Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kryminał. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kryminał. Pokaż wszystkie posty
Żywica - Ane Riel

Żywica - Ane Riel

Pierwszą książką, którą wybrałam do przeczytania w ramach akcji Dania: mały kraj - wielka literatura, była „Żywica” Ane Riel. Czytałam ją w okolicach Świąt Bożego Narodzenia, nie jest to świąteczna powieść, chociaż niektóre z opisywanych wydarzeń miały miejsce właśnie w okolicach świąt.

Żywica - Ane Riel
Ane Riel to duńska pisarka. Na początku swej twórczej drogi pisała podręczniki szkolne o sztuce, później stworzyła kilka książek dla dzieci, które to ozdabiały ilustracje wykonane przez jej matkę.
Powieścią zadebiutowała w 2013 roku „Slagteren i Liseleje”(„Rzeźnik z Liseleje”), za którą otrzymała nagrodę za najlepszy debiut kryminalny. W 2015 roku światło dzienne ujrzała „Żywica”, która w 2016 roku została nominowana do dwóch nagród literackich. W tym samym roku Ane Riel otrzymała stypendium im. Nielsa Matthiasena za dotychczasowe autorstwo. „Żywica” nadal zbierała nagrody.

Żywica - Ane Riel

„Gdy tata zabijał babcię, w białym pokoju panowała ciemność. Byłam tam. Carl też, ale go nie widzieli. Był poranek wigilijny, prószył śnieg, ale tamtego roku nie było białych świąt”.

Główną bohaterką „Żywicy” jest Liv Haarader - dziewięciolatka, która mieszka wraz z rodzicami na małej wyspie zwanej Głową, która położona jest nad większą. Do Głowy droga prowadzi przez wąski przesmyk zwany Szyją. Naznaczeni tragedią sprzed kilku lat Haaraderowie nie czują potrzeby kontaktu z innymi ludźmi. Kiedy ojciec Liv zgłasza jej śmierć, wcześniej już niezbyt zainteresowani mieszkańcy sąsiedniej wyspy, definitywnie zapominają o tej rodzinie.

Narracja „Żywicy” jest prowadzona z kilku perspektyw, wiele w niej retrospekcji, zmienia się styl i forma, pojawiają się nawet listy.
Autorka balansuje na granicy znanych z thrillerów i kryminałów schematów, ale nie zapuszcza się w nie głęboko, opowiada swoją historię w inny sposób. Miałam wrażenie, że cała fabuła oparta jest na jakimś modelowym przypadku chorobowym.

Niewyjaśniona tragedia sprzed lat niszczy mieszkańców Głowy, którzy trawieni koszmarami tracą poczucie rzeczywistości i odcinają się od reszty ludzi. W snach Jensa Haaradera (ojca Liv) pojawia się woda zalewająca jedyną drogę ucieczki z tego mrocznej ziemi świerków. Mężczyzna to co było widzi wyraźniej niż to co jest, a z każdym kolejnym dniem robi się tylko posępniej.

Autorka różnicuje język, można poczuć jakby rzeczywiście kilka osób, w tym dziecko, opowiadało nam dramat mieszkańców Głowy. Fajnie rysuje całe spektrum emocji od współczucia do obrzydzenia, które można poczuć pomimo zachowania oszczędnej narracji.
Liv nie zna innego życia i innych ludzi. Świat, który rysują jej rodzice jest jedynym który zna, więc wszystko co robi tata kompletnie jej nie niepokoi. To o czym nam opowiada nie jest dla niej niczym odrażającym, to my je takim widzimy.

Akcja płynie wolno, a my skaczemy zarówno po linii czasu, jak i punktach widzenia. Zagłębiamy się w mgłę, która skrywa potwory.

„Żywicę” można czytać jako dramat obyczajowy z wątkami dreszczowca, czy kryminału, w którym izolacja od społeczeństwa powoduje coraz większe aberracje, ale można i głębiej. Jako studium przypadku choroby, kiedy wszystko co dzieje się w głowie człowieka, pozostaje przez nikogo niezauważone, a konsekwencją nawarstwiających się zaburzeń jest pożar, którego niszczycielska siła sięga daleko poza jednostkę.
Wszystko to sprawia, że „Żywica” nie jest kolejną z, nacechowanych przemocą, historii rozrywkowych, mających dać nam jedynie kilka godzin zabawy, a czymś więcej.

Żywica - Ane Riel


Wydawnictwo: ZYSK i S-ka
Data wydania: 21 stycznia 2020
Liczba stron: 282
Tłumaczenie: Joanna Cymbrykiewicz

 

Raróg - Anna Sokalska

Raróg - Anna Sokalska

Raróg - Anna Sokalska Ze stylem Anny Sokalskiej spotkałam się już w „Opowieściach z Wieloświata” („Wiedźma”, „Żertwa”, „Kuglarz”) i bardzo przypadł mi do gustu.
Autorka nie boi się eksperymentów z formą, lubi zdania wielokrotnie złożone, co jest dziś chyba już rzadkością i zawsze „mówi” między wierszami. 

„Opowieści z Wieloświata” były osadzone głównie w fantastyce, z uwagi na nawiązywanie do mitologii słowiańskiej.  
„Raróg” również jest przesiąknięty odniesieniami do naszej rodzimej mitologii, jednak w zupełnie innej formie. Przejawia się ona w nazwiskach bohaterów, w pseudonimach, czy w wewnętrznej walce jaka zachodzi w głównej bohaterce.

Sonia Kosowicz, bo tak nazywa się protagonistka, jest córką bossa lokalnej mafii, który został zamordowany latem 1985 roku, kiedy miała ona zaledwie 5 lat. Kobieta żyje pragnieniem odkrycia prawdy: kto stał za śmiercią jej taty (Wołosa) i co się stało z jej matką. Czuje, że dopóki tego nie odkryje nie będzie mogła żyć własnym - normalnym życiem, z „dobrym mężczyzną” u boku.
Mimo tego, że Wołos nie żyje, mafia nie zasypia gruszek w popiele, spokój był tylko złudzeniem.

