#30 Dwie kobiety - Hanna Dikta

#30 Dwie kobiety - Hanna Dikta

#66 Dwie kobiety - Hanna Dikta - recenzja - czy warto przeczytać?

"(...) - Rodzimy się sami, żyjemy sami i umieramy sami.
 - A miłość? - zapytała, bo przecież zawsze tyle mówił o miłości.
- Miłość sprawia, że łatwiej tę samotność znieść - odparł, składając na jej czole czuły pocałunek".

Zdarza się Wam, że kiedy czytacie musicie sobie zrobić przerwę? Nie dlatego, że treść czy styl Wam nie odpowiada, tylko dlatego, że zdarza się Wam zapomnieć oddychać? Czytam szybko, czasem sama nie wiem kiedy to się dzieje, że nagle pojawia się ostatnia strona,
z tą książką było inaczej - musiałam ją odkładać, żeby się po prostu nie rozpłakać.
Książka Hanny Dikty przeciągnęła mnie przez magiel emocji. 


"Kobieta z żelaza otrzymała w darze od życia kolejną traumę  do zamurowania. Zamknęła w sobie kolejny płacz".

Tytułowe dwie kobiety to wdowa Bogna Kawecka i mężatka w trakcie rozwodu Ewa Starzyńska. 
Bogna prowadzi pensjonat o poetycko brzmiącej nazwie "Stara szkoła" mieszczący się w miejscowości Glinka. Jej życie towarzyskie ogranicza się do obsługi gości pensjonatu, wieczornych rozmów z miejscowym księdzem i pomocy biednej rodzinie, która mieszka nieopodal.
Na wystawione przez nią ogłoszenie o pracę odpowiada Ewa, która z kolei mieszka w Katowicach, niedawno rzuciła pracę, próbuje się "bezboleśnie" rozwieść i uwolnić spod wpływu duszącej miłości matki, ale to nie wszystko... kobieta skrywa tajemnicę, o której nie chce z nikim rozmawiać.
Tak losy kobiet się krzyżują.


"- A kto powiedział, że tylko szczęśliwe życie ma sens?"

W trakcie codziennych obowiązków, kobiety praktycznie się mijają - nie zamieniając ze sobą zbyt wielu słów. Dodatkowo przyjaciel Bogny - ksiądz Marek niezbyt pała sympatią do Ewy, ale całą trójkę coś jednak łączy - pomoc biednej rodzinie sąsiadów.
Choć Ewa na początku wzbrania się przed zbytnią zażyłością, w końcu i ona interesuje się ich losem. Jakby za mało było smutku, jak to niestety w życiu często bywa, u biednej rodziny dochodzi do tragedii, która pociąga za sobą wiele zmian w życiu wszystkich pozostałych bohaterów.

Powieść Hanny Dikty jest nieszablonowa, kompletnie wymyka się wszelkim schematom. Autorka w realny sposób opisuje życie, które rzadko przypomina bajkę. Jest ciężko, przytłaczająco i kiedy myślimy, że to już wszystko, co człowiek może znieść, okazuje się,
że los pisze kolejny dramat.
Nie jest jednak tak, że dusimy się atmosferą i jesteśmy w labiryncie najczarniejszych zdarzeń, z którego nie ma wyjścia. Życie zawsze daje furtkę.

Bohaterki pani Hanny są rzeczywiste, prawdziwe. Ich emocje są namacalne, a czytelnik współodczuwa każdą z historii z jakimi się mierzą. Czasem pokrętne decyzje, które podejmują mogą zdziwić lub, co wrażliwszych, czy też konserwatywnych - zszokować.
To dobra proza, która zapewne uwolni wiele skrytych emocji, zmusi do przemyślenia własnego życia i docenienia tego co mamy TERAZ.
8/10.

"- Takie już to życie jest, niesprawiedliwe i trudne". 

Za swój egzemplarz dziękuję wydawnictwu Zysk i S-ka.


Wydawnictwo: Zysk i S-ka

Data wydania: 28. maja 2019
Liczba stron: 328
Kategoria: literatura obyczajowa




#29 Alkoya. Odcinek 1. - Grzegorz Mazur

#29 Alkoya. Odcinek 1. - Grzegorz Mazur

#65 Alkoya. Odcinek 1. - Grzegorz Mazur - recenzja - czy warto przeczytać?


Od jakiegoś czasu zauważam tendencję w kreowaniu minimalistycznych okładek w kontraście do bardzo bogatej zawartości.  "Alkoya. Odcinek 1." Grzegorza Mazura doskonale wpisuje się w ten trend. Czarno - biała okładka z zarysem motyla i sprytnie użyta czcionka, która mimo prostoty rzuca się w oczy.  Książka nie straszy objętością - to zaledwie 184 strony i podtytuł "Odcinek 1." idealnie tutaj pasuje. 
Po przeczytaniu pierwszego z rozdziałów byłam zaintrygowana i... zaniepokojona, a rzadko zdarza mi się tak szybko poczuć, to lekkie mrowienie na karku, które zwiastuje strach? Rozdział za rozdziałem mamy wrażenie oglądania scen, które stworzą całość, jak scenariusz.
Ciekawym zabiegiem jest również przemiennie stosowana narracja - główna bohaterka - osoba pierwsza i wszechwiedzący narrator osoba trzecia.

