Co ostatnio przeczytałam i dlaczego uważam, że to dobre książki?

W związku z tym, że coraz mniej na moich półkach „darmowych książek”, a przecież czytam nadal, to postanowiłam, od czasu do czasu, wspomnieć o przeczytanych przeze mnie książkach, w formie jednego tekstu. Może ktoś znajdzie coś czego nie zna, a chciałby poznać. Pozazdrościłam trochę youtuberom, którzy w jednym filmie są w stanie zaprezentować kilka książek i nakreślić swoje przemyślenia.

Co ostatnio przeczytałam i dlaczego uważam, że to dobre książki?

 

Pokażę Wam kilka powieści, które przeczytałam na przestrzeni kilku miesięcy, niektóre już dość dawno, a nadal są w mojej pamięci i nie tylko jako wspomnienie uczucia, które mi podczas czytania towarzyszyło, ale jako zarys fabuły, treść.
 

Chris Womersley „Zła droga” 

przekład: Katarzyna Maciejczyk, wydawnictwo C&T Toruń, 2007, s. 216

Chris Womersley jest, podobno, jednym z najwybitniejszych pisarzy australijskich, a że za cel postawiłam sobie podróżowanie po świecie, a jedyną możliwość, na którą mnie stać, dają mi książki, to „Zła droga” trafiła do mnie ze „skupszopu”.
Bohaterów jest dwóch. Lee, młody chłopak, który wrósł już w kryminalny świat tak bardzo, że nie widzi innej... drogi. Pewnego ranka budzi się w hotelu z kulą w brzuchu i nie wie skąd się tam wziął. Ma ze sobą walizkę pieniędzy. W tym hotelu, choć to określenie w przypadku tego miejsca to nadużycie, poznaje Wilda, który jest lekarzem i może pomóc Lee, ale tego nie chce. Ich losy się wiążą. Każdy ma przeszłość i nieudaną teraźniejszość. Do tego ktoś szuka kasy, którą Lee ma ze sobą i mężczyźni ruszają w... drogę.
Z tej historii wylewa się klimat noir.
Ale nie jest to zwykły kryminał, dla mnie nie jest to w ogóle kryminał, choć nosi jego cechy. Według mnie
Womersley romansuje z prozą z trochę wyższej półki, noszącej znamiona literatury środka. To książka, która wykorzystuje schemat, szablon kryminału i opowiada o zapadaniu się w samotność. Kiedy wejdzie się tak daleko w świat, w którym dzieje się wiele, gdzie wszystko łatwo zdobyć kasą lub przemocą, czy też ich połączeniem, a nie ma zwykłej ludzkiej bliskości, prawdziwej głębokiej relacji. Kiedy życie dusi, kiedy wszystko się rozpada.
Język tego Autora jest zaskakujący. On żyje i zmienia się w zależności od sytuacji. Dopasowuje się jak kameleon, wtapia się w brud, smród i przestępczość. Mamy tu dialogi wyrwane żywcem z filmu drogi o dwóch przestępcach, których ktoś ściga, (cholernie!) ciekawe i często zabawne metafory (ironia, sarkazm), a nawet rozważania filozoficzne z półki życia-nieżycia.
Jak lubicie po prostu kryminały, w których problematyka jest dosyć oczywista to Womersleya zostawcie w spokoju. Tu trzeba dłubać w fabule i w zdaniach, które wyglądają często na wręcz prostackie, a są misterną kreacją językową, np. 

„Wild patrzył na jej szyję jak u kurczaka i pergaminowe policzki. Mogła mieć zarówno pięćdziesiąt, jak i sto lat. Była z tych, co to nie znajdując żadnego pożytku w młodości, od razu wskakują w wiek średni. Urodzona na kuchennym zlewie, nałogowa palaczka od piątego roku życia, prowadziła ten motel od zawsze”.

A tu cytat idealnie obrazujący jak pisze Chris Womersley i po co pisze w taki, a nie inny sposób:

„Jeśli to język definiuje świat, używali go w sposób niezgodny z przeznaczeniem: nie żeby rzecz opisać czy zdefiniować, tylko rozbić ją na jeszcze bardziej przypadkowe części. Informacja nie była przekazywana jasno, tylko rozpraszana szeptem w nieoczywistych miejscach, dogłębnie zakodowana, obciążona dwuznacznością. Świat zawsze podchodzono z boku”.

