Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wydawnictwo. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wydawnictwo. Pokaż wszystkie posty
#139 Charlie zmienia się w kurczaka -  Sam Copeland, Sarah Horne

#139 Charlie zmienia się w kurczaka - Sam Copeland, Sarah Horne

#139 Charlie zmienia się w kurczaka -  Sam Copeland, Sarah Horne - recenzja - czy warto przeczytać?
Od czasu do czasu czytam książki przeznaczone dla dzieci. Z reguły podczas czytania świetnie się bawię i zdarza mi się wzruszyć. Za każdym razem dziwię się ogromowi treści jaką kryją te - jakby się mogło wydawać - proste historyjki.

Charlie McGuffin - główny bohater debiutanckiej historii Sama Copelanda wydaje się niczym nie wyróżniać. Właśnie - wydaje się. Charlie ma niezwykłą moc - potrafi zmieniać się w zwierzęta. Dzieje się tak, kiedy chłopiec jest wyjątkowo czymś przejęty, zestresowany.
A Charlie ma naprawdę wiele powodów do smutku i zdenerwowania. Jego brat jest chory i leży w szpitalu, chłopiec nie wie - co rzeczywiście bratu dolega, ani czy wróci do domu, po którym to, z kolei, snują się przygnębieni rodzice.
Bohater chodzi do szkoły, w której ma zarówno przyjaciół, jak i prześladowcę, któremu wszystko uchodzi płazem.
Nie bez znaczenia dla historii są zwierzęta, w które Charlie się przeistacza i co wtedy robi. Bywa pająkiem, który demoluje pokój, uciekającym gołębiem, gryzącą pchłą, wężem wandalem, czy nosorożcem, w którego przemiana wiąże się z kolejnymi zniszczeniami i nie tylko tym...:)
Ale przyjaciele nie pozwolą by Charlie został z tym problemem sam i zrobią wszystko - by mu pomóc i uratować przedstawienie, w którym gra jedną z głównych ról.

Jaka to jest przemyślana i niezwykle kreatywna historia. Tu jest tak dużo treści, że ciężko ją w pełni opisać. Autor w zabawny sposób, za pomocą dużej ilości anegdot o bąkach, kupie i wszelakich brzydkich zapachach - które nie tylko bawią, ale są w stanie zainteresować dzieci, opowiada o tym, co jest w życiu ważne.

Dorośli często uważają, że dziecko jest zbyt małe by wszystko zrozumieć i nie tłumaczą mu nic, albo używają słów, które są wieloznaczne. Dzieci, które nie znają kontekstu wypowiedzi - nie rozumieją tego, co rodzic chce im przekazać. A wystarczyłoby powiedzieć wprost to, co mamy na myśli. A tak - rodzi się frustracja i... stres.
Bo to stres zamienia Charliego w zwierzę. I jako zwierzę Charlie wszystko niszczy. Kiedy uczy się radzić sobie z nerwami, za pomocą oddychania (technik relaksacji) i kiedy się śmieje, cały proces zostaje powstrzymany i chłopiec jest znowu sobą.

Autor porusza ogrom problemów; od pomijania wyjaśniania dziecku - dlaczego brat jest w szpitalu, przez prześladowanie, kręcenie wszystkiego telefonem i udostępniania tego w sieci, po rodziców mówiących jedynie, że są rozczarowani zachowaniem dziecka. Żadne z nich nie szuka przyczyny zmiany zachowania chłopca.

Autor mówi czym jest potęga wyobraźni i że to nic złego rozumieć lub wyobrażać sobie coś inaczej niż pozostali. Porusza aspekt poczucia inności i jej akceptacji. Tłumaczy również z czego może wynikać to, że ktoś jest łobuzem (bo zło nie bierze się znikąd), uczy więc po prostu - zrozumienia. 

Znajdziemy tu odwołania do Hulka, czy Iron Mana, pojawi się Playstation i X-box.
Ale pojawi się też wersja Romea i Julii, w formie przedstawienia szkolnego i warzywnych gangów.
Całość zdobią świetne ilustracje, które wykonała Sarah Horne. Okłada jest złota i przyciąga wzrok zachęcając tym samym do czytania.
Znajdzie się tu też sporo treści o królestwie zwierząt - o okazach, których kształty przybiera bohater.

Podobał mi się jakby podwójny zapis niektórych wypowiedzi - kiedy chłopiec o czymś myśli i to potem wypowiada - dorośli tak nie robią, zdarza się nam pomijać któryś z punktów...

Duża czcionka umożliwia wspólne czytanie, do którego bardzo zachęcam, bo wbrew pozorom my - dorośli tę opowieść zrozumiemy jeszcze głębiej.

"Przykrości każdemu się zdarzają, Charlie. Postaraj się je zaakceptować. O wartości człowieka nie decydują rzeczy, które go spotykają, tylko sposób, w jaki sobie z nimi radzi". 


#139 Charlie zmienia się w kurczaka -  Sam Copeland, Sarah Horne - recenzja

Za swój egzemplarz dziękuję Wydawnictwu Media Rodzina.
8/10.
Wydawnictwo: Media Rodzina
Data wydania: 2. października 2019
Liczba stron: 264

Kategoria: literatura dziecięca
Tłumaczenie: Maciej Potulny
#134 Cicha noc. Świąteczne opowiadania kryminalne

#134 Cicha noc. Świąteczne opowiadania kryminalne

Nie lubię świątecznych książek... Odstraszają mnie tym wciskanym na siłę cukierkowatym klimatem. Lubię święta, ale nie lubię jak mi ktoś wmawia, że to jedyny magiczny czas w roku, kiedy może wydarzyć się coś cudownego... Wracając do meritum... W kwestii świątecznych historii zainteresowały mnie jedynie klasyczne opowieści Dickensa i antologia "Cicha noc. Świąteczne opowiadania kryminalne". 