"- Dostrzegamy w innych to, co sami mamy w sobie
- wyjaśniłam, będąc w pełni poważna. "

Tytułowa Alkoya to stolica królestwa ludzi w świecie, który jest pustoszony przez mroczne stwory, których mnogość i rozmiary jednocześnie przerażają i zachwycają.
Główną bohaterką wykreowanej przez autora historii jest kreatorka Schisme Isvargat, która została właśnie zwolniona z pełnionego zastępstwa jako kapitan szkoleniowy i zostaje postawiona przed koniecznością poprowadzenia misji, której podołać może tylko ona z uwagi na posiadane zdolności wyczuwania i dostrzegania etery... 
Tymczasem siejące śmierć wśród ludzi Kreatury, ewoluują, czym kompletnie zaskakują ludzi, dając im tym samym możliwość zrozumienia tego, jak powstają i być może odnalezienie źródła ich powstawania?
Mam szczęście do lektur po jakie sięgam. Niezależnie od tego jaki jest to gatunek, otrzymuję historię złożoną, nie tylko wielowątkową, ale i wielowarstwową. Tak też jest w przypadku "Alkoyi". Wyjaśnienie czym jest kreacja i jak z niej korzystać daje szerokie spektrum interpretacji, ale zawsze prowadzi do podstawowego pytania czym są Kreatury? Emanacja kreacji? Czyjej?
Książka Grzegorza Mazura pozostawiła we mnie uczucie podobne do kaca.
Coś wiem, ale nic nie wiem. Połechtała wyobraźnię, zainteresowała wieloznacznością i chęcią odkrycia nie tylko tego, co lub kto stoi za ewolucją mrocznych i morderczych stworów, ale stworzyła pole do rozmyślań nad materią ludzkiej natury.
Co ja bym wykreowała - gdybym miała taką możliwość? A może ją mam?
Najbardziej boli mnie to, że na kolejny odcinek będę musiała czekać dłużej niż tydzień jak to w przypadku produkcji serialowych bywa, ale tłumaczę sobie, że na pewno warto, bo jest to jedna z gatunku tych bogatych nie tylko w efekty specjalne!


Wydawnictwo: Novae Res

Data wydania: 25. kwietnia 2019

Liczba stron: 184

Kategoria:
fantastyka, fantasy, science fiction


Recenzja napisana dla portalu bookhunter.pl



#28 Cmentarzysko - A. Forge

#28 Cmentarzysko - A. Forge

 
#64 Cmentarzysko - A. Forge - recenzja - czy warto przeczytać?

Kostusza to mała mieścina, z kilkoma budynkami, kościołem i niezwykłym cmentarzem - zamkniętym ciężką, żelazną bramą. Nad tytułowym Cmentarzyskiem unoszą się chmury,
a dające się stamtąd słyszeć dźwięki powodują gęsią skórkę u mieszkańców.

Głównymi bohaterami powieści Pawła Fijałkowskiego, ukrywającego się pod tajemniczym pseudonimem A. Forge, jest niezbyt kochające się rodzeństwo - Angelika i Marek. Dzieci są kompletnie różne. Angelika jest odrobinę przemądrzała i pretenduje do roli tzw. popularnej dziewczyny, otoczonej przez wianuszek koleżanek - oczywiście nie wzbudza ona sympatii... Marek jest od Angeliki młodszy i bardzo skryty, nie jest też zbyt lubiany - nawet przez własną siostrę - bo uważany jest za dziwaka, który często mamrocze coś sam do siebie.

Rozpoczęły się wakacje i dzieci trafiają na wypoczynek do dość ekscentrycznej ciotki zwanej przez Angelikę - Nawiedzoną, która przechadza się na co dzień w pogrzebowym woalu, jest właścicielką gadającego kota i też niezbyt cichego gada. Okazuje się, że Cmentarzysko jest dość licznie zamieszkiwane przez różnego rodzaju widziadła, strzygi i demony, które są zagrożone przez skrywającego się pod jego powierzchnią więźnia, który właśnie się uwolnił - przy małej pomocy jednego z bohaterów.

Dzieci, Nawiedzoną ciotkę i Śmierć we własnej osobie czeka niełatwe zadanie uratowania owianego złą sławą siedliska magicznych istot. Akcja niesie za sobą masę przygód niejednokrotnie bardzo niebezpiecznych.

"Czasem w życiu zdarza się tak, że ból przesłania wszystko inne, co drzemie w... człowieku, wiesz?"

Jak to w dobrej historii bywa pod płaszczem magii, fantastyki i nuty horroru ukrywa się druga i ważna treść. Autor poruszył trudny temat śmierci. Jak wytłumaczyć dziecku, że śmierć jest też częścią życia, skoro sami my - dorośli - mamy z jej zaakceptowaniem ogromny problem? A co gdyby sama Śmierć była kobietą, w skórzanej kurtce, t-shircie, jeansach i motocyklowych butach? Gdyby można było z nią porozmawiać przy suto zastawionym stole? Czy nie łatwiej byłoby wtedy pozwolić jej współistnieć z życiem?

