Pokazywanie postów oznaczonych etykietą słowacja. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą słowacja. Pokaż wszystkie posty
#152 River of Babylon - Peter Pišťanek

#152 River of Babylon - Peter Pišťanek

#152 River of Babylon - Peter Pišťanek - recenzja - czy warto przeczytać?
"Rivers of Babylon" to debiut Petera Pišťanka z 1991 roku, ale dopiero dzisiaj możemy go w Polsce przeczytać dzięki wydawnictwu Książkowe Klimaty. Wcześniej, czego dowiedziałam się za sprawą umieszczonego na końcu powieści "Słowa od tłumaczki" - Olgi Stawińskiej, można było czytać w Polsce zaledwie jej fragmenty - drukowane w czasopiśmie "Erotyka w Życiu i Literaturze", w której obok zdjęć i ilustracji pornograficznych umieszczano przekłady z literatury światowej.
Tak, tak... w "Rivers of Babylon"... szczegółowych opisów uciech cielesnych nie brakuje. 

Wszyscy bohaterowie tej powieści ucieleśniają najgorsze ludzkie cechy. Każdy chce mieć jak najwięcej pieniędzy, ale pracować nie chce nikt. Każdy żyje tylko po to - by gromadzić i wydawać, ale tylko na przyjemności. Nikt z nikim się nie liczy.
Główną postacią jest Rácz. Prosty chłop, który ma zaledwie kilka zwierząt gospodarskich. Złupiony przez krewnych, marzy o ożenku z Eržiką. Wyjeżdża do miasta w poszukiwaniu  pracy, którą dość szybko, mimo nie posiadania żadnych kwalifikacji, znajduje.
Staje się palaczem w hotelu "Ambassador" i staje się prawdziwym "szefem szefów". Bardzo szybko pnie się po szczeblach "kariery", nawet sam dyrektor hotelu staje się mu podległy. Wszyscy znoszą mu przeróżnego rodzaju fanty, byleby tylko pozwolił płynąć ciepłu w hotelowych grzejnikach.
Pieniądze gromadzi w walizce, nie dba o nie, ma ich nieograniczoną ilość.
Praca zapewnia mu wikt i opierunek. Rośnie w siłę z dnia na dzień, bo kto chciałby marznąć? Kobiety chętnie oddają mu ciało, a Adonis z niego żaden, ale ma przecież władzę.
Z czasem przebiera się w najlepsze garnitury, pija drogi alkohol - tylko dlatego, że jest drogi.
Wszelkie seksualne żądze od razu zaspokaja i nie tylko z kobietami lekkich obyczajów. Z łatwością się adaptuje do każdych warunków jakie zastaje.

"Koniec końców, w dzisiejszych czasach długi są najlepszą i najpewniejszą inwestycją".

 Z palacza do właściciela hotelu. 

Postaci jest bardzo dużo i próżno szukać tu kogoś, kto ma jakieś dobre cechy.
Plugawość, żądze, pieniądze. Każda z postaci ma przydomek, który wiele o niej mówi.
Różne narodowości i ich najgorsze przymioty. Cinkciarze, oszuści, osoby nadużywające władzy, prostytutki. Różne alkohole i narkotyki.
Język, którym ze sobą rozmawiają jest prostacki, wulgarny. Niestety - prawdziwy.
Styl, którym Autor się posługuje przypomina trochę scenariusz. Zdania są proste i opisują konkretne posunięcia postaci - jak scenki, które mają zostać odegrane.
Jest też wątek kryminalny, ale nie jest on tak oczywisty jak dzisiaj ma to miejsce.

Każda z postaci z "Rivers of Babylon" jest swojego rodzaju symbolem.
Główny bohater to przedstawiciel władzy, który mówi o sobie w osobie trzeciej i ma instrumenty do gnębienia społeczeństwa.