Na tę antologię składa się piętnaście opowiadań z kanonu brytyjskiej klasyki. Trzeba mieć to na uwadze sięgając po tę książkę. Znajdziemy tu historie napisane przez znanego, chyba wszystkim, Arthura Conana Doyla i mniej znanych lub też kompletnie zapomnianych pisarzy, z których wielu publikowało pod pseudonimami. Co ciekawe wielu autorów cenił sam Alfred Hitchcock adaptując często ich powieści. Wszystkie opowiadania łączy świąteczny czas akcji, mimo że często dzielą je lata. Charakteryzują się typowo brytyjskim klimatem, nie znajdziemy więc tu porywającej akcji. Będziemy dużo dedukować i to czasem w mało morderczych historiach - takich jak kradzieże, krwi będzie niewiele, choć pojawią się sztylety, będą też spektakularne otrucia i inne mordy z tych "mało brudzących ręce".
Każdą historię otwiera krótka biografia autora, z której to - dowiemy się jak bardzo znany był autor w czasach których żył, co publikował i czy to właśnie jego powieść upatrzył sobie sam Alfred Hitchcock.

Skłamałabym jakbym napisała, że wszystkie były świetne. Jak to w przypadku antologii bywa opowiadania są różne i siłą rzeczy nie mogą podobać się wszystkie. Dwa z nich przeczytałam i w momencie pisania tych słów już nie pamiętam o czym były - "Salonowe sztuczki" Ralpha Plummera i "Szczęśliwe rozwiązanie" Raymunda Allena - zastrzelcie mnie, ale nie przypomnę sobie tych opowieści. 

Pozostałe prezentują, jak dla mnie, dobry i bardzo dobry poziom i zaangażowałam się w rozwiązywanie tych zagadek. Wiele z nich łączy również częste nawiązywanie do Charlesa Dickensa i ten trochę mroczny klimat świąt, kiedy do naszych drzwi może zapukać strudzony wędrowiec, o niekoniecznie miłych zamiarach.
Powtarza się również motyw "zamkniętego pokoju" i poszukiwania winnego wśród wieczornych gości. 

"Patrzyła na tę czarną szczelinę i rozpoznała pierwszy sprawdzian dla swoich nerwów. Później miały przyjść kolejne. Uzmysłowiła sobie, że w swoim chłodnym i praktycznym "ja" wozi histerycznego, neurotycznego pasażera, który z pewnością mocno da jej w kość swoimi natrętnymi sugestiami i nieprzyjemnymi przypomnieniami". 
*"Figury woskowe" Ethel Lina White

Najbardziej podobały mi się "Niebieski karbunkuł" Arthura C. Doyla,  "Nieznany morderca" H.C. Baileya, "Nieoczekiwany zwrot w sprawie" Margery Allingham, "Figury woskowe" Ethel Liny White - gdzie pojawia się lekki klimat grozy i "Śnieżna zagadka" Nicholasa Blake-a - która z kolei skojarzyła mi się z "Morderstwem w Orient Expressie" Agathy Christie. 

Brytyjskie kryminały świetnie rozkładają na czynniki pierwsze ludzką naturę. Wskazują, że zło współistnieje i jest w każdym człowieku, więc każdy na kogo patrzymy może być przestępcą. Zaufaniem, więc, powinniśmy operować niezwykle uważnie. 

"Nie zauważyłeś, że czasem ludzie bardzo angażujący się w cierpienie innych, czynią to tylko po to, aby sobie popatrzeć?"
*"Nieznany morderca" H.C. Bailey

Podoba mi się język, którym kiedyś się posługiwano - pamiętajmy, że  powstały na przełomie XIX i XX wieku. Jest bogaty i naprawdę pięknie brzmi. Jestem w tej kwestii trochę dziwakiem, ponieważ lubię czytać na głos - kiedy tekst, aż się prosi, aby popracować nad nim głosem, ćwicząc przy okazji dykcję.
Kompletnie zmienia to odbiór i chyba nie muszę opisywać jakie korzyści płyną z głośnego czytania?

Polecam czytać je w odstępach czasu, najlepiej wieczorem i to pod kocem i herbatą, wtedy darmowa podróż w czasie - gwarantowana.
Jeżeli, więc wiecie z czym się wiąże brytyjska klasyka, nie boicie się tego, że trzeba będzie przy czytaniu poświęcić trochę więcej uwagi niż w przypadku sztampowych i współczesnych kryminałów, nie oczekujecie morza krwi i trupiego festiwalu - to zdecydowanie je Wam polecam. 
7/10.

Za swój egzemplarz dziękuję wydawnictwu Zysk i S-ka.


Wydawnictwo: Zysk i S-ka
Data wydania: 26. listopada 2019
Liczba stron: 328

Kategoria: kryminał/opowiadania
Tłumaczenie: Tomasz Bieroń, Jerzy Łoziński
Wtedy w Loszoncu - Peter Balko

Wtedy w Loszoncu - Peter Balko

#132 Wtedy w Loszoncu - Peter Balko - recenzja - czy warto przeczytać?
Peter Balko to słowacki poeta i prozaik, autor scenariuszy filmowych. Laureat kilku nagród literackich, który pracuje jako pedagog w Wyższej Szkole Sztuk Scenicznych w Bratysławie.
Nie wiem co jest w słowackich pisarzach, że wabią mnie słowem jak syreny marynarzy, z tą różnicą, że z tej przygody wracam nie tylko żywa, ale i bogatsza o nowe literackie doznania. 
 

Wtedy w Loszoncu - Peter Balko


Tytułowy Loszonc to Łuczeniec - miasto na Słowacji w pobliżu granicy z Węgrami - stąd zastosowana przez autora - właśnie - węgierska nazwa. 
Książka opowiada historię dwóch chłopców Petera - zwanego Lewiatanem, oraz Kolomana zwanego Kapią. Chłopcy są jak ogień i woda. Lewiatan to grzeczny, dobrze uczący się chłopiec z nadwagą, który z uwagi na nadprogramowe kilogramy często jest wyszydzany. Kapia to taki szkolny urwis, który nie boi się używać przemocy. Dwie kompletnie różne jednostki, które się ze sobą przyjaźnią.

