Pokazywanie postów oznaczonych etykietą dramat. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą dramat. Pokaż wszystkie posty
Nazywam się. Moja historia - Chanel Miller

Nazywam się. Moja historia - Chanel Miller

 

Zdjęcie przedstawiające książkę „Nazywam się. Moja historia” Chanel Miller leżącą na innych książkach, których okładek nie widać. Wszystkie leżą na deskach, pomalowanych na szaro. Na pierwszym planie stoi kwiat doniczkowy tworząc głębię ostrości. Obok książek stoi zapalona świeczka.

„Nazywam się. Moja historia” Chanel Miller to trudna książka, choć napisana lekko
i z odpowiednią dozą humoru, który działa jak wentyl bezpieczeństwa.

Chanel Miller padła ofiarą napaści seksualnej. Nie mogąc pogodzić się z prawnym „zakończeniem” dramatu, napisała oświadczenie, które udostępnione w Internecie stało się viralem. Ogrom wiadomości jakie wtedy otrzymała sprawił, że postanowiła spisać swoje wspomnienia na tyle szczegółowo, na ile zdoła i wydać.

Nazywam się. Moja historia — Chanel Miller


Wita nas, czytelniczki i czytelników, we wstępie tłumacząc czym jest prawda.
Prawda nigdy nie jest pełna, jest zależna od narratora i tego, jak co zapamiętał. Jesteśmy ludźmi, nie komputerami, więc nasze wspomnienia są ukształtowane przez emocje.

Wspomnienia Miller oddziałują bardzo emocjonalnie, nie tylko z powodu dokładnego przedstawienia materiału dowodowego, ale i z powodu olbrzymiej drobiazgowości
w opisach zajęć jakich się podejmowała po napaści i uczuć, które się w niej wtedy ścierały. Poznajemy również relację bliskich ofiary.


To nie tylko zapis postępowania sądowego, emocji i prób odnalezienia nowej drogi, drogi bez piętna ofiary, to również zapis codzienności wszystkich kobiet, który przeraża równie mocno jak dysfunkcyjność wymiaru sprawiedliwości i ludzka obojętność, która
z kolei żonglując określeniami kwestionuje wagę czynu.

Jednak wydźwięk publikacji nie ma jedynie negatywnego charakteru.
Historia Chanel Miller jest również świadectwem bezinteresowności, jedności
i współczucia często kompletnie obcych sobie ludzi.


Po lekturze autobiografii Chanel Miller warto sięgnąć po eseje Rebecci Solnit (która odnosi się do wydarzenia, które Chanel Miller także wspomina), Mary Beard , Emily Pine, czy po reportaż Lindy Scott, traktujący również o Polsce, we wstępie.

Wydawnictwo: Marginesy
Data wydania: 01.03.2021 r.
Liczba stron: 400
Kategoria: autobiografia
Tłumacz: Kamila Slawinski


Żywica - Ane Riel

Żywica - Ane Riel

Pierwszą książką, którą wybrałam do przeczytania w ramach akcji Dania: mały kraj - wielka literatura, była „Żywica” Ane Riel. Czytałam ją w okolicach Świąt Bożego Narodzenia, nie jest to świąteczna powieść, chociaż niektóre z opisywanych wydarzeń miały miejsce właśnie w okolicach świąt.

Żywica - Ane Riel
Ane Riel to duńska pisarka. Na początku swej twórczej drogi pisała podręczniki szkolne o sztuce, później stworzyła kilka książek dla dzieci, które to ozdabiały ilustracje wykonane przez jej matkę.
Powieścią zadebiutowała w 2013 roku „Slagteren i Liseleje”(„Rzeźnik z Liseleje”), za którą otrzymała nagrodę za najlepszy debiut kryminalny. W 2015 roku światło dzienne ujrzała „Żywica”, która w 2016 roku została nominowana do dwóch nagród literackich. W tym samym roku Ane Riel otrzymała stypendium im. Nielsa Matthiasena za dotychczasowe autorstwo. „Żywica” nadal zbierała nagrody.

Żywica - Ane Riel

„Gdy tata zabijał babcię, w białym pokoju panowała ciemność. Byłam tam. Carl też, ale go nie widzieli. Był poranek wigilijny, prószył śnieg, ale tamtego roku nie było białych świąt”.

Główną bohaterką „Żywicy” jest Liv Haarader - dziewięciolatka, która mieszka wraz z rodzicami na małej wyspie zwanej Głową, która położona jest nad większą. Do Głowy droga prowadzi przez wąski przesmyk zwany Szyją. Naznaczeni tragedią sprzed kilku lat Haaraderowie nie czują potrzeby kontaktu z innymi ludźmi. Kiedy ojciec Liv zgłasza jej śmierć, wcześniej już niezbyt zainteresowani mieszkańcy sąsiedniej wyspy, definitywnie zapominają o tej rodzinie.