Pojawiają się zwłoki młodej kobiety i rozpoczyna się jednocześnie: śledztwo - w celu ustalenia, kto i dlaczego zabił, w szeregach mafii rozpoczynają się czystki, a Sonia jest coraz bliżej odkrycia własnej przeszłości.
Wszystko się ze sobą miesza, w niektórych momentach nawet bardzo, z uwagi na narrację z perspektywy głównej postaci, która miewa problemy z ustaleniem tego, co istnieje, a tego co się jej jedynie wydaje, a to ona przecież prowadzi śledztwo.

Myślę, że mogę pokusić się na stwierdzenie, że powieść dzieli się na dwie części. Wątek kryminalny, zawiązany na początku, który, mniej więcej w połowie, zaczyna schodzić za dalszy plan, zostaje zdominowany przez życie wewnętrzne bohaterki. Jej rozważania na temat niejako dziedzicznej powinności kroczenia drogą przestępstwa, walczą z tym, jak żyje, jest przecież przedstawicielką prawa. Im bardziej zapada się w mroczne podwoje gangsterskich powiązań, tym bardziej traci jasność oceny sytuacji, a tkwiąca w głowie „pamiątka” jej tego nie ułatwia. Sonia patrzy, ale nie widzi. Wycofuje się do siebie i jej życie duchowe niejako przejmuje rolę narratora.
I tu obawiam się trochę o utrzymanie zainteresowania czytelnika literatury kryminalnej.

Anna Sokalska stworzyła opowieść niestereotypową, niebanalną. Kroczy, chyba, po nieodkrytych jeszcze terenach. Sądzę, że jest to dobra droga, widać że Autorka się nie boi i nie wpada w pułapkę schematów.
Nawiązuje do mitologii słowiańskiej w sposób przemyślany i nienachalny. Pokazuje, że odwołania do różnych religii, symbole można odnaleźć wszędzie, bo są one związane z filozofią, która, chcąc nie chcąc, wypełnia życie każdego człowieka, a rozważania na temat wolicjonalości zawsze będą przedmiotem dyskursów na różnych polach.

Jak dla mnie Pani Sokalska pokazała, że nie ma dla niej rzeczy niemożliwych i że jest w stanie połączyć wiele swoich zainteresowań w jednej historii i nie przesadzić.
Nie wiem jednak, czy trafi ze swoim bogatym stylem wypowiedzi, do szerokiego grona odbiorców. Nie potrafię tego przewidzieć, choć obserwuję z uwagą jak czytelnicze gusta się kształtują. 
Życzę jej tego z całego serca, bo podobnie jak Ona lubię słowa i nieograniczone możliwości jakie daje ich zmyślne łączenie.






Wydawnictwo: Lira

Data wydania: 22 maja 2020
Liczba stron: 336
Kategoria: kryminał psychologiczny
Czas Wagi - Aleksander Sowa

Czas Wagi - Aleksander Sowa


Czas Wagi - Aleksander Sowa

W czerwcu 1997 roku na warszawskiej Pradze, ktoś uprowadza Sarę, córkę milionera. Zamknięta w ciemnym pomieszczeniu, nie odróżnia dnia od nocy, jest tam bita i gwałcona. Zrozpaczony ojciec powiadamia policję, wynajmuje detektywa, a Sary nie ma.
Ciszę przerywa żądanie okupu, które bogacz realizuje, jednak córka nadal nie wraca do domu. Rodzina porwanej powiadamia media i wybucha afera. Pospieszne decyzje, które miały ją załagodzić przynoszą więcej szkody niż pożytku.

Grupą policyjną ma dowodzić nowa osoba, kobieta, podinspektor Maria Stefańska, wkrótce zwana przez podwładnych pieszczotliwie Marysią (skojarzenia z pewnym polskim filmem słuszne). Marysia ma tabelki, które chce wypełnić, Marysia była i jest policjantką zza biurka, Marysia ma władzę i Marysi wydaje się, że wie co robi.
Do sprawy zostaje przydzielony Emil Stompor. Policjant prawdziwy, taki który miał i nadal ma misję. Ma też cięty język, który kreśli jego myśli bez zbędnej dyplomacji. Stompor jest inteligentny, ma na wszystko odpowiedź, zawsze trafną, zawsze szczerą i rzadko miłą, no może nawet... nigdy miłą.

Fabuła jest oparta na prawdziwym i głośnym porwaniu. Ale to nie jedyna z możliwości, z których skorzystał Aleksander Sowa by nadać jego książce realizmu.
Postaci, w większości męskie, mówią surowym językiem, a wulgaryzmy pojawiają się dość często i... zawsze stanowią idealne wzmocnienie wypowiedzi. Radio gra utwory z tamtych czasów, wspominamy przez moment Anastazję P., spółkę ART B., czy wielką powódź. Nie byłam wtedy dorosła, ale gdzieś w odmętach pamięci mam zapisane znaki szczególne tego okresu i podczas czytania „Czasu Wagi” realnie przeniosłam się w czasie.

Porwana Sara wypowiada się w osobie pierwszej, można poczuć to, co ona przeżywa,
nie tylko za sprawą emocji. Autor nie pomija niczego, nawet zapachu. Daje to możliwość zżycia się z ofiarą.

Rzadko kiedy żywię jakieś uczucia do głównego bohatera, jest mi on całkowicie obojętny, interesuje mnie historia jaką ma do opowiedzenia. Jednak w przypadku Emila Stompora, sprawa ma się inaczej. Jego kąśliwe uwagi, wieczne niezadowolenie i ciągłe poczucie winy, że robi zbyt mało, sprawia, że naprawdę lubię tego człowieka i go rozumiem. Jest w tej swojej fikcyjności, mało fikcyjny. A partner Stompora, Kosar, alter ego Autora?, jeszcze bardziej ten realizm potęguje, zwłaszcza kiedy początek i koniec historii się spinają.