Powieść rozpoczyna list, który Lewiatan napisał do swojego przyjaciela, który przebywał poza Loszoncem i za którym po prostu tęsknił. Zakończeniem powieści jest odpowiedź od Kolomana.
Pomiędzy korespondencją bohaterów poznamy historię: ich życia w szkole, pierwszej miłości, aktów przemocy i prawdziwą, choć ubraną często w absurdalne przypowieści, historię Loszonca. 

Każdy z nas żył, żyje w takiej mieścinie, i to ona żyje w nas.
Peter Balko to doskonały gawędziarz. Maluje słowem, żongluje nim - tworząc pełną ironii i ciętego dowcipu balladę?
Pod płaszczykiem smutnej, szarej, przytłaczającej codzienności małego miasteczka, kryje się wiele możliwości do dopowiedzeń.
Lewiatan to chłopiec, który pisze opowiadania czerpiące z tego, co zna i gdzie żyje, ubarwia je swoją niezwykłą i niczym nieograniczoną wyobraźnią. Stara się, za radą przyjaciela, stworzyć opowiadanie doskonałe, w którym to Kapia będzie wiodącą i porywającą postacią.

Płakałam podczas czytania tej powieści... Głównie ze śmiechu, ale nie tylko.
Pod płaszczem specyficznego, ironicznego i zmyślnego żartu kryje się prawda, której daleko do bycia zabawną.
To historia o dorastaniu, dojrzewaniu nie tylko tym fizycznym, o wyborach i ponoszeniu odpowiedzialności za nie. Szkoda, że za tę wiedzę, czasem przychodzi nam zapłacić wysoką cenę.
Zwykle, podczas czytania, zaznaczam kilka cytatów, które miały dla mnie znaczenie. W przypadku "Wtedy w Loszoncu" musiałabym przepisać tutaj większość tekstu. Wybrałam jeden i to akurat pozbawiony żartobliwego tonu, ale idealnie podsumowujący to, jaka ta książka jest.

"Ktoś mi kiedyś powiedział, że rodzina jest jak drzewo stojące wśród grobów. Daje schronienie tym, którzy kogoś stracili. Gromadzi w sobie ból, wysłuchuje historii, bywa świadkiem małych cudów. Jeśli zanadto się rozrasta i nie dopuszcza żywych do zmarłych, przycina się jej gałęzie. Najpierw chore, a potem najbardziej ciekawskie. Rośnie w górę i głąb. Jej owoce są niejadalne. Dojrzewają, usamodzielniają się i dumnie umierają. Jej korzenie, jeżeli dość przebojowe, wdzierają się do grobów i obrastają ciała nieboszczyków w nowe "mięśnie" i "ścięgna". Wzmacniają je. Przynoszą życie tam, gdzie nikt go nie szuka".

Pan Balko jest też autorem scenariuszy i czuć to w sposobie w jakim jego bohater - Lewiatan pisze swoje historie. Charakteryzuje się ogromną wrażliwością na słowo. Nie będę się posiłkować wyszukanymi metaforami - Peter Balko po prostu pięknie pisze. Życzyłabym sobie samych lektur pisanych w takim stylu.
To powieść niemal liryczna. Teraźniejszość, przeszłość i fikcja mieszają się ze sobą tak płynnie, że jesteśmy skłonni uwierzyć we wszystko, co autor opowiada, nawet w moc dostrzegania za pomocą odpowiednio przymkniętego oka - dobra lub zła w drugim człowieku. Ale czy mając ten dar wykorzystalibyśmy go na sobie?

Poszukuję. Im więcej czytam, a czytam dość dużo, tym chcę więcej. Więcej treści - niekoniecznie objawiającej się potokiem zdań. Więcej umiejętności wykorzystywania języka pisanego jako mostu łączącego wszystkie zmysły. Z czytania można czerpać - nie tylko na polu lepszego wysławiania się, czy lepszego pisania. Można zacząć więcej dostrzegać, uwrażliwiać się na otoczenie, ale potrzeba do tego - po prostu - dobrze napisanych książek i ta - w moim mniemaniu - taka właśnie jest.

Nie mogę pominąć świetnej pracy tłumacza. Pan Miłosz Waligórski wykonał bardzo dobrą pracę. Gdybym nie wiedziała, że autor jest Słowakiem, sądziłabym, że ta książka została napisana po polsku. Jego nazwisko (co mnie naprawdę cieszy) znajdziemy na okładce i to zaraz pod samym tytułem.
Dajcie szansę słowackiej prozie jest naprawdę wyjątkowa! 

#132 Wtedy w Loszoncu - Peter Balko - recenzja - czy warto przeczytaać?

Za swój egzemplarz dziękuję Bibliotece Słów!



Wydawnictwo: BIBLIOTEKA SŁÓW
Data wydania: 12 listopada 2019
Liczba stron: 200
Kategoria: literatura piękna
Tłumaczenie: Miłosz Waligórski
#130 Kobiety ze słynnych obrazów - Iwona Kienzler

#130 Kobiety ze słynnych obrazów - Iwona Kienzler


Kobiety ze słynnych obrazów - Iwona Kienzler - recenzja - czy warto przeczytać?
Kiedy patrzę na obraz, czego by on nie dotyczył, to zawsze zastanawiam się co się za samą ilustracją kryje. Czy przedstawiane przez malarza miejsce istnieje, czy postać, na którą patrzę kiedyś żyła? Co spowodowało, że artysta zechciał kogoś lub coś przedstawić? Czasem zdarzało mi się snuć wyobrażenie o tym co zostało utrwalone na płótnie.

