Moje greckie lato — Kamila Mitek
Moje greckie lato — Kamila Mitek
Liczba stron: 320
Kategoria: literatura obyczajowa, romans
Ta pani na plakacie to Ingeborg Bachmann (1926-1973): austriacka poetka, eseistka, pisarka i germanistka, z wykształcenia filozofka i psycholożka, która szczególnie umiłowała język, feministka.
Doktorat uzyskała w 1950 roku dzięki „Krytycznej recepcji filozofii Martina Heideggera” (myśl Martina Heideggera bywa uważana za jedną z najważniejszych filozofii XX wieku).
Ojciec Bachmann należał do NSDAP, a ona do „Grupy 47”, która m.in. jednoczyła niemieckojęzycznych pisarzy odrzucających nazizm.
Mężem Ingeborg Bachmann był Max Frisch, szwajcarski architekt, pisarz i dramaturg.
Jednak
w życiu poetki szczególne miejsce zajmował poeta Paul Celan. Uważa się,
że „Malina”, jedyna powieść Bachmann, to swoisty hołd właśnie dla
niego.
Żebyście nie myśleli, że po nocach czytuję skorowidze niemieckojęzycznych autorów, to przyznam się, że na „Malinę” trafiłam przypadkiem, dryfując po internetowych bezkresach.
Przyciągnął mnie tytuł, tak kiedyś na mnie mówiono, więc zaczęłam tej powieści szukać. Okazało się, że wznowione, bodajże w 2011 roku, egzemplarze potrafią osiągać zaporowe, jak dla mnie, ceny. Zajrzałam zatem do katalogu Miejskiej Biblioteki Publicznej im. Walentego Fiałka w Chełmnie i znalazłam jeden egzemplarz, po który wybrałam się objuczona niczym wielbłąd, bo z pustymi rękoma pójść nie umiałam. Przebyłam wielokilometrową odległość smagana słońcem, które od tego czasu przebywa na wakacjach, gdzieś poza kujawsko-pomorskim. Na razie wracać nie zamierza i w sumie mu się nie dziwię.
Wracając do Ingeborg Bachmann, to wymieniłam tych trzech mężczyzn, ponieważ
bohaterka „Maliny” tkwi pomiędzy trzema mężczyznami: ojcem,
Ivanem i Maliną. To powieść autobiograficzna, która nie chce nią być. To
ciągłe ścieranie się powinności, ról, emocji, relacji ja-ty, ja-świat i ciągłe przenikanie się form. Bachmann łączy poezję i prozę, metafory nie
są łatwe, nie są oczywiste, a słowa wwiercają się do wewnątrz i tam nabierają indywidualnych znaczeń.
„Malinę” czyta się długo,
każdy fragment obracając w myślach. To powieść dla każdego, kto
lubi zatapiać się w emocjach, w swoich emocjach, kto lubi czuć siebie i
jednocześnie lubi język; słowa, metaforyczność zdań oraz odzierać codzienność z życzeniowości.
„Nadejdzie dzień, w którym kobiety będą miały
czerwono-złote oczy, czerwono-złote włosy, a poezja ich płci zostanie
stworzona na nowo...”
Bachmann nawiązuje do twórczości Celana, wplata w „Malinę”
metaforyczną opowieść o księżniczce, ale nie trzeba znać biografii
pisarki, by móc poczuć tekst. Jednak kiedy ma się świadomość, w jak tragiczny
sposób zmarła Bachmann, i połączy się tę wiedzę choćby z zakończeniem powieści,
to można poczuć na karku nieprzyjemny chłód.
„Malina” to również opowieść o miłości, miłości wiodącej do szaleństwa?
„Nadejdzie dzień, w którym ludzie będą mieli
czerwono-złote oczy i gwiezdne głosy, w którym ich ręce staną się zdolne
do miłości, a poezja ich płci zostanie stworzona na nowo...”
Ingeborg Bachmann była
bardzo mądrym człowiekiem, podobnie jak narratorka „Maliny”, która
czytała filozofów, doktoryzowała się, próbowała się dopasować do roli;
czekając na telefon od Ivana, zastanawiając się dlaczego nie studiowała
książek kucharskich?
Nie zgadzała się z tym co się działo na świecie, z czynionym złem, obojętnością na nie, jednak była jak pozbawiona języka, skojarzyła się mi z mitologiczną Filomelą.
Uważana była za ekscentryczną, bo wymykała się definicji napisanej językiem ograniczeń.