Aleksander Sowa przedstawia powiązania, układy, układziki. Pokazuje kto naprawdę rządził, kto decydował o tym, o czym się mówiło i jak się mówiło. Kto decydował o tym, co opinia publiczna ma wiedzieć i że zawsze chodziło o to samo - posiadanie władzy i pieniądze. Prawdziwi przestępcy, bandyci, na takich nie wyglądali, piastowali wysokie stanowiska.
Nieważne jak zasobne mamy portfele i z jakiej rodziny pochodzimy, zawsze kierują nami te same, mało szlachetne, pobudki. Zdarzają się jednostki posiadające ideę, próbujące coś zmienić, ale kijem rzeki, niestety,
się nie zawróci. 
Przeczytałam w jakiejś z opinii, że Aleksander Sowa opisuje minione czasy, i tak się zastanawiam, czy tak faktycznie jest? Chciałabym móc w to wierzyć. Ale nawet radia grają te same przeboje.

Intensywna, surowa, kryminalna rozrywka, jak dobry film. W którym wszystko słychać, choć nie ma fonii, w którym postaci są prawdziwe, choć można je sobie tylko wyobrazić.
Historia, o której człowiek myśli długo po ostatniej scenie, bo ma świadomość, że jest oparta na kanwie prawdziwych wydarzeń i że nie jest to tylko cichnąca melodia przeszłości.





Wydawnictwo: Lira 
Data wydania: 25 marca 2020 
  Liczba stron: 416
  Kategoria: kryminał
Doggerland. Podstęp - Maria Adolfsson

Doggerland. Podstęp - Maria Adolfsson

Doggerland. Podstęp - Maria Adolfsson
Lubiłam kryminały. Oj, lubiłam. Najbardziej te z szeroko opisanym tłem obyczajowym, czy historią, gdzie zagadkę trzeba było rozwiązać przez obserwację ludzkich zachowań, zbieranie poszlak w gęstej mgle ponurej atmosfery.
Najlepiej wspominam cykl: „Millenium” Stiega Larssona, a z serialowych przygód to bliski memu sercu jest „Most nad Sundem”.

Dlaczego w czasie przeszłym o tym lubieniu piszę? Ponieważ trochę się na kryminały gniewam, za powtarzalność motywów, za kalki śledztw...
Nie poddaję się jednak i czasem sprawdzam, czy mogą mnie one jeszcze czymś zaskoczyć.


„Doggerland. Podstęp” to debiutancka powieść Marii Adolfsson, urodzonej w 1958 roku Szwedki, otwierająca cykl (choć wydawca twierdzi, że serię, nie będę się więc spierać, jestem dość ugodowego usposobienia :)) o komisarz Karen Eiken Hornby z Doggerlandu - fikcyjnego archipelagu wysp między Wielką Brytanią a Skandynawią (nie tak do końca fikcyjnego - DOGGERLAND).

Karen ma, jak każdy szanujący się główny bohater kryminału, przeszłość, która daje, co jakiś czas, o sobie znać. Karen ma też szefa, męskiego szowinistę, z którym na co dzień toczy potyczki słowne, a po zakrapianym wieczorze ląduje w łóżku. Pech chce, że w tym samym czasie, kiedy będąca jeszcze na kacu komisarz, przemyka niczym cień do domu, ktoś morduje byłą żonę jej przełożonego. W związku z tym, że alibi Jounasa Smeeda, rzeczonego szefa bohaterki, jest trudne do potwierdzenia, a jak powszechnie wiadomo małżonkowie, nawet byli, mordują się najczęściej nawzajem, to prowadzenie śledztwa przypada Hornby.

Po, moim zdaniem, bardzo dobrym wprowadzeniu w fabułę i to dość szybkim, w porównaniu do postępów w śledztwie, Maria Adolfsson zwalnia. Staje się zarówno architektem i wykonawcą projektu. Jest niezwykle skrupulatna, fikcyjny świat jest mocno rzeczywisty. Czujemy się jakbyśmy tam byli. Jakbyśmy widzieli ulice, domy, przechodzili pomiędzy stojącymi przed barami
stolikami, z których obsługa jeszcze nie zabrała parujących, ale pustych już kieliszków. W bardzo dokładny sposób kreśli codzienność odciętego od świata społeczeństwa, tego jak strach przed obcymi zamyka na zwykłą życzliwość, jak niezrozumienie zamienia się w wrogość. 
O ofierze nikt nie może powiedzieć nic dobrego, nawet jej najbliższa rodzina. Jawi się ona jako złośliwa jędza, której ani życie, ani śmierć nikogo nie obchodziło i nie obchodzi. Tak jak i prowadzone przez bohaterkę śledztwo.
Chodzimy z komisarz Hornby i przyglądamy się mieszkańcom, zaglądamy im do domów, i do wspomnień. Pojawiają się w treści retrospekcje, nawiązania do istniejącej kiedyś na terenie Doggerlandzkich wysp, komuny.
Komuny, która jakoś mi się rozmywała, bo ani to Charles Manson, ani nawet sekta z drugiego sezony serialu „The Sinner”, takie nie wiadomo co.
Jak wspomniałam lubię powolną, ślamazarną akcję, która skupia się na wątkach społeczno-obyczajowych, na odkrywaniu ludzkich drugich twarzy, ale nawet dla mnie, było ich zbyt wiele, w stosunku do tego, co ich odkrycie niosło dla rozwikłania zagadki. 
Sam finał ślizgał się zaledwie na możliwościach jakie daje pokrętny ludzki umysł i był, no co tu wiele czarować, przewidywalny.

Jest jednak to COŚ w sposobie pisania Pani Adolfsson. Potrafi stworzyć klaustrofobiczny klimat na otwartej przestrzeni, potrafi wybudować słowami kompleks mieszkalno-usługowy i go ożywić. Potrafi plątać ze sobą wątki, na różnych osiach czasu i stworzyć ciekawą, choć wpisującą się w schemat, postać pani komisarz, a wszystko to zawiesić w tajemniczej mglistej atmosferze, która podsyca ciekawość.
Nie uważam, że „Podstęp” to rewelacyjny kryminał, dla mnie to jedynie dobry wstęp, do być może bardzo dobrego cyklu.
Niestety nie odnajduję w nim ani Stiega Larssona, do którego (według mnie) bliżej było „Niezależności” Maurycego Nowakowskiego, ani uwielbianego przeze mnie „Mostu nad Sundem”.