Iwona Kienzler autorka wielu, nie tylko historycznych, publikacji zabiera nas ze sobą w podróż przez wieki. Zajrzymy do pracowni Jeana Fouqueta, Leonarada da Vinci, Jana Vermeera, Francisco Goyi, Franza Xavera Winterhaltera, Fridy Kahlo, Pablo Picassa i Salvadora Dali. Jednak nie jest to typowa historyczna opowieść na kształt biografii autorów najbardziej znanych obrazów na świecie. To opowieść o "Kobietach ze słynnych obrazów", czyli o najbardziej znanych nam kobiecych twarzach, które stały się częścią popkultury zdobiąc swym wizerunkiem - nawet części naszej garderoby. Dowiemy się jak niektórzy z wymienionych tu artystów zdobywali artykuły malarskie, jak za pomocą pędzla odwzorowywali zastane, naturalne i ludzkie piękno. Jak wiele malowali i czy byli wstanie żyć ze swojej pasji. Ale to niejedyne tematy poruszane  przez autorkę.

Kim była Mona Lisa, Dama z gronostajem albo Dziewczyna z perłą? Dlaczego Frida Kahlo zaczęła malować? Ile kobiet miał Pablo Picasso? Czy żona Salvadora Dali była jego muzą, czy może przekleństwem? Jaka była Cesarzowa Sisi? Lubieżne służące? Grzeszna Madonna średniowiecza?

Książka jest podzielona na jedenaście rozdziałów, każdy opowiada o innej znanej kobiecej twarzy. Autorka podaje wszelkie teorie; na przykład - odnośnie tożsamości Mona Lisy, a czasem nawet najbardziej niedorzeczne, jak upatrywanie w tle obrazu Leonarda da Vinci (po zdublowaniu i odbiciu lustrzanym) postaci z obcej planety.
Zahacza również o takie informacje, że z kształtu odcisków palców, można wywnioskować pochodzenie etniczne...
Dlaczego Mona Lisa ma na sobie woal? A zauważyliście, że nie ma brwi?
I jak to się dzieje, że wydaje się nam, że widzimy u niej uśmiech?
Skąd pomysł, że może mieć jakiś związek z Polską?

Iwona Kienzler opowiada o historii i uczy jej nas w sposób dość niezwykły i chyba mało popularny. Raz, że opowiada o kobietach, które mam wrażenie zostały przez historię nie tyle skazane na zapomnienie, ile po prostu zepchnięte w cień mężczyzn. Dwa - historia słowami autorki staje się opowieścią o życiu prawdziwych ludzi, o ich codzienności. Radościach i problemach. Kiedy pisze o jakiejś postaci podaje nam nie tylko, co działo się w tym czasie na świecie, ale też jakie były zwyczaje, albo co było tematem tabu. 

Myślicie, że jadłowstręt to choroba naszych czasów? Nic bardziej mylnego. Poczytajcie o Cesarzowej Sisi. Wygląd zawsze miał znaczenie i od zawsze przybierało to chorobliwe formy. Opowiada też o konwenansach jej czasów. Wspomina różne absurdy - na przykład: nie można było ubrać dwa razy tych samych butów... Brzmi trochę znajomo? :) Wyobraźcie sobie kobietę w stroju z piórami ćwiczącą na drążkach - tak Cesarzowa Sisi zawsze musiała dobrze wyglądać, nawet wtedy kiedy po jej czole spływał pot.
O Pablu Picassie oglądałam kilka dokumentów, ponieważ interesowało mnie dlaczego upatrzył sobie taką prostotę formy, więc przy okazji poznałam jego biografię, ale i tak w tej książce znalazłam kilka faktów, o których nie wiedziałam.
Opowieść o życiu Fridy jest niezwykle bolesna, ale jasno tłumaczy skąd brały się konkretne motywy na jej obrazach i dlaczego malowała siebie.
Historia Salvadora i Gali potwierdza też fakt, że lubujemy się w skandalach nie od dziś.
Pani Kienzler ma dar do opowiadania, jej słowa choć opatrzone skrupulatnie datami, kojarzą mi się z gawędą i czyta mi się je znakomicie; prawie jak typowo fabularną książkę.
Wydaje się nam, że zmieniliśmy się na przestrzeni wieków, a tymczasem wygląda na to, że stale jesteśmy tacy sami. Podobnie postrzegamy piękno, staramy się zachować uciekającą młodość, przy okazji czasem stajemy się własną karykaturą. Nadal ma dla nas znaczenie, co kto o nas pomyśli, czy powie. 

Czytanie tej książki to była świetna lekcja historii, którą odbyłam z kubkiem dobrej herbaty, mając przed oczami najbardziej znane dzieła sztuki.

Za swój egzemplarz dziękuję wydawnictwu Lira.



Wydawnictwo: Lira
Data wydania: 23. października 2019
Liczba stron:336
Kategoria: biografie


#126 Miedziaki - Colson Whitehead

#126 Miedziaki - Colson Whitehead

#126 Miedziaki - Colson Whitehead - recenzja - czy warto przeczytać?
Colson Whitehead to amerykański pisarz i dziennikarz. Autor sześciu powieści i dwóch książek z gatunku literatury faktu ("Miedziaki" to jego dziewiąta książka). Dwukrotnie nominowany do Nagrody Pulitzera, którą otrzymał za powieść "Kolej podziemna". Powieść ta otrzymała również: National Book Award 2016, Carnegie Medal for Fiction, Heartland Prize i została nominowana do Kirkus Prize.
Redakcje wszystkich najważniejszych gazet w Stanach Zjednoczonych okrzyknęły tę książkę najlepszą powieścią roku. Przetłumaczono ją na ponad 30 języków.
*źródło https://www.wydawnictwoalbatros.com/autorzy/colson-whitehead/ 

W swojej najnowszej powieści "Miedziaki" Wihitehead ponownie pisze o tej stronie historii Ameryki, która daleka jest do wizji kraju marzeń, przypomina raczej koszmar - pełen okrucieństwa.
"Miedziaki" są fikcją literacką, jak możemy przeczytać w Podziękowaniach, jednak inspiracją do ich napisania była sprawa Dozier School for Boys w stanie Floryda. Ośrodek z założenia był placówką "wychowawczą" jednak nie miał z nią nic wspólnego. Trafiający tam chłopcy byli bici, poniżani, molestowani, a kiedy próbowali się sprzeciwiać, stawiać opór, to przepadali bez wieści.
Tytułowe Miedziaki to wychowankowie właśnie tego ośrodka - zwanego Miedziakiem, z uwagi na nazwisko swojego patrona - Trevora Nickela.