Trudne to było czytanie, nie ze względu na zawiłość, znaczeniowość, czy co tam sobie jeszcze za przeszkodę wymyślimy, ale przez to, że jakieś takie dekonstruujące, jakby się rozsypały części w środku, wpadły inne i nie wiesz czyj w końcu ten bałagan jest?
Wrócę do „Maliny”, antykwariaty się zlitowały i stare wydania wróciły do obiegu.
Zrobiłam plakat, powieszę sobie. Księżyce i gigantyczny motyl to nawiązania do powieści, pęknięcia tła chyba tłumaczyć nie trzeba, a jeżeli przypomina odrobinę plamy z Testu Rorschacha, to nie jest to przypadek.
We wrześniu 2019 roku przeczytałam „Cudzoziemkę” B. M. W. Sobol, która przypominała historię przedstawioną w serialu „Outlander”, opierającego się z kolei na powieści „Obca” Diany Gabaldon. Książki Gabaldon nie czytałam, a serial szybko porzuciłam. „Cudzoziemka” jednak, była przyjemną rozrywką i pochłonęłam ją w weekend. Skandynawskie lasy, wikingowie, tajemnice, magia, nawiązania do mitologii, humor, romans i nuta erotyki - wszystkie te cechy sprawiły, że cały czas wyraźnie perypetie Judyty pamiętam.
Na kontynuację Autorka kazała nam „odrobinę” poczekać. Rozumiem, że pisanie nie dzieje się za sprawą magii i wymaga czasu, dlatego wytrwale wypatrywałam drugiej części.
„Więzy przeznaczenia” nie odstają pod względem objętości „Cudzoziemce”; to ponad pięciuset stronicowa powieść. Egzemplarz, który otrzymałam nie był poddany korekcie, więc nie wiem czy błędy zostały poprawione, ale nie będę się nad nimi rozwodzić, gdyż na taki egzemplarz przystałam.
Powieść otwiera prolog, w narracji trzecioosobowej i opowiada perspektywę Einara wspominającego Jodridd, czyli Judytę. Jest krótki i roztacza aurę tęsknoty, nostalgii.
Po nim, w pierwszoosobowej narracji, historię zaczyna opowiadać Judyta, która po powrocie do współczesności nie może się odnaleźć. Rodzina traktuje ją jak osobę uratowaną z sekty. Wszyscy wokół niej szepczą, każą przyjmować leki. Na temat okoliczności powrotu milczą jak zaklęci, a sama Judyta ma luki w pamięci. Czuje się przez to zagubiona, a stale piętrzące się niewiadome powodują narastające uczucie rozbicia; nie wie już co jest prawdą, a co zmyśleniem.
Od czasu do czasu przenosimy się do czasów wikingów i sprawdzamy co u Einara i Dunstana. Wątki się przeplatają.
Pomimo objętości i braku korekty, tę część czyta się równie sprawnie jak pierwszą, ale niestety już nie z takim zainteresowaniem.
Niektóre z obszernie opisywanych codziennych sytuacji, owszem były obrazowe, ale nic nie wnosiły do opowiadanej historii. Było co prawda kilka zaskakujących zdarzeń dotyczących przeszłości bohaterki i to ich rozwinięcia mi zabrakło; położenia na nie mocniejszego akcentu. Uparte milczenie bliskich z czasem zaczęło mnie irytować, bo ile można bawić się w „wiem, ale nie powiem”.
Mnie się wydaje, że ta powieść to taki „przystanek” przed kolejną częścią, której zapowiedź na ostatnich stronach zostawiła mnie w zawieszeniu, bo jak to tak? Tyle czytałam i nadal nic nie wiem?
Same, poruszane przez współczesnych bohaterów, kwestie są odzwierciedleniem naszej codzienności. Dla mnie odrobinę brakowało akcji-reakcji, budowania opowieści rozdział po rozdziale, narastającej tajemnicy.
Może ona w nadmiarze tekstu się rozeszła?
Kwerenda, którą Autorka musiała wykonać do napisania części o czasach wikingów jest godna podziwu, wiele w niej smaczków i zachęty do samodzielnego zgłębienia historii.
Na pochwałę zasługuje również różnicowanie języka czasów Einara i czasów Judyty. Jak wspomniałam, najbardziej podobało mi się zostawianie tropów co do tajemnicy rodzinnej; rozbudzało ciekawość i serwowało emocje.
