Pokazywanie postów oznaczonych etykietą literatura amerykańska. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą literatura amerykańska. Pokaż wszystkie posty
Sny o pociągach — Denis Johnson

Sny o pociągach — Denis Johnson

 

Zdjęcie książki Denisa Johnsona — Sny o pociągach. Książka leży na pomalowanych na biało deskach. Obok stoi kwiat doniczkowy, monstera, a za książką leży bukiet ususzonej hortensji. W tle jest bokeh z lampek choinkowych.


„Świat był szaro-biało-czarny i cuchnął spalenizną, nie było w nim ani jednego żywego zwierzęcia czy rośliny — już nie płonął, lecz wciąż miał w sobie gorąco i żywe pożogi”.

Sny o pociągach — Denis Johnson


„Sny o pociągach” Denisa Johnsona nazywa się małym arcydziełem i trudno się z tym określeniem nie zgodzić. Krótka, bo licząca zaledwie 112 stron nowela jest przesycona atmosferą górzystych rejonów Idaho. Robert Grainer, główny bohater, wysiadł z pociągu na stacji w miasteczku Fry, gdy miał sześć bądź siedem lat. Podobno mówił wtedy po francusku. Nie pamiętał skąd przybył, ani jak utracił rodziców. Udało mu się ustalić, że najprawdopodobniej urodził się w 1886 roku. Dorosły Robert to robotnik i drwal lubiący swoją pracę i zwyczajne, niespieszne życie, któremu rytm nadają pory roku. Los go nie oszczędza i spokojna egzystencja w zgodzie z naturą zostaje zachwiana, przez rodzinną tragedię. Od jej czasu bohater żyje w samotności, z której okazyjnie wyrywają go niezwykle ludzkie wilki.

„Tak to się zieje tak właśnie mówią: nie ma wilka, co by nie umiał sobie człowieka oswoić”.

Grainer niczym Henry David Thoreau egzystuje w zgodzie z przyrodą, łowiąc ryby w rzece czasu. W tej krótkiej i gęstej opowieści można się zatracić, nasłuchując ech twórców literackich z różnych epok. I tak „Walden, czyli życie w lesie” i jego filozoficzna oś przeplata się z surowymi spostrzeżeniami przypominającymi odrobinę pióro Cormaca McCarthy-ego, postacie, choć z Północy Stanów Zjednoczonych, to ocierające się w kreacji o groteskę — Flannery O’Connor, a realizm magiczny skojarzył mi się z rzeczywistością z czytanego w zeszłym roku „Dotyku” Alexiego Zentera. 
W książkach piękne jest to jak myśli różnych ludzi znajdują wiele punktów wspólnych, za nic mając czas i miejsce.

„To jednak były tylko nikczemne rojenia ludzi z nadmiarem wolnego czasu — gdy przyszedł czas wyborów ich uwagę zwabiły demony parytetu srebra i wywłaszczeń gruntów pod linie kolejowe, więc na jakiś czas tajemnice wzgórz Moyee poszły w zapomnienie”. 

Historia Denisa Johnosona to być może mało optymistyczne studium dysonansu ludzkiego życia, które może być wszystkim i jednocześnie nic nie znaczyć. Świadomość tego, czym ono jest dla nas i kim jesteśmy my, zdecydowanie je ułatwia. Punkt widzenia, zależy od punktu siedzenia, ale i tego czy nam, na siedzisku wygodnie. 

„Sny o pociągach” Denisa Johnsona to mała — wielka literatura.

Wydawnictwo: Czarne
Data wydania: 10.02.2021 r.
Liczba stron: 112
Kategoria: literatura piękna
Tłumacz: Tomasz S. Gałązka
Sinobrody - Kurt Vonnegut

Sinobrody - Kurt Vonnegut

Zacznę od wyznania: do niedawna byłam przypadkową czytelniczką.
Co mam na myśli?
Nie miało dla mnie wielkiego znaczenia to co czytam. Kupowałam książki w marketach sugerując się opisem i okładką, nie znałam wielkich pisarzy, nie omdlewałam na widok nowej książki jakiegoś autora, ale akurat to ostatnie zostało mi do dziś. Traktowałam czytanie jako odskocznię od męczących dni, zdarzeń, a walory literackie nie miały dla mnie nie tylko znaczenia, ale i nie byłam ich świadoma. Były oczywiście tytuły, które znałam ze słyszenia, bo słuch i pamięć miałam zawsze dobre. Przypadek spowodował, że trafiłam na artykuł, który sugerował, że powieści Kurta Vonneguta są przeznaczone dla mężczyzn, artykuł zresztą utrzymany był w dość seksistowskim tonie, jakoby powieści tego autora były dla kobiet zbyt trudne, do zrozumienia, rzecz jasna. A nic mnie tak we współczesności nie irytuje (choć inne słowo, niecenzuralne, ciśnie mi się na usta) jak mówienie, że płeć definiuje zdolność pojmowania, samodzielnego rozumowania i to w dodatku prawidłowego. Trudno mi nie tylko pozostać obojętną, ale i trudno się zwyczajnie nie wściec. Kiedy ciśnienie krwi się unormowało to zdecydowałam, że sprawdzę jak to z tym Vonnegutem jest. Zabrałam się do tego wchodząc poniekąd przez tylne drzwi, bo zaczęłam od „Syren z Tytana” (o których pisałam tutaj i którymi byłam zachwycona), a teraz przeczytałam „Sinobrodego”, który znacząco różni się od „Syren...”, ale im więcej dni upływa odkąd skończyłam tę książkę, tym bardziej mi się podoba.