"Nickel, pięciocentówka, nędzna jak miedziana moneta". 

Akcja toczy się w latach 60. XX wieku. Elwood Curtis - główny bohater powieści stoi u progu rozpoczęcia nauki na uniwersytecie dla kolorowych. Jednak jest w niewłaściwym miejscu i w niewłaściwym czasie - system sprawiedliwości kierowany rasistowskimi pobudkami karze go za niepopełniony czyn i staje się jednym z wychowanków cieszącego się złą sławą ośrodka. Tam podziela los wszystkich osadzonych chłopców i nawiązuje znajomość z Turnerem. 

Książkę rozpoczyna prolog, który od razu uderza czytelnika falą okropieństw, jakie odbywały się na terenie "szkoły dla chłopców". Przechodzimy przez tajny cmentarz i odkrywamy ogrom makabry jaki fundowano wychowankom - dowiadujemy się co się działo z tymi, którzy odważyli się przeciwstawić krzywdzie.
Następnie poznamy losy Elwooda, poprzez kolejne części i rozdziały prześledzimy jak trafił do Miedziaka i co go tam spotkało, by przejść do zaskakującego zakończenia powieści.

"- Ale potem byłem na wolności i ściągnęli mnie z powrotem, i wiem, że tu nie ma niczego, co by zmieniało ludzi.
Tu i tam jest tak samo, różnica tylko taka, że tutaj już nikt nie musi udawać"
.
 
Książka jest przesycona smutkiem i bólem. Krzywdą, niesprawiedliwością i opisami wielu kar cielesnych i upodlenia człowieka jakiego dopuszczano się w ośrodku, ale i poza jego murami. To nie czyny, a kolor skóry tworzyły z człowieka przestępcę. Nikt nie chciał słuchać, a wyrok był wydany już po aresztowaniu, a sama droga oficjalna przez tzw. wymiar sprawiedliwości, była jedynie formalnością.

"Teraz obrabiał w głowie nową teorię: brutalnym życiem w Miedziaku nie rządzą żadne zasady, oprócz ślepej mściwości, która nie ma nic wspólnego z konkretnymi ludźmi. Przylgnął do niego okruch z lekcji w dziesiątej klasie: machina wiecznej niedoli, napędzająca sama siebie, bez ludzkiej ingerencji. I Archimedes, jedno z pierwszych odkryć encyklopedycznych. Przemoc jest jedyną dostatecznie silną dźwignią, by wprowadzić świat w ruch".

Choć ośrodek przechodził różne kontrole, to żadna nigdy nic nie wykazała.
Elwood nie godził się na to, co tam się odbywało i stale próbował coś zrobić, mimo że był za to karany fizycznie. To jak chłopcy rozumieli pojęcie "lody" albo czym jest "biały dom" - jest po prostu straszne i nie sposób pojąć jak ktokolwiek, kiedykolwiek mógł na takie coś zezwalać.
Narracja stosowana przez Colsona Whiteheada, jest kompletnie pozbawiona emocji. To prawie reporterski zapis wydarzeń, które choć fikcyjne, mogły mieć miejsce, a niektóre były inspirowane prawdziwymi zdarzeniami. Autor korzystał z historycznych źródeł i opisów wystosowanych przez byłych wychowanków ośrodka, które możemy przeczytać na stronie internetowej, którą podaje autor - http://officialwhitehouseboys.org/. Mi jednak nie udało się tej strony otworzyć... 
Często cytuje Martina Luthera Kinga. Elwood to symbol przeciwstawianiu się dyskryminacji, jakoby kolor skóry definiował kogokolwiek jako gorszego.

Temat, który według mnie należy znać i stale zgłębiać. Mówić o nim - by przeciwdziałać jakimkolwiek podziałom ludzi z uwagi na ich pochodzenie, kolor skóry, przekonania czy wyznanie.

Jednak styl wypowiedzi, jaki stosuje autor, nie jest stylem, w którym ja jako czytelnik się odnajduję. Książka jest bardzo nierówna i w wielu momentach, mimo tego o czym opowiada, jest bardzo nużąca. I to do tego stopnia, że się zamyślałam i nie wiedziałam, w którym momencie skończyłam czytać...

Myślę, że podzieli ona czytelników. I to wcale nie na dwie grupy, a na trzy. Jedni będą nią poruszeni, drudzy - właśnie z uwagi na styl wypowiedzi autora - zmęczeni, a trzeci, kiedy przeczytają ile nagród autor otrzymał - wpiszą się w grupę entuzjastów, bo takie książki wypada czytać.

Historię - segregacji rasowej i wynikających z niej konsekwencji przemocowych, nadal będę poznawać, bo chcę wiedzieć i chcę pamiętać do czego dopuściliśmy.
Czytanie - nawet o trudnych i bolesnych tematach, powinno mimo wszystko być przyjemne, a nie stawać się obowiązkiem.
Po "Kolej podziemną" raczej nie sięgnę, poszukam autora, który o niechlubnej historii Ameryki mówi w inny, bardziej odpowiadający mi sposób.
 
