Pokazywanie postów oznaczonych etykietą proza. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą proza. Pokaż wszystkie posty
#146 Strupki - Paulina Jóźwik

#146 Strupki - Paulina Jóźwik


#146 Strupki - Paulina Jóźwik - recenzja - czy warto przeczytać?

Są takie książki, są takie historie, które trafiają do nas bardziej niż byśmy chcieli, niż byśmy się spodziewali. Takie, które pokazują, że każdy z nas ma w sobie jakieś ukryte drzwi, przez które sączy się coś, co stale wraca i stale mąci myśli.
Odkąd zobaczyłam zapowiedź "Strupków" Pauliny Jóźwik miałam przeczucie, które mówiło mi, że to będzie piękna książka. Dziś wiem, że powinnam się nim częściej kierować.

Główną bohaterką powieści jest Pola, młoda kobieta, która wraca do rodzinnego domu na pogrzeb ukochanej babci. Babci, która ją wychowała. Nosi w sobie wiele smutku i poczucia winy, które ją oplatają i duszą.
Odkryjemy relacje jakie ją łączą z najbliższą rodziną - z tatą, siostrą i ciocią - siostrą zmarłej babci. Powoli odkryjemy też sekrety - jakie kryje rodzina Poli. Wszystko w atmosferze melancholii i smutku do którego kontrastem jest piękny, poetycki i kwiecisty język metafor jakie stosuje Autorka. 


Książka ma zaledwie 256 stron, a czytałam ją trzy dni z uwagi na ciągle załzawione oczy - nie widziałam tekstu. Ale to były dobre łzy.
Jest pięknie i boleśnie jednocześnie. Odnajduje w tej historii wiele punktów wspólnych, czasem zbyt wiele.
Bohaterka chciałaby żyć po swojemu, zostać w mieście, nie rozpamiętywać tego, co było, patrzeć w przyszłość.
Tylko czy takie zepchnięcie części życia w zapomnienie to dobra droga?
Czy nie straci wtedy części siebie? Swoich korzeni?
Paulina Jóźwik zabrała mnie w podróż w czasie, której doświadczyłam również zmysłowo. Byłam w domu swojej cioci, która pełniła w moim życiu rolę babci.
Usłyszałam tę skrzypiącą podłogę, poczułam tę sztywną, wykrochmaloną pościel. Widziałam wielki, drewniany kredens na drzwiczkach
którego - ciocia suszyła zioła. Przypomniałam sobie wspólne pieczenie i wspólne posiłki.
Ale i wspólne milczenie o sprawach, o których się nie mówi, jakby niewypowiedziane słowa sprawiały, że problemy znikną, albo się same rozwiążą. Cisza, która jest tak głośna, że aż boli od niej głowa. Nikt nie lubi mówić o sprawach trudnych, o tajemnicach, o własnych żalach. To wszystko, co niewypowiedziane narasta i nas dręczy.



"Cisza zapychała nam usta jedzeniem bez smaku i wyrazu.
Cisza wypełniona mlaskaniem i uderzaniem łyżek o talerze.
Cisza, która mówiła o nas więcej, niż moglibyśmy się spodziewać".


"Rodzina była od tajemnicy. Od tego, żeby zasupływać języki, żeby w odpowiednim momencie powiedzieć: "zostaw", "daj spokój", "nic nie możesz zrobić".

Pisarka porusza wiele trudnych tematów. Śmierci bliskiej osoby, tęsknoty i bólu, który z niej wynika. Miłości, której nie było dane się rozwinąć.
Czy rzeczywiście musimy powielać scenariusze, które znamy?
Pokręcone relacje rodzinne, milczący, zimny ojciec, siostry, które powinny być sobie najbliższe - a są dla siebie obce.
Wszystkich coś uwiera, dusi, ale nikt nie chce powiedzieć wprost tego, co czuje, jakby z każdym wypowiedzianym słowem miałby zniknąć.
To opowieść, w której każdy - naprawdę każdy - znajdzie coś dla siebie, czy też fragment siebie, swojego życia.
Fabuła płynie niczym przenikające się pory roku. Powoli, niespiesznie z całą gamą kolorów i emocji - jak w realnym życiu.
A ja po każdym rozdziale zastanawiałam się: skąd ona to wie?
Po prostu piękna. Gratuluję!