Ja, z kolei, widzę tu dość cichy, żeby nie napisać - smętny - (napisałam :)), klimat z walijskiego „Hinterland”, podczas którego zdarzało mi się uciąć sobie drzemkę, ale i tak uważam go za dobry serial. 

Choć zachwycona, nie jestem, nie jestem też i zawiedziona. Z miłą chęcią sprawdzę jak Maria Adolfsson rozwija swój warsztat pisarski i jak zmienia się jej, kluczowa dla cyklu, bohaterka.



Wydawnictwo: W.A.B.
Data wydania: 31. marca 2020 roku
Liczba stron: 480
Kategoria: kryminał 
Tłumaczenie: Agata Teperek



#134 Cicha noc. Świąteczne opowiadania kryminalne

#134 Cicha noc. Świąteczne opowiadania kryminalne

Nie lubię świątecznych książek... Odstraszają mnie tym wciskanym na siłę cukierkowatym klimatem. Lubię święta, ale nie lubię jak mi ktoś wmawia, że to jedyny magiczny czas w roku, kiedy może wydarzyć się coś cudownego... Wracając do meritum... W kwestii świątecznych historii zainteresowały mnie jedynie klasyczne opowieści Dickensa i antologia "Cicha noc. Świąteczne opowiadania kryminalne". 

Na tę antologię składa się piętnaście opowiadań z kanonu brytyjskiej klasyki. Trzeba mieć to na uwadze sięgając po tę książkę. Znajdziemy tu historie napisane przez znanego, chyba wszystkim, Arthura Conana Doyla i mniej znanych lub też kompletnie zapomnianych pisarzy, z których wielu publikowało pod pseudonimami. Co ciekawe wielu autorów cenił sam Alfred Hitchcock adaptując często ich powieści. Wszystkie opowiadania łączy świąteczny czas akcji, mimo że często dzielą je lata. Charakteryzują się typowo brytyjskim klimatem, nie znajdziemy więc tu porywającej akcji. Będziemy dużo dedukować i to czasem w mało morderczych historiach - takich jak kradzieże, krwi będzie niewiele, choć pojawią się sztylety, będą też spektakularne otrucia i inne mordy z tych "mało brudzących ręce".
Każdą historię otwiera krótka biografia autora, z której to - dowiemy się jak bardzo znany był autor w czasach których żył, co publikował i czy to właśnie jego powieść upatrzył sobie sam Alfred Hitchcock.

Skłamałabym jakbym napisała, że wszystkie były świetne. Jak to w przypadku antologii bywa opowiadania są różne i siłą rzeczy nie mogą podobać się wszystkie. Dwa z nich przeczytałam i w momencie pisania tych słów już nie pamiętam o czym były - "Salonowe sztuczki" Ralpha Plummera i "Szczęśliwe rozwiązanie" Raymunda Allena - zastrzelcie mnie, ale nie przypomnę sobie tych opowieści. 

Pozostałe prezentują, jak dla mnie, dobry i bardzo dobry poziom i zaangażowałam się w rozwiązywanie tych zagadek. Wiele z nich łączy również częste nawiązywanie do Charlesa Dickensa i ten trochę mroczny klimat świąt, kiedy do naszych drzwi może zapukać strudzony wędrowiec, o niekoniecznie miłych zamiarach.
Powtarza się również motyw "zamkniętego pokoju" i poszukiwania winnego wśród wieczornych gości. 

"Patrzyła na tę czarną szczelinę i rozpoznała pierwszy sprawdzian dla swoich nerwów. Później miały przyjść kolejne. Uzmysłowiła sobie, że w swoim chłodnym i praktycznym "ja" wozi histerycznego, neurotycznego pasażera, który z pewnością mocno da jej w kość swoimi natrętnymi sugestiami i nieprzyjemnymi przypomnieniami". 
*"Figury woskowe" Ethel Lina White

Najbardziej podobały mi się "Niebieski karbunkuł" Arthura C. Doyla,  "Nieznany morderca" H.C. Baileya, "Nieoczekiwany zwrot w sprawie" Margery Allingham, "Figury woskowe" Ethel Liny White - gdzie pojawia się lekki klimat grozy i "Śnieżna zagadka" Nicholasa Blake-a - która z kolei skojarzyła mi się z "Morderstwem w Orient Expressie" Agathy Christie. 

Brytyjskie kryminały świetnie rozkładają na czynniki pierwsze ludzką naturę. Wskazują, że zło współistnieje i jest w każdym człowieku, więc każdy na kogo patrzymy może być przestępcą. Zaufaniem, więc, powinniśmy operować niezwykle uważnie. 

"Nie zauważyłeś, że czasem ludzie bardzo angażujący się w cierpienie innych, czynią to tylko po to, aby sobie popatrzeć?"
*"Nieznany morderca" H.C. Bailey

Podoba mi się język, którym kiedyś się posługiwano - pamiętajmy, że  powstały na przełomie XIX i XX wieku. Jest bogaty i naprawdę pięknie brzmi. Jestem w tej kwestii trochę dziwakiem, ponieważ lubię czytać na głos - kiedy tekst, aż się prosi, aby popracować nad nim głosem, ćwicząc przy okazji dykcję.
Kompletnie zmienia to odbiór i chyba nie muszę opisywać jakie korzyści płyną z głośnego czytania?

Polecam czytać je w odstępach czasu, najlepiej wieczorem i to pod kocem i herbatą, wtedy darmowa podróż w czasie - gwarantowana.
Jeżeli, więc wiecie z czym się wiąże brytyjska klasyka, nie boicie się tego, że trzeba będzie przy czytaniu poświęcić trochę więcej uwagi niż w przypadku sztampowych i współczesnych kryminałów, nie oczekujecie morza krwi i trupiego festiwalu - to zdecydowanie je Wam polecam. 
7/10.