„Więzy przeznaczenia” ukazują m.in. jak zgubne może być przemilczanie istotnych w życiu wydarzeń; jak chęć ochronienia dziecka przed (być może) „niewygodną” prawdą, napędza spiralę kłamstw i prowadzi do utraty zaufania.
Czy przeczytam kolejną część?
Oczywiście, przecież muszę się dowiedzieć co z Jodridd i Einarem!
Wydawnictwo: Novae Res
„Tekst jest zawsze tajemnicą, czy to napisany atramentem na papierze, grzybami na ziemi czy spojrzeniami w powietrzu”.
„Czy jestestwo człowieka zmienia się w zależności od tego, jak inni nas nazywają albo jak sami siebie nazywamy? Czym ono jest? Na czym polega? (...) Gdzie się to jestestwo ukrywa? W głowie? W sercu?”
„Strach strachem, ale muszę coś zrobić, bo inaczej z mojego osobistego świata - który i tak z dnia na dzień coraz bardziej się kurczy, znika jak kamfora - zostanie tylko strach. Przestrach”.
„Czasem nie potrafiło czegoś wyrazić, ale to nic. Niedopowiedzenia dają pole do interpretacji”.
„Przyczyną nieszczęścia jest to, że wszystko nazwane straciło swoje nazwy, wszystko pamiętane zostało zapomniane”.
„Tylko ciepłem ludzkich rąk można wyłamać kraty, które powstrzymują zło”.
„Czas biegnie dziesięć razy szybciej czy w ogóle się zatrzymał? Może już wszyscy jesteśmy poza czasem? Może niebo zwinęło się w rulon? Ludzie mimo wszystko tu żyją - w złej godzinie, pod rulonem, a może nawet pod orędownictwem? Człowiek chciałby spokojnie posiedzieć, pomyśleć, ale nie ma na to czasu...”
„- Tak, zdjęliśmy krzyże. Nowa rzeczywistość wymaga nowych symboli”.
Niedzielne leżakowanie postanowiłam wypełnić czytaniem, coby nie leżeć jak kłoda, a chociaż gimnastyki umysłowej zażyć. Ale spójrzmy prawdzie w oczy, niedziela rządzi się swoimi prawami, nie szukałam lektury bardzo wymagającej... i nie wiem dlaczego założyłam, że „Bodaj Budka” - Natałki Babiny taką lekturą będzie... W każdym razie.. założenie było błędne.
„Bodaj Budka” okazała się wprost idealna do ćwiczeń z interpretacji, ale pozostawiła mnie z wieloma niewiadomymi (tu muszę znowu spojrzeć prawdzie w oczy... zaklęta w niej historia Białorusi nie jest dla mnie w pełni czytelna).
Zaczęło się sielsko, po prostu opowieścią o wiejskim życiu, chwilę później powiało kryminałem, następnie horrorem, chyba gore?, i przeszło w SF, by się wymieszać i stworzyć „nienazwane” narracyjne szaleństwo, przez które płynie się „chutko” rozszerzając oczy ze zdziwienia, jak ten fikcyjny świat realnie opisuje rzeczywistość.
Główna bohaterka jest pisarką, WŁADA słowem, stwarza.
Rzeczywiste jest to, co potrafimy zdefiniować, a jak zdefiniowane to w jakiś sposób nam podległe. Wszystko co nienazwane nie istnieje?
Ałła Bobylowa, bo tak się nazywa protagonistka, wpada w nory i wędruje przez czas i przestrzeń, co okazuje się pomocne, kiedy najechana przez nieznane istoty Białoruś, zostaje odcięta kopułą od reszty świata.
Brniemy do przyszłości, tworzymy nowe określenia, zapominając po drodze stare. Szum, chaos. A może by tak... trening milczenia? :)
„Bodaj Budka” może być trudną lekturą, ale w tym szaleństwie jest metoda, bo to nasz świat i pytania (jest ich wiele) o jego kondycję. Za wiedzą i wyobraźnią Babiny idzie język, stąd tyle cytatów na początku.
Mnie się „Bodaj Budka” podobała.
PS. @nataliicodziennosc w swojej opinii napisała, że „Bodaj Budka” kojarzy się jej z „Prowadź swój pług przez kości umarłych” Olgi Tokarczuk i w pełni się tym zgadzam, widać to nie tylko w początku powieści, ale i w stawianych pytaniach.