Jeżeli macie ochotę na coś, co opowiada znaną już Wam historię wykorzystując ją by opowiedzieć coś kompletnie innego, głębszego to jest to książka dla Was.

Joanna Bator „Piaskowa Góra”

wydawnictwo Znak, 2019, s. 396

Joanna Bator to pisarka, której unikałam. Nie bałam się jej książek, bo boję się chorób, bólu i śmierci, a nie literatury, ale czułam, że mogę się z nią nie zrozumieć. Nie chciałam tak wysoko zadzierać głowy. Nagrody zawsze mnie onieśmielały. W ramach pewnej akcji pomocowej, kupiłam „Piaskową Górę” i „Chmurdalię”, a potem jeszcze „Ciemno, prawie noc” i tak sobie stały, aż się odważyłam. I przepadłam? Tak, to określenie mi tutaj pasuje.
Joanna Bator pięknie opowiada, bawi się erudycyjnym gawędziarstwem prowadząc czytelnika przez losy rodziny Chmura, głównie: Jadzi i Dominiki, rysując obraz Wałbrzycha, ale i całej Polski na przestrzeni lat. Tu każdy opis działa jak maszyna do podróży w czasie, każda dygresja budzi w czytelniku jego własne wspomnienia, a każde słowo wbija się w niego i nabiera wiele znaczeń.
Śmiałam się podczas czytania, bo jakieś takie dziwne mam poczucie humoru, choć ta historia zabawna nie jest.
Joanny Bator nie czyta się w hałasie, ani w okresach gonitwy myśli.
Te zdania wymagają otwarcia na niekończący się strumień słów o wielości znaczeń. Język Joanny Bator jest wyśmienity i piękny, polski, który poddaje się jej wrażliwości i rośnie do miana pomnika.
Polecam jak macie czas i ochotę na coś bardzo dobrego, ale i wymagającego skupienia, tu wzrok po literach ślizgać się po prostu nie może.

Alexi Zentner „Dotyk”

przekład: Karol Chojnowski, wydawnictwo Wiatr od Morza, 2013, s. 208

I tu przechodzimy do książki, której szukałam rok. Została wydana w 2013 roku przez wydawnictwo Wiatr od Morza i prawie nigdzie już jej nie ma. Pojawiają się pojedyncze egzemplarze, z wywindowaną ceną. E-booki też nie są dostępne.
Czułam, gdzieś tam podskórnie, że to książka dla mnie i uparcie przeglądałam różne strony aż znalazłam „Dotyk” na allegro.
Nie był najtańszy, biorąc pod uwagę stan i rok wydania, ale kupiłam i...
Tak to jest książka dla mnie. Jest, nie była.
Mamy zimną, bardzo zimną Kanadę. Mróz taki, że pękają od niego termometry, padający śnieg przypomina deszcz diamentów, a gwiazdy na niebie są tak wyraźne, że zdają się być na wyciągnięcie ręki. Do tego las, ciemny i gęsty, pierwotny, a pośrodku osada Sawgamet, w czasach gorączki złota.
Książka ma charakter opowieści, gawędy roztaczanej przez Stephena, który przygotowując się do pogrzebu matki, wraca pamięcią do dzieciństwa. Jego opowieść jet pełna dygresji, linia fabularna nie biegnie w linii prostej, bo nikt tak nie opowiada. Niektóre z tych dygresji wydają się, w pierwszym odczuciu, zbędne, jednak, gdy spojrzy się na całość to one są jak przecinki. Ojciec Stephena był drwalem, i to drwalem w „starym stylu”, to czasy gorączki złota. Widzimy jak trudne było wtedy życie i jak ściśle wiązało się z przyrodą i jej cyklem. Nad rodziną narratora zdaje się wisieć fatum, śmierć, szaleństwo, demony.
Fabuła pełna jest nawiązań do mitologii Indian, a niektóre z jej aspektów przypominały mi opowieści z cyklu: Kroniki Pradawnego Mroku Michelle Paver (fascynujące jak wszystko jest ze sobą na świecie powiązane!). Widziałam różne dziwne komentarze odnośnie tej powieści, wydaje mi się, że wynikają one z błędnego założenia czytelników, że mają w rękach horror, a to horror, mimo paranormalnych wątków, nie jest. Kiedy zapuszczam się w opinie o niektórych książkach, w tym tej, to tracę wiarę w naszą zbiorową zdolność interpretacji.
W
„Dotyku” jest wiele elementów paranormalnych, które służą zobrazowaniu ludzkich wyobrażeń strachu przed tym, co kryje się w ciemności lub w oślepiającej bieli śniegu. Wszystko prowadzi do pochowania matki bohatera, a śmierć krąży wokół jego rodziny od lat. Czuć tę „ciężkość” atmosfery pogrzebowej.
Choć „Dotyk” w większej mierze opowiada o przeszłości, to jest zaskakująco aktualny.
Starą wiarę ochrzciliśmy mianem mitologii, w ten sposób
deprecjonując, żyjemy w czasach dominacji ludzkiej woli nad tym, co dzikie, a mimo to nadal potrafimy się przestraszyć chrzęstu łamanego patyka w lesie. Tytuł nie jest przypadkowy, dotyk ma w tej powieści wiele znaczeń, nie tylko tych oczywistych.