Za swój egzemplarz dziękuję wydawnictwu Zysk i S-ka.


Wydawnictwo: Zysk i S-ka
Data wydania: 26. listopada 2019
Liczba stron: 328

Kategoria: kryminał/opowiadania
Tłumaczenie: Tomasz Bieroń, Jerzy Łoziński
#125 Chciwość - Marc Elsberg

#125 Chciwość - Marc Elsberg

#125 Chciwość - Marc Elsberg - recenzja - czy warto przeczytać?
Ta powieść to doskonały przykład - jak nie powinno się sugerować opiniami innych czytelników. Chcąc, nie chcąc czytam opinie o książkach, które chce przeczytać.
Od teraz się to zmieni.
Dlaczego?
Przeczytałam, że książka jest w niektórych momentach trudna i niezrozumiała, że jest naszpikowana definicjami i terminologią ze świata ekonomii, matematyki etc.
Nie chciałam się męczyć i podświadomie odsuwałam lekturę w czasie. Od pierwszej strony rzuciłam się niczym prawdziwy śledczy do pracy w poszukiwaniu czegoś, czego nie zrozumiem, z przeglądarką internetową w pogotowiu. Dotarłam do 320 strony i nie odnalazłam tego, czego się bałam.

Świat pogrąża się w chaosie. Ludzie wychodzą na ulice, protestują by nie ponosić skutków kolejnego kryzysu gospodarczego. Korporacje, banki, państwa bankrutują, ale i tak najwyżej postawiona grupa ludzi nadal się bogaci. Noblista Herbert Thompson wraz ze swym asystentem Willem Cantorem zmierza na szczyt w Berlinie, by wygłosić odczyt, który ma zmienić losy świata. Znalazł złoty środek, dzięki któremu wszyscy, bez wyjątku, będą mogli dostatnio żyć. Jednak na niego nie dociera. Ginie w wypadku samochodowym, którego świadkiem jest Jan Wutte. Chłopak słyszy ostatnie słowa umierającego mężczyzny, które na początku wydają mu się bełkotem przypominającym - być może - czyjeś nazwisko. Idąc tym tropem spotyka na swej drodze człowieka, który znał asystenta noblisty i wspólnie będą chcieli odnaleźć to, co opracował profesor i przy okazji nie zginąć.

Akcja kręci się wokół poszukiwań treści tajemniczego odczytu, to ciągła ucieczka przed organami ścigania i ludźmi próbującymi usunąć wszelki ślad po teorii, którą Thompson z Cantorem mieli udowodnić i która miała zmienić świat. Cały czas coś się dzieje, więc czytelnik pędzi przez książkę jak pociąg. Rozdziały są krótkie, a powieść dzieli się na części nazwane "decyzjami". Na samym początku i na końcu znajdziemy fragmenty "Przypowieści o chłopach", której założenia będziemy odkrywać sami, zagłębiając się  w treść.
Tak, pojawiają się tutaj matematyczne zagadnienia, z których przechodzimy do ekonomicznych założeń. Poczułam się trochę jak za szkolnych lat... Jednak ja miałam tylko jednego nauczyciela, który w taki przyjemny sposób tłumaczył zasady rachunkowości i finansów. Reszta kadry wymagała jedynie podręcznikowych definicji, które ja - żeby zapamiętać - musiałam zrozumieć. Nawet wierszy na pamięć się tak uczyłam, jako związek przyczynowo-skutkowy, inaczej nie potrafię. Do dziś pamiętam jak na "Podstawach ekonomii", podczas odpytywania przez nauczyciela, wdałam się z nim w dyskusje, przez co lekcja trwała jedynie 15 minut. Na zakończenie powiedział do mnie: "bardzo dobrze, tak masz rację - siadaj trzy". Jeden z moich wyuczonych zawodów jest stricte ekonomiczny. Ja nie jestem zwolennikiem teorii, jakobyśmy dzielili się na umysły ścisłe i humanistyczne. W ogóle nie lubię kiedy się z góry nakłada komuś ramy, w których musi się odnaleźć, albo wypada poza zbiór.
Ja zawsze lubiłam się uczyć, zresztą nadal lubię - może stąd mój lekki zachwyt tą częścią książki. Naprawdę chciałabym, aby nauczyciele w taki sposób mnie uczyli, nie musiałabym sama dochodzić do tego, co z czego wynika w każdej definicji, której znajomości wymagali.

Wracając do książki... 

Autor chce zmiany fundamentalnego myślenia. I nie tylko o samą ekonomię, czy też równość finansową mu chodzi. Nie podaje jak to zrobić, ale jego myślenie i teoria, którą przedstawia jest logiczna.
Tylko w naszym postępowaniu logiki niestety brakuje.
Odkąd zaczniemy być samodzielni, to stale rywalizujemy ze wszystkimi wokół. Dążymy by mieć, nie oglądając się za siebie, chyba, że ktoś dostatecznie głośno wzywa pomocy, wtedy mu jej udzielimy.
Samo brzmienie tytułu książki - jest nacechowane negatywnie "CHCIWOŚĆ" - a gdyby już tutaj z minusa zrobić plus?
By mieć więcej trzeba - łączyć części i równo dzielić to, co uzyskamy. Wynika to z logicznego, matematycznego podejścia do problemu.

Świat jest różnorodny, każdy daje mu co innego, wnosi własną wartość. Jesteśmy jak puzzle, które razem tworzą dopiero pełen obraz.
Gdybyśmy od początku zakładali co możemy dać, a nie co zyskać - wszyscy byśmy w konsekwencji na tym skorzystali, ale... jesteśmy ludźmi, a nie równaniem matematycznym i świat, w którym aparat państwa nie jest potrzebny, raczej nigdy nie zaistnieje.
Autor porusza kwestię eliminowania działań niepożądanych, jednostek, które nic nie dają, tylko żerują na pozostałych, ale nie podaje jak zmiana ich nastawienia, czy ich wykluczenie miałoby wyglądać.

