Pokazywanie postów oznaczonych etykietą groza. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą groza. Pokaż wszystkie posty
Chata na krańcu świata - Paul Tremblay

Chata na krańcu świata - Paul Tremblay

Chata na krańcu świata - Paul Tremblay
Najbardziej boję się dwóch rzeczy - pomijając choroby wszelakie - że ktoś obcy wtargnie do mojego domu, do mojej oazy bezpieczeństwa, i wizji osamotnienia w kompletnej, paraliżującej ciszy.
Często śni mi się, że za oknem sypialni ktoś stoi. Stoi i patrzy, i nie ma dobrych zamiarów. 

„Chata na krańcu świata” Paula Tremblaya zaczęła się, jak dla mnie, świetnie. Wen, adoptowana z chińskiego sierocińca przez Erica i Andrew, prawie ośmioletnia dziewczynka, łapie sobie pasikoniki, siedząc przed chatą, w której jej rodzina odpoczywa od codziennego zgiełku. Jej zabawę przerywa nadejście wysokiego mężczyzny, który przy drobnej budowie Wen, nie tylko przy niej zresztą, jawi się jako olbrzym. Nawiązuje z nią rozmowę, z której wynika, że obcy ludzie, z olbrzymem na czele, wtargną do jej domu i jej rodzina będzie musiała podjąć decyzję, która zaważy na losie ludzkości...
Tak, też się dzieje i Wen wraz z tatusiami zostaje zamknięta w chacie, zupełnie jak jej polne koniki w słoju.

Wstęp do historii napisanej przez Paula Trembleya, mimo że jest podany w czasie teraźniejszym (jak i cała opowieść), czego nie lubię, przekonał mnie do tego, że to będzie dobra, a może i mroczna rozrywka, przy której na pewno pojawią się jakieś emocje. Klaustrofobiczna chata, kochająca się rodzina, której spokój przerywa agresja obcych. Do tego biblijna symbolika, zagłada ludzkości, moralne dywagacje - kupuję to!

Z każdą przeczytaną stroną, kiedy rosła liczba retrospekcji i wyrazów w zdaniach kreślonych przez narratora zastanawiałam się w którą stronę Autor zmierza?
Po co to wszystko? Po co ten dysonans w wypowiedziach postaci i narratora?
Bohaterowie mówią stale to samo, czasem zdanie po zdaniu ma ten sam wydźwięk. Rozumiem, że rwana wypowiedź i powtarzanie imion bohaterów ma dawać złudzenie realizmu, strachu, jakiejś niezborności myśli, a nie jedynie przypominać czytelnikowi dramatis personae. Człowiek, kiedy się boi to nie myśli racjonalnie i zdania, które buduje dalekie są od liryzmu, czy jakiejkolwiek poprawności językowej. Jednak stawianie w kontraście do nich, długich, niekiedy barokowych zdań, jakoby manifestacji umiejętności ich budowania, wnosi jedynie chaos. Coś, co rozchodzi się w samej już budowie, po prostu mnie nudzi i żadne zabiegi z formą narracji, czy budowaniem napięcia, którego notabene nie zauważyłam, nie przyspieszą u mnie procesu czytania, nawet gdyby reszta powieści była dialogiem. Dlatego książkę czytałam kilka dni.
Ale może tak ma być i to jest właśnie to, do czego zmierza świat, według grupy która napadła na dom tej mało dziecięcej, jak dla mnie, bohaterki? I to ciągłe oglądanie telewizji...


Nie jest jednak tak że nie znajduję tu nic dobrego, poza wspomnianym początkiem. Autor doskonale wie, czego się boimy. Krwawe opisy są sugestywne, mogą wywoływać, u wrażliwszych odbiorców emocje, nie przeczę. Uważam również, że szafowanie formami wypowiedzi (np. osobą pierwszą) jest fajnym zabiegiem wprowadzającym czytelnika w stan, w którym nie wie czy to, co się w książce dzieje to jedynie zbiorowa histeria, czy może faktycznie świat zbliża się ku końcowi. Zakończenie jest idealne, przy tak prowadzonej opowieści, po prostu nie mogło być inne.