Narracja „Żywicy” jest prowadzona z kilku perspektyw, wiele w niej retrospekcji, zmienia się styl i forma, pojawiają się nawet listy.
Autorka balansuje na granicy znanych z thrillerów i kryminałów schematów, ale nie zapuszcza się w nie głęboko, opowiada swoją historię w inny sposób. Miałam wrażenie, że cała fabuła oparta jest na jakimś modelowym przypadku chorobowym.

Niewyjaśniona tragedia sprzed lat niszczy mieszkańców Głowy, którzy trawieni koszmarami tracą poczucie rzeczywistości i odcinają się od reszty ludzi. W snach Jensa Haaradera (ojca Liv) pojawia się woda zalewająca jedyną drogę ucieczki z tego mrocznej ziemi świerków. Mężczyzna to co było widzi wyraźniej niż to co jest, a z każdym kolejnym dniem robi się tylko posępniej.

Autorka różnicuje język, można poczuć jakby rzeczywiście kilka osób, w tym dziecko, opowiadało nam dramat mieszkańców Głowy. Fajnie rysuje całe spektrum emocji od współczucia do obrzydzenia, które można poczuć pomimo zachowania oszczędnej narracji.
Liv nie zna innego życia i innych ludzi. Świat, który rysują jej rodzice jest jedynym który zna, więc wszystko co robi tata kompletnie jej nie niepokoi. To o czym nam opowiada nie jest dla niej niczym odrażającym, to my je takim widzimy.

Akcja płynie wolno, a my skaczemy zarówno po linii czasu, jak i punktach widzenia. Zagłębiamy się w mgłę, która skrywa potwory.

„Żywicę” można czytać jako dramat obyczajowy z wątkami dreszczowca, czy kryminału, w którym izolacja od społeczeństwa powoduje coraz większe aberracje, ale można i głębiej. Jako studium przypadku choroby, kiedy wszystko co dzieje się w głowie człowieka, pozostaje przez nikogo niezauważone, a konsekwencją nawarstwiających się zaburzeń jest pożar, którego niszczycielska siła sięga daleko poza jednostkę.
Wszystko to sprawia, że „Żywica” nie jest kolejną z, nacechowanych przemocą, historii rozrywkowych, mających dać nam jedynie kilka godzin zabawy, a czymś więcej.

Żywica - Ane Riel


Wydawnictwo: ZYSK i S-ka
Data wydania: 21 stycznia 2020
Liczba stron: 282
Tłumaczenie: Joanna Cymbrykiewicz

 

#54 15 lat w zamknięciu - Celine Piotrowska

#54 15 lat w zamknięciu - Celine Piotrowska

#92 15 lat w zamknięciu - Celine Piotrowska  - recenzja - czy warto przeczytać?
Jakiś czas temu wykonywałam pracę, w której ludzka krzywda była dla mnie codziennością. Nie wytrzymałam długo, bo trzy lata. Choć nikt mnie nie więził i nie bił doświadczyłam też krzywdy i pewnego rodzaju przemocy, choć nie fizycznej.

Bohaterka i autorka książki "15 lat w zamknięciu" doświadczyła całego spektrum bólu od fizycznego po psychiczny. Człowiek, który miał być jej najbliższy - czyli mąż, bił, gwałcił i więził ją i ich wspólne dzieci przez 15 lat. Książka, którą napisała jest dla niej formą terapii po traumie jaką przeżyła. Chciała również by stanowiła swego rodzaju manifest, wezwanie do walki o siebie i własną, lepszą przyszłość oraz ostrzeżenie przed obdarzaniem zaufaniem zbyt szybko.

Książka rozpoczyna się wspomnieniami o pierwszej, młodzieńczej miłości kobiety, która w jej mniemaniu była idealna, spełniona, wręcz książkowa. Jej narzeczony pochodził z bogatej rodziny. Żyli na wysokim poziomie, wydając bez opamiętania morze pieniędzy na namacalne dowody miłości... Odzież, biżuterię, perfumy, restauracje... Jednak życie się tak ułożyło, że się rozstali i  wtedy na jej drodze stanął pewien Włoch, z którym związała swoją przyszłość i który to, stał się jej katem. Historia dzieciństwa tego mężczyzny była dla mnie wręcz abstrakcyjna. Skojarzyła mi się z historiami prezentowanymi przez takie horrory jak na przykład "Droga bez powrotu". Z ich związku narodziła się dwójka dzieci, która czynnie uczestniczyła w koszmarze ich małżeństwa. I tak przez całą powieść poznajemy koleje życia w piekle, które są okraszone refleksjami autorki, która jest już dzisiaj wolną i jak sama podaje - szczęśliwą kobietą.