Ta książka to takie zaproszenie do dyskusji nad zmianą postrzegania świata. Pracy na wspólny rachunek i wspólnego - równego - podziału zysku, bez równego wkładu, nie wiem czy wyrażam się ze zrozumiale? Wkładu nie wartościuje się tak, jak zysku. Kiedy wszyscy będziemy dawać to samo (będziemy jednakowi) nie osiągniemy wzrostu zysku. Każdy wnosi coś innego bo - bez różnorodności nie ma współpracy, bez współpracy nie ma społeczeństwa, bez społeczeństwa nie ma dobrobytu...  

Podsumowując, tak po prostu - ŚWIETNA KSIĄŻKA, o której mogłabym pisać i pisać. Kojarzycie może ten obrazek z pokrojonym na równe części tortem, które po złożeniu nie dają 100 %? I żart mówi o tym, że to czego brakuje zostało na nożu?
Tutaj znajdziecie odpowiedź :)


Za swój egzemplarz dziękuję wydawnictwu WAB.



Wydawnictwo: WAB
Data wydania: 30. października 2019
Liczba stron: 464
Kategoria: kryminał, sensacja, thriller
Tłumacz: Elżbieta Ptaszyńska-Sadowska
 
#122 Wśród rekinów - Nele Neuhaus

#122 Wśród rekinów - Nele Neuhaus


#122 Wśród rekinów - Nele Neuhaus - recenzja - czy warto przeczytać?
Nele Neuhaus, czyli Cornelia Neuhaus to autorka kryminałów i książek dla dzieci. Zasłynęła serią kryminałów z komisarzami Oliverem von Bodensteinem i Pią Kirchhof. Przyznaję, że nie znam tej serii, ale po przeczytaniu niedawno wydanej powieści "Wśród rekinów", będącej tak naprawdę debiutem autorki, chcę poznać jej "flagowe" dzieło.
Spodobał mi się już - zabieg z bezpośrednim zwrotem do czytelników w Polsce, który otwiera tę obfitującą w tekst pozycję.
Od razu wspomnę też o wydaniu, które mimo że jest klejone, to po moim częstym wertowaniu, nadal wygląda jak nowe. Grzbiet, który ma tendencję do łamania - pozostał w stanie idealnym. Tak, wiem że to szczegóły, ale zwracam na nie uwagę. 


"Wśród rekinów" to thriller finansowy, choć dla mnie to mieszanka gatunkowa z największym udziałem sensacji.
Główna bohaterka to Alex Sontheim, Niemka robiąca oszałamiającą karierę w Ameryce. Jest młoda, bardzo ładna i zna się na inwestycjach. Wykorzystuje wszystkie swoje atrybuty, by osiągnąć jak najwięcej w finansowym świecie zdominowanym przez mężczyzn. 

Na początku zachłystuje się światem migoczących świateł, wystawnymi przyjęciami wśród największych bogaczy i nie dostrzega rzeczywistości. Wszelkie dobre rady i ostrzeżenia puszcza mimo uszu i tak wikła się w romans z żonatym miliarderem Sergiem Vitalim. Schlebia jej jego zainteresowanie i to, co jej oferuje.
Wszyscy wokół (czyli zainteresowani nią inni mężczyźni) próbują uświadomić jej jakiego rodzaju biznesmenem jest Sergio, nawet sam burmistrz Nowego Jorku - Nick Kostidis. Alex żyje jednak z dnia na dzień, poświęcając się pracy. Zdaje się traktować Sergia jako szansę na poznanie wielu wpływowych ludzi.

Choć jest nieprzeciętnie bystra na polu finansowym i indeksy giełdowe nie mają przed nią tajemnic, tak w przypadku stosunków międzyludzkich kompletnie sobie nie radzi. Wystawne życie kusi ją zbyt mocno.

To prawie 800 stron tekstu, podzielonego na części, a te z kolei na rozdziały, opatrzone datami. Narracja jest trzecioosobowa, czyli taka jaką lubię najbardziej. Fabuła obejmuje prawie 3 lata, co daje czas na uwikłanie się bohaterki w ciemną stronę finansjery. Świat wielkich i nieuczciwie zarabianych pieniędzy pochłania bohaterkę jak ruchome piaski. Jednak w końcu przechodzi przemianę, otwiera oczy i próbuje wydostać się z układu, który ją i jej wiedzę wykorzystuje do realizacji swoich celów. 

Autorka nie zagłębia się mocno w giełdową terminologię, wykłada to, co czytelnik musi wiedzieć w prosty i przejrzysty sposób. Stopniuje napięcie. Kreśli bardzo złożone postaci, których jest naprawdę dużo i mają one wpływ na wszystko co się dzieje.
Narracja przeskakuje od bohatera do bohatera, pojawiają się stale nowe informacje, jednak czarodziejski styl pisarki nie pozwala się w tym wszystkim pogubić. Wszystko było dla mnie jasne i zrozumiałe. Czułam się jak podczas oglądania amerykańskiego serialu o brudnych poczynaniach giełdowych graczy. Nowy Jork i cały jego hałas. Mafia, czyli likwidacja niepotrzebnych już ogniw łańcucha zdarzeń. Zamachy, wybuchające samochody i romanse. Dzieje się naprawdę dużo!


Bywa też naiwnie i trochę śmiesznie, ale taką konwencję przyjęła pani Neuhaus. Były momenty, w których Alex mnie bardzo irytowała swoją dziecięcą wręcz naiwnością i wiarą w czystość intencji jednego ze swoich partnerów. Nie oczekiwałam od tej książki wielkiego przekazu - jednak jakiś i tak jest. Dokładnie widać, jak niewiele trzeba, by w oczach opinii publicznej stać się przestępcą. Jak łatwo jest z uczestnika wielkich poczynań, stać się ich ofiarą. Jak można nagle obudzić się wrogiem publicznym, bo przestaje się być potrzebnym komuś, kto dysponuje niebagatelnym zapleczem finansowym.