Za swój egzemplarz dziękuję wydawnictwu Znak.




Wydawnictwo: ZNAK

Data wydania: 9. grudnia 2019
Liczba stron: 256
Kategoria: literatura piękna

#87 Strach - Jozef Karika

#87 Strach - Jozef Karika

#87 Strach - Jozef Karika - recenzja
Dwa razy w życiu doświadczyłam prawdziwego uczucia strachu, niemal pierwotnego. To coś, tak paraliżującego, że pozbawia człowieka tożsamości. Gdyby ktoś mnie wtedy zapytał jak się nazywam, to zapewne bym nie wiedziała, nie zrozumiałabym nawet pytania. To uczucie, które powoduje, że kolana same się uginają, oddech boli, wszystko mrowi i pulsuje, mózg i ciało pozostają w konflikcie. Nogi chcą uciekać, reszta ciała się do tego rwie, a niezborne, tłoczące się myśli nie pozwalają ciału się ruszyć. Stoisz, chcesz krzyczeć. Krzyczysz, a dźwięk się nie wydobywa. Nie widzisz bo łzy na to nie pozwalają. Stajesz się więźniem własnego ciała, spętanym przez własne emocje i ich następstwa.

"Wszystko to, czego się boimy najbardziej, wręcz zapraszamy do swojego życia".

Po niezwykle udanej przygodzie z prozą Jozefa Kariki i jego "Szczeliną" sięgnęłam po "Strach". Może zaburzyłam kolejność, jednak w niczym mi to nie zaszkodziło, a wręcz przeciwnie. Chyba bardziej doceniam umiejętność zmiany stylu, w zależności od tego jak autor chce nam przedstawić swoją opowieść.

Głównym bohaterem "Strachu" jest Jożo Karsky ponad trzydziestoletni mężczyzna, mieszkający w Małych Tatrach. Jożo mieszka sam. Jest więźniem przeszłości, więźniem strachu. Jako dziecko coś przeżył, coś co sprawiło, że nigdy nie poszedł dalej, to coś co zabrało mu mentalną wolność.
W wyniku tego zdarzenia Jożo stracił siostrę - Alicę i jego rodzina po prostu przestała istnieć. Ojciec się zmienił, to zdarzenie go zmieniło - bił syna z poczucia bezradności i lęku, z którym sobie nie radził. Wszyscy żyli w oczekiwaniu na powrót dziewczynki.
Teraz  Karsky mieszka sam, w rodzinnym domu. Pozostał mu tylko ojciec, który przebywa w domu spokojnej starości.
Słowację nawiedza fala mrozów, podobnych do tych z 1985 roku, kiedy zaginęła jego młodsza siostra i nie tylko ona. Obecnie wraz ze spadkiem temperatury, wzrasta fala tajemniczych zaginięć. I to COŚ wraca. Na początku nikt nie widzi związku ze zdarzeniami z przeszłości, albo inaczej - nikt nie chce ich widzieć.
Powoli, niespiesznie poznajemy mężczyznę i jego przeszłość, jednocześnie zniknięcia się nasilają. 
Akcja przypomina trochę wspinający się i opadający wykres funkcji. 

"Każdy z nas się czegoś bał, strach to drugie imię niezabliźnionej rany".

Styl Jozefa Kariki bardzo do mnie przemawia. On nie straszy tylko opisem tego, co możemy zobaczyć, usłyszeć. Karika szepcze do ucha to, co czujemy kiedy zalewa nas lęk.
Kogoś, kto nigdy nie odczuł tego, o czym wspomniałam na początku, ten bohater może irytować. On topi się we własnym strachu, zalewa nim, karmi go stale i na nowo. Przemyka ulicami jak cień, boi się podejść do okna.
Znam to uczucie, mimo że moje źródło lęku było namacalne, długo czułam się podobnie. 

"Ale strach można szerzyć także w inny sposób. Nie ogranicza go żadna odległość, przenosi się jak nasionko na wietrze - na przykład przez słowa".