#126 Miedziaki - Colson Whitehead - recenzja - czy warto przeczytać?

Za swój egzemplarz dziękuję Wydawnictwu Albatros.



Wydawnictwo: Albatros
Data wydania: 30. października 2019
Liczba stron: 288
Kategoria: literatura piękna
Tłumaczenie: Robert Sudół

ZAPOWIEDŹ - Ktoś kogo znamy - Shari Lapena

ZAPOWIEDŹ - Ktoś kogo znamy - Shari Lapena


ZAPOWIEDŹ - Ktoś kogo znamy - Shari Lapena


29. stycznia 2020 roku nakładem Wydawnictwa Zysk i S-ka ukaże się
"Ktoś kogo znamy".
Najnowsza książka autorstwa kanadyjskiej pisarki Shari Lapeny.
Wcześniejsze książki wydane w Polsce to:

Bardzo trudno jest mi napisać ten list.
Mam nadzieję, że zanadto nas nie znienawidzicie…
Ostatnio, kiedy nie było państwa na miejscu, mój syn włamał się do waszego domu…

 

Może nie znasz swoich sąsiadów tak dobrze,
jak Ci się wydawało...



#122 Wśród rekinów - Nele Neuhaus

#122 Wśród rekinów - Nele Neuhaus


#122 Wśród rekinów - Nele Neuhaus - recenzja - czy warto przeczytać?
Nele Neuhaus, czyli Cornelia Neuhaus to autorka kryminałów i książek dla dzieci. Zasłynęła serią kryminałów z komisarzami Oliverem von Bodensteinem i Pią Kirchhof. Przyznaję, że nie znam tej serii, ale po przeczytaniu niedawno wydanej powieści "Wśród rekinów", będącej tak naprawdę debiutem autorki, chcę poznać jej "flagowe" dzieło.
Spodobał mi się już - zabieg z bezpośrednim zwrotem do czytelników w Polsce, który otwiera tę obfitującą w tekst pozycję.
Od razu wspomnę też o wydaniu, które mimo że jest klejone, to po moim częstym wertowaniu, nadal wygląda jak nowe. Grzbiet, który ma tendencję do łamania - pozostał w stanie idealnym. Tak, wiem że to szczegóły, ale zwracam na nie uwagę. 


"Wśród rekinów" to thriller finansowy, choć dla mnie to mieszanka gatunkowa z największym udziałem sensacji.
Główna bohaterka to Alex Sontheim, Niemka robiąca oszałamiającą karierę w Ameryce. Jest młoda, bardzo ładna i zna się na inwestycjach. Wykorzystuje wszystkie swoje atrybuty, by osiągnąć jak najwięcej w finansowym świecie zdominowanym przez mężczyzn. 

Na początku zachłystuje się światem migoczących świateł, wystawnymi przyjęciami wśród największych bogaczy i nie dostrzega rzeczywistości. Wszelkie dobre rady i ostrzeżenia puszcza mimo uszu i tak wikła się w romans z żonatym miliarderem Sergiem Vitalim. Schlebia jej jego zainteresowanie i to, co jej oferuje.
Wszyscy wokół (czyli zainteresowani nią inni mężczyźni) próbują uświadomić jej jakiego rodzaju biznesmenem jest Sergio, nawet sam burmistrz Nowego Jorku - Nick Kostidis. Alex żyje jednak z dnia na dzień, poświęcając się pracy. Zdaje się traktować Sergia jako szansę na poznanie wielu wpływowych ludzi.

Choć jest nieprzeciętnie bystra na polu finansowym i indeksy giełdowe nie mają przed nią tajemnic, tak w przypadku stosunków międzyludzkich kompletnie sobie nie radzi. Wystawne życie kusi ją zbyt mocno.

To prawie 800 stron tekstu, podzielonego na części, a te z kolei na rozdziały, opatrzone datami. Narracja jest trzecioosobowa, czyli taka jaką lubię najbardziej. Fabuła obejmuje prawie 3 lata, co daje czas na uwikłanie się bohaterki w ciemną stronę finansjery. Świat wielkich i nieuczciwie zarabianych pieniędzy pochłania bohaterkę jak ruchome piaski. Jednak w końcu przechodzi przemianę, otwiera oczy i próbuje wydostać się z układu, który ją i jej wiedzę wykorzystuje do realizacji swoich celów. 

Autorka nie zagłębia się mocno w giełdową terminologię, wykłada to, co czytelnik musi wiedzieć w prosty i przejrzysty sposób. Stopniuje napięcie. Kreśli bardzo złożone postaci, których jest naprawdę dużo i mają one wpływ na wszystko co się dzieje.
Narracja przeskakuje od bohatera do bohatera, pojawiają się stale nowe informacje, jednak czarodziejski styl pisarki nie pozwala się w tym wszystkim pogubić. Wszystko było dla mnie jasne i zrozumiałe. Czułam się jak podczas oglądania amerykańskiego serialu o brudnych poczynaniach giełdowych graczy. Nowy Jork i cały jego hałas. Mafia, czyli likwidacja niepotrzebnych już ogniw łańcucha zdarzeń. Zamachy, wybuchające samochody i romanse. Dzieje się naprawdę dużo!


Bywa też naiwnie i trochę śmiesznie, ale taką konwencję przyjęła pani Neuhaus. Były momenty, w których Alex mnie bardzo irytowała swoją dziecięcą wręcz naiwnością i wiarą w czystość intencji jednego ze swoich partnerów. Nie oczekiwałam od tej książki wielkiego przekazu - jednak jakiś i tak jest. Dokładnie widać, jak niewiele trzeba, by w oczach opinii publicznej stać się przestępcą. Jak łatwo jest z uczestnika wielkich poczynań, stać się ich ofiarą. Jak można nagle obudzić się wrogiem publicznym, bo przestaje się być potrzebnym komuś, kto dysponuje niebagatelnym zapleczem finansowym.