Świat "Cmentarzyska" jest niesamowicie złożony. Pełen demonów, strachu, ale i poświęcenia, przemiany bohaterów i... miłości. To historia, którą czyta się z uśmiechem na ustach i łezką w oku, która na długo zostanie w pamięci czytelnika bez względu na jego wiek.

Trzeba również wspomnieć o niesamowitym wydaniu powieści. Twarda oprawa, szycie, niebanalna okładka, multum ilustracji pomagających w wizualizacji mieszkańców Kostuszy,
do tego bezpośrednie zwroty do czytelnika na początku powieści i każdej z części. Dodatkowo wpisany ręcznie numer i podpis autora pozwala czytelnikowi poczuć się docenionym i ważnym.

Jako fanka światów tworzonych przez Tima Burtona czuję się niesamowicie ukontentowana rodzimym odkryciem i z niecierpliwością wyglądam kolejnej części.





Wydawnictwo: Wydawnictwo Kłobook

Data wydania: 2. października 2018

Liczba stron: 416



Recenzja napisana dla portalu bookhunter.pl



Książkę można zakupić  na stronie wydawnictwa: Wydawnictwo Kłobook.

FB wydawnictwa.


A poniżej moja praca inspirowana właśnie stylem "burtonowskim" :)

Remains of the day - Alina Śliwińska - inspiracja Tim Burton
#27 Żelazne werble - Tomasz Sadowski

#27 Żelazne werble - Tomasz Sadowski

#63 Żelazne werble - Tomasz Sadowski - recenzja - czy warto przeczytać?

"Naród może żyć bez mężczyzn, ale żaden nie będzie istniał bez kobiet".

Tomasz Sadowski w swoim literackim debiucie jakim są "Żelazne werble" przedstawia antyutopijną wizję świata - świata zdominowanego przez mężczyzn. Na świecie powiększa się dysproporcja urodzeń - kobiet rodzi się zdecydowanie mniej. Azjatycka korporacja wychodząc na przeciw oczekiwaniom męskiej populacji produkuje kobietę idealną. Taką, której nigdy nie boli głowa, taką która nigdy nie ma innego zdania od mężczyzny - pana, kobietę - robota. Rola kobiety - człowieka zostaje sprowadzona tylko i wyłącznie do rodzenia dzieci. Ale, dzieci, które ma rodzić muszą być płci męskiej. Na to, też znaleziono rozwiązanie, a mianowicie "czarną" tabletkę, której podanie gwarantowało chromosom Y. Jednak specyfik powodował efekt uboczny jakim była wysoka śmiertelność przyszłych matek. Wobec narastającej eksterminacji samic - bo chyba tak już trzeba nazywać kobiety, narastała panika związana z powolnym wymieraniem mężczyzn. Ale i z tym w zaczęto sobie radzić. Kobiety były porywane przez Łowców trafiały na fermy.

"Rozwiązaniem, zdawałoby się nierozwiązywalnego problemu, okazały się kobiece fermy. Początki były skromne - zwykłe domy jednorodzinne, stojące gdzieś na odludziu, które w krótkim czasie zmieniły się w prawdziwe przedsiębiorstwa. Idea była genialnie prosta. Porywane kobietę i dostarczano na fermę, gdzie przechodziła badania płodności, a po ich pozytywnym zakończeniu otrzymywała czarną pigułkę. Chętny do posiadania syna wpłacał od kilku do kilkudziesięciu tysięcy dolarów, w zależności od wieku, koloru skóry i wykształcenia kobiety, następnie zapładniał wybrankę i czekał na odbiór syna".

Głównym bohaterem powieści Tomasza Sadowskiego jest Kris - były żołnierz, miłośnik motoryzacji, którego rozwój wypadków nie oszczędził. Zajmuje się on tropieniem Łowców i uwalnianiem kobiet z ich rąk. Robi to na zlecenie mężów i ojców porwanych. Jego kolejny "angaż" z pozoru podobny do wcześniejszych okazuje się zupełnie czym innym i złożonym o wiele bardziej niż zakładał..

Wizja świata z "Żelaznych werbli" jest tak zła i obrzydliwa, że bolały mnie palce od przekładania kolejnych stron. Zezwierzęcenie i zdziczenie męskiej populacji powodowało wszechogarniające mrowienie. Język odnoszący się do cielesnych aktów zarówno z kobietami - robotami i kobietami - ludźmi wydaje się infantylny, ale pasuje do konwencji wykreowanego tutaj świata. A kobiety - robotki w swojej prostocie życia i funkcji niestety przypominają mi - choć wzbudza to we mnie wewnętrzny protest - niektóre z żyjących współcześnie kobiet - ludzi i to przeraża mnie jeszcze bardziej, bo stwarza tę wizję - wcale nie tak odległą.
Choć lektura trudna z uwagi na temat, czyta się lekko, ale jest to zasługa właśnie lekkiego pióra autora. 

Uważam debiut Tomasza Sadowskiego za bardzo udany i z niecierpliwością wyglądam kolejnych powieści!
7/10.

