości niż jedynie nawilżające.
Dowiemy jak manipuluje się wynikami testów, jak dopasowuje się statystki do własnych potrzeb żeby sprzedać lek.
Jak jesteśmy podatni na wszelkie sugestie - my - bo przecież sam Autor zapewne nie jest.
Wspomina obszernie o homeopatii, że nie istnieją żadne badania, które potwierdzałyby, że ona naprawdę działa. Połykamy tylko tabletki z cukrem - efekt placebo. Ale jednocześnie ten sam Autor pisze o mocy roślin, które jak wiemy, stosuje się w homeopatii.
Obszernie rozprawia się z Gillian McKeith - amerykańską dietetyczką i osobowością telewizyjną. Dostaje się też ogólnie dietetykom.
I tak jeszcze mogłabym długo wymieniać - wiedzy w tej książce na pewno nie brakuje, choć odkrywcza również ona nie jest, a nie uważam się za przesadnie w tych dziedzinach wykształconą.

Nie brakuje też przydługich mów o tym, czego sam Autor dokonał i do jakich to dokumentów uzyskał dostęp. Superbohater.
Jednak sposób jej podania dla mnie nie jest ani pełen goryczy, ani pełen sarkazmu, a tym bardziej nie widzę tu żadnego żartu - choć do tej pory myślałam, że rozumiem brytyjskie poczucie humoru.

Mimo szczerych chęci - nie mogę zmusić się do jej przeczytania.
Zmęczyła mnie ta książka. Nie wiem ile to "zasługa" samego Autora, a ile Tłumacza - choć zakładam, że wiernie oddał to, co Goldacre chciał przekazać. 

Niedawno czytałam żartobliwe podsumowanie stopni edukacji: kiedy kończysz licencjat - myślisz, że wiesz wszystko, kiedy kończysz magistrat - myślisz, że nic nie wiesz, a kiedy kończysz doktorat - wiesz, że to inni nic nie wiedzą.
I chyba w takim tonie właśnie, jest napisana ta książka.


Nie mogę jej nikomu odradzić, ani nikomu polecić.
Ocenić też nie potrafię, bo nie dobrnęłam do końca.






Wydawnictwo: Zysk i S-ka
Data wydania: 5. listopada 2019
Liczba stron:426

Kategoria: popularnonaukowa

Tłumaczenie: Aleksander Wojciechowski

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...