Nie interesowali mnie bohaterowie. Żaden z nich. Byli mi kompletnie obojętni tak, jak historia, którą opowiadali, a nie spodziewałam się przecież traktatu filozoficznego, czy wielkiej głębi, ani tym bardziej sensacji. Przebrnęłam przez książkę, z uwagi na niewielką liczbę stron i chęć zrozumienia fenomenu tej, przecież nagrodzonej, powieści. 

Dla mnie to przeciętna historia, oprawiona w bogatą i klimatyczną szatę graficzną przygotowaną przez niezawodnego Macieja Kamudę. Wydawnictwo Vesper przyzwyczaiło już nas, czytelników, do jakości wydań serwowanych przez nich publikacji. 


Niestety ta powieść kompletnie do mnie nie trafiła, ale i tak zachęcam do zapoznania się z nią samemu.



Wydawnictwo: VESPER
Data wydania: 15 kwietnia 2020
Ilość stron: 308
Tłumaczenie: Paweł Lipszyc
Ilustracje: Maciej Kamuda
#133 Upiór opery - Gaston Leroux

#133 Upiór opery - Gaston Leroux

#133 Upiór opery - Gaston Leroux - recenzja - czy warto przeczytać?
Z "Upiorem opery" łączy mnie związek bardzo sentymentalny. Oglądałam kiedyś kilka - dość luźnych - prób przeniesienia tej historii na ekran. I choć większości z nich daleko do dzieła Gastona Lerouxa, to i tak wspominam je dobrze. 

Książka powstała w 1909 roku i jest klasyczną powieścią gotycką, o czym pewnie większość czytelników, niestety, nie wie.
Spotkałam się nawet z recenzją krytykującą jej ekranizację z 2004 roku, zarzucającej obrazowi śmieszność i nie dostrzegającej w niej oczekiwanego... horroru?


Powieść gotycka bywa nazywana romansem grozy, z czego sama "groza" wynika na przykład z miejsca w którym toczy się akcja - zamek lub jak w tym przypadku - Opera Paryska, czy też narastającego uczucia szaleństwa.
Charakteryzuje się też przeciwstawnymi bohaterami, w dosłownym tego słowa znaczeniu - osobnik straszny (upiorny) i w ramach kontrastu osobnik niewinny - czysty. 

Spotkamy się w niej z wiodącym wątkiem romansowym z wydającą się nam - obecnie żyjącym - śmieszną wręcz przesadą - sentymentalizmem.
Objawia się to miłością na śmierć i życie, płomiennymi deklaracjami, przesadną emocjonalnością i gestykulacją postaci, łącznie z teatralnym omdlewaniem kobiet.
Po co to wszystko piszę?
Bo "Upiór opery" Gastona Lerouxa taki właśnie jest. 
Akcja toczy się Operze Paryskiej i jej podziemiach. Młoda śpiewaczka Christine Daae pobiera nauki u samego Anioła Muzyki, który wabi ją swym niebiańskim talentem. Wszystkiemu (najczęściej) z ukrycia przygląda się Raul de Chagny, który dostrzega niebezpieczeństwo kryjące się za tajemniczym głosem. Tymczasem budynek opery ma nowych zarządzających, z którymi w konflikcie pozostaje legendarny Upiór. Nikt Go nigdy nie widział, choć niektórzy twierdzą, że z nim rozmawiali. Ktoś jednak pisze roszczeniowe listy, w których domaga się między innymi zwrotu loży numer 5 i podpisuje się jako U. O.

W fabule bardzo dużo się dzieje. Jest wiele wątków - od próby usunięcia Upiora,  operowe spektakle i cały ich anturaż, przez historię miłości Raula i Chirstine, do odrzuconego przez społeczeństwo - oszpeconego Erika.
Od samego początku narracja przypominała mi artykuły z bardzo wiekowych gazet. Opisy są drobiazgowe, do tego stale pojawiają się przypisy, które polecam czytać na bieżąco - naprawdę są bardzo przydatne. Sam autor chce nas przekonać, że postać rzeczonego Upiora była prawdziwa... A była?
Dlatego stosuje styl przypominający reporterski.