Sinobrody - Kurt Vonnegut

Sinobrody to postać z baśni Charles’a Perraulta. Był bogatym kniaziem w średnim wieku, prowadził szemrane interesy. Żenił się wiele razy, a wszystkie żony znikały, jedna po drugiej, w tajemniczych okolicznościach...
Był wielokrotnym mordercą. Tak, mordował właśnie te żony, a ich ciała ukrywał w jednej w swoich komnat. Przy każdorazowym zawieraniu małżeństwa instruował nową żonę, aby nie zaglądała do rzeczonej komnaty. Żadna oczywiście nie przestrzegała zalecenia i stawała się kolejną z jego ofiar.
Z postacią Sinobrodego spotykamy się dość często, pojawia się w różnych dziełach szeroko pojętej kultury. Ostatnio słyszałam porównanie do tej postaci w serialu „Sukcesja”.
Podobno postać tego zepsutego człowieka jest wzorowana na postaci Gillesa de Raisa, francuskiego arystokraty, stronnika Joanny d’Arc (ona również jest wymieniona w „Sinobrodym” Kurta Vonneguta), który został stracony za herezję i morderstwa.

Sinobrody - Kurt Vonnegut

„Sinobrody” Kurta Vonneguta nie jest dokładnie tym, czym baśniowa postać Charles'a Perraulta, a jedynie nawiązaniem.
To fikcyjna autobiografia amerykańskiego malarza (pochodzenia ormiańskiego) Rabo Karabekiana, jednookiego weterana II wojny światowej, który w formie nieoczywistego dziennika opowiada swoje życie.
Kiedy bohater został na placu boju sam, to los skrzyżował jego życie z pewną wdową - Circe Berman, która m. in. bardzo chciała zobaczyć co takiego Rabo ukrywa w spichrzu, przeznaczonym na... kartofle.

Karabekian nie tylko przyjaźnił się z grupą malarzy zwanych ekspresjonistami abstrakcyjnymi (m. in. Jacksonem Pollockiem, Markiem Rothko), ale i był jednym z nich. Patrzymy jak na przestrzeni lat stawał się tym, kim jest.
Skradamy się do jego „pomieszczenia na kartofle” by odkryć jego największy sekret.

Sinobrody - Kurt Vonnegut

Vonnegut w lekki, często zabawny sposób, opowiada o życiu dorosłego już dziecka imigrantów naznaczonych wojną (ludobójstwo Ormian w czasie I wojny światowej). Wskazuje na różnice w „przeżywaniu” traumy przez rodziców Karabekiana. Oboje doświadczyli piekła i jeżeli możemy je jakoś stopniować, to matka nie tylko została nim dotkliwiej porażona, ale i wykazała się większą wolą przetrwania.

Motyw wojny i motywy feministyczne w tej powieści utkane są dość gęsto.

Ironia, satyra, groteska.
Co to wszystko: sztuka, wojna i feminizm, może mieć ze sobą wspólnego?, u Vonneguta ma.

A do tego odnosi się wrażenie, że czyta się przypowieści, które można swobodnie interpretować i dopasować do prawie każdej sytuacji na świecie, niezależnie od tego kiedy miała (lub ma) miejsce.

Dla młodego Karabekiana idolem był Dan Gregory, sztukmistrz ilustracji, który miał dar do odtwarzania rzeczywistości w sposób fotograficzny. Gregory związany był z Marilee, którą pomiatał, zresztą jak każdą kobietą:

„Oświadczył, że żadna kobieta niczego nie dokona w sztuce, nauce, polityce ani przemyśle, bo jej głównym zadaniem jest rodzenie dzieci, dodawanie mężczyznom animuszu i prowadzenie domu. Zaproponował, żebym dla sprawdzenia słuszności tej tezy spróbował wymienić dziesięć kobiet, które do czegoś doszły w jakiejkolwiek dziedzinie oprócz gospodarstwa domowego.
    Dziś chyba bym umiał wymienić dziesięć takich kobiet, ale wtedy przyszła mi na myśl tylko święta Joanna d’Arc.
    - Joanna d’Arc! - zawołał Gregory - Przecież to był hermafrodyta!”