Autor wykorzystał w "Strachu" motyw zaginionych dzieci. Mamy niezwykle brutalną i tajemniczą siłę, wyrywane zęby, paznokcie i obdzieraną skórę. Powodujący rozrywający ból głowy dźwięk, pochłaniającą wszystko ciszę i przerażające postaci, plus strach przed tym, czego nie widać.
Karnawał dla fascynatów wszelkich niewytłumaczalnych zjawisk i oczywiście historię tragedii na Przełęczy Diatłowa. Karika wykorzystuje wszystkie dostępne środki wyrazu i chyba nie tylko literackie. Ja słyszałam ten chrzęszczący śnieg, to rozlewające się buczenie rozdzielni, czułam nawet ten metaliczny zapach. Zauważyliście, że podczas siarczystych mrozów dźwięk rozchodzi się inaczej? Autor zauważył.

"Jelenie zniknęły, pochmurne myśli powróciły. Wbijałem wzrok w białe pustkowie, jakbym patrzył w głąb siebie. Las tonący pod sypkim śniegiem, kręty labirynt, w którym mały chłopiec zabłądził i zamarzł".

Mam świadomość, że ta książka może nie być łatwa w odbiorze i na pewno nie będzie wybitną lekturą dla sceptyków, którzy liczą na akcję rodem z "Obcego" i prostą rozrywkę.
Od jakiegoś też czasu jestem przewrażliwiona na styl jakim posługują się autorzy. Nie umiem już przymykać oka na niezamierzoną prostotę przekazu i tutaj muszę zaznaczyć, że u Jozefa Kariki styl jest bardzo dobry. 
Inny niż ten, z którym zapoznałam się w "Szczelinie", ale tam narracja wymagała uproszczenia, by w pełni oddać klimat. 
W "Strachu" jest kompletnie inaczej, ale i tutaj upatruję też udziału dobrego tłumacza.

"Teraz miałem złamaną silną wolę. To było złamanie otwarte, o wiele gorsze niż to przed laty. Wprawdzie nic mi nie spuchło, ale droga do domu była dużo bardziej bolesna".

To prawdziwy traktat o strachu. O tym jak wystarczy nas porządnie przestraszyć i przestajemy być najwyższą formą życia na kuli ziemskiej. Kto bał się raz i nic z tym nie zrobił, bać się będzie zawsze, choćby nie wiem jak wysokie mury wokół siebie zbudował i ile kamer nie zainstalował. 
Nie można zupełnie wyzbyć się tego uczucia, ale można nauczyć się z nim żyć. Jak bardzo się boimy, potrafimy wszystko sobie w racjonalny sposób wytłumaczyć i zaakceptować, byle tylko przez chwilę poczuć się lepiej.

"Wolna wola to iluzja, obca siła w żaden sposób mną nie zawładnęła ani mnie nie zaczarowała - zerwała jedynie pozłotko możliwości wyboru, bowiem nic takiego w życiu człowieka nie istnieje".

Zakończenie... o którym czytałam, że zawodzi? Do mnie przemawia. Spowodowało, że się uśmiechnęłam pod nosem i zrozumiałam?
Panie Karika szczwany z pana lis - to znaczy autor!
8/10. 

Wydawnictwo: Stara szkoła


Data wydania: 10. listopada 2017
Liczba stron: 298

Kategoria: thriller
Tłumaczenie: Joanna Betlej

Poniżej dwie prace inspirowane klimatem obu książek.


Strach



Szczelina



#81 Zimowla - Dominika Słowik

#81 Zimowla - Dominika Słowik


#119 Zimowla - Dominika Słowik - recenzja - czy warto przeczytać?
Pamiętam jak tata opowiadał mi historię mojej ciotki, której ja niestety nie zdążyłam poznać. Kobietę podejrzewano o uprawianie czarnej magii, nazywano ją też zmorą. Podobno jak kogoś nie lubiła - a zdarzało jej się to jakoś wyjątkowo często - przychodziła do delikwenta nocą i odbierała mu możliwość spokojnego oddechu. Podstępnie zamykała stajnie i końskie grzywy zaklęciami plątała. Uwielbiałam te historie i w ogóle się ich nie bałam, choć byłam tylko dzieckiem.
Kiedy zaczęłam czytać "Zimowlę" Dominiki Słowik przeniosłam się w czasie i znowu słuchałam tej magicznej gawędy, w której rzeczywistość jest tak zakamuflowana, że niemal kompletnie niedostrzegalna. 