Ta historia jest pełna przepychu i to nie tylko w kwestii nadmiernej emanacji uczuć targających bohaterami, ale w nawiązania do np. mitologii czy też prawdziwych wydarzeń mających miejsce w czasach jej napisania.
Choć ma 110 lat i same zachowania postaci; ich porywy serca, dramaty, które przeżywają, czy zastosowany humor, mogą wydawać się trochę archaiczne, to styl którym pisał Gaston Leroux nie sprawia najmniejszego problemu.
Obserwujemy całe spektrum emocji: od współczucia i płomiennej miłości do nienawiści i chęci zemsty. Widzimy geniusza, który pozbawiony ładnego lica jest skazany na życie w podziemiach. Cierpi i jak każdy człowiek nie potrafi być zupełnie sam. Odrzucenie powoduje narastanie w nim gniewu i nienawiści, czyli przykład na to, jak otoczenie kształtuje nasze zachowanie.

"Myślałam, że jestem wewnątrz kaplicy cmentarnej. Ściany zostały wybite czarnym kirem, ale zamiast łez zazwyczaj dopełniających taki pogrzebowy wystrój, na ogromnej pięciolinii widniały nuty Dies irae. Pośrodku pomieszczenia wznosił się baldachim z rozsuniętymi brokatowymi, czerwonymi zasłonami, a pod nimi stała otwarta trumna. Cofnęłam się na ten widok. "To tutaj sypiam - rzekł Erik - do wszystkiego można się przyzwyczaić, nawet do wieczności".

Dałam się porwać temu klimatowi operowego przepychu. Bawiłam się doskonale przemykając tajemnymi przejściami, przysłuchując się śpiewaczkom i patrząc na skrzące się żyrandole, jednocześnie uważając by nie zniknąć w zapadni lub nie utonąć w jeziorze strzeżonym przez syrenę!
Moją ulubioną historią miłosną są losy Heatcliffa i Katarzyny Earnshaw z "Wichrowych wzgórz" Emily Brontë, więc nie zdziwiłam się, w ogóle, jak w posłowiu napisanym przez Dorotę Babilas znalazłam nawiązania do tej właśnie książki. 
Ja wiem, że wielu czytelników posłowia nie czyta, wiem bo mnie się też to wcześniej zdarzało. Jednak w przypadku książek wydanych przez Wydawnictwo Vesper - czytanie tego działu jest nie tylko obowiązkowe - ale zawsze równie przyjemne jak prezentowana powieść i pozwala lepiej zrozumieć utwór, który się właśnie przeczytało.
"Upiór opery" jest bogato ilustrowany obrazami Anne Bachelier, co zdecydowanie podnosi odbiór wizualny i pozwala zobaczyć to, co Leroux napisał.
Ta powieść to klasyka literatury i nie można jej oceniać w kategoriach współczesnej prozy, czy nie daj Boże - dzisiejszego realizmu - a choćby i z szacunku do niebywałego talentu pisarskiego autora.
Ode mnie 8/10.


Za swój egzemplarz dziękuję wydawnictwu Vesper.

Wydawnictwo: VESPER
Data wydania: 27. listopada 2019 
Ilość stron: 410
Kategoria: powieść gotycka
Tłumaczenie:  Andrzej Wiśniewski, Hanna Śmierzyńska
Ilustracje: Anne Bachelier
#94 Stephen King - Instytut

#94 Stephen King - Instytut

#94 Stephen King - Instytut - recenzja  - czy warto przeczytać?

Ze Stephenem Kingiem zaprzyjaźniliśmy się wiele lat temu. Różnie z tą naszą przyjaźnią było - często rozchodziliśmy się, by na nowo się odnaleźć. Zrobiliśmy sobie długą przerwę, sądzę nawet, że było to parę lat, aż do wydania przez Wydawnictwo Albatros - "Instytutu". 
Jakoś, tak wewnętrznie, poczułam potrzebę ponownego zagłębienia się w mroczne czeluści umysłu pisarza, nazywanego niezwykle często Królem Horroru.
Może na wstępie już zaznaczę, że ja za takowego Go nie uważam i do ślepego uwielbienia jego pióra - równie mi daleko.

W obiekcie zwanym Instytutem przetrzymuje się niezwykłe dzieci, a mianowicie posiadają one zdolności telepatyczne i telekinetyczne. Osoby prowadzące ten mroczny przybytek, chcąc wzmocnić w nich umiejętności parapsychiczne - przeprowadzają różne testy. Często bardzo bolesne i mogące zakończyć się nawet śmiercią badanego. Ich okrutne eksperymenty są oczywiście ściśle tajne. Porywane dzieci znikają, by się już nigdy nie odnaleźć.