Video - Urban może być przedstawicielem mediów, które pokazują to, co ludzie chcą oglądać i za co chcą płacić, a nie to, co warte pokazania.
Potrafi się kompletnie zdystansować do tego co robi. Marionetka w rękach
Rácza.
Znajdziemy tu też prawnika, który również poddaje się w końcu prądowi i płynie tak, jak władza mu każe, bo konsekwencje opierania się mogą być opłakane. A ich przedsmaku miał okazję już doświadczyć.
Mamy również przedstawicielkę inteligencji, elity intelektualnej, która chętnie poddaje się temu, co oferuje jej prostak Rácz - byleby bywać na salonach i żyć, tak jak chce. Wszyscy pragniemy żyć wygodnie, a cena upodlenia cielesnego, czy duchowego nie jest aż tak wygórowana, jak się na początku wydaje.

To bardzo złożona powieść. Okrzyknięta kultową. Niepokojąco aktualna.
Możemy się podczas czytania śmiać tylko czy powinniśmy?
Bo kim chcielibyśmy być, a kim jesteśmy?
W cyniczny, prześmiewczy sposób obrazuje społeczeństwo postkomunistycznych przemian, powstawania gospodarki wolnorynkowej, ale odziera również nas - współcześnie żyjących, z poczucia wyjątkowości. Pokazuje, że niezależnie od tego w jakich czasach żyjemy, z jakiego narodu się wywodzimy, to zawsze jesteśmy tacy sami. Kierują nami te same popędy, a powiedzenie "jak zarobić, żeby się nie narobić" zawsze jest aktualne.
Każdą znajdującą się w niej metaforę, jak obrzydliwa by nie była, można uznać za prawdziwą i nie poddającą się upływowi czasu.
Życie jest jak rzeka, więc po co przeciwstawiać się jej nurtowi?



Wydawnictwo: Książkowe klimaty


Data wydania: 30. czerwca 2019
Liczba stron: 456
Kategoria: kryminał/sensacja/thriller
Tłumaczenie: Olga Stawińska

Recenzja napisana dla portalu bookhunter.pl

Wtedy w Loszoncu - Peter Balko

Wtedy w Loszoncu - Peter Balko

#132 Wtedy w Loszoncu - Peter Balko - recenzja - czy warto przeczytać?
Peter Balko to słowacki poeta i prozaik, autor scenariuszy filmowych. Laureat kilku nagród literackich, który pracuje jako pedagog w Wyższej Szkole Sztuk Scenicznych w Bratysławie.
Nie wiem co jest w słowackich pisarzach, że wabią mnie słowem jak syreny marynarzy, z tą różnicą, że z tej przygody wracam nie tylko żywa, ale i bogatsza o nowe literackie doznania. 
 

Wtedy w Loszoncu - Peter Balko


Tytułowy Loszonc to Łuczeniec - miasto na Słowacji w pobliżu granicy z Węgrami - stąd zastosowana przez autora - właśnie - węgierska nazwa. 
Książka opowiada historię dwóch chłopców Petera - zwanego Lewiatanem, oraz Kolomana zwanego Kapią. Chłopcy są jak ogień i woda. Lewiatan to grzeczny, dobrze uczący się chłopiec z nadwagą, który z uwagi na nadprogramowe kilogramy często jest wyszydzany. Kapia to taki szkolny urwis, który nie boi się używać przemocy. Dwie kompletnie różne jednostki, które się ze sobą przyjaźnią.

Powieść rozpoczyna list, który Lewiatan napisał do swojego przyjaciela, który przebywał poza Loszoncem i za którym po prostu tęsknił. Zakończeniem powieści jest odpowiedź od Kolomana.
Pomiędzy korespondencją bohaterów poznamy historię: ich życia w szkole, pierwszej miłości, aktów przemocy i prawdziwą, choć ubraną często w absurdalne przypowieści, historię Loszonca. 