Podoba mi się styl Nele Neuhaus. Potrafi stworzyć delikatną i naiwną bohaterkę, w niektórych sytuacjach wręcz głupiutką, umieścić ją w świecie, do którego kompletnie nie pasuje i zrobić z niej walczącą o sprawiedliwość, a czytelnik uwikła się w historię tak, że nie zauważy kiedy pojawi się ostatnia strona. Wdzięcznie porusza się po dylematach moralnych, by przejść do napędzającego się wątku sensacyjnego. Naprawdę dobrze się bawiłam! 
7/10.

Za swój egzemplarz dziękuję Wydawnictwu Media Rodzina.
Wydawnictwo: Media Rodzina
Data wydania: 16. października 2019
Liczba stron: 760
Kategoria:
kryminał, sensacja, thriller
Tłumaczenie: Miłosz Urban
#118 Rytuały wody - Eva García Sáenz de Urturi

#118 Rytuały wody - Eva García Sáenz de Urturi


#118 Rytuały wody - Eva García Sáenz de Urturi - recenzja - czy warto przeczytać?

Choć lubię i bardzo cenię hiszpańskich twórców, to mam z nimi zwykle mały problem. Z jednej strony mnie intrygują, a z drugiej narracja jaką prowadzą często kończy się u mnie znużeniem.
Mam tak z zarówno filmem jak i literaturą. Potrafię docenić, ale czegoś jednak mi brakuje.

Z "Ciszą białego miasta" miałam podobnie. Nie mogłam wciągnąć się w fabułę i nie wiem czego to była wina, czy trudnych jak dla mnie imion i nazwisk, czy sposobu snucia opowieści,lekko sennego, mimo że opowiadającego o brutalnych morderstwach. Czytałam jednak dalej i kiedy wszystkie informacje zaczęły się zazębiać, to przepadłam w fabule i nie odłożyłam książki, aż jej nie skończyłam.

Z "Rytuałami wody" natomiast mam kompletnie inaczej. Może to, że wiedziałam już czego się spodziewać, a może bardziej dynamiczna narracja spowodowały, że od początku zostałam przez tę książkę pochłonięta.

Bohaterowie, których znamy z pierwszej części - Unai zwany Krakenem i jego szefowa Alba są na innym etapie życia. Raz, że Kraken po postrzale zaprzestał komunikacji werbalnej z powodu afazji Broki, dwa jego szefowa i kochanka spodziewa się dziecka. Jak możemy się domyśleć nie bardzo wie, kto jest jego ojcem. Esti zmaga się z żałobą po śmierci brata i czymś na kształt odpowiedzialności za śmierć Nancha -  jednej strony uratowała Albę i nie tylko ją, z drugiej zabiła człowieka, kim on by nie był. Każdy nosi swój własny - przysłowiowy - krzyż.

Tymczasem w górach zostaje odnalezione ciało ciężarnej kobiety, poddanej najprawdopodobniej rytuałowi wody, wywodzącemu się z celtyckich wierzeń. Jakby tego było mało, to ofiara okazuje się starą znajomą Krakena, którą poznał na obozie archeologicznym ponad dwadzieścia lat temu.
Akcja ponownie będzie  pełna retrospekcji, przez które poznamy charakter znajomości śledczego i ofiary, jak i losy pozostałych członków obozu.
Esti ma nowy zespół, który warunkowo wspiera Unai. Warunkowo, ponieważ musi odbywać terapię logopedyczną, której ukończenie pozwoli mu na pełen powrót do służby.

Śledztwo jest, tak samo jak w przypadku pierwszej części, niezwykle złożone, zawiłe. Sam schemat jest zresztą łudząco podobny i tu można upatrywać jakiegoś zarzutu. Byłam też trochę zawiedziona, że Unai dużo dłużej, jak ja, dochodził do ustalenia tego, kto stoi za rytuałami wody. Rozumiem jednak, że mógł być to zabieg celowy, mający podkreślić zarówno jego stan emocjonalny jak i niepełne zdrowie fizyczne.

Autorka ponownie podkreśla znaczenie rodziny i dzieciństwa. Jego wpływu na to kim możemy się stać. Bo możemy, a nie musimy. Dochodzi tutaj motyw rodzicielstwa i tego jakimi rodzicami chcemy być. Czy zawsze jesteśmy świadomi odpowiedzialności, jaką ponosimy sprowadzając na świat nowego człowieka i zajmując się jego wychowaniem.
Porusza też problem znany nam z programów reporterskich, a być może i z codzienności, kiedy to podejrzewamy, albo nawet wiemy, że jakiemuś dziecku obok dzieje się krzywda, a mimo to milczymy. Udajemy, że nie widzimy, nie słyszymy.

To nie tylko sprawnie napisany kryminał, podobnie zresztą jak pierwsza część, to powieść o bogatym tle obyczajowy, poruszającym problemy współczesnego społeczeństwa, nawet w cyberprzestrzeni.
Eva García Sáenz de Urturi pięknie opowiada o swoim kraju. Wprowadza hiszpańskie nazwy, mówi o historii, sztuce, czy architekturze. Za pomocą jej słów możemy przespacerować się po Vitorii, czy hiszpańskiej wsi - nie wychodząc ze swojego domu.

Widziałam, że niektórzy czytelnicy zaczęli czytać "Trylogię Białego Miasta" od "Rytuałów wody", ale ja tego nie polecam. Nie zrozumiecie niuansów. Nie będziecie wiedzieć po co Estibaliz srebrny eguzkilore, o co dokładnie chodzi z Tasio i Nanchem. Skąd się wzięła Golden Girl i MatuSalem. Wprowadzi to niepotrzebny chaos, który odbierze przyjemność z łączenia obu części.

Pierwszy raz po przeczytaniu kolejnej książki z cyklu nie czuję zawodu, wręcz przeciwnie. Tę część czytało mi się dużo lepiej, ale ma to również swoją wadę... za szybko się skończyła.
Jeżeli trzeci tom będzie równie dobry to będzie to najlepszy cykl kryminalny jaki czytałam.
8/10.