„Spędzili blisko sześć miesięcy w całkowitej ciemności, jedząc nieugotowaną fasolę i suchary oraz ucząc się, że nie można ufać głosom towarzyszy. Wkrótce normą stało się wśród nich kładzenie palców na twarzy rozmówcy, żeby przez dotyk odgadnąć jego zamiary i emocje”.

Alexi Zentner nie napisał powiastki o charakterze opakowania chipsów. To dość trudna i metaforyczna historia o człowieku i jego chęci bycia panem wszystkiego. Spodziewałam się, mimo zastosowania takiej techniki opowiadania, w jakiś sposób wyjątkowego języka. Przebolałam również moje ulubione „niemniej jednak”, w końcu to opowieść jednego człowieka, a każdy ma jakieś wyrażenia, które lubi powtarzać. Nie jest, dla mnie, arcydziełem, ale uważam ją za bardzo dobrą powieść.

Wiesław Myśliwski „Widnokrąg”

wydawnictwo Znak, 2018, s. 606

Niekwestionowany mistrz języka polskiego i mojego ulubionego stylu opowiadania - gawędy. Unikałam Jego książek z powodu moich błędnych wyobrażeń o sobie - dziwne, co nie? Zdawało mi się, że nie zrozumiem, podobnie jak w przypadku Joanny Bator, że to zbyt wielkie zdania, jak na moje proste oczy.
A tymczasem przez pięć wieczorów „słuchałam” pięknej opowieści o człowieku.
O niespokojnych czasach wojny, o brzydocie, która wsiąkła w krajobraz i ludzie do niej przywykli.
O zmianie sposobu postrzegania świata i samego siebie, o widnokręgu, który dla każdego człowieka jest inny, zmienia się wraz z liczbą przeżytych lat i nabieraniem doświadczenia.
Pan Wiesław Myśliwski patrzy na świat jak na nieustannie kwitnący ogród. W każdej odmianie szarości codzienności dostrzega coś pięknego. To detale tworzą całość. Piękna, ciepła opowieść o życiu, która z uwagi na kunszt języka wymaga specyficznej formy skupienia, ponieważ Pana Myśliwskiego czytamy tak, jakbyśmy słuchali starszego i bardzo mądrego człowieka, który opowiada nam o sobie, „Widnokrąg” obfituje w wątki autobiograficzne.
Polecam jeżeli lubicie poetykę języka, wyjątkowość spostrzegania szczegółów, i język polski w najlepszej jego odsłonie, ale tylko wtedy, gdy macie czas i jesteście gotowi poddać się czyjemuś strumieniowi świadomości.