Podoba mi się styl Nele Neuhaus. Potrafi stworzyć delikatną i naiwną bohaterkę, w niektórych sytuacjach wręcz głupiutką, umieścić ją w świecie, do którego kompletnie nie pasuje i zrobić z niej walczącą o sprawiedliwość, a czytelnik uwikła się w historię tak, że nie zauważy kiedy pojawi się ostatnia strona. Wdzięcznie porusza się po dylematach moralnych, by przejść do napędzającego się wątku sensacyjnego. Naprawdę dobrze się bawiłam! 
7/10.

Za swój egzemplarz dziękuję Wydawnictwu Media Rodzina.
Wydawnictwo: Media Rodzina
Data wydania: 16. października 2019
Liczba stron: 760
Kategoria:
kryminał, sensacja, thriller
Tłumaczenie: Miłosz Urban
#117 Zatrutka - Ewa Przydryga

#117 Zatrutka - Ewa Przydryga


#116 Zatrutka - Ewa Przydryga - recenzja - czy warto przeczytać?
Wyobraź sobie, że jest zwykły dzień. Wstajesz i znajdujesz liścik od partnera, że za chwilę wróci, że wyszedł tylko zaczerpnąć powietrza. Przygotowujesz śniadanie, a partner nie wraca. Czas mija, a jego nadal nie ma. Dzwonisz nie odbiera. Wszystko przyspiesza, łapiesz dziecko i jedziesz w miejsce wskazane przez osobę, która znalazła telefon Twojej drugiej połowy.
Widzisz piasek, morze i rzeczy osobiste najbliższego Ci człowieka, a po nim samym nie ma śladu. Tkwisz między czasem a przestrzenią, tylko po to, by zajmować się dzieckiem, bo musisz, nie masz wyjścia. Policja twierdzi, że to było samobójstwo. Ty nie dopuszczasz do siebie takiej myśli. Ale jak to? Przecież to niemożliwe! Znam GO! Znam JĄ!
Taki mniej więcej scenariusz rozegrał się na oczach Piotra, męża Anki. Kobieta zmagała się z depresją poporodową, ale podobno było lepiej... Podobno, bo zniknęła i tylko Piotr wierzy, że jego żona nadal żyje. Nie zgadza się na zakończenie sprawy przez policję i postanawia sam, wbrew temu co mówią inni, odnaleźć żonę. Zagłębia się w jej przeszłość, dociera do starych znajomych, z niektórymi z nich nie zdąży porozmawiać drugi raz. Każdy fragment przeszłości jaki odsłoni spowoduje, że w jego głowie powstaną kolejne pytania, a obraz Ani, który znał do tej pory mocno się zachwieje.

Kim jest ta kobieta, z którą tworzył rodzinę?

Czytam dużo, ale już dawno nie trafiłam na książkę, którą po prostu musiałam przeczytać. Nie pamiętam kiedy przepadłam w fabule tak, że nie odłożyłam książki, dopóki nie przeczytałam ostatniego słowa.
Ewa Przydryga nieśpiesznie opowiada nam historie z pozoru idealnego małżeństwa. Okazuje się, że najbliżsi sobie ludzie są jednocześnie dla siebie kompletnie obcy. Nic o sobie nie wiedzą. Dodatkowo, zarówno jedno i drugie nawiedzają wewnętrzne demony. Przeszłość, która do nich wraca i jak się okazuje nie tylko pod postacią przytłaczających myśli.
Jedno zatajenie, przemilczenie, kłamstwo rodzi kolejne i następne, aż w końcu gramy kogoś kim nie jesteśmy. A życie to nie teatr i nie możemy stale udawać. Podejmujemy decyzje, które powoli nas niszczą.
To złożona opowieść o strachu i miłości, która sprawia, że jesteśmy w stanie poświecić siebie by uchronić najbliższych. O błędach i żalach, które gdyby zostały głośno wypowiedziane przestałyby tak przytłaczać. O moralności i o toczących nas wyrzutach sumienia, przez które oglądamy swoje życie zamiast po prostu... żyć. O tym, jak nie jesteśmy często świadomi, jak dzieciństwo wpływa na nasze już dorosłe wybory.
Listy, które Ania pisze do matki są bardzo emocjonalne i stanowią dla niej swego rodzaju terapię, drogę do oczyszczenia i zrozumienia siebie.


"Kiedy obok nie ma nikogo, komu na tobie zależy, kto swoją fizyczną powłoką potrząśnie, wyciągnie cię z tunelu toksycznych myśli na światło dzienne i podszepnie właściwe rozwiązanie, wtedy znowu to robisz. Podejmujesz kolejną siejącą zniszczenie decyzję. Podyktowaną strachem i samotnością".

Rozdziały przypominają kartki z kalendarza, są opatrzone datami, a czasem dokładną godziną zdarzenia. W teraźniejszość wplatane są retrospekcje.
Książkę zdobi niezwykle klimatyczna okładka, a na jej drugiej stronie znajdziemy świetną mapę obrazującą obszar, na którym akcja się toczy.
W treści pojawiają się utwory Sarsy, które świetnie dopełniają klimat, jaki stworzyła autorka.
Jest ponuro i emocjonalnie, to dobry thriller psychologiczny, mogący spokojnie konkurować z zagranicznymi. Wszystkie wątki bardzo dobrze się ze sobą łączą i prowadzą do - jak dla mnie - kompletnie nieoczywistego finału, a żaden inny tytuł nie zobrazowałby treści tak dokładnie, jak właśnie "Zatrutka".
Bardzo dziękuję autorce za tak dobrą lekturę i życzę jak najszybszego wydania kolejnej powieści! 