#118 Rytuały wody - Eva García Sáenz de Urturi - recenzja - czy warto przeczytać?

Za swój egzemplarz dziękuję wydawnictwu MUZA



Wydawnictwo:MUZA
Data wydania: 30. października 2019
Liczba stron: 535
Kategoria: kryminał/sensacja/thriller
Tłumaczenie: Katarzyna Okrasko
#111 Kafelek Mistrza Alojzego - Zbigniew Białas

#111 Kafelek Mistrza Alojzego - Zbigniew Białas




"Kafelek Mistrza Alojzego" to powieść, na którą składają się dwa tomy z cyklu o glazurniku Alojzym Korzeńcu - tom I "Korzeniec" i tom II "Puder i pył", które zostały scalone i wydane w nowej szacie graficznej przez Wydawnictwo MG. 
 
Akcja powieści toczy się w latach 1913-1919 w Sosnowcu, Mysłowicach, Trójkącie Trzech Cesarzy i okolicach. Bohaterów na tej kolorowej scenie jest wielu, tak jak i wątków. 

Sam tytułowy mistrz nie gra ciałem zbyt długo, ponieważ ktoś usuwa go brutalnie ze sceny pozbawiając go... głowy. Głowa z kolei staje się przedmiotem szmuglu... I sprawą, dość osobiście, interesuje się redaktor naczelny dziennika "Iskra" Walerian Monsiorski, osobiście ponieważ nie tylko zna, ale i żywo interesuje się małżonką zamordowanego - Jadwigą, a ta lubi umilać sobie czas spożywając halucynogenny absynt.
Ze sprawą powiązany jest również publikujący romanse na łamach prasy pisarz - Klandestyn Bizukont, będący w związku z Korzeńcem, o czym ten, zanim pozbawiono go głowy, zdawał się nie wiedzieć.
Nie bez znaczenia dla sprawy będzie postać Eustachego Goździka - zarządcy rzeźni.
Na scenie ujrzymy również Emmę, fińską guwernantkę, pracującą u niemieckiego fabrykanta pana Dietela.
Pojawi się też Pola Negri, której ścieżki połączą się z hrabią Eugeniuszem Dąmbskim, za sprawą próby przemytu dobra kulturowego Polski.
Rasputin też gdzieś tutaj przemknie, a Pietruszka będzie tłukła kafle, co nie przysporzy jej raczej długowieczności. 

Nie jest to kryminał, jakby się można było spodziewać. To obszerna powieść historyczno-obyczajowa z trupem jako wątkiem łączącym - nadającym sensacyjnego sznytu, nacechowana specyficznym humorem. Głównym bohaterem, tak naprawdę, jest samo miasto, które zdaje się być miejscem, gdzie krzyżują się wszelkie kulturowe ścieżki ówczesnej Europy. 

Autor świetnie włada językiem polskim i buduje bogate, długie zdania żywcem wyjęte z epoki. Wplata w nie wtrącenia z różnych języków, które można było wtedy w Sosnowcu usłyszeć niemal na każdej ulicy. Pojawia się też gwara, a co za tym idzie - i język bardzo potoczny. 

Żart - jak wspomniałam jest bardzo specyficzny - jednych zirytuje, innych zniesmaczy, a innych - w tym mnie - rozbawi.
Powieść czytałam dość długo z uwagi na jej złożoność i różnorodność kulturową.
Zbigniew Białas nie tylko odtworzył Sosnowiec za pomocą słów, ale stworzył prawdziwy, żyjący obraz.
To miasto błyszczy w słońcu, mienie się kolorami, jest upstrzone plakatami reklamującymi różne wydarzenia, jest głośne, hałaśliwe.  I czasem też brudne, i to w różnych wymiarach. Czułam się jakbym spacerowała ulicami tej pięknej aglomeracji, tak bardzo różniącej się od tej, którą znam głównie ze współczesnych dowcipów...

"Kafelek Mistrza Alojzego" wiele mówi o współczesności, bo tak naprawdę pod względem mentalnym, aż tak bardzo się nie zmieniliśmy. Nadal pieczołowicie tępimy wszystko czego nie znamy i chyba nadal sami siebie nie lubimy.
Wszędzie jest lepiej niż w Polsce, bo wszędzie dobrze gdzie nas nie ma. 

Autor nie boi się też wskazać, że często nasza fizjonomia odzwierciedla całe nasze życie, co uwidacznia się kiedy się starzejemy.

"Im człowiek starszy, tym czytelniejsza jego twarz, tym mniej w fizjonomii przypadkowości. Jest tylko to, co wykuwało się uporczywie całymi latami. Wszystkie myśli i uczynki, prawdy i oszustwa, każda chwila pożądliwości, każdy moment zawiści, ale także każdy szlachetny gest i szczery śmiech - nic się w procesie wieloletniego rzeźbienia twarzy nie marnuje, nic nie jest stracone ani zapomniane. Nic nie pozostaje ani darowane, ani niewynagrodzone. Tak, zapłata przychodzi już w tym życiu. "
To z jakim wyrazem twarzy lepiej spędzić jesień życia?

Są tu aranżowane i nielubiące się małżeństwa. Są bogaci -  których poziom moralności wyznacza zasobność portfela, i biedni - starający się przetrwać kolejny dzień. Są też kobiety trudniące się najstarszym zawodem świata, czyli pełen przekrój społeczeństwa.
W związku tym, że powieść jest nie tylko wielowątkowa, ale i wielowymiarowa, została zaadaptowana na sztukę teatralną przez Teatr Zagłębia w Sosnowcu.
Podsumowując, mimo obszerności tej historii, morza dygresji, który objawiał się czasem jako narracyjny szum (treści wystarczyłoby na wieloodcinkowy serial) - to była to ciekawa przygoda z dobrym stylem i wiedzą historyczną o mieście, na które od dziś patrzę trochę inaczej.



Wydawnictwo: MG
Data wydania: 16. października 2019
Liczba stron: 658
Kategoria: literatura piękna

Recenzja napisana dla portalu bookhunter.pl

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...