Recenzja napisana dla Klubu Recenzenta nakanapie.pl



Wydawnictwo: Novae Res

Data wydania: 26. kwietnia 2019

Liczba stron: 368


Kategoria: fantastyka, fantasy, science fiction
#26 Szafira - Krzysztof Michałowski

#26 Szafira - Krzysztof Michałowski

#62 Szafira - Krzysztof Michałowski - recenzja - czy warto przeczytać?

Pamiętacie ten beztroski świat dzieciństwa, kiedy każda codzienna czynność przeradzała się w prawdziwą przygodę? Jak wspinaliśmy się po drzewie by z góry spojrzeć na bezkresy królestwa, którym władamy? Jak na balu w przedszkolu/szkole przywdziewaliśmy kolorowe stroje, jednocześnie stając się postacią, którą odgrywamy?
Dzieci są niesamowite. Żyją teraz - nie jutro, nie wczoraj. Kolorują świat uśmiechem, tworzą światy o których nam się nawet nie śniło. 

Taka też jest bajka - rymowanka spod pióra Krzysztofa Michałowskiego - "Szafira".
Autor w zmyślny sposób z prozaicznej czynności jaką jest zrobienie... uwaga... JAJECZNICY.... utworzył baśniową historię ze smokami, zamkami i... tytułową księżniczką, o której rękę starają się zalotnicy. Jak w każdej dobrej bajce mamy tu zarys niegodziwości, którą zwycięża oczywiście czystość zamiarów i dobro.


"Za siedmioma górami
i siedmioma lasami
znajdowała się kraina
owiana legendami,
w której ludzie nadawali
wiadomości tam-tamami,
a między wyspami 
przemieszczano się smokami".

Warto tutaj wspomnieć o historii powstania bajki. Autor wraz z dwójką dzieci stanął w obliczu tragedii, jaką była śmierć Żony. Nie mógł poddać się smutkowi i załamaniu, wobec tego zaczął tworzyć krótkie rymowanki, w których mógł na chwilę oderwać się od rzeczywistości i dać dzieciom trochę radości. Tak też powstała "Szafira".

Myślę, że ze wspólnego czytania będzie nie tylko wiele zabawy i śmiechu, ale i własnych historii i rymowanek, a świat księżniczki o szafirowych oczach otworzy w rodzicach głęboko ukryte pokłady dziecięcej wyobraźni i nieprzeciętnej kreatywności. 
Warto również wspomnieć, że "Szafira" Krzysztofa Michałowskiego jest bogato i kolorowo ilustrowana - co zapewne ucieszy oczy nie tylko najmłodszych odbiorców.
Bajka jest dostępna w wielu księgarniach jak i na stronie wydawnictwa.



Za swój egzemplarz dziękuję wydawnictwu Borgis.
 


Wydawnictwo: Wydawnictwo Borgis

Liczba stron: 16


Kategoria: literatura dziecięca
#25 Nigdzie indziej - Tommy Orange

#25 Nigdzie indziej - Tommy Orange


#61 Nigdzie indziej - Tommy Orange - recenzja  - czy warto przeczytać?

"W byciu Indianinem nigdy nie chodziło o to, by wracać do swej ziemi.
Ta ziemia jest wszak wszędzie - lub nigdzie".

Ilu z nas kiedy myśli o Stanach Zjednoczonych Ameryki wysnuwa wizję niczym z bajki.
Kraj wielkich możliwości, wielkich nadziei i... wolności. 

Kiedy jednak zajrzymy w karty historii - to ten wyśniony świat, zatrzęsie się w posadach. 


"W 1621 roku koloniści zaprosili na ucztę Massasoita, wodza Wampanoagów, aby uczcić niedawne zawarcie umowy gruntowej. Wódz przybył na tę uroczystość z dziewięćdziesięcioma spośród swoich ludzi. To na pamiątkę tej właśnie biesiady co roku w listopadzie spożywamy wciąż wspólnie uroczysty posiłek. Świętujemy jako jeden naród. Nie była to jednak uczta dziękczynna, lecz poczęstunek mający przypieczętować umowę gruntową. Dwa lata później odbyła się kolejna tego rodzaju uczta, mająca symbolizować wieczną przyjaźń między białym i tubylcami. Tamtej nocy dwustu Indian zmarło nagłą śmiercią na skutek działania nieznanej trucizny".

Nigdy nie mogłam zrozumieć fenomenu Święta Dziękczynienia - bo jak bawić się i jeść na kanwie wspomnienia śmierci? 
Przez ponad 500 lat zniszczono prawie całą nację rdzennych mieszkańców Ameryki, ale czy to koło się zatrzymało?
Naród, który nadal trwa, po wiekach wymazywania go z historii świata, do sprowadzenia go do wizerunku kolorowej "indiańskiej głowy", naród który toczy choroba. Rana, którą trawi zakażenie, rak...