„Każde życie przecież dopiero przez rozdwojenie i sprzeczności bogaci się i rozkwita. Czym byłby rozsądek i trzeźwość, nieznające szału, czym byłaby rozkosz zmysłów, gdyby nie stała poza nią śmierć, i miłość bez wiecznej, na śmierć i życie, nienawiści płci?”
„Narcyz i Złotousty” to opowieść o dwóch przyjaciołach, będących, jak się wydaje, przeciwieństwami. Złotousty to artysta, bezdomny rzeźbiarz, który widzi świat obrazami, a Narcyz to mnich, intelektualista postrzegający świat pojęciowo: „Myślenie nie ma nic wspólnego z wyobrażeniami. Dokonywa się ono nie w obrazach, lecz w pojęciach i formułach. Właśnie tam, gdzie kończą się obrazy, zaczyna się filozofia”. Nie jest tak jak twierdzi Narcyz, ale to świat, rzeczywistość tych postaci oraz ich czas, chociaż, gdy przymkniemy oko właśnie na czas i przestrzeń, to poruszana problematyka jest uniwersalna, nawet sposób przedstawiania/postrzegania kobiet wielce się nie zmienił.
„Narcyz i Złotousty” i „Wilk stepowy”, te dwie powieści, powinny znaleźć się na jednym zdjęciu, jeżeli chciałabym zachować koncepcję dwoistości - stałą w twórczości Hessego.
Obie traktują o podobnych rozterkach, choć w zgoła odmienny sposób i nie mogę się przestać dziwić temu, jak różnie były oceniane.
Złotousty wtłoczony w ramy życia, które miało stać się pokutą za grzechy matki, czuje, że to nie jest jego miejsce i zaczyna życiową tułaczkę. Przeżywa podczas niej wiele emocji, często zażywa przyjemności, popełnia wiele karygodnych czynów, z powodu, których oczywiście ma poczucie winy. Narcyza postrzega jako ideał, czemu w trackie wędrówki daje wyraz.
Złotousty wyrządza zło i widzi zło, bo chociaż akcja toczy się w średniowieczu to nie odbiega od rzeczywistości przeżywanej przez Autora.
Żadna literatura, zwłaszcza ta pisana z wielkiej litery, nie jest wolna od poglądów człowieka, który ją stworzył, nawet politycznych i tak też jest w dziełach Hessego. Im bliżej końca historii, tym bardziej widzimy jak dzieciństwo i informacje jakie posiadał Złotousty, kształtowały go i czego całe życie szukał.
Przyjaźń tych dwóch przeciwieństw można postrzegać jako jedną, rozdartą, osobę, konflikt pomiędzy duchowością, a rozumem. Jakoby nie można było mieć w sobie dwóch przeciwstawnych natur, trzeba się zdecydować na jedną, aby się dopasować, co Jung nazwał terminem persona (maska teatralna) i co znakomicie, oczywiście w moim odczuciu, zobrazował Ingmar Bergman w filmie noszącym (nomen omen) tytuł „Persona” (poniżej zamieściłam kadr z rzeczonego filmu, gdzie połowy twarzy dwu aktorek stają się jedną).
*w kadrze widać kolaż twarzy dwu aktorek: Bibi Andersson i Liv Ullmann
Język „Narcyza i Złotoustego” jest, jak zawsze u Hermanna Hessego, piękny, kwiecisty, ale jednocześnie lekki w czytaniu, a narracja płynna (w przeciwieństwie do „Wilka stepowego”, gdzie charakteryzuje ją zmienność).
„Narcyz i Złotousty” przypomina mi stylem przypowieść biblijną.
Nastrój nostalgii, obecność sztuki i czegoś ulotnego, przyjemnego sprawia, że „Narcyza i Złotoustego” czyta się z innymi emocjami niż krytykowanego „Wilka stepowego”, choć to dzieła w tematyce zbliżone. A może dzieje się to za sprawą uczuć jakie Autor żywił do Hugona Balla, przyjaciela, który jest pierwowzorem Narcyza, a Złotousty to sam Hermann Hesse? Może ich prawdziwość sprawia, że się tę powieść czule przeżywa.