Każdy z nas żył, żyje w takiej mieścinie, i to ona żyje w nas.
Peter Balko to doskonały gawędziarz. Maluje słowem, żongluje nim - tworząc pełną ironii i ciętego dowcipu balladę?
Pod płaszczykiem smutnej, szarej, przytłaczającej codzienności małego miasteczka, kryje się wiele możliwości do dopowiedzeń.
Lewiatan to chłopiec, który pisze opowiadania czerpiące z tego, co zna i gdzie żyje, ubarwia je swoją niezwykłą i niczym nieograniczoną wyobraźnią. Stara się, za radą przyjaciela, stworzyć opowiadanie doskonałe, w którym to Kapia będzie wiodącą i porywającą postacią.

Płakałam podczas czytania tej powieści... Głównie ze śmiechu, ale nie tylko.
Pod płaszczem specyficznego, ironicznego i zmyślnego żartu kryje się prawda, której daleko do bycia zabawną.
To historia o dorastaniu, dojrzewaniu nie tylko tym fizycznym, o wyborach i ponoszeniu odpowiedzialności za nie. Szkoda, że za tę wiedzę, czasem przychodzi nam zapłacić wysoką cenę.
Zwykle, podczas czytania, zaznaczam kilka cytatów, które miały dla mnie znaczenie. W przypadku "Wtedy w Loszoncu" musiałabym przepisać tutaj większość tekstu. Wybrałam jeden i to akurat pozbawiony żartobliwego tonu, ale idealnie podsumowujący to, jaka ta książka jest.

"Ktoś mi kiedyś powiedział, że rodzina jest jak drzewo stojące wśród grobów. Daje schronienie tym, którzy kogoś stracili. Gromadzi w sobie ból, wysłuchuje historii, bywa świadkiem małych cudów. Jeśli zanadto się rozrasta i nie dopuszcza żywych do zmarłych, przycina się jej gałęzie. Najpierw chore, a potem najbardziej ciekawskie. Rośnie w górę i głąb. Jej owoce są niejadalne. Dojrzewają, usamodzielniają się i dumnie umierają. Jej korzenie, jeżeli dość przebojowe, wdzierają się do grobów i obrastają ciała nieboszczyków w nowe "mięśnie" i "ścięgna". Wzmacniają je. Przynoszą życie tam, gdzie nikt go nie szuka".

Pan Balko jest też autorem scenariuszy i czuć to w sposobie w jakim jego bohater - Lewiatan pisze swoje historie. Charakteryzuje się ogromną wrażliwością na słowo. Nie będę się posiłkować wyszukanymi metaforami - Peter Balko po prostu pięknie pisze. Życzyłabym sobie samych lektur pisanych w takim stylu.
To powieść niemal liryczna. Teraźniejszość, przeszłość i fikcja mieszają się ze sobą tak płynnie, że jesteśmy skłonni uwierzyć we wszystko, co autor opowiada, nawet w moc dostrzegania za pomocą odpowiednio przymkniętego oka - dobra lub zła w drugim człowieku. Ale czy mając ten dar wykorzystalibyśmy go na sobie?

Poszukuję. Im więcej czytam, a czytam dość dużo, tym chcę więcej. Więcej treści - niekoniecznie objawiającej się potokiem zdań. Więcej umiejętności wykorzystywania języka pisanego jako mostu łączącego wszystkie zmysły. Z czytania można czerpać - nie tylko na polu lepszego wysławiania się, czy lepszego pisania. Można zacząć więcej dostrzegać, uwrażliwiać się na otoczenie, ale potrzeba do tego - po prostu - dobrze napisanych książek i ta - w moim mniemaniu - taka właśnie jest.

Nie mogę pominąć świetnej pracy tłumacza. Pan Miłosz Waligórski wykonał bardzo dobrą pracę. Gdybym nie wiedziała, że autor jest Słowakiem, sądziłabym, że ta książka została napisana po polsku. Jego nazwisko (co mnie naprawdę cieszy) znajdziemy na okładce i to zaraz pod samym tytułem.
Dajcie szansę słowackiej prozie jest naprawdę wyjątkowa! 