Rabo pojętny uczeń i tę naukę przyjął. Korzystał z tego, co „los” mu dawał, nie myśląc nad tym dlaczego, a w czasie wojny „wyczesywał sobie dupy z grzywki”. Wyrażenie to, kiedyś powód do jakiejś formy „dumy” u Karabekiana, rozkłada na czynniki pierwsze właśnie Marilee:

„Wyobraziłam sobie, że wszędzie na swojej drodze spotykałeś kobiety gotowe zrobić wszystko w zamian za jedzenie i ochronę dla siebie, dla dzieci i dla starców, bo młodzi mężczyźni nie żyli albo byli gdzieś daleko”.

Ale Marilee na tym nie kończy:

„Wojny w ogóle nie prowadzi się tylko po to, żeby kobiety na całym świecie postawić właśnie w takiej sytuacji. Mężczyźni zawsze walczą z kobietami i tylko udają, że wojują między sobą.
-  Czasem wkładają w to udawanie sporo wysiłku - zauważyłem.
- Bo wiedzą, że ci, którzy udają najlepiej, oglądają potem w gazetach swoje zdjęcia i dostają ordery”.


W „Sinobrodym” jest również wiele „naśmiewania się” z wielkiej sztuki, której wielkość wyraża się głównie w cenie. Sztuka, która im dziwniejsza, im mniej przypominająca rzeczywistość, tym bardziej wartościowa, okiem znawców i nie-znawców.
Kiedy odkrywamy co Rabo potrafi i jak to kwituje mamy niezły ubaw, ale kiedy dołożymy do tego zawartość tej jego „komnaty” to dostrzegamy powieść humanistyczną.

Każda z postaci w „Sinobrodym” ma coś do powiedzenia, każdą można rozwarstwiać i zastanawiać się dlaczego tak, a nie inaczej się zachowuje.

Zaznaczyłam wiele fragmentów, opowiastek, sytuacji, które są zaskakująco uniwersalne, jak i cała powieść.

Każdy ma swój schowek na „kartofle”. Każdy stale czegoś szuka, uwznioślenia egzystencji, sensu, powodu - mając rzeczywistość za krok ku czemuś, nie dostrzegając tego, że właśnie to, co ukrywamy jest prawdziwą wartością.

Staram się być świadomym czytelnikiem. Szukam detali, odniesień, nawiązań. Drążę. Ale kiedyś mi się nie chciało.
No bo się nam nie chce i to wielu rzeczy. Wzrok ślizga się po wierzchu, patrzymy i nie widzimy. Zdarza się, że się budzimy z letargu kiedy pada, a parasolki wtedy znaleźć nie sposób. Dobrze kiedy zmokniemy i źli na siebie w końcu zaczniemy widzieć, gorzej kiedy deszcz będzie padał, a my do niego jedynie przywykniemy.

< - A czym jest literatura, Rabo - rzekł - jeśli nie wewnątrzśrodowiskowym biuletynem, poświęconym zagadnieniom molekularnym, które nie mają najmniejszego znaczenia dla żadnych bytów we wszechświecie oprócz tych paru molekuł, dotkniętych chorobą zwaną „myśleniem”. >

Takiej choroby życzę nam wszystkim.

Wydawnictwo: ZYSK i S-ka
Data wydania: 13 października 2020
Liczba stron: 392
kategoria: literatura piękna
Tłumaczenie: Michał Kłobukowski


Wieczór w raju - Lucia Berlin

Wieczór w raju - Lucia Berlin


„Kiedy podróżujesz, cofasz się o krok od swojego życia, od fragmentaryczności, niedoskonałej linearności własnego czasu. Tak jak przy czytaniu powieści wydarzenia i ludzie stają się alegoryczni i wieczni”.

Wieczór w raju - Lucia Berlin

 

Wieczór w raju - Lucia Berlin

Lucia Berlin (1936 - 2004)  to amerykańska pisarka, która za życia opublikowała 76 opowiadań. Pierwsze z jej utworów pojawiały się na łamach pism Saula Bellowa „The Noble Savage” oraz The New Strand”. Jest laureatką American Book Award. Choć pisała dobrze, to nie robiła tego zbyt często. Na początku lat osiemdziesiątych ubiegłego wieku, kiedy jej synowie dorośli, a ona przezwyciężyła alkoholizm jej pisanie rozkwitło.
Parę razy się rozwiodła, prowadziła bogate życie zawodowe, nie bała się żadnej pracy i miała „głośne” dzieciństwo. Miała również problemy zdrowotne, związane z kręgosłupem. A jej dorosłe troski, w życiu osobistym, zapewne miały swoje korzenie w dzieciństwie, ale o wszystkim tym, ze szczegółami, przeczytacie we wstępie i posłowiu do „Wieczoru w raju”, jak i w „Instrukcji dla pań sprzątających”, gdyż jedną i drugą publikację łączy tekst Stephena Emersona.
Wspominam o jej życiu w telegraficznym skrócie jednak nie bez powodu. „Wieczór w raju” to zbiór opowiadań, których bohaterkami są kobiety. A każda z tych kobiet to po trosze Lucia Berlin.