Tommy Orange napisał książkę o zwykłych niezwykłych ludziach. O ich codzienności, o życiu, które choć odbywa się pod sztandarem idei świetności dalekie jest od snu. Opisał losy dwunastu postaci na wzór jednego z projektów prowadzonych przez bohatera, tejże powieści - na wzór storytellingu. Kiedy zagłębiamy się w tekst możemy poczuć się jak podczas oglądania dokumentu, w którym zwykły człowiek, opowiada o tym, co spotkało go w całym życiu, czy też podczas spaceru po parkingu. 
To historie potomków rdzennych mieszkańców Ameryki, którzy mówiąc wprost - są Indianami - przebranymi za Indian, którzy to spotykają się na Zjazdach Plemiennych, tak naprawdę nie potrafiącymi określić po co to robią i czym dla nich takie spotkanie jest.


"Jesteśmy wspomnieniami, których sami nie pamiętamy, choć czujemy ich obecność w sobie, a które wciąż żyją w nas i każą nam śpiewać, tańczyć i modlić się właśnie tak, jak to robimy; tak jak każą nam uczucia wywoływane wspomnieniami, które niespodziewanie rozbłyskają i rozkwitają w naszym życiu niczym przesączająca się przez koc krew płynąca z rany od kuli wystrzelonej przez człowieka, strzelającego nam w plecy dla naszych włosów, dla nagrody albo po prostu po to, żeby się nas pozbyć".

Na początku podrozdziały są dłuższe, zdają się niepowiązane. Im bardziej zagłębiamy się w historię tym opowieści stają się krótsze, postaci zaczynają pasować do układanki, a wszystko dąży do Zjazdu Plemiennego na stadionie Oakland, który stanie się areną zarówno wzruszających spotkań po latach, jak krwawych wydarzeń. Mimo tego, że autor przedstawia tragizm Indianina skazanego na mieszkanie w wielkim mieście, to nie raz uśmiechniemy się pod nosem z zastosowanych metafor, a opisywane sytuacje odniesiemy  do własnego życia, bo komu z nas nie zdawało się raz czy dwa, że nie pasuje do świata,
w którym żyje?


Próbuję znaleźć odpowiednie określenie dla tej powieści, ale każde wydaje mi się zbyt małe lub niewłaściwe. Podobnie mam z oceną - może zbyt mocno trafia do mnie taka tematyka.
To ważna książka, taka którą powinniśmy przeczytać, by nie odwracać już wzroku i nie twierdzić, że to nie moja sprawa i nie moja wina. To nasza sprawa i nasza wina.
Nas wszystkich - tego jak zawiedliśmy i jak nadal zawodzimy jako... ludzie.



"Ludziom nie jest przecież potrzebne nic więcej, jak tylko krótka, banalna historyjka,
jaką mogą potem podczas kolacji opowiedzieć w domu znajomym i rodzinie, chwaląc się tym, jak to widzieli w pociągu prawdziwego rdzennego Amerykanina, co oznacza, że tacy jednak nadal istnieją".


Za swój egzemplarz dziękuję wydawnictwu Zysk i S-ka.


Wydawnictwo: Zysk i S-ka

Data wydania: 4. czerwca 2019

Liczba stron: 392


Kategoria: literatura piękna 

Tłumaczenie: Tomasz Tesznar

#24 Triskel. Gwardia - Krystyna Chodorowska

#24 Triskel. Gwardia - Krystyna Chodorowska

#60 Triskel. Gwardia - Krystyna Chodorowska - recenzja - czy warto przeczytać?

"Od początku było widać, że ta klauzula, wprowadzona pod naciskiem inspektoratu ochrony danych, nie jest urzędnikom na rękę. Sinead już podczas pierwszych rozmów wyczuwała, że najchętniej prześwietliliby jej przeszłość do niemowlęctwa,
by upewnić się, czy nie jest przypadkiem niebezpieczną wariatką, która podczas akcji wywali w powietrze połowę dzielnicy".

Zawsze kiedy mówię komuś, że czytam fantastykę - to, ta osoba jakoś dziwnie na mnie patrzy, czasem komentuje zdaniem w stylu "z fantastyki to ja już wyrosłam/em"... a potem widzę, tę samą osobę siedzącą w pierwszym rzędzie na kolejnym filmie Marvela, a to przecież jest kino obyczajowe...

Ale do rzeczy!
Dzięki uprzejmości samej autorki - Krystyny Chodorowskiej - mogłam przeczytać jej debiutancką powieść "Triskel. Gwardia". Główną bohaterką tej książki jest tajemnicza superbohaterka Mayday wraz ze swoją świtą - Burzą i Kretem - także jeżeli wyrośliście z fantastyki to jest to pozycja, która się Wam spodoba.

Mayday to na co dzień zwykła studentka o imieniu Sinead, pochodząca z Sidheanii - państwa, które marzy o wolności, dodatkowo podkochująca się w tajemniczym chłopaku
z przeszłosci - Duncanie - który nagle, znowu splata swoje losy z gwardzistką, ale nie - nie martwcie się nie znajdziemy tu ckliwego romansu.