#132 Wtedy w Loszoncu - Peter Balko - recenzja - czy warto przeczytaać?

Za swój egzemplarz dziękuję Bibliotece Słów!



Wydawnictwo: BIBLIOTEKA SŁÓW
Data wydania: 12 listopada 2019
Liczba stron: 200
Kategoria: literatura piękna
Tłumaczenie: Miłosz Waligórski
#87 Strach - Jozef Karika

#87 Strach - Jozef Karika

#87 Strach - Jozef Karika - recenzja
Dwa razy w życiu doświadczyłam prawdziwego uczucia strachu, niemal pierwotnego. To coś, tak paraliżującego, że pozbawia człowieka tożsamości. Gdyby ktoś mnie wtedy zapytał jak się nazywam, to zapewne bym nie wiedziała, nie zrozumiałabym nawet pytania. To uczucie, które powoduje, że kolana same się uginają, oddech boli, wszystko mrowi i pulsuje, mózg i ciało pozostają w konflikcie. Nogi chcą uciekać, reszta ciała się do tego rwie, a niezborne, tłoczące się myśli nie pozwalają ciału się ruszyć. Stoisz, chcesz krzyczeć. Krzyczysz, a dźwięk się nie wydobywa. Nie widzisz bo łzy na to nie pozwalają. Stajesz się więźniem własnego ciała, spętanym przez własne emocje i ich następstwa.

"Wszystko to, czego się boimy najbardziej, wręcz zapraszamy do swojego życia".

Po niezwykle udanej przygodzie z prozą Jozefa Kariki i jego "Szczeliną" sięgnęłam po "Strach". Może zaburzyłam kolejność, jednak w niczym mi to nie zaszkodziło, a wręcz przeciwnie. Chyba bardziej doceniam umiejętność zmiany stylu, w zależności od tego jak autor chce nam przedstawić swoją opowieść.

Głównym bohaterem "Strachu" jest Jożo Karsky ponad trzydziestoletni mężczyzna, mieszkający w Małych Tatrach. Jożo mieszka sam. Jest więźniem przeszłości, więźniem strachu. Jako dziecko coś przeżył, coś co sprawiło, że nigdy nie poszedł dalej, to coś co zabrało mu mentalną wolność.
W wyniku tego zdarzenia Jożo stracił siostrę - Alicę i jego rodzina po prostu przestała istnieć. Ojciec się zmienił, to zdarzenie go zmieniło - bił syna z poczucia bezradności i lęku, z którym sobie nie radził. Wszyscy żyli w oczekiwaniu na powrót dziewczynki.
Teraz  Karsky mieszka sam, w rodzinnym domu. Pozostał mu tylko ojciec, który przebywa w domu spokojnej starości.
Słowację nawiedza fala mrozów, podobnych do tych z 1985 roku, kiedy zaginęła jego młodsza siostra i nie tylko ona. Obecnie wraz ze spadkiem temperatury, wzrasta fala tajemniczych zaginięć. I to COŚ wraca. Na początku nikt nie widzi związku ze zdarzeniami z przeszłości, albo inaczej - nikt nie chce ich widzieć.
Powoli, niespiesznie poznajemy mężczyznę i jego przeszłość, jednocześnie zniknięcia się nasilają. 
Akcja przypomina trochę wspinający się i opadający wykres funkcji. 

"Każdy z nas się czegoś bał, strach to drugie imię niezabliźnionej rany".

Styl Jozefa Kariki bardzo do mnie przemawia. On nie straszy tylko opisem tego, co możemy zobaczyć, usłyszeć. Karika szepcze do ucha to, co czujemy kiedy zalewa nas lęk.
Kogoś, kto nigdy nie odczuł tego, o czym wspomniałam na początku, ten bohater może irytować. On topi się we własnym strachu, zalewa nim, karmi go stale i na nowo. Przemyka ulicami jak cień, boi się podejść do okna.
Znam to uczucie, mimo że moje źródło lęku było namacalne, długo czułam się podobnie. 