„Sprawiedliwość jest zawsze w czyichś rękach, a prawo podlega nieustannie okolicznościom, takim, siakim i diabli wiedzą jakim. Choćby dlatego, że znaczenie słowa jest nietrwałe. Znaczenie każdej rzeczy jest nietrwałe, każdej sytuacji, każdej wzajemności. I także Bóg zmienia się z historią. Zmieniają go ci, którzy się do niego modlą. Zmieniają go według swoich próśb, cierpień, nieszczęść, nie mówiąc już o interesach, według których go najczęściej zmieniają. Zwłaszcza, że historia składa się z łez, krwi i głupich nadziei. Toczy się, jak ci czy tamci ją popchną. A prawdę mówiąc, zmierza wprost do piekła. Piekło czeka nas wszystkich, Władysławie. Nie Bóg, lecz piekło jest tajemnicą naszego losu. A jakieś głupie mędrki mędrkują i mędrkują, to o sprawiedliwości, to o prawdzie, o raju, zakłamując do cna samych siebie, a co gorzej, zakłamując i maluczkich, naiwnych, prostodusznych, czekających jak spragnieni deszczu na pustyni Bóg wie na co”.

Paolo Cognetti „Osiem gór”

przekład: Tomasz Kwiecień, wydawnictwo Sonia Draga, 2016, s. 258

Paolo Cognetti maluje góry. Słowami oddaje ich wygląd, charakter, pory roku, a nawet pory dnia. Główny bohater nauczył się miłości do nich od ojca, z którym miał dość pokręconą relację. W górach również poznał swojego najlepszego przyjaciela.
To opowieść z człowieka, który dorósł i patrzy na swoje życie z perspektywy czasu i dostrzega, że to, co było, jako młody człowiek, widział inaczej.
Dla mnie to również inne spojrzenie na samotność z wyboru, ponieważ Pietro to taki współczesny nomada. Lubi wędrować po górach, ale lubi mieć gdzie wracać. Niezwykle przyjemna książka. Czyta się ją jakby samemu spacerowało się po szlakach na masywie Monte Rosa, we Włoszech. Podczas takich wędrówek bywa bardzo refleksyjnie i tak też jest podczas czytania tej powieści.
To również opowieść o nieprzepracowanych traumach, o nieumiejętności dzielenia się tym, co się czuje nawet z najbliższymi.
Język jest ładny, wiele motywów charakteryzuje wieloznaczność, jakby chociaż sam tytuł, a skąd się wziął oczywiście dowiecie się z powieści.

Meir Shalev „Dwie niedźwiedzice”

przekład: Anna Halbersztat, wydawnictwo Marginesy, 2017, s. 378

Meir Shalev to prywatnie wujek Zeruyi Shalev, którą ja znam z książki „Ból” i którą polecam równie mocno.
„Dwie niedźwiedzice” ma (głównie) formę gawędy (to ci zaskoczenie). Ruta Tawori, nauczycielka Biblii Hebrajskiej w liceum opowiada historię swojej rodziny. Udziela wywiadu Wardzie Canetti, która pisze pracę o historii jiszuwów, moszawów barona Rothschilda, ma ona traktować o kwestiach genderowych.
Jej opowieść przybiera nieoczekiwany bieg i Ruta zdradza największą rodzinną tajemnicę, której wspomnienie nadal budzi we mnie odrazę, mimo że książkę czytałam, bodajże, dwa miesiące temu.
Tajemnica wije się wokół trzech samobójstw rolników z 1930 roku, z których (podobno) jedno nosi znamiona przestępstwa. Ruta jest kobietą naznaczoną traumą, i to taką, która powinna w każdym czytelniku budzić współczucie, ale Ruta jednocześnie jest tak okropnie irytująca, że współczuć jej nie sposób. Pławi się w samouwielbieniu, jest najdoskonalszą z istot. Jest oczywiście piękna, mądra i we wszystkim najlepsza. Skoncentrowanie na sobie, w jakiś sposób, umożliwia jej funkcjonowanie w przybranej pozie i w dobrze przytwierdzonej masce. To książka, której nie da się czytać z doskoku, trzeba się skupić i dać się ponieść temu, o czym Tawori
mówi, a nie jaką pozę w trakcie opowieści przyjmuje.
Opowiada o rodzinie, o rolach jakich nas nauczono, o życiu według przyjętego schematu, o oczekiwaniach rozmijających się z rzeczywistością.
Jest nauczycielką Biblii Hebrajskiej i pojawia się w jej monologu wiele odniesień do ewolucji języka, do zmiany znaczenia słów, do ewolucji postrzegania, w tym ludzi, głównie kobiet, poprzez pojęciowość.
Nie czyta się jej łatwo i przyjemnie, jednak to wartościowa książka i misternie skonstruowana historia rodzinna, i jak najbardziej prawdopodobna. Uwierzyłam w nią. To książka pełna symboli, wieloaspektowa, warta przeczytania.