Podoba mi się wydanie tego spisu wspomnień. Projekt okładki bez nazwiska autorki, jako swego rodzaju odcięcie się od przeszłości. Szycie, minimalistyczne, acz sugestywne ilustracje.
Uderzyła mnie krzywda dzieci, bolało mnie serce i byłam wściekła, że ktoś sprowadził je do takiego piekła i pozwolił im trwać w nim tyle lat. Sposób podnoszenia się po ucieczce, powrót do społeczeństwa, że tak to określę był również bardzo poruszający.

"Pamiętam, jak wychodząc z ośrodka, pytałam, czy naprawdę możemy pójść na spacer. Pytałam o nasze wyjścia za każdym razem jeszcze przez dwa kolejne tygodnie... I za każdym razem dyrektora odpowiadała, że drzwi są otwarte, że mogę wychodzić, kiedy tylko chcę. Nie potrafiłam tego jednak przyjąć do wiadomości".

Jednak mam problem z tą historią. Oczywiście trafia do mnie - jak okrutny był ten człowiek, jak wiele zła wyrządził. Sądzę nawet, że nie zasłużył na nazywanie go istotą ludzką ...
Język, styl jakim jest pisana jest dla mnie bardzo chaotyczny i trochę niestety infantylny, mimo że bohaterka pracowała jako dyrektor produkcji w trzeciej, w Europie fabryce pantografów i nie jest już nastolatką. Męczyłam się podczas czytania i nie potrafiłam tak po ludzku całą sobą współczuć autorce, a jestem bardzo empatyczna, przynajmniej tak mi się do tej pory wydawało. Wiele razy chciałam ją odłożyć czy nawet nią rzucić, bo powodowała we mnie też coś na kształt złości... 

Pierwsze, co mnie bardzo mocno zdziwiło to sposób w jaki postrzegała i chyba nadal postrzega miłość. Nie wyobrażam sobie by status społeczny i szastanie pieniędzmi było wyznacznikiem stopnia zaangażowania w związek. Partnerstwo, które powinno być podstawą każdego udanego związku zastępować uzależnieniem od czyjegoś portfela? Nigdy też nie pomyślałabym, że pieniądze czynią z kogoś damę? A tak postrzegała swój młodzieńczy związek Celine. Kompletnie różne widzenia świata, moje i jej, spowodowało, że niestety chociaż bardzo chciałam nie mogłam poczuć z nią więzi.

Sposób w jaki trwała na drodze prowadzącej - wprost w ramiona tego sadystycznego mężczyzny, jest dla mnie kompletnie surrealistyczny. Nie mogłam tego pojąć w żaden sposób. Tak jak rozumiem, że przez lata cierpień, można uzależnić się od oprawcy i nie umieć wyrwać się z tego piekła, tak nie rozumiem, jak od samego początku chorej znajomości można chcieć ją kontynuować. Przez tyle lat nie poprosiła nikogo o pomoc. Na propozycję męża, aby wyjechała do Polski w środku roku szkolnego odpowiadała, że syn powinien skończyć przedszkole (najlepsze ze wszystkich oczywiście) w normalnym terminie (sic!). Najbliżsi wiedzieli jaki los wiedzie, a mimo to wracała od nich wprost do mieszkania swojego oprawcy. Pełna sprzeczności i kompletnie nielogicznych zachowań wszystkich uczestników tego dramatu. Nie wiem czy bohaterka uchwyciła się rozmytego wspomnienia swojego życia po to, by przetrwać i stąd też były jej mało dojrzałe wtrącenia, które przyznam szczerze często były bliskie wyprowadzenia mnie z równowagi.
Nie chcę przeprowadzać analizy psychologicznej; bo przecież nie o to chodzi, ale ta historia wzbudza we mnie wściekłość! Z uwagi na koszmar jakiego doświadczyły te małe i niewinne istoty.
Nie chcę oceniać, bo bardzo łatwo to zrobić, ale zrozumieć tej bierności też nie potrafię. Nie ma też oczywiście; żadnego wytłumaczenia na postępowanie ojca tych dzieci! Przeraża mnie fakt, że kobiety nadal muszą się ukrywać przed takimi zwyrodnialcami, a oni nie ponoszą za to co zrobili - praktycznie żadnej kary...

Podsumowując była to dla mnie trudna i bolesna książka. Nie tylko z uwagi na treść, ale na sposób jej podania i niemal międzygalaktyczną odległość w sposobie widzenia świata między autorką i mną. Nie polecam, ani nie zachęcam - musicie sami ocenić.

Za swój egzemplarz dziękuję wydawnictwu Borgis.
 