"Ale strach można szerzyć także w inny sposób. Nie ogranicza go żadna odległość, przenosi się jak nasionko na wietrze - na przykład przez słowa".

Autor wykorzystał w "Strachu" motyw zaginionych dzieci. Mamy niezwykle brutalną i tajemniczą siłę, wyrywane zęby, paznokcie i obdzieraną skórę. Powodujący rozrywający ból głowy dźwięk, pochłaniającą wszystko ciszę i przerażające postaci, plus strach przed tym, czego nie widać.
Karnawał dla fascynatów wszelkich niewytłumaczalnych zjawisk i oczywiście historię tragedii na Przełęczy Diatłowa. Karika wykorzystuje wszystkie dostępne środki wyrazu i chyba nie tylko literackie. Ja słyszałam ten chrzęszczący śnieg, to rozlewające się buczenie rozdzielni, czułam nawet ten metaliczny zapach. Zauważyliście, że podczas siarczystych mrozów dźwięk rozchodzi się inaczej? Autor zauważył.

"Jelenie zniknęły, pochmurne myśli powróciły. Wbijałem wzrok w białe pustkowie, jakbym patrzył w głąb siebie. Las tonący pod sypkim śniegiem, kręty labirynt, w którym mały chłopiec zabłądził i zamarzł".

Mam świadomość, że ta książka może nie być łatwa w odbiorze i na pewno nie będzie wybitną lekturą dla sceptyków, którzy liczą na akcję rodem z "Obcego" i prostą rozrywkę.
Od jakiegoś też czasu jestem przewrażliwiona na styl jakim posługują się autorzy. Nie umiem już przymykać oka na niezamierzoną prostotę przekazu i tutaj muszę zaznaczyć, że u Jozefa Kariki styl jest bardzo dobry. 
Inny niż ten, z którym zapoznałam się w "Szczelinie", ale tam narracja wymagała uproszczenia, by w pełni oddać klimat. 
W "Strachu" jest kompletnie inaczej, ale i tutaj upatruję też udziału dobrego tłumacza.

"Teraz miałem złamaną silną wolę. To było złamanie otwarte, o wiele gorsze niż to przed laty. Wprawdzie nic mi nie spuchło, ale droga do domu była dużo bardziej bolesna".

To prawdziwy traktat o strachu. O tym jak wystarczy nas porządnie przestraszyć i przestajemy być najwyższą formą życia na kuli ziemskiej. Kto bał się raz i nic z tym nie zrobił, bać się będzie zawsze, choćby nie wiem jak wysokie mury wokół siebie zbudował i ile kamer nie zainstalował. 
Nie można zupełnie wyzbyć się tego uczucia, ale można nauczyć się z nim żyć. Jak bardzo się boimy, potrafimy wszystko sobie w racjonalny sposób wytłumaczyć i zaakceptować, byle tylko przez chwilę poczuć się lepiej.

"Wolna wola to iluzja, obca siła w żaden sposób mną nie zawładnęła ani mnie nie zaczarowała - zerwała jedynie pozłotko możliwości wyboru, bowiem nic takiego w życiu człowieka nie istnieje".

Zakończenie... o którym czytałam, że zawodzi? Do mnie przemawia. Spowodowało, że się uśmiechnęłam pod nosem i zrozumiałam?
Panie Karika szczwany z pana lis - to znaczy autor!
8/10. 

Wydawnictwo: Stara szkoła


Data wydania: 10. listopada 2017
Liczba stron: 298

Kategoria: thriller
Tłumaczenie: Joanna Betlej

Poniżej dwie prace inspirowane klimatem obu książek.


Strach



Szczelina



Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...