Oprócz filozofii buddyjskiej, poglądów Freuda i Junga, w twórczości Hessego widoczne są wpływy Nietzschego, o przeżywaniu myśli, albo o stawaniu się; jak ma to miejsce w „Narcyzie i Złotoustym”:
<Gdy dążąc do urzeczywistnienia siebie danymi mu od natury darami, spełnia człowiek rzecz najwyższą i jedynie rozumną, jaką spełniać może. Dlatego dawniej mawiałem do siebie często: „Nie usiłuj naśladować myślicieli ani ascetów, lecz bądź sobą, staraj się urzeczywistnić siebie!>
Twórczość Hermanna Hessego można scharakteryzować aforyzmem „Nosce te ipsum”, czyli poznaj samego siebie.
*Wszelkie niejasności, błędy, niedopowiedzenia wynikają z mojej niewiedzy, za co przepraszam. Na swoje usprawiedliwienie mogę dodać, że jestem tylko czytelniczką-pasjonatką.
Jestem wagabundą, jedynie w świecie książek, ale jednak.
Zdarza się, że zabawię gdzieś dłużej, ale na pewno nie zgłoszę chęci
stałego pobytu. Przyczyny upatruję w wyborach, których dokonałam lata
temu, a które nie były moimi, uczyłam się tego, co nie za specjalnie
mnie interesowało. Podobnie było z pracą. Jakby ktoś zmusił mnie do
założenia co prawda ładnych butów, ale w za małym rozmiarze. Nie mam
żalu. Jedynie czasem ogarnie mnie minismuteczek (taki jeszcze mniejszy od smuteczku :)), kiedy ktoś olśniewa
wiedzą, której mogę już nie sięgnąć. To mija, ponieważ szkoda... CZASU.
Nie
ma co stać w miejscu. Szlajam się zatem po katalogach książek poznając
różne punkty widzenia, infekując się nimi. Czasem zadzieram wysoko
głowę, ale potem daję szyi odpocząć i czytam rozrywkowo.
Tym razem
zajrzałam bardzo wysoko i czytam „Pierścienie Saturna. Angielska
pielgrzymka” W.G. Sebalda (czyli Winfried Georg Sebald, swoje imiona
uważała za nazistowskie dlatego podpisywał się inicjałami), który jest
uznawany za jednego z największych pisarzy niemieckich XX wieku.
Gdyby nie przedwczesna śmierć, to zapewne zostałby uhonorowany literacką Nagrodą Nobla.
Wydawnictwo Osselineum wydaje nową serię dzieł Sebalda, na razie ukazały się wspominane „Pierścienie...” i „Austerlitz”.
We
wstępie wspomniałam o CZASIE nie bez przyczyny. To on jest głównym
bohaterem „Pierścieni...”. Narrator, za którego uważamy Autora,
spaceruje po Anglii i opowiada (używając skojarzeń) o historii świata.
Miesza prawdę z fikcją, wędruje myślami poprzez granice czasu. Łączy ze
sobą wydarzenia w nieoczywisty sposób, snując przy tym filozoficzne
rozważania.
Nie znam się na literaturze. Dla mnie to powieść (po trosze dziennik podróży) z fragmentami eseistycznymi.
Język jest piękny, tak że mogłabym uczyć się tych
zdań na pamięć, jak wierszy. Nie wiem czy czytałam kiedykolwiek tak
ładne konstrukcje zdaniowe...
Nie ma znaczenia, czy czytam o Niebiańskim
królu, czy o jaśniejących ciałach ryb, wszystko to widzę będąc
naznaczoną wrażliwością Sebalda.
Historie, które opowiada nie są
optymistyczne, to robaczywe karty historii ludzkości poprzetykane
symbolami i wyobrażeniami Autora. Tak po prawdzie kompletnie nie porywające, ale i tak urzekające. Co jakiś czas pojawiają się
zdjęcia, ryciny, obrazy, które utwierdzają nas w przekonaniu, że czytamy
prawdę, która pływa w melancholii.
Przejęzyczyłam się i nazwałam „Pierścienie Saturna” - „Pieśnią Saturna” i bardzo ta omyłka mi teraz pasuje - jak pieśń czasu, wszak Saturn to m.in. bóg czasu.
Fraza Sebalda jest niezwykle melodyjna, doskonała, arcymistrzowska, a powtarzalność motywów sprawia, że dostrzega się wzór. Wzór doskonały, choć ulotny i trudny do zdefiniowania. Nie przeszkadza to jednak w emocjonalnym odbiorze dzieła.
„Pierścienie Saturna” są bardzo metaforyczne, a czytanie wymaga skupienia i
analizowania, ale jest również wielce satysfakcjonujące.
#czytnikoweczytanie