Nie ma w "Instytucie" odczucia grozy. Chyba, że ktoś jest szczególnie na nią wrażliwy. Jest tajemnica, którą odkrywamy kawałek, po kawałku. Fabuła nie jest zaskakująca, prawie od samego początku wiemy - do czego to wszystko prowadzi. Stephen King to niebywale utalentowany bajarz, gawędziarz. Pisze dużo, często mocno wokół tematu, tutaj na przykład często odnosi się do sytuacji politycznej Stanów Zjednoczonych, ale jakoś mi to w "Instytucie" nie przeszkadzało.
Motyw międzynarodowego spisku, izolacja dzieci od świata zewnętrznego, krzywda jakiej doświadczają z rąk dorosłych i ich niesamowite zdolności tworzą mroczny i intrygujący klimat, w który się po prostu wsiąka.
Kiedy już trafiłam z głównym bohaterem książki - Lukiem Ellisem do tej tajemniczej bazy, to nie wiedziałam jak to się stało, że nagle znalazłam się w połowie z 672. stron.

Pisarz powoli odsłania karty. Samo umiejscowienie obiektu już miło pobudziło moją wyobraźnie. Dzieci dzielą Instytut na połowy - Przednia, w której znajdują się na początku swojej drogi, gdzie robi się im m. in. zastrzyki na kropki (to tylko brzmi tak niewinnie) i Tylna Połowa, która też ma swój podział, który wieńczy Warzywniak.
Czytelnik choć wie, że żadna z tych "Połów" nie skrywa nic dobrego, to z wielką ochotą, graniczącą z fascynacją, zagłębia się w opowieść.
Gdy dotarłam do punktu zwrotnego, że tak nazwę treść opisującą - walkę dobra ze złem - pracownicy Instytutu kontra dobry Nocny Strażnik, mój entuzjazm nieco opadł, ale i tak bawiłam się przednio. 

Rozrywka w czystej postaci! 
 
Nie będziemy tutaj wielce rozmyślać i zastanawiać się jak co należy zinterpretować - choć oczywiście można. Głowę jednak wypełniają obrazy - jak na dobry i mroczny, film akcji przystało.
Bohaterowie, których wykreował, również - do czego tak naprawdę mnie przyzwyczaił, świetnie skonstruowani. Nie da się nie zauważyć, jakim jest dobrym obserwatorem ludzkich zachowań.
Końcówka, jak to u Kinga... można inaczej? Pewnie tak, ale to już nie byłby On.
Myślę, że to odpowiednia książka, aby rozpocząć przygodę z jego twórczością. Jeżeli jej ktoś jeszcze nie posmakował, choć ilekroć spotykam się z tym stwierdzeniem, jestem co najmniej lekko zdziwiona...
Jest intrygująco, jest mrocznie, ale bez tego "horroru", którym kiedyś raczył niemal każdą swoją powieść.

Hmm...
Jakby to sensownie podsumować... Wydawnictwo Albatros promowało tę książkę z tekstem przewodnim "King jest wielki" - jest... nie da się temu zaprzeczyć, więc wejdźcie do Instytutu i pozwólcie się porwać festiwalowi serwowanych przez niego efektów specjalnych :)


Za swój egzemplarz dziękuję Wydawnictwu Albatros.



Wydawnictwo: Albatros
Data wydania: 11. września 2019
Liczba stron: 672
Kategoria: horror
Tłumaczenie: Rafał Lisowski
#82 Gałęziste - Artur Urbanowicz

#82 Gałęziste - Artur Urbanowicz

#120 Gałęziste - Artur Urbanowicz - recenzja - czy warto przeczytać?
Od pewnego czasu wracam do swoich czytelniczych korzeni i sięgam po lektury obfitujące w grozę.
Nowe wydanie "Gałęzistego" Artura Urbanowicza już na wstępie pobudza wyobraźnię. Świetny pomysł na okładkę - nawiązujący do treści książki - został równie dobrze zrealizowany, do tego powieść wypełniona jest niezwykle klimatycznymi ilustracjami. Mimo że mam tylko prebooka już wiem, że to będzie prawdziwy wydawniczy rarytas.