Joanna Holmström „Wyspa dusz”

przekład: Justyna Czechowska, wydawnictwo Sonia Draga, 2018, s. 444

Jeżeli chodzi o „Wyspę dusz”, to zastanawiałam się długo czy o niej wspomnieć, bo choć mam dobre odczucia, to nie jest to tak dobra książka, jaką mogłaby być, gdyby Autorka nie poddała się pokusie rozbudowania fabuły zwiększającej objętość, a rozwadniającej treść. Jednak jest tak wiele marnych powieści, które nie zbliżą się w najmniejszym stopniu do tej historii, że postanowiłam ją tu umieścić.
To historia trzech kobiet.
Kristiny Andersson, dzieciobójczyni, która po utopieniu dwójki swoich maluchów, nocą 1891 roku, wraca, jak gdyby nigdy nic, do domu, a poźniej trafia do szpitala psychiatrycznego (na wyspie Turku), zamiast do więzienia. Czterdzieści lat później Elli Curten, siedemnastolatka, która nie godzi się na przyjęte przez jej rodzinę ramy życia, buntuje się i wpada w przestępczy światek, a w ramach działań naprawczych trafia na wspomnianą wcześniej wyspę. Obie historie spaja pielęgniarka Sigrid Friman.
To historia Kristiny jest tą wartą uwagi i najlepiej napisaną. Wciąga jak szalona. Jest psychologia postaci, tło społeczne, tło historyczne i los samotnej matki popadające w obłęd. Ta historia żre. I na tej opowieści najbardziej Joanna Holmström się skupia.
Kolejna historia - Elli, nie jest już tak dobrze napisana. Autorka chwyciła wiele srok za ogon, chcąc zrobić z tej postaci symbol młodzieńczej ciekawości świata, symbol buntu przeciwko konwenansom i pełnieniu narzuconej roli, rodzącej się kobiecej seksualności, która była i jest spychana na margnies. Zrobiła to jednak tak powierzchownie, że wszystko się rozmyło. Czułam jakby chciała usilnie wcisnąć motyw, który żeruje na emocjach, los tej postaci powinien wzbudzić we mnie jakieś uczucia, jednak była mi
ona kompletnie obojętna.
Najmniej interesowała mnie historia pielęgniarki, która miała pełnić jeszcze inny typ/symbol kobiecego losu, ale unosiła się gdzieś, nie wiadomo gdzie, jak puszczony ze sznurka latawiec.
Książka jest dobra językowo, czyta się jak wściekła i na pewno z jakąś refleksją czytelnika zostawia. Ja nadal pamiętam historię Andersson bardzo dobrze, a minął szmat czasu.
Polecam jako zamiennik schematycznego thrillera (napięcie w książce się pojawia), zostawi po sobie coś więcej niż jedynie poczucie „zabicia czasu”.

Zaczytanego!

3 komentarze:

  1. Na pewno chcę kiedyś sięgnąć po prozę Bator - moje obawy są podobne co Twoje, więc może i mi podpasuje? Gdy już się odważę ;) Oczywiście Myśliwskiego też chciałabym kiedyś jeszcze poczytać, mam kilka jego tytułów do nadrobienia, ale to też mam wrażenie, że jest proza, która potrzebuje czasu i nie można jej czytać w pośpiechu. Tak więc - kiedyś :)

    OdpowiedzUsuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...