Wydawnictwo: Wydawnictwo Borgis

Liczba stron: 234


Kategoria: literatura obyczajowa/autobiografia
#53 Życie psa na balkonie - Tomasz Górski

#53 Życie psa na balkonie - Tomasz Górski

#91 Życie psa na balkonie - Tomasz Górski - recenzja - czy warto przeczytać?
Swego czasu miałam przygodę zawodową związaną z pracą ze środowiskiem, które przedstawia Tomasz Górski - autor "Życia psa na balkonie". Wiele słyszałam, a jeszcze więcej widziałam. Nazwałam ten epizod przygodą, bo po trzech latach zrezygnowałam, nie chcąc być już uczestnikiem kołowrotu ludzkich dramatów i nieszczęść, które ludzie serwują sobie sami. Jednak nadal pozostaje we mnie, nie tyle ciekawość, co chęć zrozumienia dlaczego się tak dzieje, że z życia robimy bezsensowną egzystencję?

"Wszystko robimy w życiu trochę tak po omacku. Po ciemku. Trochę to przypomina zamknięty pokój, w którym pełno różnych przyjemności, pełno uciech, ale też pełno problemów, tych złych rzeczy". 

"Życie psa na balkonie" to zaledwie 180 stron, a już po otworzeniu książki zaskoczy nas forma w jakiej zwraca się do nas autor. To dramat literacki. Tekst z podziałem na role i didaskaliami.
Głównych bohaterów jest dwóch - Ojciec i Syn. Toczą oni ze sobą rozmowę, która odbywa się w śmierdzącym wódką i brudem mieszkaniu. Widywałam wiele takich mieszkań - stąd wizualizacja nie stanowiła dla mnie żadnego problemu, ale jeżeli takie widoki są Wam obce to z łatwością poczujecie klimat za sprawą opisów sporządzonych przez autora.
To historia pełna kontrastów, które wzbijają się i opadają jak punkty wykresu sinusoidalnego. Zbieramy informacje o jedynym i drugim, co chwilę zmieniając o nich zdanie. Mężczyźni licytują się; kto bardziej zniszczył sobie życie - przy okazji zatruwając je matce i żonie. Ojciec lecząc kaca pije wodę, Syn sprząta i powoli przesuwamy się z akcją w kierunku drzwi, drzwi które są zamknięte. Z jakiegoś powodu obaj boją się nacisnąć klamkę i wejść.

Rozmowa, którą toczą choć krótka, biorąc pod uwagę objętość książki, stanowi przekrój ich życia.Język jest wulgarny, prostacki - realistyczny - tak rozmawiają ze sobą ludzie, którzy za cel postawili sobie zniszczenie własnego życia, biorąc przy tym jak najwięcej jeńców. Zdarza się jednak, że język zahacza o... poetykę. Dziecko mężczyzny wykładającego literaturoznawstwo - jak się domyślam z prowadzonej przez bohaterów rozmowy - jakim jest Syn potrafi zgrabnie formułować zdania i tworzyć wyszukane historie. Pojawia się tutaj nawet motyw książki; znanej zapewne wszystkim - "Mały książę" Antoine de Saint-Exupéry, który ma tu znaczenie. I tak do momentu, w którym pada wyjaśnienie tytułu, sądziłam, że czytam jedynie batalię międzypokoleniową ludzi, którym z jakiegoś powodu życie się poplątało. Ale to dramat nie tylko w formie. 

Historia, która wcale nie musi być wymyślona, której wiele odsłon widziałam - to Tomasz Górski spowodował, że zjeżyły mi się włosy na głowie.
Można tu dostrzec metaforę na temat równych szans w życiu - nie zawsze je mamy. Ile byśmy nie walczyli o poprawę jakości życia - czasem jesteśmy jak ten "pies na balkonie" zamknięci za drzwiami. Szczekamy, ale wszyscy udają, że nas nie słyszą. Choć hałas jest irytujący nikt nic z tym szczekaniem nie robi, a pies prowadzi egzystencję, bezsensowną egzystencję. 
Kolejne pytanie jakie mi się nasunęło to, to czy czasem nie lepiej niektórych drzwi nigdy nie otwierać? Albo też je zamurować, by mieć pewność, że przeszłość po nas nie wróci?
Ale co wtedy z odpowiedzialnością? Czy można wyjść z marazmu i zacząć po prostu żyć już nigdy się nie oglądając? 
Krótka, dojrzała i na wskroś epatująca brutalnym realizmem książka, która zostawiła mnie z własnymi przemyśleniami na długo i ilekroć na nią spojrzę przywodzi mi na myśl kolejne.
Tę historię można potraktować też jako kontrast do idealnego życia, które widujemy na pięknych, kolorowych zdjęciach. Każde choćby nie wiem jak idealne życie ma gdzieś taki zamknięty pokój. Polecam jako bodziec do przemyśleń, jednak nie jako formę rozrywki.

 

Wydawnictwo: Novae Res

Data wydania: 27. czerwca 2019

Liczba stron: 180

Kategoria: literatura obyczajowa



Recenzja napisana dla portalu bookhunter.pl


Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...