"Każdy z nas próbuje przecież ocalić świat na swój własny sposób".

Cukrówka to miasteczko w Dolinie Zmornickiej przesiąknięte niesamowitością zwyczajności. Mieszkańcy odnajdują ślady wilkołaczych łap, nocami ulicami przechadza się śpiewająca i naga Magda, a w ciągu dnia po mieście rozbija się gwiazdowóz, kierowany przez byłego urzędnika obecnie Wróża.
Pszczelarz wytresował pszczoły jak gołębie i coś ukrywa. Wyłowiono też trupa, a nad miastem pęka nieboskłon. Dla jednych to Znak Boży, dla drugich z kolei niebo wygląda jak miejsce, w którym plecy kończą swą szlachetną nazwę.
Wszyscy szukają ukrytego skarbu, albo kolejnego cudu na miarę Maryji Stanowojennej, płaczącej - prawdziwymi przecież - łzami.
Od czasu do czasu przeprowadza się też egzorcyzmy i nie pogardza trawką, a rośliny opanowała słoniowacizna.

"To chyba właśnie wtedy po raz pierwszy pomyślałam, że być może pamięć jest po prostu formą opowieści".

Co to była za książka! Nigdy nie czytałam tak skonstruowanej historii! Śmiałam się w głos - ale uprzedzam, że nie dla każdego czytelnika taka dawka absurdu będzie strawna!
Ależ autorka żongluje zdaniami, ale opowiada! Ponad 600 stron tekstu, którego tak naprawdę było mi za mało. Czułam jakby weszła mi do głowy i tworzyła zdania, których ja nie chcąc nikogo urazić nigdy nie wypowiem. Idealne puenty, bardzo trafnie zobrazowane przywary i emocje, których się wstydzimy i które ukrywamy. Autorka posiada świetny dar obserwacji, który łączy lekkim piórem i fenomenalną - jak dla mnie - biegłością językową.
W książce nie tylko zaciera się granica między tym co faktycznie istnieje, a tym co się nam jedynie wydaje. Fabuła dodatkowo obfituje w bogate retrospekcje, które w ogóle nie wybijały mnie z rytmu czytania. 

Powieść składa się z trzech części - Antropocenu, Syren i Koniunkcji - których tytuły nie są przypadkowe.
Nie wiem, który z bohaterów był moim ulubionym. Być może babka - towarzyszka Sarecka i jej telefon z zaświatów.
Każda z przedstawionych postaci jest niebywale ciekawa. Każdą odkrywamy powoli, bo wszyscy są pełni sekretów, którymi niekoniecznie chcą się dzielić.

"Nocą zza okien świat widać tylko przy zgaszonym świetle. A on chciał spojrzeć na świat po raz ostatni.
Jakby myślał, że to jedyne, co nas czeka: świat, który tkwi za szybą".

Mamy tutaj przekrój wszelakich warstw społecznych. Każdy bohater jest swojego rodzaju symbolem, składającym się z niekoniecznie pozytywnych cech. Wszyscy oceniamy na podstawie pozorów, widzimy co chcemy widzieć i niestety pewnie tylko to, co już mamy w sobie sami. 

Kiedy Pani Dominika Słowik kończy - znowu ukazuje nam jacy jesteśmy - bo "Najtrudniej dostrzec rzeczywistość".
Cieszę się, że mamy takich pisarzy, którzy nie tylko potrafią pisać niebanalne historie, ale i przypominają nam jak pięknym i niezwykle bogatym jest język polski.
9/10.

#119 Zimowla - Dominika Słowik - recenzja - czy warto przeczytać?

Za swój egzemplarz dziękuję wydawnictwu Znak.


Wydawnictwo: ZNAK

Data wydania: 4. września 2019
Liczba stron: 625

Kategoria: literatura piękna


Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...