Głównymi bohaterami "Gałęzistego" jest para studentów Karolina i Tomasz, która chcąc zażegnać kryzys z jaki dopadł ich związek, wybiera się na wycieczkę w odludne tereny Suwalszczyzny. Już na wstępie dowiadujemy się, że Tomek choruje na cukrzycę, przez co Karolina stale sprawuje nad nim niemal rodzicielską pieczę. Kara - jak nazywają ją znajomi, jest osobą głęboko wierzącą w Boga i praktykującą, a Tomek z kolei to zatwardziały ateista, studiujący matematykę, przez co kwestionujący wszystko, czego nie rozumie i czego nie może policzyć.
Dziewczyna stara się mieć wszystko poukładane i zaplanowane, a chłopak to strasznie nieodpowiedzialny lekkoduch, który sam nie wie czego tak naprawdę chce. Już na początku swojej wycieczki mają przygody. Cukrzyca, która przyczynia się prawie do wypadku drogowego, następnie nieudana rezerwacja pokoju, która kieruje ich do dziwnego domu w Białodębach, sąsiadującego z cmentarzem Jaćwingów i głębokim lasem. Chłopak odnotowuje niespotykane zachowanie młodej gospodyni, która przechadza się nago po domu, a Karolinę dręczą dziwne sny. Jak możemy się domyślać to dopiero początek festiwalu dziwadeł i zalewającego ich mroku.

Gęste lasy, dziwni ludzie, mroczna atmosfera, tajemnicze jeziora i nawiązania do mitologii Słowian. 
Wszystko to powinno spowodować u czytelnika chociażby gęsią skórę, o jakimś niepokoju nie wspominając, ale niestety ja nie odczułam kompletnie nic, no może odrobinę irytacji.
Para bohaterów - to młodzi, ale wykształceni ludzie, którzy rozmawiają ze sobą dość wąskim zasobem środków językowych. Dialogi są męczące. On matematyk, który chorując na cukrzyce stale sięga po alkohol i stale się dziwi, że znowu prawie umarł, a ona stale go ratuje i stale się obraża, na zmianę z wizytami w kościele - ponieważ akcja toczy się w okolicach świąt Wielkanocy. Niestety trzecioosobowa narracja też jest uwikłana w tę prostotę wypowiedzi, ale ma to jedną zaletę - mianowicie prędkość czytania. 
Akt "miłosny" też jest odarty z aury tajemnicy i delikatności językowej i nie, nie oczekiwałam w tym gatunku poetyki. 

Podobały mi się opisy siły przyrody, magii mrocznych lasów, wtrącenia odnośnie miejscowych legend, czy wprowadzenie elementów starej wiary oraz zastosowanie przemowy - monologu Skedy.
Nie można autorowi odmówić talentu do snucia opowieści, łączenie wielu wątków i czerpania z rodzimych mitów. Ciekawie przedstawił również rodzący się strach, w poczuciu osamotnienia i niemożności zebrania myśli. Pomysł aby przedstawić konfrontację wiary i nauki też jest bardzo dobry, ale chyba trochę za płytko potraktowany.
Przez większość książki tak naprawdę nic się nie dzieje i brakuje mi właśnie tej nuty prawdziwej grozy i niedopowiedzeń, które budują klimat, którego w książkach tego gatunku szukam. Dlatego też podobało mi się zakończenie, choć nie było fajerwerków, dało to miejsce na moje własne wyobrażenia, domysły.
Choć książka została przeredagowana nie da się nie zauważyć, że był to debiut, ale wydaje mi się, że to preludium do czegoś naprawdę dobrego. 

"Błogosławieni ci, którzy oddają mu cześć, albowiem do nich należy królestwo zielone".

Jeżeli chcecie sprawdzić sami, jak odbierzecie tę historię, bo ilu czytelników tyle gustów i moje zdanie nie jest jedynym i tym właściwym - to prapremiera książki będzie miała miejsce podczas Międzynarodowych Targów Książki w Krakowie w dniach od 24. do 27. października 2019 roku.
6/10.

Za swój egzemplarz dziękuję wydawnictwu Vesper.