Mayday posiada niebywałe zdolności - na przykład - lata, kontroluje dźwięk, potrafi przenosić przedmioty, a robi to wszystko ubrana w kombinezon spawacza i maskę zasłaniającą jej twarz. Pozostali członkowie "Gwardii" również są obdarzeni supermocami - przyspieszona regeneracja Kreta, czy skrzydła Burzy. Ale po co to wszystko? Bo w świecie gwardzistów nie dzieje się dobrze! Zamachy terrorystyczne, wszechwładne Imperium i potężne korporacje...Czyli wcale nie tak odległy nam świat, jakby mogło się zdawać.
Ale to nie wszystko. Krystyna Chodorowska dodała jeszcze do tego wszystkiego innych wymiar. A co ten cały fantastyczny świat łączy z kamieniami szlachetnymi i minerałami? 

Musicie sprawdzić sami.

"Naukowcy, którzy próbują wyjaśnić zachowanie cząstek na poziomie subkwantowym, często są zwolennikami teorii wielu wymiarów.
Jedni twierdzą, że nasz wszechświat tworzy kieszenie skumulowanej energii rozszerzające się znacznie szybciej od niego.
Druga teoria mówi, że cały wszechświat składa się z wielu wymiarów, zarówno ukrytych, jak i widzialnych, w których wibracje superstruktur decydują o układzie cząstek".

Na początku możemy być trochę zdezorientowani - zostajemy wrzuceni do codzienności świata bohaterów - przeplatanej retrospekcjami. Jednak wszystko zaczyna być dość szybko zrozumiałe i nie chcemy już odkładać losów bohaterów na później. Kiedy zatopimy się w świat stworzony przez autorkę dostrzeżemy jak wielowarstwowa jest to kreacja i nie tylko na poziomie cywilizacji, jaką podglądamy, ale i samych bohaterów. Nikt tu nie jest - jak to się zwykło pisać o mdłych bohaterach - płaski. Każda z postaci ma intrygującą przeszłość i każda skrywa spektrum emocji, które chce się odkryć jak najszybciej. Choć jestem "trochę" starsza niż grupa docelowa tej pozycji, to mimo to bawiłam się znakomicie i już wypatruję kolejnej części - Wolna Sidheania!
8/10.


Wydawnictwo: Wydawnictwo Uroboros

Data wydania: 20. czerwca 2018

Liczba stron: 352


Kategoria: fantastyka, fantasy, science fiction
#23 Plaże inwazji w Normandii - Andrzej Łapiński

#23 Plaże inwazji w Normandii - Andrzej Łapiński

#59 Plaże inwazji w Normandii - Andrzej Łapiński - czy warto przeczytać?

"Wojna jest przewrotna, paraliżuje obrazami, przeraża wspomnieniami,
ale najczęściej poraża złymi wiadomościami".

W szkole nie należałam do entuzjastów lekcji historii, kojarzyła mi się jedynie z obgryzaniem, ze strachu przed odpytaniem - paznokci. Żaden z nauczycieli nie potrafił mnie ani historią zainteresować, ani wytłumaczyć po co mi ta znajomość historii potrzebna. Dziś jest inaczej. Historię poznaję i przyswajam kiedy tylko mam okazję, bo to najlepsze źródło wiedzy o nas samych. Czas II wojny światowej zarówno mnie przeraża jak i fascynuje. Jak wiele zła, krzywdy i bólu potrafimy sprawić sobie sami i jak wiele potrafimy zniszczyć.

Andrzej Łapiński napisał książkę historyczną, ale książkę nietypową. To przewodnik po plażach i zakątkach Normandii - czyli miejsca gdzie 6. czerwca 1944 roku rozpoczęła się operacja Overlord - niemal trzymiesięczna aliancka inwazja we Francji, która dała początek działaniom wojennym na froncie zachodnim w czasie II wojny światowej.
Książka została podzielona na siedem etapów i krótkie wprowadzenie na temat działań militarnych mających tam miejsce.  Choć jest to dość obszerna publikacja - 592 strony, to autor nie opisywał szczegółowo materii historycznej, skupił się na zachęceniu nas do odbycia tej malowniczej przygody i przy okazji poznania losów ludzi, którzy przyczynili się do tego, że dziś żyjemy w wolnym świecie. 

Podobał mi się styl i sposób przekazywania informacji, to nie książka, która zmęczy nas ilością dat, nazwisk, którą czytamy i za chwile uciekamy myślami do czegoś zupełnie innego - tutaj możemy poczuć się jak na wycieczce. Siedzimy wygodnie w autobusie - do wszystkich odwiedzanych miejsc prowadzą nas nr dróg, kierunki skrętów i koordynaty nawigacyjne - a Pan Andrzej Łapiński opowiada nam niczym przewodnik, co tutaj się wydarzyło. Nie zdziwmy się jeżeli zobaczymy - oczyma wyobraźni jak gestykuluje. 

Przewodnik obfituje w nieznane mi wcześniej historyczne smaczki np. o roli psów spadochroniarzy i ich przewodników, o poświeceniu i pośmiertnym odznaczaniu biorących w akcji zwierząt. Autor wspomina umiejscowione wiele wcześniej w historii wydarzenia z odwiedzanych przez nas miejsc. Inwazję przeżywamy również z perspektywy osób biorących w niej udział - są bogato przedstawiane wspomnienia. Znajdziemy również odniesienia do kinematografii.