Wiemy jakie życie wiodła, i że w tych tekstach są wątki autobiograficzne, możemy zatem odczuwać niepokój, że to jakieś teksty o wyrwaniu się ze szponów nałogu, narzekanie na bylejakość egzystencji i poszukiwanie sensu. Nie.

To antologia zawierająca 22 teksty o różnej obszerności. Zakładałam, że zajrzę do książki i przeczytam jedno opowiadanie, ale kiedy zaczęłam to nie mogłam jej odłożyć. Każde z opowiadań to inna historia, wyrwana z różnych codzienności. Zawsze ubrana w ładną otoczkę obrazowych i kolorowych opisów. One pachną perfumami, pachną kwiatami, powodują uczucie ciepła. Jakbyśmy leżeli na leżaku wygrzewając ciało w słońcu, niby jest przyjemnie, ale jednak można się poparzyć. 

I Lucia Berlin parzy.

  • Gdzieś pomiędzy zabawą i drobnym oszustwem dostrzeżemy biedę, brud i smutek.
  • Kiedy opadnie radość i młodzieńcze zadurzenie zobaczymy prawdziwe oblicze rodzącej się miłości i poczujemy obrzydzenie.
  • W codzienności młodego, zdolnego i postępowego małżeństwa fruwa niedojrzałość i egoizm.
  • Załadowana energią strzelba pozostawi po sobie zaledwie nikłe wspomnienie wystrzału, ponieważ rozejdzie się ono w szeptach dotyczących zysków.
  • Krok w dorosłość, sprawi, że młodzieńcze złudzenie dotyczące rodziców opadnie, a dorosłość objawi się mało zachęcająco.

Historii jest wiele, bohaterek również. Jednak to jak przechodzą jedno w drugie daje złudzenie czytania powieści, jakby bohaterka była jedna, a my poznając te wyimki z codzienności układamy sobie związek przyczynowo-skutkowy.
Niebywałe.
Lucia Berlin uwodzi pięknem świata przedstawionego, poznajemy go wszystkimi zmysłami. To realny świat, którego ulicami można się przejść i poczuć wspominane przez nią rośliny, perfumy, poczuć słońce na skórze i chodnik pod stopami. Nawet kiedy opisuje coś mało ładnego robi to w wyjątkowo ładny sposób. 


„(...) Miedziane puszki z racji żywnościowych SZEŚĆ ZA DOLARA, zielone butelki po tanim winie lśniące w blasku płomieni, błyszczące w deszczu. Jakiś stary mężczyzna wymiotował do kratki ściekowej, fioletowe opakowania po owocach majaczyły indygiem przy kratce niczym zdeptane anemony.
    W nocy nie uda mu się znaleźć piękna, w czasie kiedy krajobraz usiany jest ogniskami przez wiele przecznic, oświetlającymi gesty ludzi w pijackich rytualnych tańcach”.


Przedstawione fragmentarycznie relacje, w końcu to opowiadania, zdają się rozwijać poza tekstem. To historie zwykłych ludzi, codzienność, która z pozycji obserwatora zawsze wydaje się ładniejsza. Piękne, kolorowe kwiaty, ze splątanymi korzeniami, które rosną zasilane czymś co niezbyt ładnie pachnie. Wiele w jej tekstach odwołań do świata muzyki, literatury i filmu.

Zdaniami można się zachwycić („Strach i osamotnienie były znajome, jak powrót do domu”.), a w opowiadane historie zagłębić, ponieważ zawsze interesuje nas to, co u innych. Lubimy podglądać i te opowiadania to właśnie takie oglądanie pod mikroskopem, które obnaża to, że kolor to jedynie wrażenie.
„Wieczór w raju” to nie tylko zderzenie wyobrażeń obu Ameryk z prawdą, to po prostu obraz zwykłego życia, pokazany w oszczędny, ale uwodzący wrażliwością sposób.



Wydawnictwo: W.A.B.
Data wydania: 26 października 2020
Liczba stron: 320
Kategoria:
literatura piękna
Tłumaczenie: Dobromiła Jankowska
 
 
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...