Wydawnictwo: VESPER
Data wydania: 13. listopada 2019
ilość stron: 458 (prebook)
Kategoria:horror



#22 Znak kukułki - Anna Bichalska - recenzja

#22 Znak kukułki - Anna Bichalska - recenzja


#58 Znak kukułki - Anna Bichalska - recenzja - czy warto przeczytać?
 
"Czy historia, którą opowiadam, jest fantastyką, opowieścią grozy, literaturą faktu, obyczajową, realizmem magicznym, wyimkiem biografii, powieścią psychologiczną, pamiętnikiem wariatki, sennikiem?"

Alina została adoptowana i niewiele pamięta ze swojego dzieciństwa. Jej przybrany ojciec Mateusz, przed śmiercią zostawia jej teczkę z artykułami dotyczącymi sprawy sprzed dwudziestu lat. Okazuje się, że pracował wtedy jako dziennikarz i interesował się sprawą tajemniczych zaginięć dzieci - powracających z wyrysowanym piętnem. Mało tego, okazuje się, że ta sprawa miała swoje korzenie wiele, wiele lat wcześniej... 

Bohaterka cierpi na zaburzenia snu, z którymi nauczyła się żyć. Alina potrafi tkwić w półśnie, którego nikt nie zauważy, a w nocy nie spać lub też lunatykować, co z kolei przyczynia się do wyprowadzek jej współlokatorów. Każdy ze swoich snów notuje, szukając w nich odpowiedzi dotyczących jej przeszłości, ale zdają się one być kompletnie fantastyczne. Przypadkiem trafia na seans filmu "Kobieta z kukułką", gdzie poznaje swoją kolejną lokatorkę - Gretę - co ciekawe są one jedynymi uczestniczkami seansu. Okazuje się, że Alinę i reżysera filmu o "Kobiecie z kukułką" coś... łączy. 

Dodatkowo narracja jest prowadzona przez kilka postaci - Alinę - w pierwszej osobie, Myszę - dziewczynkę o niebywałej wyobraźni w osobie trzeciej, i Marię pisarkę, wypowiadającą się również  w osobie pierwszej - później pojawia się jeszcze postać nazwaną - Zjawą. 

"- Mam klucze do wszystkich światów, znam wszystkie drogi. Nie sposób przede mną uciec. Odszukuję to, co głęboko ukryte, oddaje, co zagubione. Odkopuje to, co zakopane. Zawsze wracam. Bądźcie gotowi".

Pierwszy raz czytałam książkę, której bohaterką jest moja imienniczka, ale to nie jedyna zbieżność, pojawia się wiele punktów wspólnych, ale nie będę nikogo nimi zanudzać. Powieść pochłonęłam w dwa dni - co jest nie lada wyczynem biorąc pod uwagę fakt, że zmagałam się z wysoką gorączką i postępującym grypopodobnym schorzeniem. Domyśliłam się dość wcześnie tego, co może kryć się pod aurą niezwykle bogatych wyobrażeń sennych bohaterki, ale nie mogłam i tak pozwolić sobie na nie skosztowanie kolejnej strony tej prawdziwej uczty mrocznej wyobraźni pani Bichalskiej. To jedna z tych historii, których nie chce się odłożyć dopóki się nie dowiemy, co będzie dalej. Miesza się tu ze sobą świat wyśniony, często daleki od tego, o czym chcielibyśmy marzyć, ze światem rzeczywistym. 
To książka, dla ludzi, których wyobraźnia nadal pracuje na wysokich obrotach, którzy lubują się w smaczkach nieoczywistości, w morzu znaczeń i dźwięków podświadomości, podlanych szczyptą grozy.
Na koniec kieruję prośbę do autorki o... nie tak częste używanie "gumki do mazania" :)

7/10.

#58 Znak kukułki - Anna Bichalska - recenzja - czy warto przeczytać?


Za swój egzemplarz dziękuję wydawnictwu Zysk i S-ka.



Wydawnictwo: Zysk i S-ka

Data wydania: 28. maja 2019

Liczba stron: 451

Kategoria:
Kryminał/Sensacja/Thriller
#8 Doktor Jekyll i pan Hyde - R. L. Stevenson

#8 Doktor Jekyll i pan Hyde - R. L. Stevenson

Doktor Jekyll i pan Hyde - Robert Louis Stevenson - czy warto przeczytać?