Dowiemy się też, gdzie można napić się kawy, przenocować i ile kosztuje wejście do danego muzeum i w jakich godzinach jest otwarte dla zwiedzających.

To bogate źródło wiedzy zarówno dla osób fascynujących się II wojną światową, operacją Overlord, ale i dla chętnych do odbycia wycieczki w piękne dziś tereny, a przy okazji oferujące nam warstwę edukacyjną.  Jedyną wadą książki - jeżeli potraktujemy ją jak typowy przewodnik jest... jej waga. Naszym rodzinnym marzeniem jest odbycie takiej podróży i nam ta publikacja na pewno będzie wtedy towarzyszyć.


Wydawnictwo: Zysk i S-ka

Data wydania: 28. maja 2019

Liczba stron: 592

Kategoria: historyczna/przewodnik


Recenzja napisana dla portalu bookhunter.pl
#22 Znak kukułki - Anna Bichalska - recenzja

#22 Znak kukułki - Anna Bichalska - recenzja


#58 Znak kukułki - Anna Bichalska - recenzja - czy warto przeczytać?
 
"Czy historia, którą opowiadam, jest fantastyką, opowieścią grozy, literaturą faktu, obyczajową, realizmem magicznym, wyimkiem biografii, powieścią psychologiczną, pamiętnikiem wariatki, sennikiem?"

Alina została adoptowana i niewiele pamięta ze swojego dzieciństwa. Jej przybrany ojciec Mateusz, przed śmiercią zostawia jej teczkę z artykułami dotyczącymi sprawy sprzed dwudziestu lat. Okazuje się, że pracował wtedy jako dziennikarz i interesował się sprawą tajemniczych zaginięć dzieci - powracających z wyrysowanym piętnem. Mało tego, okazuje się, że ta sprawa miała swoje korzenie wiele, wiele lat wcześniej... 

Bohaterka cierpi na zaburzenia snu, z którymi nauczyła się żyć. Alina potrafi tkwić w półśnie, którego nikt nie zauważy, a w nocy nie spać lub też lunatykować, co z kolei przyczynia się do wyprowadzek jej współlokatorów. Każdy ze swoich snów notuje, szukając w nich odpowiedzi dotyczących jej przeszłości, ale zdają się one być kompletnie fantastyczne. Przypadkiem trafia na seans filmu "Kobieta z kukułką", gdzie poznaje swoją kolejną lokatorkę - Gretę - co ciekawe są one jedynymi uczestniczkami seansu. Okazuje się, że Alinę i reżysera filmu o "Kobiecie z kukułką" coś... łączy. 

Dodatkowo narracja jest prowadzona przez kilka postaci - Alinę - w pierwszej osobie, Myszę - dziewczynkę o niebywałej wyobraźni w osobie trzeciej, i Marię pisarkę, wypowiadającą się również  w osobie pierwszej - później pojawia się jeszcze postać nazwaną - Zjawą. 

"- Mam klucze do wszystkich światów, znam wszystkie drogi. Nie sposób przede mną uciec. Odszukuję to, co głęboko ukryte, oddaje, co zagubione. Odkopuje to, co zakopane. Zawsze wracam. Bądźcie gotowi".

Pierwszy raz czytałam książkę, której bohaterką jest moja imienniczka, ale to nie jedyna zbieżność, pojawia się wiele punktów wspólnych, ale nie będę nikogo nimi zanudzać. Powieść pochłonęłam w dwa dni - co jest nie lada wyczynem biorąc pod uwagę fakt, że zmagałam się z wysoką gorączką i postępującym grypopodobnym schorzeniem. Domyśliłam się dość wcześnie tego, co może kryć się pod aurą niezwykle bogatych wyobrażeń sennych bohaterki, ale nie mogłam i tak pozwolić sobie na nie skosztowanie kolejnej strony tej prawdziwej uczty mrocznej wyobraźni pani Bichalskiej. To jedna z tych historii, których nie chce się odłożyć dopóki się nie dowiemy, co będzie dalej. Miesza się tu ze sobą świat wyśniony, często daleki od tego, o czym chcielibyśmy marzyć, ze światem rzeczywistym. 
To książka, dla ludzi, których wyobraźnia nadal pracuje na wysokich obrotach, którzy lubują się w smaczkach nieoczywistości, w morzu znaczeń i dźwięków podświadomości, podlanych szczyptą grozy.
Na koniec kieruję prośbę do autorki o... nie tak częste używanie "gumki do mazania" :)

7/10.

#58 Znak kukułki - Anna Bichalska - recenzja - czy warto przeczytać?


Za swój egzemplarz dziękuję wydawnictwu Zysk i S-ka.



Wydawnictwo: Zysk i S-ka

Data wydania: 28. maja 2019

Liczba stron: 451

Kategoria:
Kryminał/Sensacja/Thriller
#21 Białe łzy - Hari Kunzru

#21 Białe łzy - Hari Kunzru

#57 Białe łzy - Hari Kunzru - recenzja - czy warto przeczytać?