Wydawnictwo: Novae Res
Data wydania: 20. września 2019
Liczba stron: 360
Kategoria: kryminał/sensacja/thriller

Recenzja napisana dla portalu bookhunter.pl

#114 Osada - Camilla Sten

#114 Osada - Camilla Sten

#114 Osada - Camilla Sten - recenzja - czy warto przeczytać?
Jak już kiedyś wspomniałam - bardzo ciężko jest mi odczuć niepokój podczas czytania.
"Osada" Camilli Sten to powieść mająca wszelkie przymioty dobrej powieści grozy.
Mamy górnicze miasteczko Silvertjärn, które od sześćdziesięciu lat straszy pustką i tajemnicą - wszyscy mieszkańcy zniknęli i przez lata nie udało się odkryć tego, co się tak naprawdę tam wydarzyło.

Alice - wnuczka jednej z byłych mieszkanek osady, chce rozwiązać tę zagadkę i przy okazji nakręcić dokument. To właśnie ona jest narratorem tej książki, nadmieniam, że narracja jest prowadzona w osobie pierwszej.
Jedzie tam wraz ze znajomymi, którzy mają pomóc jej przy filmie. Młodzi ludzie wjeżdżają w martwą strefę i bez żadnego kontaktu ze światem zewnętrznym, będą spacerować po tym miasteczku - widmie i odkrywać jego sekrety.
Odkryjemy jakie związki rodzinne łączą członków grupy z mieszkańcami Silvertjärn i będziemy starali się ułożyć pozyskane informacje niczym puzzle, by móc zobaczyć to, co wydarzyło się sześćdziesiąt lat temu.
Książkę rozpoczyna prolog - zapis wydarzeń jakie miały miejsce tuż po zniknięciu całej populacji osady - i już w tym miejscu autorka zaczyna budować klimat niewiadomej i stopniować napięcie. 
Zapoznajemy się z zarysem projektu jaki prowadzi główna bohaterka powieści, przypomina on coś na kształt - zbiórki pieniędzy, jakie często organizują niezależni twórcy.
Następnie książka dzieli się na dni tygodnia, w których filmowcy przebywali na terenie miasteczka, a treść jest przeplatana retrospekcjami z życia rodziny babci Alice. Pojawiają się też listy pisane przez siostrę babci dziewczyny i jej matkę. Na końcu znajdziemy epilog.
Historia miasteczka wiąże się zamknięciem kopalni i utratą zatrudnienia przez wiele osób. Ludzie stracili możliwość zarobku, było im ciężko, wielu traciło poczucie sensu. Wtedy w miasteczku zjawił się duchowny i w mieszkańcach na nowo rozkwitła nadzieja na lepsze jutro. Trochę w myśl powiedzenia "jak trwoga to do Boga".
W domach na półkach nadal stoją produkty żywnościowe, w spróchniałych budynkach, pokrytych łuszczącą się farbą odnajdziemy meble; szafy z ubraniami, czy różne zapiski. Wszystko wygląda tak jakby mieszkańcy mieli zaraz wrócić.
Autorka świetnie pokazała ludzką podatność na manipulacje w czasie kryzysu. Kiedy jesteśmy tak zrezygnowani, że chwytamy się każdej deski ratunku. Budowanie wspólnoty, wiara, chęć naprawy swojego życia i dla równowagi poszukiwanie przyczyny nieszczęścia, które kiedy w końcu nabierze realnego kształtu jest przecież możliwe do usunięcia.
Podobało mi się jak stopniowała napięcie i powoli odkrywała karty. Jak strach wśród uczestników filmowej wyprawy narastał powoli, jak z młodych i pełnych kreatywnego spojrzenia na życie ludzi, przeistaczali się zaszczute jednostki i nie potrafili odróżnić tego, co jest rzeczywiste, a co tylko się im wydaje.
Niezwykle łatwo tracili zaufanie do siebie nawzajem. Na światło dzienne wychodziły stare urazy, niedopowiedzenia.
Camilla Sten świetnie stworzyła duszny, klaustrofobiczny klimat, który zdaje się otaczać ekipę jak mgła i powoli dusić. Dźwięki, które słyszą z krótkofalówek, odczuwanie, że są przez kogoś obserwowani - wszystko to powoduje, że napięcie stale narasta.
Choć obie grupy przebywające na terenie osady dzieli sześćdziesiąt lat, to tak naprawdę postępują one w jednakowy sposób. 
W "Osadzie" nie znajdziemy nadprzyrodzonych mocy, i nienazwanego zła.
To wycinek historii o ludzkości. O tym, co w nas samych jest od zawsze i jak niewiele trzeba, by rozrosło się do ogromnych rozmiarów i zrobiło z nas armię kukieł - zdolną do niesienia śmierci i zniszczenia, niezależnie od tego kim byliśmy wcześniej.
Upadek człowieka jako jednostki, degeneracja moralności i zło rozrastające się jak rak. 
Forma przedstawienia tej opowieści przypomina mi modne swego czasu filmy kręcone "z ręki", stajemy się uczestnikami wydarzeń. Autorka często wspomina media społecznościowe i zwykłą codzienność przez co można odnieść wrażenie realności fabuły.
Choć nie odczułam niestety żadnej grozy, czy strachu, to uważam, że to naprawdę dobra pozycja, która skrywa w swojej treści dużo więcej, niż się na początku wydaje. Nie powinna być raczej kwalifikowana jako horror, dla mnie to bardziej thriller psychologiczny. Co wrażliwsi być może odczują jakieś mrowienie, czy nawet zalążek strachu. Myślę, że przypadnie do gustu czytelnikom lubującym się w rozkładaniu naszej - często zwierzęcej natury, na czynniki pierwsze.  
7/10.

Za swój egzemplarz dziękuję wydawnictwu Zysk i S-ka.

Wydawnictwo: Zysk i S-ka
Data wydania: 15. października 2019
Liczba stron: 400

Kategoria: horror
Tłumaczenie: Maciej Muszalski

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...