"Kryje się za tym coś jeszcze - mówił do siebie nasz zmartwiony dżentelmen. - Jest tu coś jeszcze,  a ja nie umiem tego nazwać. Dobry Boże, wszak jest w nim coś nieludzkiego! Jakby był człowiekiem pierwotnym albo bazyliszkiem..." 

"Doktor Jekyll i pan Hyde" wszyscy gdzieś słyszeli o tej historii, ale mało kto kojarzy ją z książką. Było wiele ekranizacji, wiele filmowych inspiracji, jak udanych to już sprawa drugorzędna. 
Robert Louis Stevenson, który napisał "Wyspę Skarbów", "Porwanego za młodu" czy "Czarną strzałę" - stworzył prawdziwy horror - bez istot nadprzyrodzonych i magicznej otoczki.
Człowiek, jako istota o dwoistym charakterze. Z jednej strony człowiek oświecony i żyjący zgodnie z prawem, a z drugiej istota zła, pozbawiona moralności, która niszczy wszystko to, co ta dobra strona ceni. 
Książka składa się dziesięciu rozdziałów i Posłowia spod pióra Macieja Szymkiewicza. 
Całość to zaledwie 120 stron, które mimo trochę archaicznego języka czyta się znakomicie. Doktor Jekyll to nie tylko wybitny lekarz, to szanowana persona - wywodząca się z znamienitej rodziny. Jest niezwykle prawy i głęboko moralny, w laboratorium chemicznym próbuje znaleźć lek na ludzką agresję. Przyrządzoną miksturę testuje na sobie i tak powołuje do życia Pana Edwarda Hyde-a, swoje kompletne przeciwieństwo. Za dnia dobry człowiek, nocą propagator wolnej woli - złej woli.
A jak to często bywa z tą wolną wolą - może ona sprowadzić nas na manowce. 
Mimo tego, że pan Hyde jest drugim obliczem doktora Jekylla noszącym jednak inną fizjonomię, obrazującą jego charakter:

"Otóż pan Hyde okazał się blady i niewysoki, była w nim jakaś fizyczna deformacja, chociaż nie dało się jej wskazać czy nazwać, miał niezbyt przyjemny uśmiech, a do Uttersona odnosił się na przemian nieśmiało i zuchwale, jakby snuł wobec niego mordercze plany; mówił ochryple, półgłosem, czasem zaś jego głos nieco się łamał"

Nowela pochodzi z 1886 roku, a mimo to doskonale wpisuje się w obecny czas. Człowiek nie jest tylko dobry, ani tylko zły - to wydaje się oczywiste. Wszystko zależne jest od tego, które z swoich oblicz karmi i jak je karmi. Powieść Stevensona uznawana jest za portret psychopatologicznej podwójnej osobowości (jak podaje okładka) - nie wiem czy tylko... 
Na 120 stronach mamy pytanie o istotę zła i mamy też odpowiedź - człowiek. 
Doktor Jekyll chciał uleczyć ludzkość z agresji, a uzyskał coś zupełnie przeciwnego, ucieleśnienie najgorszych myśli, do tego kompletnie pozbawione empatii.

"Owa istota, którą dobyłem z własnej duszy i słałem w świat, by folgowała swym żądzom, okazała się wcieleniem podłości i najgorszego łajdactwa."

Być może to jest właśnie istota człowieczeństwa? Równowaga między obiema naturami, akceptacja dwoistości i świadomy wybór, tego kim chcemy być. 

"Gdy alkoholik zmaga się rozumowo z nałogiem, niezwykle rzadko zdaje sobie sprawę, jak groźna jest bestia, którą wyzwala w swoim ciele. (...)
Mój demon, długo trzymany w klatce, z rykiem wyrwał się na wolność."

Jak to bywa z klasyką - wszyscy o niej słyszeli, ale nikt jej nie czyta... 
A naprawdę szkoda, bo dobra powieść wymyka się z ram znaczeń i czasu pozwalając czytelnikowi na własną interpretacje zgodnie z przekonaniami i epoką w jakiej przyszło mu żyć i tak też jest z tą opowieścią - 8/10.


Wydawnictwo: Vesper

Data wydania: 2007 (przybliżona data)

Liczba stron: 120


Kategoria: thriller, sensacja, kryminał

Tłumaczenie:Lesław Haliński
 


Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...