"Współczesność jest nudna, ale dodaj pogłos, a usłyszysz, jak czas odwraca bieg, ześlizguje się w przeszłość, w echo i nieszczęście".

Lubię dziwne historie. Czy to w filmie, muzyce czy książce - kiedy autor balansuje na granicy rzeczywistości i pozwala nam snuć dowolne przypuszczenia. Kupiłam tę książkę na wyprzedaży w Biedronce (!) przyciągnęły mnie brzydkie, przesunięte napisy - koszmar estety. Miało to zapewne oddawać trójwymiarowość treści, głębie, ale jest zwyczajnie nieczytelne i brzydkie. Przeczytałam opis, brzmiał nieźle - choć teraz po zakończonej lekturze odnoszę wrażenie, że autor tego opisu nie przeczytał tej książki...

Poznajemy dwóch zupełnie różnych chłopaków, których łączy jedna rzecz - ogromne serce, ogromna miłość do muzyki. Jeden pochodzi z biednej rodziny - Seth, drugi jest dziedzicem fortuny - Carter, ale obaj są dość wyalienowani i najlepiej czują się w towarzystwie dźwięków. 
Seth chodzi ulicami w słuchawkach i nagrywa wszystko w okół, potem to skrzętnie przesłuchuje i wyłapuje to, czego nikt inny by nie usłyszał. Carter natomiast jest kolekcjonerem płyt winylowych, szuka starych wydawnictw, pojedynczych sztuk, które kupuje za horrendalne kwoty. Kłócą się, godzą i tak w kółko. Udaje im się jednak założyć wspólnie studio i odnoszą ogromny sukces. Produkują utwory z duszą, które brzmią jak z dawnych lat, kiedy dźwięk nie był zupełnie czysty. 

Na jednym ze swoich spacerów Seth nagrywa śpiewającego mężczyznę, jego głos jest tak niesamowity, że obaj czują się jakby ich zahipnotyzował. Seth wie wszystko, co się działo, gdy nagrywał jak mężczyzna śpiewa, ale nie potrafi sobie przypomnieć jak wyglądał. Trafia na jego głos jeszcze parę razy i przy każdym takim spotkaniu mężczyzna wygląda inaczej i za nic w świecie chłopak nie potrafi go dokładnie opisać.
Raz udaje mu się nagrać też gitarę i kiedy odsłuchują nagranie w studio łączą tajemniczy głos z dźwiękiem gitary i tworzą utwór. Carter bez wiedzy Setha fałszuje do utworu etykietę - na której jest napisane, że autorem jest Charlie Shaw i umieszcza piosenkę w internecie.
Ludzie są zachwyceni, chcą kupić za ogromne kwoty płytę tego artysty. I wtedy zaczynają się problemy. Carter staje się ofiarą pobicia i leży w stanie śpiączki w szpitalu.
Seth odnajduje osobę, która również poszukuje Charliego Shawa - Chestera - i wraz z nim i siostrą Cartera - Leonie, ruszają śladem wyimaginowanego artysty. Podróżują przez Missisipi - co wraz z wszechobecnym bluesem tworzy niesamowity klimat. Poszukiwania trochę przypominają kryminalne śledztwo.

"Guglielmo Marconi, wynalazca radia, wierzył, że fale dźwiękowe nigdy nie cichną, że trwają, coraz słabsze i słabsze, maskowane codziennym gwarem świata. Marconi uważał, że gdyby był w stanie wynaleźć odpowiednio mocny mikrofon, mógłby słuchać dźwięków starożytności".

Pierwszy raz spotykam się z książką, w której - tyle i w tak magiczny sposób pisze się o muzyce. To nie jest książka dla każdego. To doskonała lektura dla tych co widzą, czują i słyszą znacznie więcej niż pozostali. Dla tych co wierzą, że jesteśmy nie tylko organizmem ale i energią. Świetne monologi wewnętrzne Setha, niezrozumienie otoczenia, poczucie wyobcowania i ta łatwowierność przez którą jego życie wywraca się do góry nogami.
Nie można również nie wspomnieć o niebywałym talencie pisarskim autora, lekkość pióra i opisy tonów, dźwięków w tak magiczny sposób, że nie tylko można je usłyszeć, ale i dotknąć. To wszystko otacza ciemna aura wszechobecnego rasizmu, segregacji rasowej. Atmosfera bywa ciężka,
wręcz depresyjna.  

Nie jest to książka, która "zmieniła moje życie", ale długo o niej nie zapomnę, z uwagi na tak niesamowite użycie zdań do opisania czegoś, czego nie widać. 

"To, co żyje, opiera się entropii. Posiada pewnego rodzaju granicę, błonę albo skórę, metabolizm, umiejętność reagowania na świat. I tworzenia kopii. Aby coś przekazać". 

Ode mnie 7/10. 

#57 Białe łzy - Hari Kunzru - recenzja - czy warto przeczytać?



Wydawnictwo: Wydawnictwo WAB


Data wydania: 28. lutego 2018

Liczba stron: 320

Kategoria:
literatura współczesna / angielska / obyczajowa

Tłumaczenie: Krzysztof Cieślik


Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...